Nie wykonujcie sobie jaj z literatury ojczystej albo rzucając perły czystej elokwencji przed wieprze z trzody czczej erudycji.Postronnemu laikowi, zalęknionemu neoficie względnie skonfundowanemu kibicowi obyczaj panujący w środowisku literackim może się wydać odstręczająco pracochłonny. Pomijam kwestię oficjalnych debat, które ze względów zrozumiałych mogą (czy raczej powinny) być poprzedzone ofiarą na ołtarzu Mnemosyne, bogini RAM-ów, ROM-ów i kołonotatników. Wystarczy przysłuchać się zwykłej kuluarowej konwersacji. Człek odchodzi zbudowany niczym świątynia Opatrzności Bożej. Wszyscy wszystko czytają!
Wzajemne czytanie publikowanych tekstów jest czymś w rodzaju obowiązującego w tej loży wtajemniczenia. Kto wie, czy nie kardynalnym cenzusem.
Jeśli ktoś z was, czytających te słowa, jest dziewiętnastowiecznym przyrodnikiem, w korkowym hełmie i sztylpach, radziłbym się skradać. Radziłbym na paluszkach i z zawietrznej. Cóż by to miał być za nowy gatunek? Być może owe dzieci, owiane legendą, którym czyta cała Polska.
Obowiązuje jeden aksjomat. Nie czytać nie wolno. Takie coś w ogóle nie jest brane pod uwagę. Nie czytać to wydać umysł na wieczne potępienie. Tu nie ma dyspensy. Nie czytać to odstępstwo od praw Absolutu. Tu nie ma alibi. Żadna ślepota ni żaden analfabetyzm nie stanowi usprawiedliwienia. Statystyczny autor wychodzi z założenia, że jego prace przerastają te ograniczenia. Niechby tylko jaki barbarzyńca miał czelność znieprawić dzieło higienicznym użytkiem! Wody kloaczne wierzgną ścięte zachwytem.
Nie pomogą tu powszechnie dostępne kryteria skromności. Skromność autorów mierzy się inną miarą. Beczką Danaid.
W każdym razie wiemy, co decyduje o przyjęciu do tego szczepu. Preferencje lekturowe ponad ludzką fizjologię.
Rzece uchodzi na sucho śpieszyć się do ujścia. Jest urzeczona fatalną potęgą morza. Czy to fatalne rzemiosło, jakim jest pisanie, znęciłoby jakąś duszę, gdyby wiedziała, że trzeba przeczytać ocean?
Czytanie cudzych tekstów to przereklamowany w tym środowisku akt spazmatycznej kurtuazji. Często wynika ono po prostu z braku innego wyjścia.
Ostatnim rekordem zdrowego rozsądku byłoby próbować na podstawie tych deklaracji dociekać faktycznego nakładu pism kulturalnych. Niewielu z nich wystarczyłoby dla oświecenia gwardii Garibaldiego. W rzeczy samej rzecz nie w nadludzkich zdolnościach czytelniczych. Rzecz w umiejętności prowadzenia dialogu.
Jakkolwiek statystyczny uczestnik mniej lub bardziej formalnego spotkania literackiego byłby się starał wekslować dyskusję na tematy neutralne, prędzej czy później padnie następujące pytanie: „A czytałeś mój (wiersz, artykuł, esej) w ostatnim numerze (tu wstawić tytuł pisma, najlepiej do szpiku kości branżowego)?”
Jedna rzecz jest surowo wzbroniona. Nie wypada odprawić rozmówcy z kwitkiem do psychoterapeuty. To niedopuszczalne. Nie wykonujcie sobie jaj z literatury ojczystej! Cóż zatem należy uczynić? Wszelkie dostępne autorytety mówią jednym głosem. Należy skłamać.
Wbrew pozorom, nie jest to łatwe. Istnieje poważne zagrożenie. Enigmatyczne i wiele przemilczające „czytałem” może być uznane za prowokację do dalszej indagacji. Trzeba się liczyć z tym, że zapytają was, co sądzicie o przeczytanym tekście. A to już trudniejsza kwestia. Trudniejsza i ryzykowna. Pytającemu w gruncie rzeczy idzie o to, czyście pojęli tekst, bowiem statystyczny autor, o jakim tu mowa, nawet jeśli sam nie czyta nic poza treścią z góry upatrzonych nalepek, nie przyjmie do wiadomości, że sam może pozostać nieczytanym. Niechby nawet rozmówca był lazurowoskórym odkurzaczem i opuścił przed chwilą pojazd będący skrzyżowaniem pomnika Powstańców Śląskich w Katowicach z przysadzistą halą widowiskowo-sportową znajdującą się o kilkaset metrów od tego malowniczego obiektu.
Ujawnienie (okrutnej) prawdy byłoby w tym wypadku niewłaściwe, jałowe i wyniszczające. Dla wszystkich zaangażowanych stron.
Cóż wiec czynić? Przede wszystkim musimy się mieć na baczności. Pytanie o recepcję tekstów własnej roboty jest przepojone tłumionymi żądzami autodestrukcyjnymi. Najtępszy felietonista du grand monde nosi w plecaku kostropatą buławę wołającego na pustyni. Nie należy się tym przejmować. Buława ta nie doczeka się użytku. Nikt nie jest prorokiem we własnym kwartalniku. Nie jest nawet (czy ktoś jeszcze pamięta tę quasinaukową profesję?) futurologiem.
Od czytelnika oczekuje się wypełnienia chwalebnej misji niezrozumienia, co niejednokrotnie wymaga morderczej pracy oraz zaangażowania wszelkich władz intelektualnych. Czytelnik winien zachodzić w głowę, odchodzić od zmysłów, być przyparty do muru, zachwycony do siódmych potów, ciemny jak tabaka zapędzona w kozi róg. Ten złożony stan ducha ujawnia się pod postacią pewnej niedyspozycji. Czytelnik okazuje autorowi wszelkie symptomy utraty kontaktu z rzeczywistością. Pozwolę sobie wyliczyć niektóre z nich. Oczy podkrążone, wyłupiaste. Usta posiniałe, toczące pianę. Oblicze tępe, durnowate. Wasz interlokutor na pewno będzie niepocieszony, jeśli nie dołożycie należytej staranności. Moja rada jest taka: pożądane byłoby, gdybyście, mając zamiar wziąć udział w spotkaniu autorskim, wykonali uprzednio odpowiedni makijaż. A także kilka łatwych ćwiczeń mimicznych. Proponowałbym zaopatrzyć się w następujące rekwizyty: kozie poroże; ząb, w który ani; zwolnienie lekarskie od rozbierania. Stajemy przed obliczem autora z miną zrzedłą, językiem skołczałym i spotniałymi dłońmi. Zalecane jest wypełnić najbliższą przestrzeń salwami nieskoordynowanej gestykulacji. Nie ma, że miałem zły dzień i sens wszechbytu ubódł mnie w słabiznę. Czytelnik ma się zebrać w sobie i odrzucić precz wszelkie rozumienie. To jego psi obowiązek. Jeśli czytelnik coś ma, to ma nie pojąć. To ma czytelnik. A cóż dopiero krytyk! Temu nie rozumieć tekstu po prostu przystoi.
Jest rzeczą powszechnie znaną, że najczystszemu ze wszystkich niezrozumień jakakolwiek próba zapoznania się z jego przedmiotem może przynieść poważną szkodę. Na barkach potencjalnego czytelnika spoczywa wielki obowiązek. Wszelkimi możliwymi środkami utrzymać zasoby potencji. Nie czytać to ofiara. Nie czytać to szczyt kurtuazji.
Jeśli więc jakiś niebaczny autor będzie próbował dociekać waszej interpretacji sporządzonego przezeń tekstu, musicie jak najszybciej sparować cios. W jego własnym interesie. Sparować i przejść do kontrataku. To jedyna ochrona przed obopólną konsternacją. Dyskusja o wzajemnym czytaniu własnych dzieł to dyskusja, którą należy jak najszybciej zakończyć.
Specjaliści od literackiego savoir-vivre'u radzą postąpić w następujący sposób: tekst będący przedmiotem debaty bezapelacyjnie wynosimy pod niebiosy i możliwie jak najgustowniej zmieniamy temat. Najlepiej na inny.
Z mojej własnej praktyki wynika, że łatwe odwołanie do ogólnie pojętej wzniosłości („Wielkie!”), do walorów intelektualnych („Subtelne!”) czy wreszcie estetycznych („Fenomenalne! Zajebiste!”) są to rozwiązania prowizoryczne. Ryzyko kontynuacji dyskusji na terytorium niebezpiecznym dla obydwu stron wcale się przez to nie zmniejsza. Wręcz przeciwnie.
Wasza najlepsza wola okazania zachwytu może zostać zakwestionowana („Tak? A co w tym wielkiego? Proszę mi tu zaraz wyłuszczyć...! Ale w punktach, szanowny kolego, w punktach!”), wasze najlepsze intencje mogą się odbić rykoszetem o lodowaty mur fałszywej skromności („Subtelne? Jakie tam subtelne...?! Zwykluteńki tekścik!”), w ostateczności mogliście wszak paść ofiarą brutalnej prowokacji („Fenomenalne! Nawet bardzo fenomenalne! Tym bardziej, że niczego tam nie drukowałem!”).
To ostatnie jest najgorsze. Czytać można wszystko. Ale nigdy więcej. W przeciwnym wypadku narazicie się na śmieszność.
Wszystko to są rozwiązania połowiczne. Nie gwarantują one unicestwienia tematu, który w każdej chwili ze śliskiego może się przeobrazić w oślizgły.
Radziłbym się raczej odwołać do wrażeń psychosomatycznych („Porażające!”) i bez zwłoki przejść do kontrofensywy: „A czytałeś moje (tu wymienić gatunek literacki i pismo, najlepiej do szpiku kości branżowe)?”
Teraz to już będziecie się mogli zająć dolą i niedolą ulubionego sportowca. Albo gwiazdy pop. Te osoby są doskonałym obiektem plotek. Nie odwzajemniają oszczerstw.
Wzajemne czytanie publikowanych tekstów jest czymś w rodzaju obowiązującego w tej loży wtajemniczenia. Kto wie, czy nie kardynalnym cenzusem.
Jeśli ktoś z was, czytających te słowa, jest dziewiętnastowiecznym przyrodnikiem, w korkowym hełmie i sztylpach, radziłbym się skradać. Radziłbym na paluszkach i z zawietrznej. Cóż by to miał być za nowy gatunek? Być może owe dzieci, owiane legendą, którym czyta cała Polska.
Obowiązuje jeden aksjomat. Nie czytać nie wolno. Takie coś w ogóle nie jest brane pod uwagę. Nie czytać to wydać umysł na wieczne potępienie. Tu nie ma dyspensy. Nie czytać to odstępstwo od praw Absolutu. Tu nie ma alibi. Żadna ślepota ni żaden analfabetyzm nie stanowi usprawiedliwienia. Statystyczny autor wychodzi z założenia, że jego prace przerastają te ograniczenia. Niechby tylko jaki barbarzyńca miał czelność znieprawić dzieło higienicznym użytkiem! Wody kloaczne wierzgną ścięte zachwytem.
Nie pomogą tu powszechnie dostępne kryteria skromności. Skromność autorów mierzy się inną miarą. Beczką Danaid.
W każdym razie wiemy, co decyduje o przyjęciu do tego szczepu. Preferencje lekturowe ponad ludzką fizjologię.
Rzece uchodzi na sucho śpieszyć się do ujścia. Jest urzeczona fatalną potęgą morza. Czy to fatalne rzemiosło, jakim jest pisanie, znęciłoby jakąś duszę, gdyby wiedziała, że trzeba przeczytać ocean?
Czytanie cudzych tekstów to przereklamowany w tym środowisku akt spazmatycznej kurtuazji. Często wynika ono po prostu z braku innego wyjścia.
Ostatnim rekordem zdrowego rozsądku byłoby próbować na podstawie tych deklaracji dociekać faktycznego nakładu pism kulturalnych. Niewielu z nich wystarczyłoby dla oświecenia gwardii Garibaldiego. W rzeczy samej rzecz nie w nadludzkich zdolnościach czytelniczych. Rzecz w umiejętności prowadzenia dialogu.
Jakkolwiek statystyczny uczestnik mniej lub bardziej formalnego spotkania literackiego byłby się starał wekslować dyskusję na tematy neutralne, prędzej czy później padnie następujące pytanie: „A czytałeś mój (wiersz, artykuł, esej) w ostatnim numerze (tu wstawić tytuł pisma, najlepiej do szpiku kości branżowego)?”
Jedna rzecz jest surowo wzbroniona. Nie wypada odprawić rozmówcy z kwitkiem do psychoterapeuty. To niedopuszczalne. Nie wykonujcie sobie jaj z literatury ojczystej! Cóż zatem należy uczynić? Wszelkie dostępne autorytety mówią jednym głosem. Należy skłamać.
Wbrew pozorom, nie jest to łatwe. Istnieje poważne zagrożenie. Enigmatyczne i wiele przemilczające „czytałem” może być uznane za prowokację do dalszej indagacji. Trzeba się liczyć z tym, że zapytają was, co sądzicie o przeczytanym tekście. A to już trudniejsza kwestia. Trudniejsza i ryzykowna. Pytającemu w gruncie rzeczy idzie o to, czyście pojęli tekst, bowiem statystyczny autor, o jakim tu mowa, nawet jeśli sam nie czyta nic poza treścią z góry upatrzonych nalepek, nie przyjmie do wiadomości, że sam może pozostać nieczytanym. Niechby nawet rozmówca był lazurowoskórym odkurzaczem i opuścił przed chwilą pojazd będący skrzyżowaniem pomnika Powstańców Śląskich w Katowicach z przysadzistą halą widowiskowo-sportową znajdującą się o kilkaset metrów od tego malowniczego obiektu.
Ujawnienie (okrutnej) prawdy byłoby w tym wypadku niewłaściwe, jałowe i wyniszczające. Dla wszystkich zaangażowanych stron.
Cóż wiec czynić? Przede wszystkim musimy się mieć na baczności. Pytanie o recepcję tekstów własnej roboty jest przepojone tłumionymi żądzami autodestrukcyjnymi. Najtępszy felietonista du grand monde nosi w plecaku kostropatą buławę wołającego na pustyni. Nie należy się tym przejmować. Buława ta nie doczeka się użytku. Nikt nie jest prorokiem we własnym kwartalniku. Nie jest nawet (czy ktoś jeszcze pamięta tę quasinaukową profesję?) futurologiem.
Od czytelnika oczekuje się wypełnienia chwalebnej misji niezrozumienia, co niejednokrotnie wymaga morderczej pracy oraz zaangażowania wszelkich władz intelektualnych. Czytelnik winien zachodzić w głowę, odchodzić od zmysłów, być przyparty do muru, zachwycony do siódmych potów, ciemny jak tabaka zapędzona w kozi róg. Ten złożony stan ducha ujawnia się pod postacią pewnej niedyspozycji. Czytelnik okazuje autorowi wszelkie symptomy utraty kontaktu z rzeczywistością. Pozwolę sobie wyliczyć niektóre z nich. Oczy podkrążone, wyłupiaste. Usta posiniałe, toczące pianę. Oblicze tępe, durnowate. Wasz interlokutor na pewno będzie niepocieszony, jeśli nie dołożycie należytej staranności. Moja rada jest taka: pożądane byłoby, gdybyście, mając zamiar wziąć udział w spotkaniu autorskim, wykonali uprzednio odpowiedni makijaż. A także kilka łatwych ćwiczeń mimicznych. Proponowałbym zaopatrzyć się w następujące rekwizyty: kozie poroże; ząb, w który ani; zwolnienie lekarskie od rozbierania. Stajemy przed obliczem autora z miną zrzedłą, językiem skołczałym i spotniałymi dłońmi. Zalecane jest wypełnić najbliższą przestrzeń salwami nieskoordynowanej gestykulacji. Nie ma, że miałem zły dzień i sens wszechbytu ubódł mnie w słabiznę. Czytelnik ma się zebrać w sobie i odrzucić precz wszelkie rozumienie. To jego psi obowiązek. Jeśli czytelnik coś ma, to ma nie pojąć. To ma czytelnik. A cóż dopiero krytyk! Temu nie rozumieć tekstu po prostu przystoi.
Jest rzeczą powszechnie znaną, że najczystszemu ze wszystkich niezrozumień jakakolwiek próba zapoznania się z jego przedmiotem może przynieść poważną szkodę. Na barkach potencjalnego czytelnika spoczywa wielki obowiązek. Wszelkimi możliwymi środkami utrzymać zasoby potencji. Nie czytać to ofiara. Nie czytać to szczyt kurtuazji.
Jeśli więc jakiś niebaczny autor będzie próbował dociekać waszej interpretacji sporządzonego przezeń tekstu, musicie jak najszybciej sparować cios. W jego własnym interesie. Sparować i przejść do kontrataku. To jedyna ochrona przed obopólną konsternacją. Dyskusja o wzajemnym czytaniu własnych dzieł to dyskusja, którą należy jak najszybciej zakończyć.
Specjaliści od literackiego savoir-vivre'u radzą postąpić w następujący sposób: tekst będący przedmiotem debaty bezapelacyjnie wynosimy pod niebiosy i możliwie jak najgustowniej zmieniamy temat. Najlepiej na inny.
Z mojej własnej praktyki wynika, że łatwe odwołanie do ogólnie pojętej wzniosłości („Wielkie!”), do walorów intelektualnych („Subtelne!”) czy wreszcie estetycznych („Fenomenalne! Zajebiste!”) są to rozwiązania prowizoryczne. Ryzyko kontynuacji dyskusji na terytorium niebezpiecznym dla obydwu stron wcale się przez to nie zmniejsza. Wręcz przeciwnie.
Wasza najlepsza wola okazania zachwytu może zostać zakwestionowana („Tak? A co w tym wielkiego? Proszę mi tu zaraz wyłuszczyć...! Ale w punktach, szanowny kolego, w punktach!”), wasze najlepsze intencje mogą się odbić rykoszetem o lodowaty mur fałszywej skromności („Subtelne? Jakie tam subtelne...?! Zwykluteńki tekścik!”), w ostateczności mogliście wszak paść ofiarą brutalnej prowokacji („Fenomenalne! Nawet bardzo fenomenalne! Tym bardziej, że niczego tam nie drukowałem!”).
To ostatnie jest najgorsze. Czytać można wszystko. Ale nigdy więcej. W przeciwnym wypadku narazicie się na śmieszność.
Wszystko to są rozwiązania połowiczne. Nie gwarantują one unicestwienia tematu, który w każdej chwili ze śliskiego może się przeobrazić w oślizgły.
Radziłbym się raczej odwołać do wrażeń psychosomatycznych („Porażające!”) i bez zwłoki przejść do kontrofensywy: „A czytałeś moje (tu wymienić gatunek literacki i pismo, najlepiej do szpiku kości branżowe)?”
Teraz to już będziecie się mogli zająć dolą i niedolą ulubionego sportowca. Albo gwiazdy pop. Te osoby są doskonałym obiektem plotek. Nie odwzajemniają oszczerstw.




