Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka




reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Dramat > Kościak Kinga: Am

Kościak Kinga: Am

Osoby dramatu:
 
Catarzis – 25 letnia kobieta, posiadająca dwie lewe strony ciała
Gawin – młody kochanek Catarzis
Wanfred – stary kochanek Catarzis posiadający trzy pary rąk
Chór dziewczynek
Trybunał starców

 
 
 
Akt I
Scena I
 
Pokój - prawie pusty - gdyby nie wliczać stojącego na środku dużego łóżka. Późna noc. Na suficie lustro -  ustawione tak aby widz widział odbijające się w nim łóżko.
Część sceny (od lewej) jest zasłonięta kurtyną.
 
Na łóżku leżą trzy postaci: Catarzis, Gawin, Wanfred. Catarzis w środku, na szyi zapięty ma łańcuch.
 
Catarzis: Nocpusta, ciemne girlandypożądania spełzają w jej kierunku z okrytych bielmem ścian. Gdyby dało się uciec stąd.
Wanfred: Nie masz asa w rękawie. Leży u mnie w kapeluszu.
Catarzis: Żeby tylko nie zamienił się w zająca bo wtedy będzie zgubiona.
Gawin (kołacze kołatką, przez sen): Jesteśmy zgubieni.
 
Na te słowa Catarzis siada i odwraca się w stronę Gawina
 
Catarzis: Mówił coś.
Wanfred: Kto?
Catarzis: Ten po lewej.
Wanfred: Znasz tylko lewą stronę.
Catarzis: Odepnij ten łańcuch, szturchnie go i podstawi miskę, może oprzytomnieje.
Wanfred: Zmęczyłaś go tej nocy
Catarzis: wyjątkowo długiej
Wanfred: wydaje mi się, że trwała kilka lat za późno
Catarzis: za długo.
Gawin (znów kołacze kołatką, mówi przez sen): Świat trwa za długo, dawno już powinien sczernieć od zużytej materii.
Catarzis: Znów coś mówił.
 
Odczekuje chwilę jednak nic się nie dzieje, wzrusza ramionami i ponownie kładzie się pośrodku łóżka
 
Catarzis: Gdyby nie te dwie siły rozrywające ją, odnalazłaby środek i wyraziła co niewyrażalne.
Wanfred: Moje berło upadło dziś i lekko się zarysowało, ale nadal jestem królem na mojej małej planecie.
 
Zasypiają, Catarzis ściąga łańcuch i siada na łóżku.
 
Catarzis (przez sen): Każdy jest tutaj królem, każdy króluje nad każdym, każdy jest pod butem każdego.
 
Patrzy na Wanfreda i Gawina. Wanfred śpi z jedną parą rąk na oczach, drugą na uszach a trzecią na ustach. Gawin wierci się.
 
Catarzis: Błyszczące korony ustanowione wysoko, reszta jest ciemnością. Tym niemniej mnie mniej.
 
Zakłada z powrotem łańcuch i kładzie się pomiędzy mężczyznami. Wszyscy śpią.
 
 
 
Scena II
 
Przebudza się mężczyzna leżący po jej prawej stronie i kładzie jej prawą dłoń na swoim sercu.
Przebudza się mężczyzna leżący po jej lewej stronie i kładzie jej lewą dłoń na swoim sercu.
 
Za oknem pojawia się chór złożony z małych dziewczynek, bez dłoni i stóp, wiszą na długich sznurach, kołyszą się.
 
Chór (śpiewa):   Ofiaro kaleka
                            naszej niewinnej krwi
                            przez ciebie płynie rzeka
                            to w tobie wina tkwi
                            Nasze ciała skaleczone
                            pocięte
                            sukieneczki wymięte
                            Bez działania bez woli 
                            dość mamy twojej niewoli
                            pozwól nam odejść,
                            puść
                            Pozwól nam bawić się z nimi
                            pozwól nam stać się
                            innymi
                            rozgrzesz siebie i nas
                            Ofiaro kaleka
                            to w tobie wina tkwi
                            tyś winna naszej krwi
 
 Pieśń chóru sprawia, że Catarzis podnosi się z łóżka, lunatykując ściąga łańcuch i powoli podchodzi do okna. Dziewczynki znikają.
 
Catarzis (śpiewa): Słyszałam jakieś śpiewy,
                               dochodzą mnie jeszcze
                               dźwięki zwrotek niektórych,
                               czuję silne dreszcze.
                               Śpiew ten obudził we mnie
                               Najgłębsze obawy
                               Ciemnych myśli przypływy
                               Mrocznych lęków stawy.
 
 
Podchodzi do łóżka, chwyta obiema dłońmi za jego mosiężną ramę,przestaje śpiewać.
 
Catarzis (podniesionym głosem, z zamkniętymi oczami):Zawsze jestem pod. Nawet jeśli nad, to i tak pod. Podrzędna, podporządkowana, podniecająca, podpuszczająca. Niejasna. Zasznurowana. Zamknięto mi usta a nakazano otworzyć uda. To się nie uda. To nie może się udać. Czarne lata wypaczeń, ciemne wieki głupoty, dajcie mi mówić, dajcie głos nie jęk, dajcie wzrok nie lęk. Za mnie mówiono, klatka. Która uciekła - wariatka. Wychodzę. Ściągnij ze mnie nie sznur, zerwij stek tych bzdur, obcisłe staniki, kolczyki by cię oszołomić. Nie dam się już poskromić. Gwałty - zdobycz wojenna, kobieta - naczynie, przelecę co się nawinie, wysram się na ciebie, zgładzę, wytrę tobą podłogę sprzątaczko, matko, kurwo, szwaczko. Lafiryndo, grubasko, praczko, święta dziewico i pomywaczko. Zaspokajaczko ich pragnień, marzeń, obleśnych rządz, wyobrażeń, studnio bez dna wypełniona pogardą, kto nie krzyczy nie istnieje, nie wiesz? Cały świat świadczy o tym niezbicie! Tylko krzyk budzi życie. Dajcie mi glinę, zmienię plan stworzenia, stworzę góry bez dolin, dnie bez nocy, nie będę w niczyjej mocy. Polaryzacja długo zabijała, zobacz jak ja wyglądam, zgwałcona, pobita cała. Nigdy ci nie wybaczę!
Ja… płaczę…
Gardzę tobą! Zabijam ciebie, siebie, poczekam na nowy początek. Drugi raz to się nie wydarzy. Zabiję cię, przyłożę nóż do twarzy, poderżnę gardło. Nie będziesz więcej oczerniać mojego imienia, wszystko się zmienia! Musi nadejść zmiana, odchodzisz – pokonana. Zabita z własnej ręki, świadoma śmierci. Za tobą stoi on. To on wymierzył w ciebie twoją własną dłoń. Nie śmierć jest ci ciężarem. Lecz życie. Odrzucam je, zabijam cię, dziwko [im], matko [im], opiekunko, za dużo zła się przelało, za dużo niegodziwości, dość ci!
 
Catarzis zaczyna miotać się po całym pomieszczeniu w szaleńczym poszukiwaniu narzędzia zbrodni. Czynność zmienia się w taniec.
 
Chór ( z oddali) : Wariatka
                              Owładnięta szałem
                              Morderczyni
                              On nie pomyśli: przegrałem
                              On wciąż cię wini.
                              Tu nie pomoże śmierć
                              Staniesz się bezimienna
                              Jest jedno wyjście, nadzieja -
                              Stań się (sobą) brzemienna.
          
                              Nadchodzi
                              Zmiana.
         
Catarzis (biega jak opętana):  Gdzie nóż którym wykonam to zamierzenie? Jeśli dziś go nie znajdę, nic nie zmienię.
 
Poszukiwania i śpiew Catarzis budzą Gawina
 
Gawin (pozostając jeszcze pod wpływem snu, kołacze kołatką):Oto przebudzona. Dotychczas krwawiła brocząc swoje miano. Nic nie dzieje się samo.
 
Gawin przeciąga się i siada na łóżku, głos Gawina budzi Catarzis z transu, przestaje tańczyć. Catarzis podchodzi do łóżka, Gawin zakłada jej łańcuch.
 
 
 
 
Scena III
 
Catarzis siada w kucki na podłodze, co jakiś czas podnosi się i spaceruje na czworaka po pokoju. Oddala się od łóżka tylko na taką odległość na jaką pozwala jej zapięty na szyi łańcuch.
Gafin siedzi na łóżku i bawi się kapeluszem.
Cisza.
 
Gawin (obraca w rękach kapelusz, przymierza): Fajny kapelusz
 
Catarzis na te słowa wstrząsa silny dreszcz, zatrzymuje się, podnosi głowę.
 
Gawin: ile masz lat?
 
Catarzis wstaje, otrzepuje się.
 
Catarzis: 25
Gawin: kim jesteś?
Catarzis: dzieckiem i starcem.
 
Gawin patrzy na nią z miłością.
 
 
 
Akt II
Scena I
 
Catarzis chodzi po pokoju i rozrzuca wokół maliny, Gawin chodzi za nią, zbiera je i zjada. Catarzis przygląda się mu i śpiewa:
 
Catarzis (śpiewa):                         
                            Zjadłam owoc z drzewa
                            Więcej mi nie trzeba
                            Owoc dojrzały, słodki
                            Owoc słodki, dojrzały
                            Lecz za duży był cały
                          
                            Kapał z ust nektar jasny
                            Ujrzał to chłopak krasny
                            Do końca połknąć nie dał
                            Nie dał połknąć do końca
                            Owoc z dłoni wytrąca
 
    Oboje zatrzymują się, siadają, Catarzis wyciąga spod łóżka butelkę z czymś czerwonym i dwie szklanki. Nalewa do szklanek, jedną podaje Gawinowi.
 
Catarzis: Napij się.
 
Gawin chwyta szklankę.
 
Gawin: Dzięki.
 
Po chwili.
 
Gawin: Jesteśmy przyjaciółmi, prawda? Za przyjaźń.
 
Wznosi szklankę i stuka się z Catarzis. Ta nic nie mówi, bierze łyk napoju. Uśmiecha się.
 
Gawin: I na zawsze już pozostaniemy.
 
Gawin chwyta jej rękę i głaszcze.
 
Gawin: Jestem Ci wdzięczny, wiesz, za to że zawsze jesteś blisko, że chcesz dla mnie jak najlepiej.
 
Także bierze łyk napoju.
 
Gawin: Czasem sobie myślę, że masz prawdziwie złote serce.
 
Catarzis znów się uśmiecha.
 
Gawin: Chciałbym żeby już zawsze tak pozostało. Jesteś mi potrzebna… (chwila ciszy) chociaż masz dwie lewe ręce.
 
Oboje parskają śmiechem. Gawin kładzie głowę na jej kolanach a ona głaszcze go po włosach. Nachyla się i wącha je. Nareszcie się rozluźnia, uśmiecha.
 
Gawin: Jesteś prawdziwa. A ja… Nie ma co zaprzeczać. Mężczyzna bez seksu to jak ryba bez wody. Wysycha, kurczy się, skrzela łapczywie pragną życia a tego życia nie ma, wali ogonem w co popadnie aż w końcu zdycha. Jak zwykły pies. Ryba.
 
Catarzis przestaje go głaskać, raptownie się odsuwa, głowa Gawina spada z jej kolan, łańcuch napręża się.
 
Gawin: Co robisz. Niewygodnie ci?
 
Przysuwa się do niej.
 
Gawin: Nie zrobię ci krzywdy.
 
Catarzis pozwala na ponowną bliskość. Gawin wręcza jej szklankę z napojem. Następuje chwila ciszy. Gawin znów kładzie głowę na jej kolanach. Łańcuch jest naprężony do granic możliwości.
 
Gawin: Pragniesz mnie?
 
Chwyta ją za rękę, ta jednak wyciąga dłoń z jego dłoni. Gawin odwraca się twarzą do niej, ustawia się w pozycji na czworaka, zbliża twarz do jej twarzy.
 
Gawin: Jesteśmy jak puzzle.
 
Wkłada jej rękę pod spódnicę.
 
Gawin: Widzisz jak pasuje?
 
Catarzis wyciąga jego rękę. Chce przesunąć się dalej, ale łańcuch na to nie pozwala. Wstaje. Gawin robi to co ona.
Gawin rozpina jej bluzkę. Pod spodem ma wyzywający, siatkowany, różowy stanik.
Gawin kładzie się na ziemi i zaczyna naśladować zdychającą rybę.
 
Gawin (pomiędzy drgawkami):Duszę się.
 
Catarzis patrzy na niego i po dłuższym wahaniu ściąga bluzkę i spódnicę, jest ubrana w stringi zrobione z dwóch mocno wpijających się w ciało pasków. Na brzuchu wytatuowany czerwony, wielki, brzydki napis „love”.
Catarzis podaje mu rękę i podnosi go.
Sama kładzie się na ziemi i robi dokładnie to samo co on wcześniej.
 
Catarzis (pomiędzy drgawkami): Bierz i jedz to jest ciało moje.
 
Scena II
 
Catarzis leży na podłodze, śpi w objęciach Gawina. Na szyi cały czas ma łańcuch.
Wanfred powoli budzi się i siada na łóżku. Przeciąga się.
 
Wanfred: Dobrze spałem, całkiem dobrze.
 
Jeszcze raz się przeciąga, bardzo powoli, ziewa. Catarzis budzi się, wstaje, ubiera, otrzepuje, podchodzi do niego, siada obok. Wanfred patrzy na nią.
 
Catarzis:Miała w nocy sen.
 
Po tych słowach zaczyna się trząść.
 
Wanfred:To nic złego.
 
Przytula ją. Milczą.
 
Wanfred: Ja też miałem sen. I teraz już wiem, że to ty.
 
Catarzis ogląda swoją rękę z jednej i drugiej strony, patrzy na nogi. Wzrusza ramionami.
 
Catarzis: Bo tak jest.
Wanfred: Szukałem matki
Catarzis (po długim milczeniu): A co się z nią stało?
Wanfred: i znalazłem ją.
Catarzis: To na pewno dobry znak.
Wanfred: W Tobie.
 
Catarzis milczy.
 
Wanfred: W Twoich biodrach.
 
Catarzis drapie się po głowie.
 
Wanfred: W twoich piersiach.
 
Catarzis spogląda pod swój dekolt.
 
Wanfred: Ona na pewno gdzieś tam jest. Musi być. Wstań.
 
Catarzis wstaje.
 
Wanfred: A teraz się odwróć.
 
Catarzis się odwraca.
 
Wanfred: Zakręć się.
 
Catarzis się kręci.
 
Wanfred: Rozbierz się.
 
Catarzis się rozbiera.
 
Wanfred: Podejdź do mnie.
 
Catarzis podchodzi.
 
Wanfred: Poszukajmy.
 
Wanfred bierze lupę i ogląda ciało Catarzis. Po chwili ją odkłada.
 
Wanfred: Nie ma jej tutaj.
 
Catarzis siada obok niego i głaszcze go po policzku.
 
Catarzis: Bo to nie jest ciało twojej matki
 
Zdrapuje jakiś brud z jego policzka.
 
Wanfred: Chcę w tobie usnąć.
 
Kładzie się na jej kolanach, wierci się chwilę, po czym zmęczony sepleni jak małe dziecko:
 
Wanfred:Chće mi się pić!
 
Catarzis wyjmuje spod bluzki pierś, karmi go.
 
 
 
Scena III
 
Gawin wstaje z podłogi. Podchodzi do nich i staje naprzeciwko karmiącej.
 
Gawin: ile masz lat?
 
Catarzis nie patrzy na niego, zajęta.
 
Catarzis: 25
Gawin: kim jesteś?
 
Catarzis podnosi wzrok.
 
Catarzis: świętą i ladacznicą.
 
Gawin patrzy na nią z miłością.
 
 
 
Scena IV
 
 Gawin siada po lewej (od strony widza) stronie łóżka. Wanfred, pojedzony, wyleguje się z głową na kolanie Catarzis. Odbija mu się.
 
Wanfred: Przepraszam.
 
Masuje się po brzuchu, po czym wstaje i chwyta Catarzis za rękę, ta z trudem podnosi się za nim. Odchodzą od łóżka, stają naprzeciw siebie na odległość kroku.
 
Wanfred: Obserwuję cię już jakiś czas.
 
Puszcza jej dłoń, zaplata ręce na plecach i zaczyna chodzić niespokojnie w kółko.
 
Gawin (kołacząc kołatką, siedząc na łóżku): Krokodyle w bajorze głodno kłapią paszczami.
 
Wanfred: Chodzisz wokół mnie w ciszy. Z daleka, nie podchodząc za blisko, kołyszesz biodrami układając mój chaos w najśmielszy porządek. Porządkujesz papiery w kapeluszu. Czyhające na mnie komary odławiasz klaśnięciem rąk. Obserwuję cię już jakiś czas. Chciałem cię o coś zapytać. Myślę że to ten moment.
 
Catarzis: Skąd wiesz że to właśnie on?
 
Catarzis zerka na Gawina.
Wanfred zatrzymuje się.
 
Wanfred: Słyszałem głos gorejącego krzewu.
 
Catarzis (klęka na te słowa i unosi w górę ręce, kiwa się na lewo i prawo): Ktoś płonie.
 
Wanfred: Obwieścił mnie drugim Abrahamem.
 
Catarzis (kołysząc się, krzyczy w kierunku Gawina) : Ktoś krzyczy w ogniu!
 
Nie spuszcza z niego wzroku, wciąż unosi ręce i kiwa się.
 
Wanfred (nie zważa na to): Mam zostać ojcem a dziecię moje stanąć na straży ludu mego.
 
Gawin (patrząc w podłogę, kołacząc kołatką): Jeden z nich, z bielmem na oczach, kłapie paszczą w naiwnym poszukiwaniu miękkiego ciała które mógłby przeżuć.
 
Wanfred: I chciałbym żebyś dała mi syna.
 
Catarzis ( rozgląda się, na boku): Płonący krzak przemawia tylko do mężczyzny. Ona też potrzebuje znaku.
 
Wanfred: O, stara Saro! W dawnych czasach już od dekady nie uchodziłoby chodzić w tak krótkich sukienkach.
 
Catarzis (coraz bardziej walecznie): Dawne czasy jak mówi nazwa, są dawne.
 
Wanfred śmieje się.
 
Wanfred: Zapomniałaś.
 
Catarzis: O czym?
 
Wanfred: O prawie zapisanym w księdze.
 
Catarzis podnosi dłoń do ucha, nasłuchuje.
 
Catarzis: Słyszysz?
Wanfred: Co?
Catarzis: Słychać jęk palonych stronic.
 
Wanfred znów się uśmiecha.
 
Wanfred: Nie bądź dzieckiem
 
Wanfred ujmuje jej obie dłonie w swoje, jednak szybko odskakuje poparzony. Dmucha na ręce i macha nimi chcąc je ochłodzić. Catarzis zatrzymana przez Wanfreda, nieruchomieje, patrzy na Gawina. Czeka.
 
Wanfred (mniej pewnie, wciąż dmuchając na dłonie): Naprawdę… chciałbym tego..
 
Catarzis (przesuwa się bliżej Gawina) : Nie wie czy ma macicę, czasem wydaje jej się że jest wykastrowana.
 
Wanfred: Nie bądź śmieszna.
 
Catarzis: Nie miewa orgazmu.
 
Wanfred: To niepotrzebne.
 
Wanfred głaszcze ją po głowie, Catarzis odtrąca jego rękę.
 
Wanfred: To jak będzie?
 
Catarzis zwraca się głową do Gawina, wygląda jakby mówiła do niego, lecz ten siedzi na łóżku i niemo patrzy w podłogę.
 
Catarzis (przeciągle): Cisza - na - morzu - wicher - dmie.
Wafred: Saro…
Catarzis (opuszcza głowę):Cisza - na - morzu - wicher - dmie.
Wanfred: Krzak woła na ciebie.
 
Chwila natężonej ciszy.
 
Catarzis: Cisza.
 
Cisza
 
Catarzis: Dobrze.
 
Wanfred chwyta Catarzis za rękę, a ta nie wyrywa się. Klęczy z pochyloną głową.
 
Wanfred: Czyli zgadzasz się?
 
Gawin (kołacze kołatką, ona wypada mu z ręki):Pożarł.
 
Catarzis milczy. Wanfred klęka przed nią. Catarzis płacze. Wanfred kuca obok niej i zaczyna ją rozbierać. On zajmuje się wszystkim, Catarzis nie rusza się, Gawin patrzy. Po wszystkim Catarzis opada na podłogę i wymiotuje. Z wymiocin wygrzebuje niemowlę. Wręcza je Wanfredowi.
 
Catarzis: Masz.
Wanfred: Dziękuję.
 
Wanfred wkłada dziecko do kapelusza i wychodzi.
 
Gawin wstaje i podchodzi do leżącej Catarzis.
 
Gawin: Ile masz lat?
Catarzis (z trudem wymawia słowa): Dwa tysiące.
Gawin: Kim jesteś?
Catarzis: Tą która płonie na stosie z gałęzi mówiącego krzewu.
Gawin patrzy na nią z miłością.
 
 
 
Akt III
 
Scena I
 
Na scenie stoi stół, na nim kapelusz, po lewej i prawej dwa krzesła, łóżko w tle. Po lewej przy stole Catarzis, po prawej Wanfred.
 
Wanfred: Mieszkanie
 
Wyciąga z kapelusza mały, papierowy domek i podsuwa pod usta Catarzis.
 
Wanfred: Am
 
Catarzis otwiera usta, połyka domek.
Wanfred wyciąga kilka banknotów.
 
Wanfred: Pieniądze am
 
Catarzis robi to samo z banknotami co z domkiem.
Wanfred wyciąga figurkę dziecka, dziecko kwili.
 
Wanfred: Bezbronny maluszek am
 
Catarzis połyka dziecko, odbija jej się. Chce wstać i odejść, ale łańcuch okazuje się krótszy niż myślała, chwyta za niego.
 
Catarzis:Ciężko mi, nie mogę się ruszyć.
 
Siada, wzdycha. Wyciąga z kapelusza szmatkę. Wanfred kładzie trzy pary rąk kolejno na oczach i ustach.
 
Catarzis (wyciera szmatką dłonie, wkłada w to wiele siły ponieważ są poważnie brudne): aranżowała, bieliła, cerowała, dusiła, eksperymentowała, farbowała, gotowała, haftowała, jeździła, kupowała, liczyła, łuskała, mieliła, nosiła, opiekała, prasowała, rodziła, soliła, tarła, umywała, wycierała. A ty?
Wanfred: Zarabiałem.
 
Kładzie ostatnią parę na uszach.
 
Catarzis: Chce odejść stąd.
 
Catarzis wyciąga z torebki paczkę tabletek, wysypuje je na rękę i połyka. Popija wodą.
Gaśnie światło.
 
 
Scena II
 
Trybunał starców, Catarzis.
 
Kurtyna całkowicie się odsłania, zza niej wyłania się drewniana ława, na niej starcy w długich szatach, kolory szat to (od lewej do prawej): czerwień, pomarańcz, żółć, zieleń, błękit, fiolet, złoto. Na głowie kaptury, nie można rozpoznać płci.
Catarzis podchodzi, staje przed nimi, czeka aż się odezwą.
 
Wszyscy razem: Z czym przychodzisz?
Catarzis (obraca się wokół własne osi): Z tym co niosę ze sobą pomiędzy wdechem a wydechem.
Wszyscy razem: Czy ciąży to?
Catarzis (zatrzymuje się, kręci jej się w głowie, musi oprzeć się o bok ławy): Przy każdym ruchu wpija się w ciało spojrzenie matek i ojców wrogi wzrok.
Wszyscy: Jak iść skupienie nie na cel swój lecz na ból kierując?
Catarzis: Oto sen:
Stoję  pośrodku wielkiego ogrodu. Wokół rosną olbrzymie, silne drzewa zasłaniające cały horyzont. Patrzę w granatowe niebo bo tylko tam mój wzrok może swobodnie dryfować. Płyną po nim stada kormoranów, zgrabnie pędzą bocianie klucze. Niestety, jeden po drugim, przelatując nad moim ogrodem kolejno nadziewają się na wystające gałęzie drzew i spadają mi pod nogi. Zaczynam chodzić między nimi, widzę wnętrzności wypływające z przebitych boków. Szczęściem mam przy sobie grubą igłę i nić, biorę ich ciała na kolana i zaszywam je równym ściegiem. Po zakończonej pracy kormorany chodzą wokół kłapiąc dziobami, moje ręce całe są z krwi. Wykrwawiam się, pokłuta grubą igłą.
 
Następuje chwila ciszy.
Po chwili:
 
Wszyscy: Za
 
Każdy wypowiadając swoja kwestię uderza laską o podłogę. Kolejno.
 
Czerwień (cichym głosem):słabość
Pomarańcz:bierność
Żółć: smutek
Zieleń: miłość
Błękit: stłumienie
Fiolet: pozostawanie ślepą
Złoto: pozostawanie głuchą
Wszyscy (stukają laskami i orzekają razem): nie ukarzemy cię. Odejdź w pokoju.
 
Kurtyna przesuwa się na swoje pierwotne miejsce.
 
 
 
Scena III
 
Znów pokój ze stołem, ciemność, po chwili zapala się światło, dwie postaci przy stole. Catarzis oszołomiona lekami podnosi powoli głowę, Wanfred nadal siedzi w tej samej pozycji.
 
Catarzis (szarpie go):Obudź się!
 
Manfred nie reaguje. Catarzis powoli i niezgrabnie stara się ściągnąć łańcuch z szyi. Nie udaje jej się to. Wstaje, podchodzi do niego. Ściąga mu dłonie z uszu, oczu, ust, ten nie daje się.
 
Catarzis (szamocząc się z nim, podniesionym głosem): Jesteśmy piramidami! Bez znaczenia trwamy. Jemy, śpimy, sramy. W ramy ujęci, na wpół objęci, kto? Ja i wy.
 
Catarzis rezygnuje z mocowania się, niezgrabnie gramoli się na stół, staje w rozkroku przodem do publiczności. Ręce opadają jej wzdłuż ciała. Na szyi ma łańcuch.
 
Catarzis: Kto wyznaczył te role, kto lustro mi rozdarciem znaczył, tobie zaś zrobił tarczą do obrony. Tchórzu. Mężczyzno. Błaźnie. Boże. Adam, mit poznania Drzewa, Lilith, Ewa, mity, przykazania, krzyże, bulle, księgi, stosy, miecz, krew, seks, morderstwa, kraina pełna szyderstwa. 
 
Wchodzi Gawin. Staje po lewej stronie stołu, szarpie ją za rękę.
 
Gawin: Daj mi, chcę jeszcze.
 
Wanfred opuszcza dłonie i zaczyna kwilić. Na scenie panuje chaos, Gawin szarpie rękę Catarzis, Wanfred wali pięściami w stół, innymi trze oczy, jeszcze innymi ciągnie Catarzis na swoją stronę.
 
Wanfred (marudzi, płacze): Wanfled głodny, wanfled chće pić.
 
Catarzis targana na prawo i lewo zaczyna wrzeszczeć. Ta scena chaosu trochę trwa.
 
Za oknem pojawia się chór kalekich dziewczynek.
 
Chór (śpiewa) : Gdzie nici mają swój początek
                           Tam koniec swój też muszą mieścić.
                           Co się złączyło musi odpaść
                           Co zaś odpadło musi wznieść się.
                           Wszystko ma miejsce swoje w świecie
                            I chaos miewa swój porządek.
                            Lecz rozpaść musi się na dziecię
                            To co starością swoją razi
                            A to co siły ma za wiele
                            Musi samego siebie zdradzić.
 
                           Gdzie nici mają swój początek
                           Tam koniec swój też muszą mieścić.
                           Co się złączyło musi odpaść
                           Co zaś odpadło musi wznieść się.
 
 
Catarzis (wrzeszczy): Jaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa Pękam!
 
Rozlega się odgłos darcia szat, z wnętrza Catarzis wypada dziecko, mężczyźni widząc to puszczają jej ręce. Catarzis spada martwa ze stołu. Mężczyźni rzucają się na siebie, jeden drugiemu odrywa rękę i zjada ją, z uszami, nosem robią to samo, w końcu upadają martwi na scenę. Dziewczynki znikają.
 
Scenę pokrywa ciemność. Następuje długo wyczekiwana cisza.
 
Po jakimś czasie z góry sceny padają dwa światła. Jedno słabe, krążące po scenie dotąd, aż zatrzyma się na leżących ciałach, drugie -bardzo silne- natrafia na leżące dziecko.
W tym momencie rozlega się jego krzyk. Dziecko powoli wstaje i na czworakach zwiedza scenę. W końcu podchodzi do porozrywanych części męskich ciał, ogląda je, śmieje się, bawi nimi, bierze do ust, gryzie, żuje, połyka.
 
Na scenie rozlega się spokojna, łagodna muzyka.
 
 
                                               
                                                              Kurtyna.



Kinga Kościak (ur. 1985) - nagrodzona Przepustką Literacką magazynu Zwierciadło w 2007 roku, współpracuje z czasopismem literackim Po-mysł. Obecnie wymyśla temat pracy doktorskiej i fabułę książki, której wydanie śni jej się po nocach.



Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry