Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka




reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Poezja > Dymińska Dominika: tylko gorzkie

Dymińska Dominika: tylko gorzkie



będzie i czekał
kilkadziesiąt dolarów. ojciec nie odpuszcza nigdy,
idzie na całość, na kilka centymetrów
grzęźnie w miąższu. piramida raz!. jesteśmy potęgą
 
jak dąb obok, jak Bartek z Rogalina. chwytam ojca za dłonie
jak szala wagi ciążę ku trawie, puszczam głowę, wznoszę
się ku niebu. po policzkach płynie wilgoć, dygocze sklepienie
 
żeber. wybacz, zapomnij. nic nie bolało, przegraliśmy
cały dzień. jest jutro. wszystko da się nadrobić.
 
nic prawego
mogłabym nawet uwierzyć. nawet bez ale.
tylko prawda jest ciekawa, więc strzelaj, Antygono
z królestwa boazerii i mebli ze sklejki, które pamiętają
pierwszy raz bez światopoglądu i bez opowieści o kraju
przechylonym na lewo. żyjemy w dużym mieście, więc
mamy szeroką perspektywę. ludzie wciąż są i pracują.
dzisiaj różowa woda, Prada na pustyni, geje w Tiergarten
 
pomiędzy widocznością, a jej brakiem.
 
komórki
tutaj nie ma czarów, jest wosk przelany nad głową,
pęki lnu palone we włosach jak sny, w których
krzyczeć nie można. do Boga zbliża wszystko,
co niebieskie, otwieranie żył do kości, modlitwa-
szeptanie do ścian: jak wyjść z domu, w którym płaczą dzieci?
 
ciche zamawianie na ospę, różyczkę, krew suchą lub
zbyt rzadką by dać się podzielić, dokończyć, dopalić
na czyjejś klatce, ułożonej z podobnych wzorów i łusek.
 
mróz
trudno właściwie te reakcje opanować,
zamknąć, ostudzić i nie pozwolić wrzeć.
to, co kieruje osiąga skrajną postać,
prowadzi w strefę krawędzi.
 
zimno, dzielą się frakcje. wokół dachu pada śnieg,
między rynnami zachodzą zależności. to wszystko
dowody, że mikroświat istnieje.
 
sukien śmierdzi szlugami, automat w holu
kradnie dziesiątki. łatwo nie jest, więc
tworzymy przetrwalniki. tworzymy w sobie setki lat,
otoczki, błony i twarde sumienia.
 
palenisko
tutaj zawsze jest wcześnie, dlatego łatwiej
pamiętać. są znaki, kierunki wypaleń, miejsca,
w których ogień przetacza się po granicach.
oprócz picia wszystko jest takie trudne.
kolejna wódka z nożami. powodów jest mnóstwo
i ważnych. mróz widoczny za szybą, reszta rzeczywistości-
nadmiar. ten ból tuż przy rdzeniu, czy do wiosny minie ?
 
po czasie
zapytasz, ile czasu będziemy jeszcze siedzieć w tym raju
szukając na ciałach punktów zaczepienia. na razie jesteśmy
 
w kropce, w przykrótkich płaszczach, w końcówce września.
mamy czas by się odegrać, odegrać siebie, znów przelać rzekę
ze szklanki do szklanki, podzielić drzwi. spójrz, nie umiem
zniknąć bardziej od ciebie ani zasklepić dłoni w zakamarkach.
 
uwierz, teraz tu jest nasz dom, przed domem suche drzewo,
nowy przyjaciel, ostatnie słowo.
 
przegląd
oni jeszcze nie wiedzą. na sali nikt, nic.
jeden po drugim, wybijają larum na posadzce.
kilkaset białych twarzy, część fasady budynku.
 
to było takie ciepłe miasto. nie ma już tych,
którzy nie powinni się urodzić. jak w filmie,
od początku wszystko musiało się skończyć.
 
to ostatni raport przed zapadnięciem ciszy.
mam jeszcze w portfelu łuski, na szczęście,
na pieniądze, poza tym guzik. prawda, że
 
są prawa i reguły, wyjątki od reguł.
ale się nie przejmuj. to jeszcze nie rewolucja,
to tylko taki, kurwa, new romantic.
 
puste skorupki
kolejne zwierzątko cierpi na ziemi
w tym domu. nie przeżyje nocy. weźmiesz je
razem z cichą agonią i będziesz głaskać
i będziesz płakać do snu, który przyjdzie zły.
wszyscy silni mężczyźni pozwalają na koszmary,
więc kto wyniesie ciało, jeśli nie okaże się martwe ?
 
tyle lat nieszczęścia. śmierć w statystykach:
w tym roku, w mieszkaniu, w środku, w oczach
gaśnie drugi czarny kot. najgorsze są zwłoki.
poza tym niczego się nie boję. jeszcze będzie
pięknie, balony polecą na Białoruś. powiedzmy, że teraz.
 
sól i herbata
widocznie idzie zima. drzewa są rzadkie,
dają się minąć tylko w jednym kierunku.
 
mamy tu okna i ściany, szerokie spojrzenia.
relacje styczne i szybkie.
 
ziemia na północ jest tłusta, świeci się.
pewnie ktoś czymś tam napłakał, zobojętnił.
nie urośnie.
 
wierszyk o wyciąganiu rąk
nie ma wątpliwości, tak małe dłonie jak moje
nie potrafią utrzymać sensu. ciągle wchodzę,
klnę, coś mówię o kilometrach drogi, które
pilnują. by zbyt daleko nie uciec, zdążyć
 
wrócić do dawnych uczuleń i kruchych,
grudniowych kwiatów. tam, gdzie rzeczywistość
istnieje inaczej, złożona z powierzchni i głębi.
 
o tym niewiele się wie, ale wciąż myśli:
czy ona tkwi w tkankach, w tym obcym
 
we mnie?
 
 
 
o matkach i aktorkach
 
kobiety, które grają
coraz mocniej wierzę we wszystko, czego nie mówisz.
mężczyźni to geje albo faszyści, dlatego często
tak bardzo mi żal. pytałeś, jak się czuję, a ja odpowiadałam,
że naga, że dobrze. czułam się wtedy trochę dziwką. bo przecież nie.
 
oczywiście, że nie. na wszystko znajdowałam jakąś odpowiedź,
więc od razu o mnie wiedziałeś. mówiłam: stąd jest wszędzie daleko.
 
wkładałeś mi palce do ust, opowiadałeś o matce. że nigdy nie miałeś
na własność.
 
pierogi
święty Jacku z pierogami, właśnie przyszły do nas
wigilijne knysze i kulebiaki. matka pachnie kapustą,
zagniata ciasto gołymi rękami. znam na pamięć
mechanikę jej mięśni, ich zarys co roku subtelniejący
pod skórą. jeszcze chwila i zacznie lśnić, wystąpią
pęcherze, trzeba będzie zacząć czekać na wyrośnięcie,
 
hodować w cieple. pozostanie do dokończenia. matka
w tym czasie dopije i schowa, bo nie wiem. ty wiesz,
święty Jacku, jakie są kobiety, kiedy czegoś chcą.
jak bardzo.
 
dzień matki; raport
żabko, karm dzieci dobrze, kup grzechotnika-mówi dziadek miażdząc
w dłoni skorupki. od razu wiadomo: nikt go nie przekona o istnieniu uczuć
od głodu silniejszych i bardziej sugestywnych. dom to pustka bez przekroju,
ale z mnóstwem wejść przerywających ciągłość. jesteśmy tak wydrążeni
jakby nas nie było, z tych odmian można poskładać katalog, w którym
podmiot będzie czekał z obiadem na dzieci, będzie łykał powietrze surowe i
lepkie jak śmierć; z tych ludzi, co mówią o wszystkich książkach, których
nigdy nie przeczytali, każdy jest statystą w stu procentach świadomym-
w pęcherzach nie ma powietrza, z ran nie wylewa wody.
 
 
cztery pory. Krzysztof
 
Intercity
właściwie jesteś tutaj podstawą wszystkich
przekształceń, sztywnym złączem złożonym
z tak wielu powodów. sprawdzam ceny biletów
i nadal nie wiem, jak dużo w tobie
składa się z pociągów, od czego zacząć i czy w ogóle
 
warto. jest dalej niż trudniej, dlatego
chciałabym mieć pewność, że kiedy odchodzisz
to tylko żeby zapalić. przełknąć kaszel.
 
 
wiosny, żeby była
pewnie zrobimy sobie zdjęcie i stworzymy miejsce,
w którym jest się razem na czas dłuższy od zwyczajnego,
pomiędzy pisaniem a rzeczywistością, jej całym nadmiarem.
nie ogarniam tych reakcji z uwzględnieniem przerw i
komór powietrznych, chociaż zależy mi bardziej niż
na wszystkich zwierzątkach branych na próbę. razem branych.
jest jakaś niepewność, będę ją mieć niedługo na Wschodniej,
podobnie blisko jak świadomość, że nic już nie zostanie
jak przedtem. przyjdą zmiany w kodach-musi być co palić
nim przyniesiesz ogień. cicho; mówisz: mała
do dziecka, dziecko w rękach ma popiół.
 
kolejny o wiośnie
prowadzę biodra po śladach tego dymu,
którym tak cicho oddychacie. przy wiązaniu
ciszej; coś tu drąży krtań. cukier
w domysłach, w tej pustce, we mnie-
komu piszesz wiersze, dziewczynko spod ściany ?
kto po tobie zbierze wszystkie te historie,
wszystkie obietnice zaschnięte do kości,
chłopców ukrywanych w małych, krótkich wiosnach,
częste, zimne pory, gdy brakuje ognia chociaż
ogniem pachnie, nim smakują końce. skąd sypiecie
piasek na senne koszmary, skąd ta ilość czasu, że
mówicie: długo? w rękach macie echo,
coraz szybciej śpicie.
 
odległość
jestem pewna twojej spójności, więc mogłabym spytać tylko
czy kłamiesz w listach i czy naprawdę tak bardzo palisz.
 
lustro na ścianie obejmuje połowę sylwetki. dolne pół.
kiedy zakładam szpilki, biodra znikają w górnych partiach
i robią się cieplejsze. boję się potem chodzić po schodach,
szczególnie w dół, tam, gdzie nie widać końca. to ta sama historia,
 
tylko bliżej początku, bliżej granic miejsca, gdzie będę czekać,
całkiem obliczalna, w tych innych rodzajach pewności.
 
 
Paszków
 
podłoże
ciężki piach trzyma za nogi. godzin musi być dużo,
bo o czym mówić, że jest trudne jeśli nie o wietrze
od którego płaczemy ? pnie trzeba wkopać, położyć
wskazówki na brzegach tej rzeki, żeby nie uczyć się błędów.
tutaj woda jest silna. cokolwiek dziś zbudujemy,
stanie wysokie i wąskie.
 
później poszukamy miejsc, w których bólu nie będzie.
na zdjęciach wyjdą śliczne.
 
grudzień
na tej grudzie nie da się jeździć. szkoda koni.
nosimy wodę wszystkim o bladej śluzówce. Romek zawija
długo i dokładnie, układa ścięgna palcami, końcówki chowa.
 
biorę już drugiego, na pół godziny, żeby nie zmęczyć.
wsiadam dwa razy, dwa razy ciężko. nie patrzę wstecz,
w taki mróz.
 
mówią, że ostatnio wyschły mi ręce, schudły.
podobno tutaj każdy tak ma. gdyby trener o cokolwiek pytał,
powiedzcie, że nie.
 
odprawa zawodników
słucham bardzo. nisze zachodu dopalają się w żarówkach,
podchodzi on, prosi o ogień, najlepiej wewnętrzny, a ja
nie mogę. przechodzę nad sobą do porządku dziennego.
kiedy się rozprężaliśmy pan Roman obiecał mi okcie, ydki i goździki
do trumny. pojawił się eustres, gorączka przedstartowa. pamiętam, żeby
 
nie mierzyć na siłę i nie patrzeć na odległości. rozliczać szeregi
na dłuższe foulee, odbijać się z bliska. czekam na czysty przejazd.
wiem, Marek nie był wiśnia, ale i tak złamał bat na Nasturcji, Delicji i
zahaczał nogami o drągi.
 
transmisja (Pardubice)
Marek, nie bądź wiśnia ! to wszystko pestka
jak zwykle o tej porze roku. obserwuję ruch jego palców na wodzy.
ma coś władczego w dłoniach, kiedy przesuwa wędzidło
na wysoki procent. byliśmy razem, czyli ja
 
ktoś jeszcze i czas dział się na granicy polsko-czeskiej, która
musiała zastąpić brzeg świata.(pewnie konkurs byłby Marka, gdyby nie
złe ruchy, program dowolny i muzyka) rozbiliśmy obóz. miała być integracja, ale
nie wszędzie i nie wszyscy naraz. rzeczywistość na granicy okazała się całoliniowa.
tak nas mało, a mogliśmy być wszędzie. skakaliśmy wciąż z różnych pięter, na różną
wysokość tonu. z klasy do klasy.
 
 
5.Chemia
 
czerwone tarcze
mam taki przypadek, na jaki zasłużyłam. mój pociąg jedzie daleko,
aż do października. znika za szybą, mięknie w deszczu, zapomina jak
 
zapomina się własne odbicie na jabłku przed ugryzieniem, kolejkę
po przekroczeniu progu. mam czas, który starcza do jutra, współrzędne
na przecięciu żył, początki apoptozy pod macierzą paznokcia. na stałe
przechodzę w stan zolu, umieram po plazmie, po kolei. życie po życiu
 
rok za rogiem. i ja, ciągle uczulona na cukier mleczny, sypki
puder w promieniu ramion. znów muranowskie osiedle przed ósmą,
w podwórku drzewo, trzepak, pies. niedługo Kuba wyjdzie z podziemia,
strzepnie parasol. elo elo piąte LO.
 
koloid
stoję, bo cicho. kiedyś wkładało się listy do skrzynek, a teraz wystarczą
szpilki w kontakcie. dżdżownica przedziera się przez profil glebowy,
rozdziela warstwy genetyczne. zachodzą na siebie reakcje w kolumnie
chromatografu, twarz zastyga nad paleniskiem. zagrywki lecą w punkt,
kołyszą trawą pod oknem. tak bardzo umiera się tylko w domu, kiedy
 
podłogi są jasne i czarne.
 
podstawniki
trudno cokolwiek tutaj ustalić, ustawić
w kolejności, oprzeć na doświadczeniu.
momenty są bliskie, dłonie zalane kwasem
pierzchną na sekundę przed spłukaniem.
to logiczne jak fakt, że zawsze odchodzisz
głośno i nagle, zabiera cię choroba lub deszcz
 
w dzień. Dominika, coś było z tej chemii?
ja nie wiem, ja pamiętam tylko lustrzane odbicia,
zmiany pozycji w płaszczyźnie zwierciadła. kształt,
który mną nie jest nawet w pustym laboratorium.
 
 
Azja
 
milczy
wszystko w porządku. jesienne półwyspy wdzierają się w morze,
na ściankach probówek lśnią nasze osady. czymś się to leczy
i czemuś zabrania. bardziej umiera się we śnie niż
 
śpi o śmierci. na pewno mamy tylko marzenia o przestawaniu,
jakieś uwagi i szansę by czasem wysklepić to wszystko od nowa.
 
teraz idziemy razem, idziemy ciepłą drogą za wiśniowym sadem.
masz w ustach kartki Marqueza, w oczach rumieńce późnych jabłek,
we mnie siebie - pamięć o ostatnim, idealnie zrobionym błędzie.
 
całopalenie
ten naszyjnik jest zbyt srebrny jak na możliwości pereł.
 
pamiętam świerszcze za piecem i gniazdo szerszeni
za więźbą dachową. tamtego roku miało przyjść ocieplenie,
 
palenie mostów i znaków, słoneczne splatanie,
wiązanie dłoni konopią. jeszcze zimna wojna
skalarów. na płetwy grzbietowe, usta, błony.
 
pandemonium
miasto żyje swoim własnym czasem. około południa zapada
w sierpniową śpiączkę, słońce nieruchomieje na środku nieba i
słychać tylko szum fontann, naturalny głos przedmieścia.
 
niewyspani turyści częstują czekoladkami letnie kurewki w cieniu
wiekowych wawrzynów La Mangi. te w błękitnych organdynach,
z parasolkami podziurawionymi przez deszcze niedawnej wojny.
jakoś bym tak nie mogła z mężczyznami w kamizelkach, bo przecież
 
jest wiolonczela, święta. jestem przekonana.
 
6 lipca. ślady
zaczęło się. pokot, martwe łanie znoszone przez
pijanych jarzębiakiem chłopów. pora zbiorów to
dla nas dwadzieścia hektarów późnych odmian. i nadzieja,
że pamiętać będą właśnie owoce. może zobaczą lipcowe
pożary, wszystkie żagwie, pochodnie, ludzi
szczekających w dziwnych, twardych narzeczach.
 
na razie huśtawka wytraca prędkość, drżą rebionki
obijające się o korę. przylepiamy się do szyb umykając
senności. na horyzoncie równy pas ognia załamuje powietrze.
 
poruszenie nocnych zwierząt
popatrz, to zbieracz konopi wraca do miasta
niosąc na plecach gorące rośliny. wchodzi do domu
przestępując nad skorupą żółwia i suchym okiem trytona.
 
przez drewniane podłogi co rano wyrasta trzcina,
z której robi instrumenty brzmiące zależnie
od kierunku wiatru. ze skupieniem słucha jak
drążą ziemię czerwie, jak chrzęści ściśnięta
w dziobie pliszki klatka piersiowa żuka
 
i ta cisza na jabłkach, aż otwierają się rany.
 
autostop
pomniki papieża robią rzeźbiarze na kolanach. pracuj dalej i
pracuj dobrze, jak mówią zwierzęta z zagadki. przemieszczenie,
zatarcie granic pomiędzy punktami wyjścia. krykiet, kebab i dzieci Jah-
wszyscy żyjemy w dużym kraju nawet teraz, kiedy samochody
wyciągają spore prędkości, a nowe bakterie lustrują pokłady śluzówek.
 
tutaj można złapać katar stojąc pod balkonem, a potem pisać,
że jesteśmy zakorzenieni. nie wszystko da się w tym rozrzucie
sponiewierać, ująć jak wesz i zatrzymać pod paznokciem. ostatnia szansa,
decyduje układ steru, kształt, podgrupa.
 
mam ładne dłonie, uda jeszcze ładniejsze. dość powodów, żeby to rzucić.

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry