Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka


ON


reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Felieton/Esej > Twardowski Maciej: Wasz VAT i nasze książki

Twardowski Maciej: Wasz VAT i nasze książki

„Kto czyta książki, ten żyje podwójnie” - powiadał Umberto Eco. Stąd odbierając człowiekowi dostęp do literatury odbieramy mu w rzeczywistości jego drugie istnienie. Mówiąc szlachetniej – zabieramy mu możliwość pełnego udziału w kulturze, której przeżywanie jest przecież czymś swoiście ludzkim.
 
Skazać literaturę na banicję to zabić w człowieku to, co w nim najbardziej ludzkie. A im śmierć dłuższa, tym bardziej bywa bolesna.

A jednak. Z natłoku tak bardzo typowej dla polskich rządów polityki dezinformacji i wykluczania obywateli z władzy wyłania się mglisty, jakby wyciśnięty z medialnych doniesień obraz – podnoszą VAT na książki! Może w tym roku, może w następnym. Bo Unia, bo Wielka Brytania, bo Niemcy. Bo to, bo tamto. Choć to podobno złe, to w istocie może i dobre. A ja? Drżącą ręką podnoszę kolejny kubek kawy – cholera, książki mi podrożeją. Na kubku, bliskim mojemu sercu prezencie od partnerki, wygrawerowany jest napis – „nie jestem lewakiem, nie jestem liberałem, lubię żyć i szukam rozwiązań”. Sam szukam rozwiązań, ale cudzych, często nijak nie rozumiem.
 
W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Łukasz Gołębiewski – prezes Biblioteki Analiz - zauważa -„cały rynek książki wart jest zaledwie 2 mld zł - to jest 4 proc. obrotów spółki PKN Orlen wynoszących 50 mld zł!”. Los maluczkich jest przecież niczym wobec hegemonii wielkich korporacji. Czy to naftowych czy medialnych. One sobie zawsze poradzą.

O ile łatwiej jest przecież w poszukiwaniu dochodu zaatakować najsłabszych. „Czemu nie jestem chamem ze sztachetą w ręku?” rzekł sfrustrowany polonista - główny bohater kultowego i jakże prawdziwego „Dnia Świra”. Nie ubliżając nikomu - przeciętny czytelnik literatury pięknej raczej nie wyjdzie na ulicę palić opon. Choćby dlatego, że kultura podobno łagodzi obyczaje, a najłatwiej uderzyć, wiedząc, że nie dostanie się za to w mordę. Szlachetna hrabiowska tradycja, nieprawdaż?
 
Oczywiście można założyć, że decyzja o podwyżce jest „neutralna”. Że zamysł kierowany jest jakimś bliżej nieokreślonym celem gospodarczym, który w umysłach twórców jawi się jako „neutralny” wobec kultury i edukacji społecznej. Jednak nic nie jest neutralne – powiadał Leszek Kołakowski – bo przecież neutralność musiałby być neutralna także wobec siebie samej, prowadząc do samounicestwienia. Gorzej, gdy „neutralność” jest pozorna, a unicestwienie całkiem rzeczywiste.
 
A społeczeństwo jako takie, choć zatomizowane, nigdy nie będzie funkcjonować w oddzieleniu – rzeczy miewają na siebie wpływ. Nawet jeśli, jak chciał Tuwim, duża część mieszczaństwa tego nie dostrzega. Chcąc nie chcąc - gospodarka to również system naczyń połączonych. Większy VAT na książki to nie tylko spadek liczby czytelników. To także upadek księgarni, które szczególnie w mniejszych miejscowościach ledwo funkcjonują, a przez to spadek dochodu niewielkich wydawnictw, stojących często na granicy rentowności. W ten sposób, w ciągu kilku lat Polska może stać się prawdziwym skansenem nieudolnych eksperymentów neoliberalnych. A pokłosie tych decyzji może prowadzić do katastrofy na dużo szerszą i głębszą skalę. Podobnie jak w przypadku kryzysu edukacji. A wtedy zielona wyspa, na podobieństwo mitycznej Atlantydy, utonie w oceanie własnej zgnilizny.
 
Trzeba sobie ponadto powiedzieć, że problem nie dotyczy w takim stopniu klasy średniej z dużych miast – tych zapatrzonych we własny sukces mieszczan. Ich na książki będzie stać. Nawet jeśli nie czytają. Rzeczywistą skalę problemu odnotujemy dopiero „niżej” i „dalej” od wieżowców kolonizujących centra aglomeracji. Zwiększony podatek to mniej książek dla ubogich bibliotek wiejskich. Reprodukcja społecznego i kulturalnego wykluczenia. Mniej literatury dla ludzi z mniejszych miast, zarabiających poniżej mitologicznej „średniej krajowej”. „Cała Polska czyta dzieciom” – akcja szlachetna, cóż jednak ma powiedzieć dziecku człowiek biedniejszy – nie stać mnie? Nie wspominając o podręcznikach.
 
Przestaje wiedzieć o co w tym chodzi i dlaczego – do cholery – oni to robią? Domyślam się rzecz jasna; źródeł wymówek i dezinformacji. Polski rząd jest jak Bóg; słysząc jego pomysły chce się krzyczeć „o mój Boże!”. Gdyż idee polskiej polityki są zawsze w imię czegoś i przeciw komuś. Tym razem, nie po raz pierwszy, przeciwko mnie.


 

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry



Copyright © neurokultura 2010 | projekt i wykonanie: sza-sza homework studio