WIĘZI
Roztopy. Góra jak łaciata krowa.
Rzeczy z nazwami i bez. Przychodzą, potem zostawiają
nas samych w cieniu, ciężkich jak robaki.
Chmura kotwica, zmrożony krzak jałowca.
Słowa i nazwy. Widzę, co będą ze mną robić
i co robiłyby dzisiaj, gdyby tylko mogły.
Wyjść, wskazać, zostawić gładki, pewny krok
w rozbryzganym błocie. Wsłuchać się w podmuch pieśni.
Przemyć twarz śniegiem.
JADĄC SAMOCHODEM DO SZPITALA POWIATOWEGO
w Chrzanowie gdzie leży moja żona,
nagle musiałem się zatrzymać i, mimo że padał deszcz,
wręcz następowały po sobie twarde ściany wody,
wyjść na zewnątrz, ochłonąć, ponieważ dotarła do mnie,
dopadła mnie myśl przepleciona przez słowa w zdaniu:
To wszystko dzieje się naprawdę.
SATURNALIA
Kochalibyśmy się bardziej, gdybyśmy
mieszkali dalej od siebie. Mizerykordia,
ostra rohatyna, tną płócienne szmaty.
Wieczorami cicho zgrzytają oporne
ziarna w moździerzu.
Kochalibyśmy się bardziej, gdybyśmy
byli dalej od siebie. Nasze oczy,
żołądki małe jak porzeczka.
Ule ociekające od pszczół, głowy
złożone na gęsim puchu.
Świat nas popycha. Odjeżdżają miasta.
Gówniarze chichoczą nad
atlasem anatomicznym. Świat nas pcha.
Sens jest ukryty. List jest pisany.
Łukasz Jarosz (ur.1978) - poeta, muzyk. Wokalista, perkusista i autor tekstów grupy Lesers Bend. Autor dwóch tomów poetyckich: „Soma’ i „Biały tydzień”. Mieszka pod Olkuszem.
Roztopy. Góra jak łaciata krowa.
Rzeczy z nazwami i bez. Przychodzą, potem zostawiają
nas samych w cieniu, ciężkich jak robaki.
Chmura kotwica, zmrożony krzak jałowca.
Słowa i nazwy. Widzę, co będą ze mną robić
i co robiłyby dzisiaj, gdyby tylko mogły.
Wyjść, wskazać, zostawić gładki, pewny krok
w rozbryzganym błocie. Wsłuchać się w podmuch pieśni.
Przemyć twarz śniegiem.
JADĄC SAMOCHODEM DO SZPITALA POWIATOWEGO
w Chrzanowie gdzie leży moja żona,
nagle musiałem się zatrzymać i, mimo że padał deszcz,
wręcz następowały po sobie twarde ściany wody,
wyjść na zewnątrz, ochłonąć, ponieważ dotarła do mnie,
dopadła mnie myśl przepleciona przez słowa w zdaniu:
To wszystko dzieje się naprawdę.
SATURNALIA
Kochalibyśmy się bardziej, gdybyśmy
mieszkali dalej od siebie. Mizerykordia,
ostra rohatyna, tną płócienne szmaty.
Wieczorami cicho zgrzytają oporne
ziarna w moździerzu.
Kochalibyśmy się bardziej, gdybyśmy
byli dalej od siebie. Nasze oczy,
żołądki małe jak porzeczka.
Ule ociekające od pszczół, głowy
złożone na gęsim puchu.
Świat nas popycha. Odjeżdżają miasta.
Gówniarze chichoczą nad
atlasem anatomicznym. Świat nas pcha.
Sens jest ukryty. List jest pisany.




