Koniec wycieczki
B. P.
Zbiegasz po kaukaskich skałach, myśląc
zbójecko szybko na temat: Wena to Venus,
Mars to Snickers, flet, który wygrywał niegdyś
najprostsze melodie, działa jak zatruta
batuta natury. KONIEC WYCIECZKI.
Na dole czeka kierowca, ciężka praca, kariera.
Nieprzytomność z nieaktualną datą ważności.
Zatem złóż podpis na liście obecności.
Ażeby być wewnątrz czegoś, zanim to
nastąpi, ażeby piać do następnego rana,
aż zakrzepnie w ustach piana. Na luzie
i na gazie. Ziemia ci będzie kulą u nogi.
Na okrągło. Ale jest rzeka, chociaż czarna,
nurt jak elektryczny węgorz i wymyka się to
ścisłym pojęciom. Zaciśniesz zęby, zwieracze,
podziękujesz, Bóg w zatokach minie.
Pokrętło
Pokój we mnie. Pokrętło. Cyganie i Punki
grają w szachy. Przywarty do punktu [n
+ nieskończoność] pogrążam się w melancholii.
Czy są jeszcze darmowe rozmowy
w naszej telefonii? Kim jesteśmy?
Co ściszamy? Jeśli diabeł siedzi nieruchomo,
jakby się zesrał, to ma rogi ślimaka
i w ogóle jest rogaczem. Które z nas
miało wtedy orgazm? Ile jeszcze może on
trwać? Niezdecydowane ciała są wybitnie
astralne. Planeta Mars, czerwona
ze wściekłości – widzisz? Żaden to wysiłek
dać bryle płeć, wlać historię w gardziel
narodu, gdy zapylą trawy, pójdziemy z tym
do sądu, powołamy się na anonimowych
świadków, którzy potwierdzą, że dobrze
było w ojczyźnie. Nieźle było, ale zewsząd
trzeba wyjść, toteż wyszedłem, najpierw
z niej, później z siebie. Nie czekaj
z obiadem.
Rózga
D. B.
Nie będzie więcej muzycznych uniesień,
mimo niewyczerpanych podkładów. Karta
dźwiękowa jakoś tak zrobiła, że się popsuła
i cóż mi zostaje mój cyfrowy świecie audio?
Klasyczny przypadek, kiedy z braku sił
wyższych trzeba to robić własnym sumptem.
Dlatego, nie przypadkowo, dziewczynie się śniło
normalne ż., a teraz różne ś.
dogadują się w łóżkowych kuluarach
co do spadku, który przypadnie im w udziale
i żadna ze stron nie chce przyjąć rózgi,
choć niewykluczone, że należy się każdej z osobna.
Niewykluczone też, że uciekam pod prysznic
jak Priessnitz, on to podobno wymyślił,
wynalazca wanny wiedział, że do niej nie wejdę,
przedsionek czerwca, cholesterol, a, i
mrożonki.
Liryka antykoncepcyjna
Kraksa rozporządzeń, niekończący się
korek, sto razy powtarzałem to przed
lustrem, a z opakowań po batonach
wyciągałem błędne wnioski, lecz dosłownie
za chwileczkę: rozkwit pod opatrunkiem:
desant styczniowych sił powietrznych,
autochtoni rozmieszczeni na straconych
pozycjach, przeżyją zaopatrzeni w
końskie dawki życiowego optymizmu.
Zostajesz z jedynym w ustach batonem,
w koszulce z napisem: „O tego typu sprawach
dowiadujemy się w nieodpowiednim czasie,
jego trybie i jego świecie”, przy światłach
mijania odczytać można zapowiedź z góry
skazanego na wieloznaczność, przegranego
weekendu, zdarte kolana łyżwiarki
Szymon Szwarc (ur. 1986) – poeta. Publikował w „Portrecie”, „Tyglu Kultury”, „Kresach” oraz mediach internetowych. Studiuje Filologię Polską na UMK w Toruniu.
B. P.
Zbiegasz po kaukaskich skałach, myśląc
zbójecko szybko na temat: Wena to Venus,
Mars to Snickers, flet, który wygrywał niegdyś
najprostsze melodie, działa jak zatruta
batuta natury. KONIEC WYCIECZKI.
Na dole czeka kierowca, ciężka praca, kariera.
Nieprzytomność z nieaktualną datą ważności.
Zatem złóż podpis na liście obecności.
Ażeby być wewnątrz czegoś, zanim to
nastąpi, ażeby piać do następnego rana,
aż zakrzepnie w ustach piana. Na luzie
i na gazie. Ziemia ci będzie kulą u nogi.
Na okrągło. Ale jest rzeka, chociaż czarna,
nurt jak elektryczny węgorz i wymyka się to
ścisłym pojęciom. Zaciśniesz zęby, zwieracze,
podziękujesz, Bóg w zatokach minie.
Pokrętło
Pokój we mnie. Pokrętło. Cyganie i Punki
grają w szachy. Przywarty do punktu [n
+ nieskończoność] pogrążam się w melancholii.
Czy są jeszcze darmowe rozmowy
w naszej telefonii? Kim jesteśmy?
Co ściszamy? Jeśli diabeł siedzi nieruchomo,
jakby się zesrał, to ma rogi ślimaka
i w ogóle jest rogaczem. Które z nas
miało wtedy orgazm? Ile jeszcze może on
trwać? Niezdecydowane ciała są wybitnie
astralne. Planeta Mars, czerwona
ze wściekłości – widzisz? Żaden to wysiłek
dać bryle płeć, wlać historię w gardziel
narodu, gdy zapylą trawy, pójdziemy z tym
do sądu, powołamy się na anonimowych
świadków, którzy potwierdzą, że dobrze
było w ojczyźnie. Nieźle było, ale zewsząd
trzeba wyjść, toteż wyszedłem, najpierw
z niej, później z siebie. Nie czekaj
z obiadem.
Rózga
D. B.
Nie będzie więcej muzycznych uniesień,
mimo niewyczerpanych podkładów. Karta
dźwiękowa jakoś tak zrobiła, że się popsuła
i cóż mi zostaje mój cyfrowy świecie audio?
Klasyczny przypadek, kiedy z braku sił
wyższych trzeba to robić własnym sumptem.
Dlatego, nie przypadkowo, dziewczynie się śniło
normalne ż., a teraz różne ś.
dogadują się w łóżkowych kuluarach
co do spadku, który przypadnie im w udziale
i żadna ze stron nie chce przyjąć rózgi,
choć niewykluczone, że należy się każdej z osobna.
Niewykluczone też, że uciekam pod prysznic
jak Priessnitz, on to podobno wymyślił,
wynalazca wanny wiedział, że do niej nie wejdę,
przedsionek czerwca, cholesterol, a, i
mrożonki.
Liryka antykoncepcyjna
Kraksa rozporządzeń, niekończący się
korek, sto razy powtarzałem to przed
lustrem, a z opakowań po batonach
wyciągałem błędne wnioski, lecz dosłownie
za chwileczkę: rozkwit pod opatrunkiem:
desant styczniowych sił powietrznych,
autochtoni rozmieszczeni na straconych
pozycjach, przeżyją zaopatrzeni w
końskie dawki życiowego optymizmu.
Zostajesz z jedynym w ustach batonem,
w koszulce z napisem: „O tego typu sprawach
dowiadujemy się w nieodpowiednim czasie,
jego trybie i jego świecie”, przy światłach
mijania odczytać można zapowiedź z góry
skazanego na wieloznaczność, przegranego
weekendu, zdarte kolana łyżwiarki
Szymon Szwarc (ur. 1986) – poeta. Publikował w „Portrecie”, „Tyglu Kultury”, „Kresach” oraz mediach internetowych. Studiuje Filologię Polską na UMK w Toruniu.



