Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka


ON


reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Felieton/Esej > Kapela Jaś: Dlaczego nie mogę czytać Jacka Dehnela?

Kapela Jaś: Dlaczego nie mogę czytać Jacka Dehnela?

Niechęć jest uczuciem nie wymagającym uzasadnień. Nie można lubić wszystkich, tolerować wszystkiego. To znaczy są tacy, którzy mogą. I do nich - między innymi - żywię instynktową niechęć. Bo jeśli czymś jesteśmy, to jesteśmy tym, co różni nas od innych. Gdyby nie było różnicy, nie byłoby sensu funkcjonować. Bo po co? Skoro inni, lecz tacy sami jak my, mogą zrobić to samo za nas. A jednak nie zrobią. Są takie rzeczy, których nie zrobią. Nikt na przykład za mnie nie napisze tego tekstu, choć czasami bym chciał, żeby ktoś inny go napisał. Lecz tego kogoś nie ma, więc muszę napisać go ja.

Dlaczego nie mogę czytać Jacka Dehnela? Ponieważ nie mogę go czytać, przyjrzyjmy się krótkiemu tekstowi, dostępnemu na witrynie Polityki pt. “Rozpacz z powodu utraty laptopa“. Tekst jest krótki, ale i tak nie mogę obiecać, że wytrwam do końca. Dlatego zacznę od początku. A właściwie tytułu. Więc już sam tytuł mnie mierzi, bo jak to tytuł u Jacka Dehnela nie może być samoistny, musi być odwołaniem, świadczącym o erudycji autora. W tym przypadku Dehnel nawiązuje do książki Jerzego Pilcha “Rozpacz z powodu utraconej furmanki”. Oczywiście tytuł nie świadczy, że tekst Dehnel zamierza się w jakikolwiek odnosić do dzieła Pilcha. W żadnym razie. Jest popisem pustej erudycji. Czy raczej pokazuje, że coś tam w głowie autor ma. A są to na przykład tytuły książek innych pisarzy. Dziwi, co prawda, wybór Pilcha, bo trudno uznać go za patrona literackich poczynań autora “Lali”. Ale niech nie dziwi coś, co nie ma sensu. Zostawmy jednak tytuł. Przejdźmy do pierwszego zdania. Pozostawiam akapit wyboldowany przez redakcję, bo choć można by o nim powiedzieć, to samo, co o pierwszym zdaniu właściwego tekstu, to za wybór dokonany nie przez autora, trudno go obarczać. Może jeszcze zresztą dojdziemy do tych zdań, choć nie sądzę.
 
fot. Kunstee CC (by)

Pierwsze słowa tekstu brzmią: “komputery psują się” i genialność tego odkrycia sprawia, że mam ochotę wyłączyć zakładkę z czytanym felietonem i zabrać się za coś innego. Ale obiecałem sobie przeanalizować swoją niechęć, więc czytam dalej. “Komputery się psują – i nie zaradzi temu fakt, że trzymamy w nich rzeczy dla nas ważne: rodzinne zdjęcia, teksty, skany dokumentów, prace magisterskie i doktoraty… ba, mam wrażenie, że to nawet skłania komputery do złośliwych awarii; równie dobrze moglibyśmy to wszystko trzymać w nieco bardziej inteligentnej wersji sokowirówki (jeśli ktoś nie ma nic przeciwko pulpie owocowej między danymi).” Długie zdanie - dużo powodów do irytacji. Na przykład ten uroczy paradoks głoszący, że komputery nie powinny się psuć, bo trzymamy w nich ważne dla nas rzeczy. Oczywiście urok tego zdania jest dla mnie nieodgadniony i tylko domyślać się mogę, że w zamierzeniu ma ono być urocze. Ach, ten słodki bunt autora przeciwko rzeczom, że są takie jakie są. Przecież równie dobrze mógłby napisać: “domy palą się i nie zaradzi temu fakt, że mieszkają w nich ludzie”. Dehnel bezbłędnie odgaduje odwieczne prawa przyrody i dzieli się radośnie swoją wiedzą z czytelnikami. Pokazując błyskotliwie, że odwieczne prawa można zastosować do gadżetów współczesności. Nad tym ważkim odkryciem również trudno mi przejść do porządku. Może dlatego, że o ile trudno zrobić jest backup domu albo odzyskać rodzinne zdjęcia spalone w czasie wojny, o tyle zrobienie backupu dysku to w dzisiejszych czasach czynność zajmująca pięć minut. Mi zajęło to nawet mniej, bo mam zdolnego brata. Być może Dehnel nie ma brata, choć ma, ale niewykluczone, że jego brat nie jest tak uczynny jak mój. I nie myśli o jego backupach. Ale to już jakby nie jest mój problem. Moim problemem jest, że Dehnel próbuje uniwersalizować sprawy, które uniwersalne nie są. Oczywiście robi to wszystko w lekkim tonie i jakby od niechcenia. Tak jak w kolejnych zdaniach, gdy przypisuje złośliwość przedmiotom martwym. Ta pogańska maniera jest być może zabawna. To znaczy mogłaby być zabawna, gdybyśmy nie żyli w świecie, w którym ciągle ktoś ogląda się przez lewę ramię i odpukuje w niemalowane. Lecz ponieważ żyjemy w takim świecie, jest zwykłym obskuranctwem. Ok, czepiam się. To tylko niewinny żart. Być może, gdyby nie był poprzedzony jowialnym “ba” mógłbym nawet go zrozumieć. Ale tak, niestety nie jestem. Podobnie denerwuje mnie kolejny żarcik porównujący komputer do sokowirówki. Nie dlatego, że sokowirówki jeszcze przez dobrych parę lat nie będę inteligentne, a nazywanie ich tak wynika wyłącznie z inteligencji panów(lub pań) pracujących w agencjach reklamowych, lecz z powodu głupiej metafory zrównującej abstrakcyjne dane z namacalną pulpą. Żart może dobry dla cioć przy rodzinnym stole - jak wszystkie żarty Dehnela - ale już niespecjalnie śmieszy w szanującym się tygodniku. A to dopiero pierwsze zdanie!

Kolejne zdania oczywiście potwierdzają ignorancje autora w kwestiach informatycznych. Otóż wyobraża on sobie, że robienie backupów polega na ciągłym zgrywaniu zawartości komputera na dyski( i tak dobrze, że nie na dyskietki), a potem ukrywaniu ich w różnych zmyślnych miejscach. Kiedy w istocie wystarczy zainstalować odpowiedni program, żeby w określonych odstępach czasu archiwizował przez internet nasze dane na zewnętrznych serwerach. Da się ustawić wszystko tak by robił to raz w tygodniu, ale też co kilka godzin, a nawet minut, jeśli jesteśmy w ciągłym procesie tworzenia. Może to, co prawda, zmniejszać przepustowość łącza. Ale to już nasz wybór. Czy wolimy mieć szybsze łącza, czy zapewnioną ciągłość procesu tworzenia. I proszę mi nie mówić, że być może autor nie ma stałego dostępu do internetu, bo wystarczy zwrócić uwagę na jego - iście herkulesową - działalność na portalu nieszuflada.pl, że ma go aż w nadmiarze. Dalej oczywiście mamy obowiązkowy żart z prezesa pewnej partii. Żart subtelny, bo przecież nie wskazujący z nazwiska, o kogo chodzi. To znaczy mógłby być subtelny, gdybyśmy i tak wszyscy nie wiedzieli, o kogo chodzi. A ponieważ wiemy, to niedopowiedzenie to tworzy jedynie, przyjemne być może, złudzenie, że przynależmy do jakieś większej, elitarnej wspólnoty wiedzy. Przyjemność zmniejsza się, gdy zorientujemy się, że jest to wspólnota ludzi oglądających telewizję, tudzież posiadających internet. Czyli z pewnością nie tak elitarna, jakby życzył to sobie autor. A jednak to życzenie istnieje w podtekście, zważywszy, że wiadome nazwisko nie zostaje jednak wypowiedziane. I znowu nie chce mi się czytać dalej, ale będę próbował.
 
fot. Paolo Camera CC (by)

Dalej autor użala się, że musi kupić nowy komputer, zamiast spędzić całe życie z jednym. A w tym nowym komputerze czają się nowe programy. Nie ważne, że lepsze, ważne, że zmuszają autora do myślenia, której to czynności pisarz za bardzo nie lubi. Bo woli, to co zna. I nie chce zdobywać nowej wiedzy. Choć teoretycznie w przyszłości mogłaby mu zaoszczędzić czasu i pracy. Jak choćby wspomniana przeze mnie wiedza o backupach. Mamy jeszcze genialne odkrycie, że w dzisiejszych czasach pracuje się na komputerze. Doprawdy? Ja wszystkie swoje teksty spisuję gęsim piórem na papirusie i dopiero wtedy oddaje jej opłaconym maszynistkom, które wpisują je do tych diabelskich maszyn. Jest jeszcze zrównania Armageddonu z krecikiem w mieście. Nonszalancja zaiste godna postmodernistycznego klasyka. Na koniec autor ciekaw jest, czy któregoś dnia pojawią się cmentarzyska maszyn. Ciekawość tyleż interesująca, co zbędna, bo wystarczy wejść na strony, gdzie czterdziestolatkowie wspominają swoje amigi, żeby się przekonać. Ale Dehnel nie chce się przekonywać. I gdy zadaje pytanie, tak naprawdę nie zależy mu na odpowiedzi. Pragnie tylko retorycznego fajerwerku i możliwości użycia swoich ulubionych słów jak: “pimpuś” i “pańcia”. Być może to wyłącznie mój problem, że wzbudza moją niechęć autor, który lubi takie fajne słowa. Ale ponieważ jest drukowany, obawiam się, że nie tylko mój.

No i przeczytałem do końca, choć sprawiło mi to wiele bólu. Mam nadzieję, że obecnie moja niechęć jest jasna i nie będę musiał szybko znowu jej precyzować. I mam jeszcze nadzieję, że komuś przeczytanie mojego tekstu sprawiło tyle bólu, co mnie lektura Dehnela.


 


 
Tekst pierwotnie ukazał się w Popkulturalnym blogu Polityki

Lead Fot. Nico Kaiser, Flickr, CC by SA

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry



Copyright © neurokultura 2010 | projekt i wykonanie: sza-sza homework studio