Pouczony opuszczał Jasną Polanę, wsiadał do powozu i wyruszał w szeroki świat, aby szerzyć idee Królestwa Bożego, sprawiedliwości oraz chrześcijańskiej anarchii. Lista obecnych w Jasnej Polanie przekroczyłaby rozmiary niniejszego felietonu. „Ten człowiek jest równy Bogu” – stwierdził z lękiem Maksym Gorki; miał zresztą prywatny powód, by tak twierdzić. Wiadomo, że dwukrotnie próbował i po dwakroć nie został wpuszczony do Tołstoja. Nie dowiedział się, jak żyć.
Ciekawe, jak to się działo, że ktoś w Bostonie, Pradze czy Petersburgu dochodził do wniosku, iż jego życie jest zupełnie pozbawione jakości i jechał do Jasnej Polany, aby je tam uzupełnić? Co nas skłania do powzięcia podejrzenia, że żyjemy niejako nijako i że dzięki konsultacji z białobrodym starcem będziemy mogli żyć jakoś? Tego to już zupełnie nie wiem.
Zdradzę sekret jednej z takich porad. Onegdaj Aleksander Kuprin zwrócił się do mędrca z Jasnej Polany z problemem, jak pisać. Dowiedział się, że ma pisać własnym stylem i nie przejmować się radami innych. Wyrocznia iście eleacka, acz wprowadzona w życie ze szczęśliwym skutkiem.
Wyznanie będzie ryzykowne, więc proszę o fanfary: nigdy jakoś nie umiałem odnaleźć się w świecie. Ostatnio coraz częściej dochodzę do wniosku, że to fatalne położenie zawdzięczam wrodzonej alergii na Mistrzów. Nie mam złudzeń co do tego, że moje życie jest jednoprzymiotnikowe jak wybory na Białorusi (rzeczony przymiotnik nie nadaje się powtórzenia na łamach szanującego się pisma, więc zmilczę). Powiecie: nic prostszego, było wsiąść do antonowa, do tej jaskółki w delirce, i polecieć; jeśli już nie do Lwa Tołstoja, to do jakiegoś innego batiuszki.
Tylko że z autorytetami za moich szczenięcych lat był jeden problem. Chodziło się na przykład do szkolnego drużynowego HSPS (Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej) i pytało „Jak żyć?”, a drużynowy odpowiadał: „Żyj jak towarzysz Lenin”. Była to niewątpliwie rada budząca libertyńskie skojarzenia. Lecz o ile mnie pamięć nie zawodzi, odrzuciłem ją z innych powodów. Doradzać komuś w 70. latach XX wieku, żeby żył jak Lenin, Kopernik czy Kochanowski, to znaczyło tyle, co namawiać do samobójstwa.
Tak więc zostałem bez autorytetu. Zupełna ideologiczna sierotka. Wiadomo, czym jest życie bez autorytetu. Chaosem tudzież bezhołowiem.
Niegdyś na przykład uznawałem się za artystę (jak wiadomo, ten status można osiągnąć tylko drogą uzurpacji i kilku idiotycznych zachowań). W tym moim uznawaniu się tkwił jednak pewien szkopuł. Otóż wiadomo, że prawdziwi artyści rozmawiają zawsze o pieniądzach. Warto to zapamiętać: prawdziwi artyści niczym się nie różnią od prawdziwych polityków, prawdziwych mechaników czy prawdziwych ascetów. Wszyscy prawdziwi ludzie gadają o szmalcu. Nie ma lepszej rozrywki ani w ogóle godniejszego zajęcia niż gadanie o czymś, czego się nie ma, wie o tym każdy metafizyk. Naturalnie – każdy prawdziwy metafizyk. Rzecz w tym, że o ile z jednej strony odczuwałem pociąg do sztuki, co, jak wiemy, obliguje do mówienia o kasie, z drugiej – zawsze starałem się być gentlemanem, gentlemani zaś o pieniądzach nie rozmawiają.
Prawdę mówiąc, drażni mnie ten paradoksalny pat. Można być albo artystą, albo gentlemanem. I co tu wybrać w charakterze tak zwanego posłannictwa życiowego? Bądź tu mądry i pisz wiersze. Albo raczej: bądź mądry i nie pisz wierszy.
Pewne wskazówki jednak są: gadanie o pieniądzach samych pieniędzy nie pomnaża, raczej sugeruje ich brak. Z drugiej strony (życie nie świat, strony są tylko dwie!), unikanie rozmów o mamonie z nikogo nie uczyniło jeszcze gentlemana, z niejednego natomiast snobistycznego dziwaka. Wszystkie opowieści o świętych ascetach zaczynają się od pieniędzy: „rozdał wszystkie swoje dobra ubogim”. Posiadanie pieniędzy ukazuje się oto z nowej perspektywy i z nowymi perspektywami – można rozdać kasę i zostać ascetą. Problem jednak w tym, że ascetą się zostaje, a nędzarzem się jest. Ekonomiczny warunek ascezy: trzeba mieć, żeby rozdawać. Jak się nie ma, to trzeba zarabiać, zarabiać i zarabiać, dopóki się nie zarobi tyle, żeby móc rozdawać. A jeżeli się jednak nie zarobi, to cóż: trzeba jeszcze, jeszcze i jeszcze harować. Na ogół przysłowiowe „dochodzenie do czegoś w życiu” kosztuje tyle harówki, że jak już człowiek dojdzie, to zapomina na śmierć, po co szedł, i ani mu w głowie rozdawanie biednym. W dodatku niewielu się udaje osiągnąć sukces. Po prostu człowiek haruje i zarabia na okrągło i to jest właśnie normalność, która polega mniej więcej na tym, że jest się ascetą, tylko bez świętości.
Trudno zadowolić ubogich, wziąwszy pod uwagę apanaże ascetów. Jeszcze trudniej zadowolić siebie.
Być dziwakiem znaczy mniej więcej tyle: być gentlemanem wśród artystów albo artystą wśród gentlemanów.
Tak więc, najostrożniej, radziłbym każdemu zostać gentlemanem. Przynajmniej próbować. A jeśli komuś ciężko nawet próbować, to niech chociaż próbuje próbować.
Stefan Themerson, wielki piewca przyzwoitości, łagodności i dobrych obyczajów, a przy tym wszystkim (to połączenie niektórym może się wydać skandalem) awangardowy artysta, napisał kiedyś: „Poezja nie jest wieczna. Miłość nie jest wieczna. Dobre maniery są wieczne”.
Ale na tym problem się nie kończy.
Zajrzyjmy na chwilę do powieści zmarłego niedawno kubańskiego pisarza, Guillerma Cabrery Infantego Tres Tristes Tigres (Trzy smutne tygrysy). Dwie modelki, przyjaciółki Arsenia Cué, bohatera książki, chcą mu zafundować prywatny pokaz bielizny. Warto sobie uzmysłowić, że mamy lata 50., za oknem powieści tętni nocnym życiem zmysłowa Hawana Fulgencia Batisty, tego „reakcyjnego pachołka Ameryki", jak za parę lat powie brodaty Dyktator. Miasto wspaniale zepsute, zepsute do szpiku kości, jeszcze niepoddane „castracji”.
„Rano kanarki, po południu orkiestra, wieczorem balony”, tak napisał Wallace Stevens w wierszu Academic Discourse in Havana.
Przypuszczam, że Stevens się nie mylił, że musiał to być właśnie wieczór, skoro dziewczęta u Infantego postanowiły wypróbować na chłopcu nową kolekcję biustonoszy. I oto w pewnym momencie pada pytanie o konsekwencje tego prywatnego pokazu: czy bohater w towarzystwie rozebranych dziewczyn okaże się gentlemanem, czy mężczyzną?
Zresztą nic tu nie jest proste, bo pytanie dziewcząt zawiera dwa wątki:
a) aż gentlemanem czy tylko mężczyzną?
b) tylko gentlemanem czy aż mężczyzną?
No właśnie, jak myślicie?
Bohater, jazzowy muzyk, jeszcze na tym etapie opowieści okazał się gentlemanem. I znowu, jak to bywa przy każdej lekcji wielkiej literatury, poczułem na karku oddech niedościgłego wzoru. Jak to się nazywa? Tworzenie nowych połączeń synaptycznych.
Piszę o tym obrazie z Tygrysów... Infantego nie bez rezygnacji. W analogicznych warunkach, mimo długoletnich starań o przyswojenie sobie kodeksu dobrych manier (które są wieczne), niestety, padałem ofiarą... Ale w żadnym wypadku – ofiarą niedyskrecji. Choć w każdym razie ofiarą wrodzonej awersji do subtelnych wspomnień.
Tak to zwykle – zejściem na temat kobiet – kończy się nasz uporczywy wysiłek nierozmawiania o pieniądzach.
Czas to skądinąd pieniądz, stąd wniosek, że artyści cały czas mówią o czasie. Natomiast gentlemani, zapewne jako szczęśliwcy, godzin nie liczą. Godzin, lat, pieniędzy również. Ale jeśli są szczęśliwi i jeżeli przy tym wszystkim występują stadnie, na przykład pod postacią rodziny, to można mieć pewność, że wszyscy są tak samo szczęśliwi. Co innego nieszczęśliwcy: każdy z nich jest nieszczęśliwy na swój sposób. Za takich zaś – uważam artystów. Prawda, że to wszystko skomplikowane?
Cóż, szczęście wymaga od człowieka powściągliwości, taktu, no i – sami wiecie. Omijania trudnego tematu pieniędzy.
Tak, niemniej jednak wniosek z powyższych rozważań płynie taki: mądrości ludowe służą do tego, żeby się w nich zaplątać i nie móc się potem wydobyć na powierzchnię.






Komentarze