Mamy nowy rok. Więc o nowym roku pisać wypada. Temat choć oklepany to przecież siłą rzeczy aktualny. Bo skoro nowe to odświeżone stare, na poważne zmiany nie mamy co liczyć. Tym razem będzie więc o czymś innym. O wszelkiej maści noworocznych postanowieniach.Człowiek nie jest istotą racjonalną. Co wydaje się dość smutne, bowiem jako jedyny gatunek na tym padole mamy jaką taką możliwość racjonalnej analizy faktów. Przynajmniej teoretycznie. Niektórzy z owej umiejętności korzystają, inni nie. Jedni więcej, drudzy mniej. Jak to w życiu. Jednak są okresy, gdy w zbiorowy szał irracjonalności wpadają wszyscy – ci inteligentni i ci mniej.
Nigdy nie mogłem zrozumieć fenomenu noworocznych postanowień. I mimo, że praktyka życia codziennego dowodzi, iż większość tych obiecanek cacankami pozostaje to wszyscy jak jeden mąż (czy żona) z determinacją w oczach zarzekają się, że od pierwszego stycznia dokonają cudu rekonfiguracji przyzwyczajeń we własnej głowie. Gdyby tak było w istocie, świat byłby miejscem niemal doskonałym. Choć dziura budżetowa byłaby z pięć razy większa, za sprawą braku wpływów z akcyzy na papierosy i alkohol.
Oczywiście, potrzeba zmian leży w naturze człowieka. Jednak prawda jest taka, że jeżeli ktoś chce coś uczynić – każdy moment będzie dobry. Więcej robić, mniej gadać. Skąd ta wiara, w jakąś szczególną moc okresu noworocznego? Nie mam pojęcia, ale przypomina mi to historię faceta, który obiecał Bogu, że rzuci palenie, jeżeli ów Bóg spełni jedno jego życzenie. Z Bogiem wszak lepiej nie igrać. Z Nowym Rokiem tym bardziej.
Być może przekonanie w skuteczność noworocznych życzeń koegzystuje z wiarą w jakąś kolektywną spiritus mundi, która sprawia, że przesiąknięci szampanem i w oparach petard posiadamy nadludzką moc sprawczą. Niczym pogrążeni w ekstatycznym transie kapłani nad którymi wiernie czuwa Dionizos. Czuje się podobnie po 3 piwach. Mimo, że to nigdy nie wychodzi ludzie i tak za rok będą zarzekać się na wszystkie świętości, że tym razem się uda. Tylko dlatego, że „zaklęcie” zostało wypowiedziane w dzień magiczny. Naiwne myślenie życzeniowe. Rację mogła mieć moja świętej pamięci babcia, osoba życiowo mądra, choć w zasadzie w ogóle niewykształcona – lepiej nie obiecywać, bo obietnice mają to do siebie, że są rzadko dotrzymywane.
Zostawmy jednak babcię w spokoju i pogadajmy jeszcze o nowym roku. Ostatnio w życiu prześladuje mnie pewne stwierdzenie. Wraca jak bumerang i możliwe, że osiąga w moim umyśle powoli status jakiegoś zaburzenia nerwicowego. Kilka razy w grudniu usłyszałem, że polskie noworoczne życzenia brzmią „oby następny rok nie był gorszy od poprzedniego”, natomiast angielskie „oby następny rok był lepszy od poprzedniego”. Nie wiem skąd to się wzięło, ale mnie irytuje. Takie hurra optymistyczne mantry.
Będzie w nowym roku zajebiście. Tego sobie i wszystkim naiwnie życzyć nie będę. Jak ktoś chce wierzyć, niech wierzy. Ja wolę coś w tym kierunku zrobić. Aby żyło się lepiej. Wszystkim, ale tak serio.
Maciej Twardowski (ur. 1986) - redaktor Krytycznego Magazynu Internetowego "verte". Koordynator bydgoskiego klubu Krytyki Politycznej. Działa w Pracowni Kultury Współczesnej. Współpracuje z czasopismem "Recykling Idei". Felietonista serwisu Neurokultura.pl. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Zadrze", "Replice", "Racjonaliście", "Faktach i Mitach" czy serwisie "Krytyki Politycznej". Student kulturoznawstwa, mieszka w Bydgoszczy.



