9. czerwca 2003 roku ukończyłam studia psychologiczne. Nie wiem, ilu moich znajomych z roku byłoby skłonnych się do tego dzisiaj przyznać – ale Samson był dla nas wyznacznikiem sukcesu. Marzyliśmy o takiej karierze zawodowej – o tłumie pacjentów w prywatnym gabinecie, bestsellerowych publikacjach, świetle kamer i prestiżu. Samson był uosobieniem tych marzeń, punktem odniesienia, kimś kto w psychologii praktycznej doszedł na sam szczyt, u którego zbocza staliśmy z pachnącymi nowością dyplomami w rękach. Mogliśmy widzieć w nim bohatera – bo nasze obrony odbyły się przed jego aresztowaniem.
26 czerwca 2004 wszystko się zmieniło, chociaż kamery nadal mu towarzyszyły. Ale już nie Andrzejowi Samsonowi, znanemu psychoterapeucie, mądremu człowiekowi, autorowi świetnych książek będących kopalnią wiedzy dla terapeutów ale również dla każdego nie – profesjonalisty, który zechciał po nie sięgnąć. Zaczęły towarzyszyć Andrzejowi S. oskarżonemu o pedofilię, czy wręcz pedofilowi – jak szybko zadecydowały media, a za nimi opinia publiczna.
Nie wiem, czy Samson był winny zarzucanych mu czynów. 7 grudnia 2007 Sąd Okręgowy w Warszawie uchylił wyrok skazujący i skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia w Sądzie Rejonowym. Art. 42 ust. 3 Konstytucji RP stanowi, że każdego uważa się za niewinnego, dopóki jego wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu. Podobny zapis znajdziemy w Kodeksie Postępowania Karnego: Oskarżonego uważa się za niewinnego, dopóki wina jego nie zostanie udowodniona i stwierdzona prawomocnym wyrokiem (art. 5 § 1 kpk). Samson zmarł w trakcie procesu, przed ustaleniem czy zawinił. W myśl rozumienia prawa zmarł jako osoba niewinna. Mówienie lub pisanie o nim: pedofil jest pomówieniem. Nie sądzę, żeby jego bliscy zdecydowali się na walkę z pomówieniami. Nie sądzę też żeby było warto ponownie nagłaśniać tę historię i ponownie przeżywać piekło bycia córką, przyjacielem, czy byłą żoną potencjalnego pedofila. Myślę, że tym, dla których był ważny wystarczy świadomość, że odszedł ciesząc się tym, co cenił najbardziej – wolnością.
Nie wiem, czy był winny ale wiem, że nie sposób kupić publikacji Samsona w księgarniach. I ubolewam – bo bez względu na wszystko to są mądre książki, po które warto sięgnąć. Samson był świetnym psychologiem, pionierem polskiej psychoterapii, kimś kto pokazał nam ten zawód i jego możliwości.
I właśnie dlatego jestem przekonana, że jesteśmy mu coś winni – nawet jeśli nie chcemy tego przyznać. My – terapeuci – bo torował nam drogę do uprawiania psychoterapii, do wyboru trudnego, wymagającego ale za to niezwykle satysfakcjonującego zawodu. My – pacjenci – bo pokazał nam psychoterapię, bo udowadniał, że poharataną duszę można skutecznie leczyć. I my - psycholodzy wygrzewający się w świetle kamer – bo uświadomił nam, że musimy być podwójnie moralni, że publiczność bijąca brawka bez chwili wahania rzuci w nas kamieniami, że dzisiaj ciepłe światło jutro może być zimne, a uroczy prowadzący programy odprowadzą nas pod bramy zakładów karnych, udając, że nas nie znali, nie lubili i podejrzewali, że pod profesjonalnym uśmiechem ukrywało się zwyrodnienie.
Nie będę rozpisywała się o historii Andrzeja Samsona – była na tyle szeroko dyskutowana i rozpowszechniana, że prawdopodobnie każdy z Czytelników ją zna i ocenia. Nie mnie wnikać w to jak. Ale wolno mi ubolewać nad hipokryzją, nad tym, że tak łatwo zapominamy o tym co było dobre, że świetnego fachowca, od którego można się bardzo wiele nauczyć postrzegamy przez jego człowieczeństwo lub jego brak. Nie znałam osobiście Andrzeja Samsona, nie wiem jaki był, co było dla niego ważne, a co zupełnie nieistotne. Ale na podstawie jego licznych wystąpień mogę wnioskować, że nie znosił hipokryzji. Nie sądzę, żeby liczył się ze zdaniem hipokrytów, na pewno nie na tyle aby mogło go ucieszyć lub zmartwić. Nie jestem hipokrytką – sama świadomość, że Samson mógł skrzywdzić któregoś ze swoich pacjentów mnie przeraża. Ale czy nawet przekonanie, że to zrobił umniejsza jego wcześniejsze dokonania?
Jestem psychologiem. Na wybór tego zawodu składa się wiele różnych czynników, na trwanie w nim – jeszcze więcej. Ale najważniejszym jest wiara w ludzi, w ich potencjał, możliwość zmiany. I wiara w to, że mogę komuś pomóc. Nigdy nie zapomnę pierwszego pacjenta, który opuścił mój gabinet po zakończonej psychoterapii. Nie wiem kto był wtedy bardziej szczęśliwy: on, że odchodzi z rozwiązanymi konfliktami i zasobami, dzięki którym będzie potrafił sobie radzić beze mnie, czy ja, że mu pomogłam. Nie zajmuję się dziećmi, bliższa jest mi praca z człowiekiem dorosłym. Mam nadzieję, że moje bycie psychologiem będzie miało szczęśliwe zakończenie, że do samego końca zachowam człowieczeństwo. Mam nadzieję, że mój ostatni pacjent opuści gabinet równie szczęśliwy jak ten pierwszy. Mam nadzieję, że będę żyła długo i szczęśliwie. Mam nadzieję, że przepracuję w tym zawodzie kilkadziesiąt lat i że pomogę wielu osobom i że żadnej nie skrzywdzę. Moje nadzieje nie odbiegają niczym od marzeń innych ludzi. O tym wszystkim zapewne marzył też Samson. I będę o tym pamiętać. Mam nadzieję, że Ty też.
Foto: wiki.




