Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka


ON


reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Felieton/Esej > Waliński Michał: Barbara Blida - ostatnia tragiczna bohaterka?

Waliński Michał: Barbara Blida - ostatnia tragiczna bohaterka?

Tragizm, Fatum, konflikt tragiczny, ironia tragiczna, wina tragiczna, hybris, katharsis – te pojęcia powinien znać każdy gimnazjalista lub licealista, nawet z Wikipedii.

Pamięci Pani Barbary Blidy

Mówimy: „Taki los człowieczy”. W tym wypadku Los wydaje się dotyczyć wyłącznie spraw człowieczych i trudnych życiowych sytuacji. Powiadamy: „Los tak chciał”, „Takie są wyroki losu” – los jest tu apodyktycznym dyktatorem, który wziął w dyby życie człowieka (tylko człowieka?), życie to toczy wyłącznie wedle reguł ustanowionych przez los, obowiązuje ścisły determinizm. Narzekamy: „Ironia losu”. To powiedzenie zasługuje na specjalną uwagę. Ironia kojarzy się z pewną sceptyczną mądrością. Klisza mówiąca o ironii podkreśla niezależność losu, jego bezwzględność, a tym samym niesamodzielność, niedoskonałość ludzkiej egzystencji. Ktoś miał nadzieję na szczęśliwe rozwiązanie jakiejś kwestii, miał podstawy, by szczęścia oczekiwać, uznał może, że jego życie jest szczęśliwe, w pewnym momencie jednak los wyraźnie zadrwił z niego, odwrócił w jednej chwili „przewidywany” (oczekiwany) bieg spraw. Los wiąże się w pierwszym rzędzie z przeznaczeniem,  zatem jakimś rodzajem ubezwłasnowolnienia.


W znaczeniach potocznych przez Los rozumiemy również taki, a nie inny, bieg historii osobistej konkretnego człowieka, grupy ludzkiej, narodu (los człowieka, losy polskie, los Żydów). Przywołujemy pojęcie Losu raczej w sytuacjach szczególnych, w odniesieniu do momentów nadzwyczajnych, aczkolwiek często na co dzień niebacznie szafujemy tym słowem, dewaluując jego wartość.


Używając wspomnianych lub tym podobnych „losowych” porzekadeł, idziemy śladem starożytnych Greków, bo to oni wykoncypowali pojęcie Fatum. We współczesnych, potocznych i podręcznikowych, zwłaszcza szkolnych i dydaktycznych znaczeniach, greckie Fatum sprowadzone zostaje do jakiegoś groźnego, spersonifikowanego Losu. Człowiek porusza się po omacku, absolutnie bezradnie w tym świecie, nie wie bowiem, jakie ponure niespodzianki sprokuruje mu Przeznaczenie. Na co dzień nie myśli o Fatum, bo gdyby tak było, niechybnie zwariowałby. Los–Dyktator, wyposażony w jakąś lagę wielką, pilnuje nieustannie „ustalonego” porządku. Problem w tym, że człowiek nie zna tego porządku. Spadająca laga od czasu do czasu dotkliwie godzi w wszelką pychę ludzką.


Grecy wymyślili także pojęcie Logosu. Nie sposób w tym miejscu rozważyć głębiej relacje między Fatum (często nazywanym Przeznaczeniem) a Logosem.  Relacje te wydają się bardzo trudne i skomplikowane. Nie są to pojęcia synonimiczne, a przecież w jakiś dziwny sposób zachodzą na siebie. Czy nie jest tak, że Logos został wymyślony przez filozofów po to, aby dać jakieś szanse człowiekowi, jego aspiracjom twórczym, wszelakim uzurpacjom? Podobno wczuć się w Logos mogą przede wszystkim Filozofowie – wielbiciele Mądrości. A co ze zwyczajnymi ludźmi, nie-Filozofami?


Więcej przewrotnego optymizmu chcą zaszczepić im mądrzy stoicy, rozwijając fatalistyczna skądinąd doktrynę: spróbuj, powiadają, zrozumieć prawa Logosu, a „łatwiej” (mądrzej?) będzie ci chorować, znosić chwile szczęścia, upadać, wzlatywać, umierać. Znosić wszelkie przeciwieństwa Losu.. Przygotować psychicznie do ostatecznego. Możesz to zrobić – wsłuchując się w Logos być może osiągniesz stan apatei Jest oczywiście rzeczą dyskusyjną, czy wiedza jest niezbędna do życia szczęśliwego, zależy to między innymi od tego, jak rozumiemy szczęście. Czy najmądrzejszego Filozofa mniej boleśnie strzyka w kolanie na starość niż zwyczajnego człowieka?


W każdym razie – Logos stanowi niby „przeciwwagę” dla Fatum. Zaprzeczając w pewnej mierze determinizmowi, otwiera sferę wolności człowieka.


Starożytni Grecy wymyślili jeszcze bardzo wiele istotnych pojęć, „uruchamiających” cały szereg niezwykle ważnych dla istoty ludzkiej problemów. Ważnych i dzisiaj. Ich rozpatrzenie wykracza jednak poza ramy skromnego eseiku.


Zastanówmy się zatem, czy operując obiegowymi (bardziej potocznymi) i „szkolnymi” definicjami Fatum, Losu, nie upraszczamy zanadto sprawy? Tamci Grecy ostrożniej poczynali sobie z Fatum. Nie nadużywali pojęcia. Uwzniośliła Fatum grecka tragedia, grecka filozofia.


Ono, owo Fatum, determinuje historie osobiste bohaterów tragedii greckiej. Są to bohaterowie na wskroś tragiczni. Z czego wynika ich tragizm? Odwołując się do Hegla, powiemy, że światopogląd, w szerokim znaczeniu słowa, świat wartości Bohatera X – za przyczyną „przewrotności losu” i odkryć poznawczych „tąże” przewrotnością Losu implikowanych – popadł w konflikt nieprzezwyciężalny z innym światopoglądem czy systemem norm etycznych. Odkrycie nowej (?) prawdy, zatem akt poznawczy, rozbija w strzępy charakterystyczną dotąd dla Bohatera X świadomość świata i świadomość siebie. Prawdy te muszą być zaiste straszne, dotychczasowy świat wartości ludzkich  rozpada się bowiem dokumentnie. Bohater staje się innym człowiekiem.


Tragizm pojawia się na styku tego, co świadome, i tego, co nieświadome. Gdy na styku tym zaiskrzy z pewnych powodów, mamy szansę przyjrzeć się narodzinom nowej tragicznej kreacji. Tragizm jest konsekwencją „wtargnięcia” nieświadomego do świadomego, a przyjęcie Nowego jest najtrudniejszym z trudnych zadań, przed jakimi stoi krucha ludzka konstrukcja psychiczna. Jest jednak warunkiem sine qua non wolności.


Bohater odkrywa, że poślubił matkę własną, a w dodatku dzieci z nią spłodził. Bohaterka Y dowiaduje się, że oprócz jej racji, prawem naturalnym czy wierzeniem motywowanych, istnieją racje inne, równie niepodważalne, a jednych i drugich racji pogodzić nie sposób. Tych darów nowej wiedzy, świadomości, tych odkryć, zazwyczaj nagłych, człowiek nie jest w stanie zdzierżyć, czasem może spróbuje znieść mężnie cierpienie, być żywym przykładem doświadczenia, jak Edyp z Kolonos. „Rehabilitacja” , tak będzie w jego przypadku, może polegać na dzieleniu się mądrością – efektu  summy okrutnych doświadczeń i zrozumienia praw rządzących Logosem – z innymi. Wybory, jakich dokonują Kreonowie, Syzyfowie. Edypowie i in., są równie manifestacją wolności, co zgodą na największe wyrzeczenia. Przenikliwie mądrze pisał o tym Albert Camus w eseju „Mit Syzyfa”.


Bohater tragiczny czuje się winny i jest na ogół obwiniany przez innych, także tych, którzy mu współczują – mówimy o tak zwanej winie tragicznej. Jest winny w wyniku (z winy?) konfliktu racji, sumienia, wartości. Fatum sprawiło, że nagle uświadomił sobie nędzę swojego bytowania, zrozumiał marność egzystencji ludzkiej, osiągnął jakieś dno, upadł (hybris). A mimo to doświadcza czegoś nadzwyczaj ważnego: swoim antydeterministycznym wyborem umacnia własne człowieczeństwo. „Upadł na samo dno i od dołu usłyszał pukanie” – cytuję z pamięci sentencję Leca.


(Jakże ośmieszamy się dzisiaj, kiedy nader często wyrażamy opinie o ludziach i sprawach, że są „tragiczne”, np. że ona „tragicznie” wygląda w tej bluzce lub stringach, bracia Mroczkowie w serialu telewizyjnym są podwójnie „tragiczni”, chociaż lepsza skądinąd wydaje się taka nasza śmieszność, aniżeli śmieszność tych, którzy nadużywają w ostatnim czasie, opiniując coś lub kogoś, słowa „masakra”).


Przywołujemy w odniesieniu do bohaterów, których Los wrzucił w sytuacje graniczne, w bliskim Jaspersowi sensie, pojęcie ironii tragicznej. Owa ironia jest struną potężną, którą uruchomiło zderzenie dotychczasowej świadomości (i autoświadomości) bohatera z Prawdą. Ta nowa wiedza jest zazwyczaj dziełem przypadku, choć czasem bywa, jak w wypadku Edypa, aktem nadzwyczajnego (nazwę to) heroizmu poznawczego. Historia Edypa antycypuje ten rodzaj dwudziestowiecznej antypowieści kryminalnej, w której detektyw jest detektywem we własnej sprawie i odkrywa, że to on popełnił zbrodnię.


Nie lubimy takich powieści kryminalnych, prawda? Wolimy sprawdzone schematy, bo na ogół lubimy to, co znamy. Wolimy takie schematy kryminalne, jakich protoplastą jest biblijna przypowieść o Zuzannie i „chłopcach”, „nieprawdaż”?


Jakaś myśl natrętna, przeczucie, mąciło szczęście Edypa – głęboki szacunek wzbudza zatem fakt, że Edyp zdecydował się świadomie zmierzyć z prawdą, stał się zatem …kowalem własnego losu. Dźwięk wydany przez wspomnianą strunę potężną na harfie życia symbolizuje i wieści nieuchronny finał konkretnego losu ludzkiego – klęskę absolutną bohatera, upadek, z którego tak naprawdę podnieść się już nie da. Ale – paradoksalnie – zachowane zostaje człowieczeństwo.


Mówimy o winie (tragicznej) bohatera, jednak w zasadzie jest to wina bez winy. Gdyby bohater nie podjął próby heroicznej obrony własnego świata wartości, stojąc  w obliczu nowej (granicznej) sytuacji, i gdyby był na tyle przeciętny (słaby, „niski”, trywialny, pospolity, ubogi duchem), że nie potrafiłby przyjąć, uświadomić sobie, że rację może mieć (i ma!) także „druga strona” dramatu, właśnie wówczas zaprzeczyłby idei człowieka i człowieczeństwa. Człowiek albowiem kwestionuje swoje człowieczeństwo w momencie, gdy ucieka od prawdy i rezygnuje z poznania. Taka postawa jest równoznaczna z ucieczką od wolności.


Historie osobiste (personal stories?) Prometeuszy, Edypów, Syzyfów, Antygon, Medei czy Kreonów to przykłady przekraczania granic w poznaniu, najtrudniejsze z trudnych podróże w głąb świadomości, wkraczania w (dotąd) nieświadome. To nadzwyczajne lekcje człowieczeństwa. Antyczni herosi pozostawili licznych, jeszcze w XX wieku, kuzynów, na przykład obu „protagonistów” (?) z powieści Conrada „Jądro ciemności”, bohaterów Dostojewskiego, Sartre’a, Camusa.


Patrząc z tej perspektywy, na szczególną uwagę zasługuje XX–wieczna filozofia egzystencjalistyczna nurtu świeckiego. Przeciwieństwem Syzyfów, Edypów, Medei i Antygon są bohaterowie pozostający – bez względu na wszystkie okoliczności egzystencjalne – w pozycji klęczącej. Odrażający natomiast są ludzie, którzy pół–klęczą, pół–stoją. Czy można o jednych i drugich rzec, iż w pełni zachowują swoje człowieczeństwo?


W tym sensie bohaterowie tragedii greckich to pewne wzorce, wzorce archetypowe różnych kolorów człowieczeństwa. Dramat poznania eksponuje  również znana każdemu uczniowi scena pojedynku Hektora z Achillesem. Śmierć Hektora jest tożsama z aktem poznania. Hektor umiera, ale zrozumie również coś nadzwyczaj ważnego Achilles, dzięki temu przypomni sobie, że jest ludzka istotą, uczłowieczy się. Homerowy Odys, którego historia, jak i historia kobiet, jakie napotykał na swojej drodze (tworzących pełną panoramę kobiecości, wyczerpujących „w czwórcy” pojęcie Kobiety), zdaje się w pełni, globalnie, definiować istotę człowieka, podróż zaś bohatera symbolizuje przede wszystkim episteme – wszelkie inne naddatki symboliczne są dla tego przykładu wtórne.


Albo przypadek Gilgamesza, który podejmuje się „epistemologicznej” podróży, poszukując zmarłego przyjaciela, i próbuje zrozumieć zagadkę dotyczącą granicy, „przejścia”, między życiem i śmiercią i zbadać, czy możliwy jest powrót z wnętrza góry przez bramę u jej podnóża, przez która słońce co dzień skrywa się w podziemiach? Odkrycie, że śmierć jest definitywna, że po śmierci nie ma powrotu do świata żywych, że należy zatem cieszyć się życiem póki jest, jest, przyznajmy, odkryciem niebanalnym. Każdy z nas, w jakimś szczególnym momencie (jeszcze życia), musi zmierzyć się i uporać z tą prawdą, zaakceptować ją.

Wspomnijmy też tragiczne postaci Pankracego i hr. Henryka z dramatu Krasińskiego – konflikt racji równowartościowych, z którego wyjścia żadnego nie ma, uzyskuje w tym dramacie egzegezę i wykładnię z pespektywy dziejów Europy, a więc Świata, co tłumaczy fenomenalność dzieła w skali literatury europejskiej tamtego okresu. „Nie-Boska” to być może ostatni europejski utwór na miarę greckiej tragedii.

Śledząc losy wzmiankowanych bohaterów, wczuwając się w ich wnętrza, doznajemy przeżyć katarktycznych, uczymy się na ich przykładach, zmieniamy pod ich wpływem, umacniamy w swoim kruchym człowieczeństwie. Także i z tego powodu bohaterowie ci są potrzebni – pod warunkiem, że dysponujemy cechą empatii. Refleksji i autorefleksji. Że chce nam się myśleć. A autentyczne myślenie boli, jak wiadomo.

Raz jeszcze kłania się wątek szkolny, dydaktyczny. Parę lat temu, na maturze z j. polskiego, uczniowie zmagali się z tematem typu „Charakteryzując Makbeta na podstawie danych fragmentów dramatu Szekspira, określ, na czym polega tragizm postaci i porównaj go z tragizmem bohatera znanego Ci dramatu antycznego.” Uczeń odpowiadał, że Edyp był narzędziem Fatum, a losy Makbeta były w jego własnych rękach i …otrzymywał jeden cenny punkt. Trudno o dosadniejszą trywializację problemu. Przyjmując, że klucz egzaminacyjny jest prawdziwy, musimy niewątpliwie dojść do wniosku, że Syzyf lub Edyp, Medea lub Antygona, to bezwolne kukły ludzkie, a tragizm Makbeta najwyraźniej nie jest tragizmem, bo inaczej musielibyśmy rozpatrywać w kategoriach tragicznych współczesnych zamachowców i terrorystów. A może nawet musielibyśmy przyjąć, że zabójca, który w „pijanym widzie” lub na skutek defektu psychicznego wyrżnął własną rodzinę, nosi także jego piętno. 

Przyjąć raczej należy, że Makbet jest jednym z kuzynów antycznych bohaterów tragicznych. Ułatwi sprawę założenie, że słynne wiedźmy z dramatu Szekspira są hipostazą tajemnych, nie do końca uświadomionych aspiracji, ambicji, żądz człowieczych, w tym przypadku Makbeta, męża Lady Makbet, która nader cynicznie – i jakże celnie – uderzyła w najczulszy punkt każdego (prawdziwego) mężczyzny. Miarę tragizmu Makbeta wyznacza moment śmierci – Makbet, podobnie jak bohaterowie antyczni, poszerza granice swojej świadomości. Umierając, jak rycerz, uświadamia sobie coś niezwykle ważnego, że mógł być innym człowiekiem, zachowuje tym samym swoje człowieczeństwo. Przypadek Lady Makbet pozostawmy analizom psychiatrycznym. Szekspir na pewno nie był idiotą. To współcześni terroryści, zwłaszcza działający w imię jakiejś rzekomej religijnej idei, są bezwolnymi, „nakręconymi” maszynkami i trudno w ich przypadku mówić o idei człowieczeństwa.

Szekspir pogłębił w sposób niebywały wiedzę o człowieku, jego psychice. Zgodzimy się, że droga do filozoficznego odkrycia „Ja” (dopiero w filozofii XIX wieku – Fichte – bo przecież nie kartezjańskie "Ja" mam w tym momencie na uwadze) była bardzo długa i że wiele zawdzięcza – w naszym kręgu kulturowym, w kręgu kultury śródziemnomorskiej – mitologii i literaturze. Mówi się, że filozofowie starożytni, poruszający przede wszystkim sprawy bytu (i jakby zdeterminowani w aktywności poznawczej przez to pojęcie), nie zajmowali się „Ja”, nie mówiąc już o „Osobie”. Może to i prawda, ale pozwólmy sobie zauważyć, że „Ja”, relacje między „Ja” a „Ty”, „Ja” – „My” odkrywała na swój sposób mitologia i tragedia grecka, z mitu przecież wyrosła. Mitologia Greków jest dziełem ludzi w sposób niezwykły racjonalistycznie myślących, poczynając od faktu, że stworzenie świata nie mogło być dla nich aktem „creatio ex nihilo”, bo świat narodził się, wyszedł z wielkiej „szpary” Chaosu. „Coś” nie może powstać z „Nic”, nie można być i nie być w ciąży jednocześnie. Pojęcie apeiron uczy, że jakikolwiek Porządek musiał powstać z „Nieporządku”, czyli Chaosu. Współczesny wielki i znany fizyk dowodzi, że swoistym arche była grawitacja. Zatem :”Coś” musi w sposób konieczny być antycypowane przez inne „Coś”.

Podarujmy sobie w tym miejscu dywagacje na temat fantastycznych intuicji filozofów starożytnych, szczególnie tych przedsokratejskich, i powróćmy do punktu wyjścia niniejszej refleksji.

Najwyraźniej, pojęcie Losu, Fatum, było dla Greków pojęciem czysto filozoficznym, pojęciem z zakresu teorii poznania (episteme). Przywoływanie Fatum każdorazowo towarzyszyło bohaterom, ludziom, w momentach, gdy przekraczali oni, w konflikcie z własnym sumieniem i światem, granice poznania, zdobywali nową świadomość i samoświadomość, a fakt zmierzenia się z upiornymi demonami był miarą ich conditio Humana.

Odwieczna tendencja do personifikowania pojęcia wynikała i wynika prawdopodobnie z chęci jego „uobecnienia”, „obłaskawienia”. To, co zostanie nazwane, i co w dodatku zostanie „zikonowane”, wydaje się bardziej przyswajalne. Pewne rodzaje myślenia w kategoriach deterministycznych okazują sie wygodne z perspektywy zwyczajnego, przeciętnego bytowania ludzkiego – można usprawiedliwiać nimi słabość, ułomność lub nieostrożność własną. Często – także własną bezmyślność. „No, cóż, los tak chciał!” – powiadamy, gdy na przykład zapłaciliśmy mandat za przekroczenie prędkości, są jednak bardziej kardynalne występki ludzkiej głupoty. „Co się ma wydarzyć, to się wydarzy, taki jest porządek rzeczy” – konstatujemy w konkretnej trudnej sytuacji, zwalniając się nie raz z myślenia i działania.

Dzisiaj, w naszych czasach, daje się zauważyć postępujący brak zapotrzebowania społecznego na bohaterów tragicznych, takich wszakże, którzy zmuszaliby odbiorcę literatury, sztuki, filmu do gruntownej refleksji nad własnym człowieczeństwem i ludzką kondycją. Refleksje te musi, zauważmy, implikować przeżycie katarktyczne.

Owszem, lubimy wszelkie formy tragizmu podawanego w formie jakby lekkiej, łatwej i przyjemnej, na przykład w serialach telewizyjnych, serwowanych niczym hamburgery przez wybitnych artystów w rodzaju braci Mroczków, Kaś Cichopek lub Glinek. Łykamy te serialowe „tragizmy” jak łykamy codzienne informacje o katastrofach, cudzych nieszczęściach i tragediach, podawane przez pajacykowatych i sepleniących prezenterów lub lalkowate prezenterki wiadomości telewizyjnych, i ciekawie, a jakże, ilustrowane drastycznymi obrazkami. Są jak dobry dodatek do przeżuwanych w trakcie projekcji chipsów.

W pewnych zaś nadzwyczajnych sytuacjach, typu katastrofa smoleńska, szczytem ludzkich możliwości percepcyjnych okazuje się łatwa umiejętność uciekania do teorii spiskowych, co dotyczy sporych rzesz społeczeństwa. Lub – rodzaj „żałoby”, „żałobnego” rozpamiętywania bez umiaru, bez jakiegokolwiek dystansu, które przybiera formę swego rodzaju żałobnej pornografii osadzonej w kontekście politycznych waśni.

Tragizm dzisiaj? Można by rzec: taki tragizm, jakie współczesne społeczeństwa, jakie możliwości odbioru i percepcji sytuacji tragicznych. Czy zatem pojęcie tragizmu w wymiarze antycznym jest w XXI wieku pojęciem z lamusa? A ostatnimi reprezentantami szeroko pojętej sztuki, którzy przedstawiali w stosunkowo prostych historiach – prostych jak w dramatach Ajschylosa lub Sofoklesa – bohaterów stricte tragicznych, byli twórcy „czarnego kryminału” amerykańskiego w rodzaju Chandlera lub reżyserzy pokroju Melville’a tworzący arcydzieła filmu „noir”? Lub może i Clinta Eastwooda?

Czy życie współczesne nie dostarcza już przykładów personalnych osadzonych w takich właśnie, zawsze prostych, ale jakże przejmujących historiach?

Powstało w ostatnich kilkunastu latach w Polsce kilka dzieł filmowych, których odbiór – niczym ą tragedia grecka – był równoznaczny z autentycznym przeżyciem katarktycznym: „Psy” Pasikowskiego „Dług” i „Plac Zbawiciela” Krauzego, może również „Przemiany” Barczyka, w tym ostatnim jednak przykładzie tragiczna historia ludzka opowiedziana jest jednak w sposób mniej prosty, a „efekt tragiczny” psuje zakończenie. Nie żartuję bynajmniej. Bohaterów niektórych z tych filmów można zasadnie zestawiać ze wspominanymi bohaterami starożytnymi.

A samo życie? Dostarcza takich przykładów aż nadto.

Bohaterką tragiczną w wymiarze niemal antycznym jest Barbara Blida. Gdyby powstały sztuka poświęcona jej historii lub scenariusz filmowy, musiałyby zawierać wiele cech charakterystycznych dla tragedii greckiej, chociaż z wielu powodów nie mogłaby być czystą gatunkowo tragedią antyczną. Barbara Blida, której krótkie, efektowne i efektywne życie, życie wszakże normalne i chyba szczęśliwe, zakończone w sposób nagły i tragiczny, wpisuje się w definicje ironii tragicznej, konfliktu tragicznego.

Jej osobista historia dostarczyła przeżyć milionom ludzi – współczesna widownia mass mediów jest po stokroć większa od ogromnej skądinąd widowni typowych teatrów greckich. Grecy znakomicie radzili sobie z nagłośnieniem (fonicznym) przekazów scenicznych, współcześni spece od nagłaśniania, nie tylko kategoriach akustycznych, biją ich wszakże na głowę. W jak wielu, spytam wszakże, przypadkach osobistego odbioru historii Barbary Blidy przez ludzi tworzących dzisiejszą, potężną widownię mówić można z przekonaniem o przeżyciu katarktycznym, zmuszającym do głębszej refleksji moralnej? Nie chciałbym rzeczy „przeliczać”, uciekając się do procentowych wyników a la sondaż popularności partii i ugrupowań – w sposób nieszablonowy przeliczał miary szczęśliwości świata i życia Leibniz. Nie chciałbym tego nie tyle dlatego, że byłaby to trywializacja tragedii, a niewątpliwie byłaby, ale dlatego, że cassus Barbary Blidy ma wymiar ponadpartyjny, ponadgrupowy, ponadnarodowy, a na pewno „ponadmafijny” – pokazuje, podobnie jak historie Prometeuszy, Syzyfów czy Edypów, uniwersalny problem ludzki.

Mamy tu, napisaną przez samo życie i przedstawioną przez teatr ogromny mass mediów, historię człowieka, który ciesząc się tym światem i budując ten świat szczerze i wedle swoich, większych niż przeciętne, możliwości, żyjąc „normalnie szczęśliwie”, nie był najprawdopodobniej bardzo długo świadomy, że znalazł się w okrutnej pułapce „losu”. W matni, z której wyjścia sensownego nie ma. „Los” stał się w tym wypadku swoistym eufemizmem sprokurowanej wobec Barbary Blidy intrygi politycznej, jego ordynatorem byli agenci służb specjalnych i ich mocodawcy, a taki „los” nic wspólnego nie ma z greckim pojęciem Fatum. Świat jednakże, w który głęboko wierzyła bohaterka, a miarą wiary była jej osobista wiedza na temat tego świata, świat ów w sposób okropny zadrwił z niej. Jej sytuacja była sytuacja tragiczną. Jej bohaterka, niczym współczesna Antygona lub Dydona, szansy na wyjście z opresji żadnej już nie dostrzegła.

Szkicując scenariusz w spółczesnej sztuki lub filmu, których kanwa ma być los Barbary Blidy, problem potężny mamy z drugą stroną tragicznego konfliktu. Trudność polega na tym, że „szeryf” Zbigniew Ziobro, którego uznać można za symbolicznego, i nie tylko symbolicznego, reprezentanta tej drugiej „strony” w dramacie podejmującym temat życia i klęski Barbary Blidy, nie jest w żadnym razie bohaterem tragicznym, nie jest Kreonem. Nawet przedstawiany przez media w sytuacji sam na sam z dyktafonem, nie osiąga owego wymiaru, co najwyżej sygnalizuje, przy pomocy tego typu urządzeń technicznego, jakiś rodzaj głębszych kompleksów i trywialnych sposobów ich przezwyciężania.

Notabene, jak uczy literatura antyczna, tragizm zroszony w wyniku tragicznego konfliktu, niczym bagno pochłania zwykle kolejne ofiary. Edyp, Jokasta, Antygona, Kreon. Medea i… Symbolicznych reprezentantów „drugiej strony” w historii Barbary Blidy jest więcej. O niektórych z nich można mówić wyłącznie już w czasie przeszłym. Zgódźmy się co to tego, że jeśli historie tragiczne układają się czasem w stylu tragikomicznym, dodatek komizmu nie znosi samego tragizmu i jego istoty, o czym wiedzieli Arystoteles i starożytna spółka. Eurypides i Szekspir. Przypomnijmy rolę w historii Barbary Blidy Człowieka z Wanną (i Sąsiadką). Wspomnijmy farsę, w jaką ułożył się ostatni tak szumny pochówek na Wawelu. Przypomnijmy funkcję (szczęśliwie żyjącego) Człowieka z Psem, którego imię i znaczenie uprzytomniła społeczeństwu pijana wypowiedź Aleksandra Kwaśniewskiego. I miejmy nadzieję, że ofiar więcej nie będzie więcej, aczkolwiek Fatum wydaje się być silniejsze od Logosu.

Jeśli więc Barbarę Blidę definiujemy jako bohaterkę tragiczną, definicję tę odrzucamy w odniesieniu do Człowieka z Wanną, Człowieka w wawelskim Sarkofagu i im podobnych popleczników „kaczyzmu” . Reprezentantów strony drugiej w dramacie – biorąc pod uwagę nie tylko ich relacje z Wielkim Wodzem, Ideologiem Nienawiści i Obłędnym Rycerzem – charakteryzuje zresztą postawa „pół stojąca-pół klęcząca”.

Tragizm Barbary Blidy jest funkcją jej samotności, w punkcie zwłaszcza kulminacyjnym całej historii była osobą przerażająco samotną. Tak więc – w oczach i sumieniach części, tej bardziej „sophisticated”, widowni Teatru Naszego Ogromnego – Zbigniew Ziobro, który był (jest?) mocny siłą wielkiej grupy politycznej i jej sojuszników, nie ma szansy na odbiór w konwencji tragicznej, choćby z dyktafonem i taśmami w ręku, zachowując wszakże – w tym surrealistycznym państwie – szansę na sukces.

Ma ponadto talent i powód niewątpliwy, aby zostać bohaterem współczesnej farsy, trafiając w najlepszym wypadku do „intermediów”.

Kreacja Zbigniewa Ziobro do pięt nie dorasta kreacji takiego choćby Maćka Chełmickiego z filmu Wajdy, Franza z „Psów”, bohaterów stricte tragicznych, już nie mówiąc o czołowych gangsterach z arcydzieł Melwille’a, a zwłaszcza inspektorze Mattei. Nie tylko dlatego, że Zbigniew Ziobro nie dysponuje możliwościami aktorskimi Lindy, Delona czy Bourvila. Ziobro przegrywa absolutnie z „kowbojami” z filmów Eastwooda, granymi przez samego Clinta. Wybory dokonywane przez Maćka, Franza, Correya i Mattei (z filmu „W kręgu zła”)[1] były wyborami sensu stricte tragicznymi, determinowanymi ironią już nie osobistej, lecz społecznej historii. Tak jak tragiczny był ostateczny wybór Barbary Blidy. Lub – koniec Barbary Blidy. Bo tajemnicy finału tego dramatu tak naprawdę nie znamy.

Powtórzmy zatem: scenariusz filmu czy sztuki poświęconych Barbarze Blidzie, nawet jeśli zachowałby podobny układ strukturalny poszczególnych części – od zawiązania akcji począwszy, odbiegałby zasadniczo od konwencji tragedii antycznej; „czysta” tragedia nie jest współcześnie możliwa nie tyle ze względu na preferencje gatunkowe teatru lub filmy, ale ze względów moralnych. Farsy zdają się dzisiaj wypierać tragedie, potwierdzając słuszność refleksji zapoznanego dzisiaj filozofa. Czy Fatum zawsze musi zwyciężać w odwiecznej grze z Logosem?

Zgadzam się z tymi, którzy głoszą, że egzystencja ludzka jest w istocie marna, nędzna. W gruncie rzeczy, mało możemy, wydaje nam się tylko, że możemy dużo więcej. Jeśli nawet medycyna wydłuży przeciętne życie o 50 lat, o czym przekonany był Zbigniew Religa, to czy oznacza to, że żyć będziemy lepiej, mądrzej? Śmiem wątpić tak, jak wątpię, że można ideę postępu odnosić do szeroko rozumianej kultury, której motywatorem jest tenże dumny i słaby człowiek.

Bo człowiek jest istotą w gruncie rzeczy bardziej słabą, niż mocną, mimo że (przepraszam) „wyżej sra niż dupę ma”, w czym zresztą – jego siła . Nie oznacza to jednak, że powinniśmy rezygnować z samego życia, a w życiu tym - z konstruktywnej aktywności, z poszukiwania szczęścia, radości i rajów jakichś cudownych, zrezygnować z budowania pozytywnej mocy. Myśli o nędzy bytowania ludzkiego nie powinny zachęcać nas, nawet tych najbardziej pospolitych zjadaczy chleba, którymi często niestety bywamy, do ucieczki od Logosu. Zobowiązuje nas do tego przynależność do określonego kręgu kulturowego.
 
Wambierzyce, 15-17 X 2010 roku


[1] Pisał o bohaterach filmów Melville’a bardzo interesująco A. Żychliński w artykule „Widmo wolności” we wrześniowej „Odrze” (2010/9)




Michał Waliński (ur. 1948) - filolog, folklorysta, pedagog. Autor ok. 150 publikacji, redaktor i współredaktor książek, artykułów i szkiców naukowych, popularnonaukowych i in., recenzent, felietonista z zakresu teorii kultury i folklorystyki, krytyki literackiej, dydaktyki, przekładów. W latach 1975-1992 stały współpracownik czasopisma naukowego „Literatura Ludowa”. Publikował także m.in. w „Regionach”, „Odrze”, „Tygodniku Kulturalnym”, „Agorze”. Członek redakcji miesięcznika „Agora”, przew. Koła Naukowego Polonistów. W latach 1971-1974 nauczyciel w zasadniczych szkołach w Łodzi, później nauczyciel akademicki w Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu (filologia polska, kulturoznawstwo), po okresie bezrobocia wychowawca w zakładzie wychowawczym dla dziewcząt w Bytomiu. Od 1983 r. nauczyciel języka polskiego, filozofii, wiedzy o kulturze w II LO im. Emilii Plater w Sosnowcu. Autor programów autorskich i innowacji pedagogicznych, opiekun klas autorskich i profilowanych, pomysłodawca, inicjator i organizator 18. Turniejów Jednego Wiersza „O Laur Plateranki”, redaktor książek poetyckich z „Laurów” i monografii szkolnych. Wychował 110 laureatów, finalistów i uczestników eliminacji centralnych Olimpiad – Filozoficznej oraz Literatury i Języka Polskiego. Założyciel i opiekun szkolnego Teatru Naszego. W latach 80. ub. wieku brał udział w pracach Komisji Folklorystycznej PAN. Blog autora >>

 

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry



Copyright © neurokultura 2010 | projekt i wykonanie: sza-sza homework studio