Przychodzi baba do lekarza...
A tam Kryzys. Baba myśli sobie: pójdę na zakupy i wszystko gra, aż tu nagle – Kryzys! Więc baba idzie do domu i sięga po pilota, a tam w wiadomościach, filmach, telenowelach, słowem wszędzie - kryzys. Ciągnie się on miesiącami, ludzie spotykają się wieczorami w knajpach i sączą piwo poklepując się po plecach. „Ciężko jest...” „Kryzys mamy...” Kobiety plotkują o nim ściszonymi głosami, mężczyźni groźnie mu w mordowniach wygrażają i każdy ma sto i pół pomysłu, jak temu zaradzić. Kryzys jednak ma się dobrze, bo ludzie go potrzebują.
Zastanówmy się przez chwilę nad pierwszym światem i drugim częściowo też. Od niemal siedemdziesięciu lat żadnych poważnych wojen, ogólny dobrobyt, konsumpcja wzrasta, ryzyko dla życia maleje (obżarstwo się nie liczy), po prostu bomba. Ludzie w większości rodzą się, idą do szkoły, odkrywają prochy i bzykanie, żenią się, robią kariery i dzieci, kupują, tyją, jeżdżą na wakacje – słowem – mają wszystko w nosie, znaczy są szczęśliwi. Jeżeli masz pecha i żyjesz w kraju takim jak Najjaśniejsza (ktoś za młodu czytał „Nie”), to trafisz na szlachetki w rządzie i gospodarczy dziki zachód. Ale wracamy do pierwszego świata: spokojny, znudzony reality-show TV, spasiony dostatkiem Stephen ma teraz wielki Kraizis, powód by poczuć się jak bohater walki z recesją, kupując nowy hydy tiwi, bo stary ma już rok. Tak, nie ma jak efemeryczny Kryzys by wszyscy (poza nielicznymi rzeczywiście dotkniętymi) poczuli się lepiej. To prawie jak „Szczęki 3D”, niby żarłacz, jeszcze nie żarłacz ale dreszczyk jest, no i jest czym postraszyć bezstresowo wychowanego bachora.
W międzyczasie gazety robią kasę, politycy nabijają punkty, świat panikuje i przeżywa każde doniesienie z łolstrit jak objawienia co najmniej z Fatimy, nawet radiowe twarze ekonomistów nabierają wartości medialnych – wszystko dzięki Kryzysowi. Pamiętacie jeszcze tragedię 9/11? Było bardzo podobnie, przez parę miesięcy większość cywilizacji zachodniej poklepywała się po pupciach i chlipała do mankietów, jakby każdy pracował, był kochankiem/dzieckiem pracownika albo zderzył się z WTC. Znów, w całej żenującej i przedłużanej żałobie zapomniano o niemedialnych ofiarach i ludziach rzeczywiście dotkniętych. Za każdym razem, gdy jakiś efemeryczny Kryzys uderza, zarządzający mają ludzi z głowy na parę miesięcy.
U nas w Najjaśniejszej jest spokojniej, Kryzysy mamy co pół miesiąca, nie wiem naprawdę dlaczego Szwedzi nie dali naszym rodakom gremialnie i kolektywnie Nobla za cierpliwość. Ale jedną, podstawową receptę nasze rządy już opanowały, Kryzys kontrolnie co chwilę na łeb i ludzie zajmują się chałupniczo polityką, a władze dalej bezwładnie władają. Gdyby Stephen wiedział, że u nas średnio co pół roku od dwudziestu lat atakują emerytowane-radzieckie-bondy z UB, oraz od sześciu lat buszują nindże z ipeenu, że nie wspomnę o samobójczych-komandach ojca-konkwistadora, pewnie podarowałby sobie hydy tiwi, a kupiłby gnata i suspensor. Dlatego Polska jest cudownie ocalona z Kryzysu, bo nasi rodacy zwyczajnie nie zauważyliby jeszcze jednego, pewnego dnia nasze gazety obiegną czerwone nagłówki mówiące „KRYZYS MINĄŁ” – mówię wam, wtedy zacznie się masowa panika.
Natomiast w świecie większość ludzi czeka aż kryzys minie, żeby mogli rozejrzeć się po sklepach i znowu dostrzec niezmienność cen i promocji, i może nawet pojechać na Ibizę. Pewnie, coś się ruszy, coś splajtuje ale każdy Kraizis ma swoje ofiary – a ten globalny powinien mieć ich sporo... Zgodni jesteśmy jednak, że najwięcej ich powinno być daleko w trzecim, a nawet piątym świecie (czwarty, jak pisałem, cudownie ocalał). Pozostanie wspomnienie o Kryzysie i strachu przed podwyżką w działach RTV i AGD.
Ci prawdziwi mężczyźni i ich wirtualne maszyny...
Siedzę sobie na kanapie z małżonką, obok na fotelach moi koledzy, w kącie czai się Kraizis i przekomarzamy się niewinnie. Wiadomo piątkowa rozmowa przy piwku i zabawkach. Wiecie panowie, taka męska rozmowa, o babach samochodach, samolotach, babach, gadżetach, elektronice, babach, spluwach... Moja małżonka, dopuszczona ze względu na ponadprzeciętny poziom testosteronu, peroruje jak może najlepiej, a ja dostrzegam coś ciekawego. Może to kwestia siedzącego trybu życia, może tego że nawet najwięksi koszykarze spośród moich kolegów wyrośli na kujonów, a może środowisko pseudo-wykształciuchowatowe, ale dyskusja ta jest wysoce... no dyskusyjna.
Nie ma w niej miejsca na hamerykanskye opowieści o polowaniu na łosie, na wielkie wyprawy wędkarskie, że o przejażdżkach śmigłowcem i lotach na lotni nie wspomnę. Ja i mój batalion żołnierzy fotelowych, super speców od strategii i Panowania nad Światem i innych męskich i seksownych Pogromców, jesteśmy produktem naszych wirtualnych czasów. Nie mieszkamy z rodzicami, pracujemy, płacimy podatki ale w niektóre wieczory odpalamy nasz medialne rydwany i śmigamy w wirtualne kolejne światy. Tworzymy kulturę wymieniającą nieuchwytne doświadczenia i uwagi dotyczące absolutnie abstrakcyjnych scenariuszy życiowych. Nigdy nie mieliśmy pistoletów w rękach, ale Lucky Luke prosiłby nas o autograf, nigdy nie siedzieliśmy w kokpitach, a żony mówią nam Richthoffenku... Pozostaje pytanie gdzie jest granica? Czy należy nas wywieźć: kiedy dyskutujemy czy pad jest lepszy od wolanta, a może gdy do bierek potrzebna nam jest konsola albo kiedy kupujemy gry Golf Tygera, Boks Andrzeja i Jeździj (Pływaj) z Otylką?
Ostatnio właśnie się zastanawiałem, czy można na naszych umiejętnościach robić pieniądze i czy jest takie miejsce, gdzie będziemy mogli podejmować ważkie decyzje bez obaw o konsekwencje? Wyobraźcie sobie, przychodzicie do roboty, spotykacie się z kolegami, a potem na luzie testujecie najdziwniejsze pomysły. Och jakżebym chciał tak wysłać wojsko bez wsparcia gdzieś daleko, schrzanić układy z obcymi potęgami, ujawnić swoją siatkę wywiadu. Piszę z mojego przykładu, bo uwielbiam strategie, ale pomyślmy o fanach zręcznościówek. Pożonglować nazwiskami na czas i teczkami na ilość, poprzeskakiwać płoty i ślizgać się na chodnikach, no i mój ulubiony samoobrona Mortal Kompost. Pomyślmy sobie jak nieuchwytne byłoby piękno takiego miejsca, gdzie wykształcenie, fantazja i uroda szlachecka, ba sam wzrost nawet, za nic by był w obliczu pomysłów i szaleństwa nieposkromionej niczym wyobraźni. Nawet Platona zdziwiłaby hermetyczna idealność tego światka idei, niepomnego na czas i realia, oddanego rozkoszom intelektu, odpowiadającego jedynie przed sobą – do tego odpowiedzialnością zbiorową.
Ach, rozmarzyłem się... Przez chwilę dałem się powieść wyobraźni, uciekłem z nużącej mnie rzeczywistości wprost na poszukiwania mojej utopii, grallo di tutti gralliii... Już niemal ją miałem, niemal wiem już co to za miejsce, wkrótce pojadę tam i będę błagał by mnie wpuścili, demokratycznie, głosem większości... Ale na razie nie wiem, stąd mój postulat żebyście, drodzy Czytatorzy, poszukali ze mną... Potem pojedziemy tam razem, obiecuję uroczyście się z wami zabrać! Pomożecie? Tymczasem koniec bajania, trzeba się wziąść w garść i wrócić do rzeczywistości, życie nie bajka, mamy rok 1412 i Jagiełło sam Berlina nie podbije...
A tam Kryzys. Baba myśli sobie: pójdę na zakupy i wszystko gra, aż tu nagle – Kryzys! Więc baba idzie do domu i sięga po pilota, a tam w wiadomościach, filmach, telenowelach, słowem wszędzie - kryzys. Ciągnie się on miesiącami, ludzie spotykają się wieczorami w knajpach i sączą piwo poklepując się po plecach. „Ciężko jest...” „Kryzys mamy...” Kobiety plotkują o nim ściszonymi głosami, mężczyźni groźnie mu w mordowniach wygrażają i każdy ma sto i pół pomysłu, jak temu zaradzić. Kryzys jednak ma się dobrze, bo ludzie go potrzebują.
Zastanówmy się przez chwilę nad pierwszym światem i drugim częściowo też. Od niemal siedemdziesięciu lat żadnych poważnych wojen, ogólny dobrobyt, konsumpcja wzrasta, ryzyko dla życia maleje (obżarstwo się nie liczy), po prostu bomba. Ludzie w większości rodzą się, idą do szkoły, odkrywają prochy i bzykanie, żenią się, robią kariery i dzieci, kupują, tyją, jeżdżą na wakacje – słowem – mają wszystko w nosie, znaczy są szczęśliwi. Jeżeli masz pecha i żyjesz w kraju takim jak Najjaśniejsza (ktoś za młodu czytał „Nie”), to trafisz na szlachetki w rządzie i gospodarczy dziki zachód. Ale wracamy do pierwszego świata: spokojny, znudzony reality-show TV, spasiony dostatkiem Stephen ma teraz wielki Kraizis, powód by poczuć się jak bohater walki z recesją, kupując nowy hydy tiwi, bo stary ma już rok. Tak, nie ma jak efemeryczny Kryzys by wszyscy (poza nielicznymi rzeczywiście dotkniętymi) poczuli się lepiej. To prawie jak „Szczęki 3D”, niby żarłacz, jeszcze nie żarłacz ale dreszczyk jest, no i jest czym postraszyć bezstresowo wychowanego bachora.
W międzyczasie gazety robią kasę, politycy nabijają punkty, świat panikuje i przeżywa każde doniesienie z łolstrit jak objawienia co najmniej z Fatimy, nawet radiowe twarze ekonomistów nabierają wartości medialnych – wszystko dzięki Kryzysowi. Pamiętacie jeszcze tragedię 9/11? Było bardzo podobnie, przez parę miesięcy większość cywilizacji zachodniej poklepywała się po pupciach i chlipała do mankietów, jakby każdy pracował, był kochankiem/dzieckiem pracownika albo zderzył się z WTC. Znów, w całej żenującej i przedłużanej żałobie zapomniano o niemedialnych ofiarach i ludziach rzeczywiście dotkniętych. Za każdym razem, gdy jakiś efemeryczny Kryzys uderza, zarządzający mają ludzi z głowy na parę miesięcy.
U nas w Najjaśniejszej jest spokojniej, Kryzysy mamy co pół miesiąca, nie wiem naprawdę dlaczego Szwedzi nie dali naszym rodakom gremialnie i kolektywnie Nobla za cierpliwość. Ale jedną, podstawową receptę nasze rządy już opanowały, Kryzys kontrolnie co chwilę na łeb i ludzie zajmują się chałupniczo polityką, a władze dalej bezwładnie władają. Gdyby Stephen wiedział, że u nas średnio co pół roku od dwudziestu lat atakują emerytowane-radzieckie-bondy z UB, oraz od sześciu lat buszują nindże z ipeenu, że nie wspomnę o samobójczych-komandach ojca-konkwistadora, pewnie podarowałby sobie hydy tiwi, a kupiłby gnata i suspensor. Dlatego Polska jest cudownie ocalona z Kryzysu, bo nasi rodacy zwyczajnie nie zauważyliby jeszcze jednego, pewnego dnia nasze gazety obiegną czerwone nagłówki mówiące „KRYZYS MINĄŁ” – mówię wam, wtedy zacznie się masowa panika.
Natomiast w świecie większość ludzi czeka aż kryzys minie, żeby mogli rozejrzeć się po sklepach i znowu dostrzec niezmienność cen i promocji, i może nawet pojechać na Ibizę. Pewnie, coś się ruszy, coś splajtuje ale każdy Kraizis ma swoje ofiary – a ten globalny powinien mieć ich sporo... Zgodni jesteśmy jednak, że najwięcej ich powinno być daleko w trzecim, a nawet piątym świecie (czwarty, jak pisałem, cudownie ocalał). Pozostanie wspomnienie o Kryzysie i strachu przed podwyżką w działach RTV i AGD.
Ci prawdziwi mężczyźni i ich wirtualne maszyny...
Siedzę sobie na kanapie z małżonką, obok na fotelach moi koledzy, w kącie czai się Kraizis i przekomarzamy się niewinnie. Wiadomo piątkowa rozmowa przy piwku i zabawkach. Wiecie panowie, taka męska rozmowa, o babach samochodach, samolotach, babach, gadżetach, elektronice, babach, spluwach... Moja małżonka, dopuszczona ze względu na ponadprzeciętny poziom testosteronu, peroruje jak może najlepiej, a ja dostrzegam coś ciekawego. Może to kwestia siedzącego trybu życia, może tego że nawet najwięksi koszykarze spośród moich kolegów wyrośli na kujonów, a może środowisko pseudo-wykształciuchowatowe, ale dyskusja ta jest wysoce... no dyskusyjna.
Nie ma w niej miejsca na hamerykanskye opowieści o polowaniu na łosie, na wielkie wyprawy wędkarskie, że o przejażdżkach śmigłowcem i lotach na lotni nie wspomnę. Ja i mój batalion żołnierzy fotelowych, super speców od strategii i Panowania nad Światem i innych męskich i seksownych Pogromców, jesteśmy produktem naszych wirtualnych czasów. Nie mieszkamy z rodzicami, pracujemy, płacimy podatki ale w niektóre wieczory odpalamy nasz medialne rydwany i śmigamy w wirtualne kolejne światy. Tworzymy kulturę wymieniającą nieuchwytne doświadczenia i uwagi dotyczące absolutnie abstrakcyjnych scenariuszy życiowych. Nigdy nie mieliśmy pistoletów w rękach, ale Lucky Luke prosiłby nas o autograf, nigdy nie siedzieliśmy w kokpitach, a żony mówią nam Richthoffenku... Pozostaje pytanie gdzie jest granica? Czy należy nas wywieźć: kiedy dyskutujemy czy pad jest lepszy od wolanta, a może gdy do bierek potrzebna nam jest konsola albo kiedy kupujemy gry Golf Tygera, Boks Andrzeja i Jeździj (Pływaj) z Otylką?
Ostatnio właśnie się zastanawiałem, czy można na naszych umiejętnościach robić pieniądze i czy jest takie miejsce, gdzie będziemy mogli podejmować ważkie decyzje bez obaw o konsekwencje? Wyobraźcie sobie, przychodzicie do roboty, spotykacie się z kolegami, a potem na luzie testujecie najdziwniejsze pomysły. Och jakżebym chciał tak wysłać wojsko bez wsparcia gdzieś daleko, schrzanić układy z obcymi potęgami, ujawnić swoją siatkę wywiadu. Piszę z mojego przykładu, bo uwielbiam strategie, ale pomyślmy o fanach zręcznościówek. Pożonglować nazwiskami na czas i teczkami na ilość, poprzeskakiwać płoty i ślizgać się na chodnikach, no i mój ulubiony samoobrona Mortal Kompost. Pomyślmy sobie jak nieuchwytne byłoby piękno takiego miejsca, gdzie wykształcenie, fantazja i uroda szlachecka, ba sam wzrost nawet, za nic by był w obliczu pomysłów i szaleństwa nieposkromionej niczym wyobraźni. Nawet Platona zdziwiłaby hermetyczna idealność tego światka idei, niepomnego na czas i realia, oddanego rozkoszom intelektu, odpowiadającego jedynie przed sobą – do tego odpowiedzialnością zbiorową.
Ach, rozmarzyłem się... Przez chwilę dałem się powieść wyobraźni, uciekłem z nużącej mnie rzeczywistości wprost na poszukiwania mojej utopii, grallo di tutti gralliii... Już niemal ją miałem, niemal wiem już co to za miejsce, wkrótce pojadę tam i będę błagał by mnie wpuścili, demokratycznie, głosem większości... Ale na razie nie wiem, stąd mój postulat żebyście, drodzy Czytatorzy, poszukali ze mną... Potem pojedziemy tam razem, obiecuję uroczyście się z wami zabrać! Pomożecie? Tymczasem koniec bajania, trzeba się wziąść w garść i wrócić do rzeczywistości, życie nie bajka, mamy rok 1412 i Jagiełło sam Berlina nie podbije...




