Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka




reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Poezja > Król Robert: wiersze

Król Robert: wiersze

Osiemnaste

Szmugluje noc i szmugluje dzień to samo
światło, podlegające odwiecznym obrotom
w nieobecnych, udawanych placówkach.
A ciemność rozwija się tak pedantycznie.

Niech będzie zatem koniec wszystkich
cieczy. Niech sine, zaprzyjaźnione ciała
odżyją w naszych ramionach, aby mogły
raz jeszcze przegrać miłość z czytelnym
uśmiechem. Mamy w pamięci metodyczne
dzieciństwo, odkrywane bez pośpiechu
jak łydki cudzych żon, zawsze niechybne,

zmarzłe. Mamy pusty trzepot sukienek,
zaniechane posiłki oraz gorycz spacerów.
Restauracje bezustannie nam odmawiają.


Dziesiąte

Doprawdy tak zjawiskowe mamy to życie.
Nieskazitelna jawność oddechów, które
uzupełniają niespożyte braki w naszych
klatkach piersiowych. Sensacyjna nuda.

Napęczniała codzienność z pokaźnymi
listami sprawunków. A świat podkręca
śrubkę, zawisa w powietrzu na pół taktu,
zastyga w połowie piosenki o rozjazdach.
Już nie zapomnisz mnie. Powrócisz tu.
Z oczami jak szara reneta w przekroju,
nieziemsko gustownie ubrana i śmiała,

rozsyłając wokoło delegacje uśmiechów,
krótkie błyski, z których powstanie łuna.
Przepowiadam repety nastrojów lub dni.


Trzynaste

W naszych portfelach słaba waluta, wątłe
i cudze banknoty, ich obcy, selektywny
szelest, przykrótki zapach wyćwiczonych
dłoni, niedoszłego pożytkowania, strat.

Bilon od wtorku stoi w równych słupkach
na komodzie i straszy pionem. Na dobra
Wołyńskie nie starczy, na buty u Gino
brakuje jeszcze dwóch setek. Bata bywa
tańsza, ale karta stałego klienta wpadła
do zmywaka. Nie ma co liczyć na zniżki
i przychylność sprzedawców w kwiecie.

Mój wiek jak postępująca trema. Z każdym
kolejnym dniem coraz bardziej na zawsze.
Moje życie jak wielka stołówka bez krzeseł.


Dwunaste

W brawurze, która nas dotyka nie ma nic
z przypadku. Jest nieunikniona jak widne
mieszkanie, puste pokoje, zapach rzeczy
i stęchlizny, napływającej z podupadłych

poddaszy. Moje kremowe, roztrzęsione
piony, ruchome stropy, cenne podproża,
nieczułe na szerokość rzadko składanych
odwiedzin. Cichy dom z szafami, w których
nigdy nie było miejsca dla szamerunków,
swobodnych mentyk, ferezji, dolmanów,
udawanych pretekstów dla pętel z przodu

ubioru. Surowe wnętrza, zaniedbany eter.
Spore, bezimienne radio z ukręconą gałką.
Blady obojczyk poruszający się pod sercem.


Czwarte

Kotwicowisko jest opustoszałe i głuche
na światła. Niech tankowce staranują
boje gdzie indziej. Nie ma w nas miejsca
na wściekłość i momenty, po których

otucha staje się zbędna, tracąc oparcie
w zaufanych kryjówkach, w kopcach
usypanych z kamieni, poprzeplatanych
trawskiem. Storczyk w butonierce,
a przyszłość cię traci, niweczy czyste
powietrze, którym się przepełniasz.
Jesteś słona woda. Uśmiech do kamery.

Ckliwa staje się też wiara w przeczucie
o smutku, pokładanym w butelce i sińcu.
Widzę, jak się niepotrzebnie poruszasz.


Kochajcie się

Nowin? Nie ma chętnych do trzymania
dziecka ani żadnej rzeczy, która jego
jest lub ma kiedyś być. Ładne kwiatki.
Jednak lecim sobie saniami pospołu.
Ja, Lukrecy, Lewiatan i Róża od kota.
Ksiądz opiekun nie dotarł na zbiórkę.
Odjedźcie zatem na stronę Lukrecy,
zwierzyny nie płoszcie, a ty, Róża,
chodź bliżej. Zrobimy zaraz w futrach.
kożuchach ponurą dziewczynkę
z cyfrowym warkoczem, o spojrzeniu
spod wąskiego czoła, którą chwycę
za rączkę i wprowadzę w serwer,
jak nakazywano w instrukcji obsługi.
Potem może pod czwórkę w telefon.
Niech wie, że jest dokładna odbitka,
prawie ksero, niech rogata gwiazda
goreje gdzieś w tle, kiedy będę tłukł
w oczach te kody, klucze i zachodnie
kształty. Nie ma czasu na kaprys
lub na celowanie w znak raka, byka,
jelenia czy traszki, który nam podawał
znajomy astronom z pułapu drabiny.
Jestem wielkim naczelnym pszczelarzy.
Mogę zlecić podwładnym kupno
nowej rzeczy, najlepiej przedmiotu,
który będzie w zamian przywodził
na myśl dmuchawę lub wspomnienie
dyngusa, długotrwałe polewanie
z blaszanego wiadra pod szalony wiatr.
Kiedy w końcu zlecę, stanie u ruchu
każdy ogarek. Nakręcim dokładnie
maleńki zegarek. Spadnie jakiś grom.
Sanie się rozpadną od dygotu bioder
i pukania serc. Cały szwadron kolegów
od pasiek zacznie zakładać rodziny
bez wiedzy adiunktów i najlepszych
panien do tańca, różańca i ziewu.
Wszystkie będą już mocno zamglone,
wypite, jak Lewiatan, poniesione,
jak oczko w pończochach, w górę,
w kierunku miednicy, żeber i warg.
Lecz tylko Róża bez śladu rumieńca
powróci do siebie, a sukienkę jeszcze
długo zostawi zadartą, bo kolano
musi się obcym podobać, przypadać
do gustu i zapraszać słońce do odkryć,
wzbudzać pasma uczuć albo zwodzić.
Może nam się powieść, wielki smutny
borze, słoju miodu, zbyt jasnej żywicy.
Ale trzeba rogu do tego, sygnału zza
grobu, psów gończych, wąchania tabaki.



Robert Król (ur. 1981) - poeta. Ukończył polonistykę na UJ, mieszka w Krakowie. Laureat konkursu o laur Czerwonej Róży w Gdańsku, konkursu im. Rafała Wojaczka w Mikołowie, konkursu poetyckiego im. Stanisława Czycza w Krakowie, konkursu poetyckiego im. Haliny Poświatowskiej w Częstochowie, konkursu Tyska Zima Poetycka i wielu innych. Publikował m. in. w: Arkadii, Ha!arcie, Kartkach, Kursywie, Lite Racjach, Ricie Baum, Toposie. Autor książek poetyckich: Gatunki śniegu* (kolekcja Ha!art, 2003), Lida (Biblioteka Tyskiej Zimy Poetyckiej, 2004), Habitat (Korporacja Ha!art, 2005) oraz Pamięć podręczna (Korporacja Ha!art 2009).


 

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry