Ostatnimi czasy bez większego intelektualnego wysiłku można dostrzec pewną tendencję w rodzimej publicystyce. Oto bowiem coraz częściej dane nam jest poczytać / usłyszeć o Internecie. I to nie tylko o Internecie w Internecie, ale również w gazetach codziennych. Pozornie nie ma w tym nic dziwnego, gdyż klasyczne wydawnictwa papierowe zajmują się w większości tym, co zostało napisane w ich odpowiednikach innej opcji. Tym razem jednak chodzi o coś zupełnie innego.
Wraz z zachodzącym słońcem sezonu ogórkowego przyszedł czas na obfite żniwa tekstów, których autorzy uzewnętrzniają swoją troskę o moralne dobro narodu (znów!) – ubolewając nad chamstwem szerzącym się w Internecie. Cóż, będąc nałogowym użytkownikiem sieci, czuje się zobligowany aby dorzucić swoje trzy bajty. A co mi tam.
Zacznę jednak od czegoś innego. Kilka tygodni temu, z serwera testowego portalu wykop.pl ukradziono bazę danych z kilkunastoma tysiącami adresów e-mail. Administracja serwisu nie raczyła o tym nikogo poinformować, choć daje pracownikom wiarę, że było to z różnych względów uzasadnione. Nie wspomnę nawet, że wiedza o istnieniu tej strony to jedna z najbardziej praktycznych informacji jaką wyniosłem jak do tej pory z własnej wyższej edukacji. Czemu o tym piszę? Ponieważ już następnego dnia, po wyjściu na jaw Wykop Gate, o całej sprawie można było usłyszeć m.in. na antenie TVP i TVN. W zasadzie nie chodzi o sam fakt (zakopmy już wykop) ale o coś zupełnie innego. Czyżby stacje telewizyjne dostrzegły, że Internet stał się czymś więcej niż zabawką pryszczatych mistrzów klawiatury rodem z amerykańskich filmów dla nastolatków?
Eureka! W ogóle, przed samym sobą przyznaje, że zabieg podłączenia linku pod powyższe zdanie to najlepsze co wymyśliłem od paru dni. Możliwe, że upowszechnienie tej idei znacznie zwiększyłoby poziom sensowności debat w Internecie. Szczególnie w dobie jakiegoś nieuchwytnego zidiocenia społeczeństwa i „gwiazd ćpających na lodzie”. Jest też druga strona medalu – umasowienie mej metody z pewnością uprzykrzyłoby życie administratorom wikipedii. Szczególnie ze względu na olbrzymi wzrost transferu na tej stronie. Przyznam szczerze, że też miałbym w tym swój udział.
No właśnie – Internet jest głupi. W zasadzie sieć jest po brzegi wypełniona, jak słusznie zauważył Lem, idiotami. Spory procent przestrzeni informacyjnego oceanu zajmuje morze chamstwa. Cóż z tego wynika? A no nic więcej jak to, że jesteśmy wszyscy chamami! Internet jest wszakże najbardziej praktycznym zwierciadłem w którym przejrzeć się może społeczeństwo. Anonimowość pozwala nam pokazać jacy jesteśmy naprawdę – wulgarni, egoistyczni, głupi. W ogóle to nie mogę się powstrzymać przed napisaniem czegoś jeszcze. W rzeczy samej mógłbym bowiem ograniczyć moje wywody do stwierdzenia, że podpisuje się pod wszystkim co Jaś Kapela napisał w felietonie pod jakże zgrabnym tytułem. „Jestem chamem w Internecie”. Nie ukrywam bowiem, że podobnie jak Jaś, uważam, że „(…) może jestem zboczony, ale wolę niektóre komentarze na onecie od większości tamtejszych njusów. Podobnie jak niektóre chamskie blogi, od większości kulturalnych gazet.” Strzał w dziesiątkę! Wywody polityków i styl publicznej debaty są przecież li tylko emanacją czarnego luda, wylewającego swe frustrację na przysłowiowym forum Onetu. Po co więc słuchać Kaczora (i) Donalda, skoro można sięgnąć wprost do źródła?
Tak w ogóle, to sądzę, że Internet jest urzeczywistnieniem wielowiekowej tradycji – dążenia do urojonej metafizyki. Niemal wszystkie religie traktowały ciało jako zbędny balast, uniemożliwiający rozwinięcie w pełni ludzkiego potencjału. Mniej więcej. A tutaj mamy co? Internet – gdzie pływamy sobie jako bezcielesne istotki – realizując w ten sposób w pewnym sensie ideę wolnej duszy. A nawet krok dalej – duszę podobno mamy jedną, a w sieci mamy ich tyle ile chcemy – możemy być w pełni sobą, albo w pełni kimś innym. „Cześć, jestem Kasia i też mam 9 lat” – rzekł facet, który od 30 lat naprawia pralki. W ogóle ludzie to takie śmieszne zwierzaczki, które cały czas do czegoś dążą i czegoś szukają. W sieci jest to jeszcze bardziej widoczne – często przecież jest tak, że siedzimy przed tym pudłem, surfując (przytłacza mnie denność tego słowa) w poszukiwaniu niewiadomo czego. Ot tak, dla samej idei. Dając dowód, że gdzieś w głębi tego oceanu natrafimy w końcu na piracki skarb lacanowskiego obiektu małe a.
Zresztą, co tu dużo smęcić - nie chce mi się już czytać o tym Internecie. Może to trochę tak jak z seksem – kto o nim dużo gada, ten mało go ma (bez obrazy dla seksuologów). Zresztą, ja tam nawet nie wiem czy z tym seksem to jest jakaś mądra maksyma. Bo choć podobno przysłowia są mądrością narodu, to z przykrością stwierdzam, że czuję się narodowo dość bezpański, więc i owa mądrość jakby omija mnie szerokim łukiem. Albo ja ją. Albo to i to. A może w ogóle wszystko mi się wydaje i nic nie istnieje? I tym postmodernistycznym akcentem…
Wraz z zachodzącym słońcem sezonu ogórkowego przyszedł czas na obfite żniwa tekstów, których autorzy uzewnętrzniają swoją troskę o moralne dobro narodu (znów!) – ubolewając nad chamstwem szerzącym się w Internecie. Cóż, będąc nałogowym użytkownikiem sieci, czuje się zobligowany aby dorzucić swoje trzy bajty. A co mi tam.
Zacznę jednak od czegoś innego. Kilka tygodni temu, z serwera testowego portalu wykop.pl ukradziono bazę danych z kilkunastoma tysiącami adresów e-mail. Administracja serwisu nie raczyła o tym nikogo poinformować, choć daje pracownikom wiarę, że było to z różnych względów uzasadnione. Nie wspomnę nawet, że wiedza o istnieniu tej strony to jedna z najbardziej praktycznych informacji jaką wyniosłem jak do tej pory z własnej wyższej edukacji. Czemu o tym piszę? Ponieważ już następnego dnia, po wyjściu na jaw Wykop Gate, o całej sprawie można było usłyszeć m.in. na antenie TVP i TVN. W zasadzie nie chodzi o sam fakt (zakopmy już wykop) ale o coś zupełnie innego. Czyżby stacje telewizyjne dostrzegły, że Internet stał się czymś więcej niż zabawką pryszczatych mistrzów klawiatury rodem z amerykańskich filmów dla nastolatków?
Eureka! W ogóle, przed samym sobą przyznaje, że zabieg podłączenia linku pod powyższe zdanie to najlepsze co wymyśliłem od paru dni. Możliwe, że upowszechnienie tej idei znacznie zwiększyłoby poziom sensowności debat w Internecie. Szczególnie w dobie jakiegoś nieuchwytnego zidiocenia społeczeństwa i „gwiazd ćpających na lodzie”. Jest też druga strona medalu – umasowienie mej metody z pewnością uprzykrzyłoby życie administratorom wikipedii. Szczególnie ze względu na olbrzymi wzrost transferu na tej stronie. Przyznam szczerze, że też miałbym w tym swój udział.
No właśnie – Internet jest głupi. W zasadzie sieć jest po brzegi wypełniona, jak słusznie zauważył Lem, idiotami. Spory procent przestrzeni informacyjnego oceanu zajmuje morze chamstwa. Cóż z tego wynika? A no nic więcej jak to, że jesteśmy wszyscy chamami! Internet jest wszakże najbardziej praktycznym zwierciadłem w którym przejrzeć się może społeczeństwo. Anonimowość pozwala nam pokazać jacy jesteśmy naprawdę – wulgarni, egoistyczni, głupi. W ogóle to nie mogę się powstrzymać przed napisaniem czegoś jeszcze. W rzeczy samej mógłbym bowiem ograniczyć moje wywody do stwierdzenia, że podpisuje się pod wszystkim co Jaś Kapela napisał w felietonie pod jakże zgrabnym tytułem. „Jestem chamem w Internecie”. Nie ukrywam bowiem, że podobnie jak Jaś, uważam, że „(…) może jestem zboczony, ale wolę niektóre komentarze na onecie od większości tamtejszych njusów. Podobnie jak niektóre chamskie blogi, od większości kulturalnych gazet.” Strzał w dziesiątkę! Wywody polityków i styl publicznej debaty są przecież li tylko emanacją czarnego luda, wylewającego swe frustrację na przysłowiowym forum Onetu. Po co więc słuchać Kaczora (i) Donalda, skoro można sięgnąć wprost do źródła?
Tak w ogóle, to sądzę, że Internet jest urzeczywistnieniem wielowiekowej tradycji – dążenia do urojonej metafizyki. Niemal wszystkie religie traktowały ciało jako zbędny balast, uniemożliwiający rozwinięcie w pełni ludzkiego potencjału. Mniej więcej. A tutaj mamy co? Internet – gdzie pływamy sobie jako bezcielesne istotki – realizując w ten sposób w pewnym sensie ideę wolnej duszy. A nawet krok dalej – duszę podobno mamy jedną, a w sieci mamy ich tyle ile chcemy – możemy być w pełni sobą, albo w pełni kimś innym. „Cześć, jestem Kasia i też mam 9 lat” – rzekł facet, który od 30 lat naprawia pralki. W ogóle ludzie to takie śmieszne zwierzaczki, które cały czas do czegoś dążą i czegoś szukają. W sieci jest to jeszcze bardziej widoczne – często przecież jest tak, że siedzimy przed tym pudłem, surfując (przytłacza mnie denność tego słowa) w poszukiwaniu niewiadomo czego. Ot tak, dla samej idei. Dając dowód, że gdzieś w głębi tego oceanu natrafimy w końcu na piracki skarb lacanowskiego obiektu małe a.
Zresztą, co tu dużo smęcić - nie chce mi się już czytać o tym Internecie. Może to trochę tak jak z seksem – kto o nim dużo gada, ten mało go ma (bez obrazy dla seksuologów). Zresztą, ja tam nawet nie wiem czy z tym seksem to jest jakaś mądra maksyma. Bo choć podobno przysłowia są mądrością narodu, to z przykrością stwierdzam, że czuję się narodowo dość bezpański, więc i owa mądrość jakby omija mnie szerokim łukiem. Albo ja ją. Albo to i to. A może w ogóle wszystko mi się wydaje i nic nie istnieje? I tym postmodernistycznym akcentem…
Maciej Twardowski (ur. 1986) – redaktor Krytycznego Magazynu Internetowego „verte”. Koordynator bydgoskiego klubu Krytyki Politycznej. Związany z Polskim Stowarzyszeniem Racjonalistów, Pracownią Kultury Współczesnej i Zielonymi 2004. Były redaktor portalu racjonalista.pl. Współpracuje z czasopismem Recykling Idei. Felietonista serwisu Neurokultura.pl. Publikował m.in. w Gazecie Wyborczej czy Notesie na 6 tygodni. 



