Ale co to znaczy: czytać rozgardiasz? Cóż począć, jeśli i w metaświecie – świecie kreacji artystycznej – przyjdzie nam się błąkać w dżungli chaosu?
Czytelnik literatury awangardowej dobrze wie, jak bardzo dojmujące może być to lekturowe doznanie. Utwór awangardowy stawia odbiorcę w stan radykalnej niepewności: niepewności co do gatunku, miejsca, czasu i akcji. Zakłócenie tożsamości utworu, spójności uświęconej klasycznym systemem norm i zakazów, a w szczególności rozbicie tradycyjnego podziału na elegię i satyrę, utwór poważny oraz żartobliwy – oto argumenty, które podnoszą spłoszeni czytelnicy awangardy, rejterując w popłochu z pola bitwy (militarna aluzja oznacza w tym wypadku czytelnię).
Znamy to uczucie. Dobra książka jest jak dobry sen, zła książka – jak złe przebudzenie.
Czytanie miało mi sprawić przyjemność. Dlaczego nie sprawia? Czytanie miało mnie podnieść na duchu. Dlaczego nie podnosi? Czytanie miało mnie wyzwolić od mozołu żywota. Dlaczego nie wyzwala?
Ponętne zdanie Adama Czerniawskiego: właściwym i jedynym przeżyciem estetycznym, co do którego można mieć zaufanie, jest doznanie porządku w chaosie codziennego życia. Twórczość podejmująca ruch w przeciwnym kierunku byłaby zatem antyliteraturą.
W słynnym swego czasu eseju Przeciw interpretacji Susan Sontag poruszyła problem wzajemnych tarć i antagonizmów między oryginalnym tekstem a jego egzegezą. Interpretacja unicestwia pierwotny tekst – oto jedna z radykalnych tez szkicu Sontag. Czy nie rozumiecie – powiada zaciekły hermeneuta – że X to naprawdę A, Y to B, Z to faktycznie C? Nazwijmy nos Trzecim Uchem. Czy nadal mam nos?
W miejsce powszechnego imperatywu wykładni Sontag proponuje dość enigmatyczny erotyzm w kontaktach ze sztuką. Reszta jest gwałtem.
Nie Charitas więc i nie Agape, lecz Eros. Oto bóstwo, które winno sprawować opiekę nad gabinetem lektur.
Zgoła nie wiem, co by to wszystko miało znaczyć. I wolałbym sobie nie uzmysławiać. Czytanie jest interpretacją.
W podobny sposób jak Sontag stawia kwestię lektury Witold Wirpsza w tekście Sztuka czytania w XX stuleciu (chodzi tu o esej pomieszczony w wydanym w 1965 r. zbiorze szkiców literackich Gra znaczeń; zbiór ten został w 2008 r. powtórzony nakładem Instytutu Mikołowskiego). Autor Liturgii używa wszakże łagodniejszych środków. Utwór literacki zostaje więc pozostawiony do dyspozycji czytającego – bez żadnych rygorów, bez warunków wstępnych, bez obowiązku przestrzegania dominujących wykładni:
zorganizowany tekst literacki jest dla czytelnika chaosem; czytelnik ma prawo do organizacji wtórej, wtóra organizacja zaczyna się, powiedzmy, od wyboru i wybiórczości.
Wirpsza ukuwa zatem pojęcie lektury – palimpsestu. Czytelnikowi przysługuje prawo do interpretacyjnej swobody. Może on w pewnym stopniu – i tylko w pewnym stopniu! – zatrzeć tekst poddany lekturze i zapisać na oczyszczonym w ten sposób polu własne swoje treści. Autor Sensu Fortynbrasa – inaczej niż Sontag – nie widzi w tym nic niestosownego. Tylko autorom i krytykom zorientowanym na zniewolenie czytelniczego targetu postępowanie takie może kojarzyć się z wiwisekcją. Oryginalny, pierwotny tekst tak czy inaczej będzie wszak przeświecał spod tekstu nadpisanego.
Interpretacja taka ma, musi i powinna być naznaczona zupełną dowolnością, by nie rzec, swawolą. Wirpsza–dyktator raz jeden tylko korzysta z prerogatyw satrapy, by przymusić nas, czytających, do wolności.
Żadna instancja ni instytucja nie ma prawa narzucać czytelnikowi hermeneutycznego wzorca. Oto na czym polega zasada palimpsestu:
koniecznym jego warunkiem [...] jest swoboda wyobraźni, dowolność wyboru spośród wszelkich wyłaniających się możliwości, nie wykluczająca bynajmniej, lecz wręcz zakładająca postępowanie nielojalne wobec języka pierwotnego, jako jednej z istotnych twórczych szans. Korzystanie z szansy tego rodzaju graniczy przypuszczalnie z fałszerstwem; z całkowicie uprawnionym fałszerstwem (pod warunkiem kreacji), czyli: z całkowicie uprawnionym (pod warunkiem kreacji) kłamstwem. Ucieczka z niepewności w sferę fałszerstw i kłamstw wydaje mi się w dziedzinie estetyki dopuszczalna i płodna.
W systemie estetycznym Witolda Wirpszy czytelnik uzyskał bardzo szerokie kompetencje. Nie jest on deskryptorem ukrytego przesłania, lecz współtwórcą tajemnicy tekstu:
[...] galaktyka utworu powinna mieć szanse rozprzestrzeniania się we wszelkich kierunkach upragnionego i potencjalnie ukrytego w zapisie kosmosu.
Po raz pierwszy więc odkąd dokonany został wynalazek pisma, czytelnik znalazł się w sytuacji całkowicie suwerennej. Do jego wyłącznej dyspozycji oddany został autorytet, który określa metodę czytania, a także sposób odczytania tekstu. Przy czym nie ma on być jedynym wiarygodnym probierzem rzeczy istniejących, czy są, oraz nieistniejących, czy ich nie ma, lecz koczownikiem sensu, homo vagus, kimś, kto opuszcza ustaloną niepewność i udaje się
w dziedzinę niepewności zmiennej: ustawicznego tworzenia. Jest to tworzenie w pustocie, koczownictwo nie geograficzne już, lecz uprawiane po połaciach języków kwalifikowanych, pośród niepokoju i niepewności, a to oznacza: podejrzliwość; że zaś podejrzliwość ta wiedzie nieustannie i niepohamowanie z każdorazowych chaosów danego układu mowy ku nowym kosmosom, jest ona w istocie swej przede wszystkim miłością.
Cóż jednak z naszą przyjemnością, przytłamszonym duchem i ogólnym mozołem bytowania w świecie? Czy książka, słowem, nadal może być wehikułem lepszego życia?
Wirpsza nie podaje w wątpliwość samego czytania. Kwestionuje natomiast zasadę dążenia do przyjemności za każdą cenę, wertykalny porządek ducha, na koniec zaś – taką mozolność ludzkiego żywota, która mogłaby ustąpić pod naporem lektury.
Szansa twórcza, miłość, nowe kosmosy. I jeszcze: nowy ład, nowe szanse, nowe horyzonty. Przyznaję, że stylistyka tego tekstu – Sztuka czytania w XX stuleciu – sprawiła, że moje samopoczucie przebiegło skalę od optymizmu do entuzjazmu.
Spróbujmy jednak zapisać na tym tekście nasz własny palimpsest. Czytelnik wyzwolony zbędzie się nadziei na korzyść z lektury. Cóż więc pozostaje? Ocierając się niebezpiecznie o granicę pleonazmu, sformułujmy wniosek następujący. Jedyna korzyść z lekturowej wolności jest ta... że to w końcu jakaś wolność.
Niezależnie od rzeczywistej rangi przytoczonych powyżej argumentów jedno należy podkreślić. Wolność to trudna i przymierze kładące na barkach czytającego współodpowiedzialność za prawdę tekstu.
Fragment dłuższego eseju, który ukaże się w nowym numerze Nowej Okolicy Poetów.
Foto: Agnieszka Sitko.




