Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka


ON


reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Felieton/Esej > Baczewski Marek K. E: Apollo gądł na lutni Ziggy played guitar

Baczewski Marek K. E: Apollo gądł na lutni Ziggy played guitar

Przywołuję wielojęzyczne słowa Andrzeja Sosnowskiego, by zilustrować w ten sposób pewną historycznoliteracką filiację. Ale nasamprzód krótki filologiczny komentarz: „gędźba” to staropolski termin oznaczający tyle samo co „muzykowanie”. Ziggy Stardust natomiast to bohemiczne wcielenie Davida Bowiego.

Czy rzeczywiście tak blisko od Apollina do Zygi Stardusta, jak zdaje się to sugerować fraza Sosnowskiego? Już samo porównanie zawiera w sobie element ryzyka. Ale czy na pewno jest nietrafne? Obydwie postacie są mityczne: pierwsza wywodzi się z panteonu będącego dziś wyłączną domeną nielicznych erudycyjnych argonautów kultury wysokiej, druga (wcale nie mniej iluzoryczna) pochodzi z panteonu współczesnej popkultury. Na koniec dodam (acz wiele upraszczając), że obydwaj nasi bohaterowie mają za sobą pewien epizod kosmiczny.

Jedną z kluczowych tajemnic warsztatu Andrzeja Sosnowskiego jest naturalne wręcz zespolenie tropów klasycznych lektur (w innym wierszu tego samego autora trafimy na zabawne określenie kanonu drukowanych arcydzieł: „rzewny spadek po Gutenbergu”) z tekstami w najwyższym tego słowa znaczeniu popularnymi: sformułowaniami typowymi dla publicystyki popularnonaukowej, reklam, masowych filmów etc. Mamy więc do czynienia z autorem programowo eklektycznym. Należy jednak zachować umiar w formułowaniu kategorycznych sądów.
Ale czyżby Apolla i Stardusta (Bowiego) łączyło tylko to jedno spotkanie: w cokolwiek odruchowym wersecie Andrzeja Sosnowskiego?
Od pewnego czasu zaczynam podejrzewać autora mojej ulubionej opowieści, Odysei, o kontakty (i konszachty) z międzynarodówką postmodernistyczną. Pozwolę sobie przywołać dwie poszlaki, choć zapewniam, że baczny czytelnik w tekście poematu znajdzie ich więcej.
Otóż w VIII pieśni utworu pojawia się postać, która miała na różne sposoby nurtować historyków literatury. To Demodokos, ociemniały pieśniarz, w którym, jak sądzą niektórzy z badaczy, Homer dał swój własny autoportret. Jego pieśni mają ubarwić ucztę wydaną przez króla Feaków na cześć Nieznanego Wędrowca (Odysa). Już sam zamysł fetowania Obcego wydaje się przepojony Derridiańskim duchem gościnności, aczkolwiek ja sam miałbym tu jedno zastrzeżenie: celebra to forma sprawowania kontroli. Gościnność uchodzi za jedną z narodowych cnót, a przecież jest ona formą układu immunologicznego.
Kim był nadworny pieśniarz króla Alkinoosa? Dowiadujemy się niewiele: serce natchnione przez bogów, kochanek Muzy. Same truizmy. Tego, co Homer nazywa „darem pieśni”, Demodokos nie otrzymał za darmo. Zapłacił utratą jednego ze zmysłów. A więc nie wiemy wiele: rzeczywiście, wszystko to są epitety, które śpiewakowi należą się z rapsodycznego rozdzielnika: tak samo jak gromowładność Zeusowi, a różanopalczastość Eos.
Przy tych wszystkich banałach – mamy jednakowoż dwa pewniki. Pierwszy: aojda gądł na instrumencie do gędźby stworzonym: na gęśli. Drugi: gądł i ględził. Opiewał mianowicie przygody rycerzy spod Troi (czyli, z grubsza biorąc, przedmiot pierwszego poematu Homera). I to ostatnie wydaje się piszącemu te słowa intertekstualizmem dość grubym, aby podać w wątpliwość skądinąd młodą legendę o niepokalanym poczęciu literatury.
Są takie idealistyczne dusze, które nic tylko by narzekały na rozmnożenie w naszych czasach wierszy opowiadających o wierszach i literatury o literaturze. Otóż widzimy teraz dokładnie moment, w którym zaczął się ów upadek. Pierwszym upadłym był Homer.
Czy można dziś jeszcze bezkarnie wygłosić sentencję o szczęśliwych oraz nieszczęśliwych rodzinach, nie czując się przy tym ani trochę rosyjską arystokratką, ściskającą w ręku peronówkę bez prawa powrotu? Wszystko to są prawa postmodernistycznej dżungli. Chyba że uznamy Homera za jedną z Syren.
A skoro już jesteśmy przy Syrenach, to pora na drugi podejrzany epizod. Mam na myśli, rzecz jasna, wycieczkę Odyseusza na wyspę śpiewających potworów. Albo Nabokov miał rację twierdząc, że muzyka to najprymitywniejsza ze sztuk, albo Syreny byłyby najbardziej cywilizowanym z znanych gatunków bestii, bowiem tradycja przypisuje im biegłość wokalno-instrumentalną. Koncertowały – powiada nasz epos – na skalistej wysepce opodal wyspy nimfy Kirke. Nie czyniły tego całkiem za darmo. Żeglarze, zasłuchawszy się w pieśń Syren, zwracali swe okręty w kierunku wyspy, nie zważając wcale na skaliste wybrzeże. Ginęli oczarowani muzyką potworów. Nie wiadomo dokładnie, do czego potrzebna była ich śmierć. W najgorszym przypadku ich zwłoki zostawały spożyte, w najlepszym – skatalogowane.
Odys wyrusza na spotkanie Syren zabezpieczony w zapas dobrych rad czarodziejki Kirke. Wie, że trzeba zalepić sobie uszy woskiem, by nie ulec czarowi pieśni straszydeł. Gdyby to faktycznie uczynił, nie poznalibyśmy pieśni Syren. Przeznaczenie jednak chciało inaczej.
Snując swe skądinąd finezyjne rozważania o powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, Darwin dopuścił się skandalicznego zaniedbania. Pominął mianowicie przykładny los potworów. Te nadmiernie uzbrojone istoty, pozbawione naturalnych wrogów we własnym środowisku bytowym (jeśli nie brać pod uwagę wątpliwego zestawu legendarnych postaci, takich jak Boewulf, Krak i święty Jerzy), zapomniały z kretesem o podstawowym imperatywie ewolucyjnym, to znaczy o obowiązku ciągłego doskonalenia zdolności cielesno-duchowych. Bezmyślnie rozkoszując się autodestrukcyjnym komfortem panów wszelkiego stworzenia nieszczęsne stworzenia opadły całkiem z sił. Z biegiem czasu wyjałowiły swe nisze ekologiczne z zasobów pożywienia. A jako że permanentny luksus przytępia zmysły, żadna z tych żałosnych kreatur nie usłyszała, bo nie mogła usłyszeć, że oto na peryferiach świata pewien szczególnie eksperymentalny gatunek małp wykuwa gdzieś w szuwarach niezawodną broń przeciw potworom tego świata: nihilizm metafizyczny. Tak oto dostatek prędzej albo później musiał uczynić z nich jedno wielkie pokolenie Hiobów.
Jeśli bogowie w homeryckich czasach z trudem dorastali do rangi kiczu, to ówczesnych potworów nie sposób obdarzyć inną nazwą niźli życiowych nieudaczników. Przyjrzyjmy się z bliska Syrenom. Ptaki? W pewnym sensie, lecz pozbawione umiejętności latania. Kobiety? Zapewne, aczkolwiek żadne ze znanych źródeł nie wspomina ni słowem o urodzie, która mogłaby zwabić nawet przysłowiowo niewybrednych marynarzy. Otóż istnieją pewne przesłanki, by wysnuć domniemanie, że w czasach przedhistorycznych gatunek potworów stanął przed poważnym problemem: utracił mianowicie wszystkie przyrodzone talenty. Bestie antycznego świata musiały odwołać się do kuglarstwa, prestidigitatorstwa, do mamienia zmysłów. Jednym słowem: do Sztuki.
Pantera opisana przez Arystotelesa przyciągała ofiary cudownym zapachem swego ciała. Wąż został słynnym hipnotyzerem. Lamie, mityczne wężokobiety, zanęcały pokarm korzystając z niezwykłej, oszałamiającej sztuki gwizdania. Wieloryb Behemot wcielał się w gościnną wyspę, wabiąc stęsknionych za lądem żeglarzy ułudą tropikalnych plaż i pięciogwiazdkowych hoteli. Gościnność Behemota okazywała się jednak zwodniczą iluzją. Ledwie przybysze wychodzili na ląd, potwór zanurzał się w odmętach oceanu i pożerał nierozważnych gości. Minotaur i Sfinks, zwierzęta będące same w sobie jedną wielką zagadką, odwoływały się do szaradziarskich instynktów swego przyszłego pożywienia. Syreny zwodziły kunsztem wokalnym.
Kirke była przewidująca. Wiedziała, że Odys z pewnością nie oprze się pokusie wysłuchania pieśni Syren. Znalazła się i na to rada. Bohater przepłynie obok wyspy potworów z otwartymi na oścież uszami, lecz przywiązany powrozem do masztu okrętu. Tak się też stało. A więc zapobiegliwości Kirke oraz dociekliwości Odysa zawdzięczamy wiedzę o pieśni Syren.
Co było tak wabiącego w pieśni Syren, że twardzi żeglarze zwracali żagle w stronę wyspy, nie zważając wcale na wystające z wody krawędzie ostrych skał? Czy Syreny kusiły formą? A może jednak treścią? Wiedzeni estetycznym instynktem, skłanialibyśmy się raczej za tym pierwszym rozwiązaniem.
Tymczasem po kilku tysiącach lat eksploatacji świat bezpowrotnie utracił zdolność do tworzenia i słuchania tej pierwotnej pieśni, która była zdolna tak zawładnąć sercami słuchaczy, że tracili oni wiedzę o jakimkolwiek innym świecie poza przedstawionym. Pieśni ulegają inflacji. Gorsze wypierają z rynku lepsze. Ten sam przykry los spotyka estetyczną wrażliwość. W rezultacie dziś pieśni i ich potencjalni słuchacze przechodzą obok siebie obojętnie.
Jedno jest jasne. Apollo był gądł. Dziś już nie gędzi. Czyżby obwisłozady ród polskich poetów współczesnych nie dawał mu godnego zastępstwa? Najwidoczniej.
Akademiccy krytycy sztuki, tacy jak Stéphane Mallarmé, byliby skłonni twierdzić, że dzieje się tak za sprawą skandalicznej degradacji gustu: sztuki odczuwania i rozpoznawania piękna. Jeśli współcześni żeglarze omijają jeszcze wyspę Syren, nie czynią tego z obawy przed rozbiciem swych czarnorufych okrętów o skaliste brzegi pieśni, lecz po prostu boją się zasnąć z nudów.
Czując na języku mdławy smak opisanej już przez kogoś magdalenki Odys zapragnął zerwać krępujące go więzy, by rzucić się wpław na wyspę i unicestwić nudziarskie ptaszydła. Tak brzmi współczesna wersja dwunastej pieśni Odysei.
Czym kuszą Syreny? Formą czy treścią? Czy tak samo jak dzisiejsi artyści i one musiały dokonywać dramatycznych wyborów między poruszaniem publiczności a poruszaniem tematów?
Zapewne niejeden Adrian Leverkühn z wypiekami na twarzy czytał wersy 154-264 dwunastej pieśni Odysei. Spotkał go gorzki zawód. W tekście nie znajdziemy najmniejszej wskazówki instrumentacyjnej. Czy było tam vivace? Czy maestoso? Nie wiadomo. Żeby przynajmniej podali, jaki był strój gęśli...! Dorycki? A może frygijski? A kwestia techniki wykonawczej? Czy Syreny grały pizzicato? Czy też używały plektronu? A oktawy? A koloratury? Próżne pytania. Słodki jest śpiew słodkośpiewnych Syren. Reszta musi pozostać w sferze domysłów. Autor największego być może poematu w dziejach ludzkości najniezawodniej zszedł z tego świata z ironicznym uśmiechem na ustach.
Otóż bowiem prawda poematu wygląda tak: muzykalne monstra odwołują się do tez programowych i zachęt merytorycznych. Oferują Odyseuszowi pieśń o tym, „co z woli bogów wycierpieli Argiwi na równinie trojańskiej”. A zatem byłby to, oględnie mówiąc, temat poprzedniego eposu Homera: Iliady.
Homerowi nie sposób odmówić swego rodzaju marketingowego geniuszu. W ten oto dyskretny sposób zachęca czytelników Odysei do nabycia pierwszego tomu sagi o trojańskiej awanturze Greków.
Czyżby więc naprawdę Syreny miały kusić obietnicą nie formy, lecz treści? Zdumiewające jest to, iż w świetle przytoczonego opisu można by rzec, że posiadły one sztukę indywidualizacji przekazu narracyjnego. Śpiewają pieśni w rzeczy samej nieobojętne sercu słuchacza. A samemu Odysowi pewnie szczególnie miło było słuchać, bowiem słuchał poematu o swoich własnych przygodach rycerskich. Któż by się oparł?
Współcześni nam krytycy muzyczni bez problemów oszacowaliby prawdziwą wartość artystyczną pieśni Syren. A jeśli nie oni, to na pewno listy przebojów. Starożytni Grecy wyruszali w podróż bez discmanów. Mogli sycić zmysły doprawdy byle czym. Byle tylko treść zahaczała o Ich Troje.
Owidiusz uważa, że Syreny były to ptaki o czerwonawym upierzeniu i twarzach dziewic. Grały na instrumentach Apolla: na cytrach (czyli lutniach). Dodajmy: są wyposażone w wiedzę o ludzkiej psychologii i zdolność do komponowania heksametrów. Borges w Zoologii fantastycznej skąpi im ironicznych uwag. Nie odważę się na tezę, że to rezultat profesjonalnej zawiści. Nie ma innych rajów niż raj utracony? Ale, jak się okazuje, istnieją raje utracone mniej oraz bardziej. Ten jest akurat wyjątkowo utracony. Jest to bowiem utracony raj poczucia utraty.
Nie przepadam za tezą o postępującym upadku świata. Uznaję ją za projekcję naszego własnego zużycia na zewnętrzną rzeczywistość. Starzejemy się sami, a produktami naszego upadku obarczamy świat. To nie jest w porządku wobec tego kochanego padołku. Bądźmy szczerzy. Świat nie zasłużył sobie na naszą niełaskę.
W alegorycznych dociekaniach wczesnośredniowiecznych teologów postacie opisanego wyżej epizodu Odysei zaczynają się w nieco farsowy sposób wymieniać rolami. Odyseusz jest struną rozpiętą na harfie masztu Krzyża (wszystko tu jest potrzebne, niczego nie skreślać!); struną, której dźwięk zagłusza zwodniczą pieśń potworów tego świata. „Odkąd bowiem Chrystus Pan został przybity do krzyża, odtąd jakby z zatkanymi uszami omijamy niebezpieczne pokusy; nie zatrzymuje nas bowiem zgubny głos doczesnego świata ani nie zbaczamy z kursu słusznego życia na zdradliwe rafy rozkoszy” – czytamy w jednym z kazań św. Maksyma z Turynu (V w.). I dalej jeszcze: „każdy, kto przywiąże się do masztu krzyża albo uszy swoje zatka woskiem Pisma Świętego, nie będzie sie lękał. Chrystus Pan zatem zawisł na krzyżu, by uratować cały rodzaj ludzki z katastrofy tego świata”.
Oto dlaczego Syreny nikogo już nie zwodzą na manowce. Pytanie o kuszenie Syren należy dziś jednak postawić inaczej: z jakiegoż to powodu wiersze drukowane w elitarnych magazynach literackich nie zyskują w dzisiejszych czasach szerokiego czytelniczego odbioru? Odpowiedź byłaby prosta. Ponieważ prawowitym i autentycznym spadkobiercą Apollina (tego samego, co był gądł na lutni) nie jest liryk przesiąknięty na wskroś stęchlizną starych ksiąg, tylko facet z gitarą. Zwykły, mniej lub bardziej trzeźwy rockman. Ot, choćby Ziggy Stardust.


Marek K. E. Baczewski (ur. 1967) -  poeta, prozaik, eseista, krytyk literacki, autor słuchowisk radiowych. Debiut książkowy i prasowy: 1994. Współpracownik "Witryny Czasopism".


Foto: Agnieszka Sitko.

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry



Copyright © neurokultura 2010 | projekt i wykonanie: sza-sza homework studio