wydmie odchodzą piaski
moja krew uczy się od lawiny i raz po raz
spada na serce a pustynia na którą padł
mój wybór zamiast ruchomych piasków
ma ruchome schody. w jej korytarzach
i tunelach ukrywają się sztormy czmychające
z umierającej zatoki. najlepiej przemykać
trzymając się ścian, jak graffiti. najlepiej
przymykać metodą naturalną, chwytając się powiek.
najbliższe morze jest obrotową tonią
policyjnych świateł. nurkuję na głębokość
miodu i czuję się syty, ale po wynurzeniu
głód otacza mnie jak urojone pszczoły. ktoś za
ścianą, w mojej skórze, przecina żyłę jak wstęgę
i uznaje życie za zaginione. ktoś, wyraźnie przeciw,
oddycha własnym powietrzem w skradzionym
samochodzie. ale to nie znaczy, że nie jest
pięknie i cudownym Grekom nie uda się w końcu
rozpakować i wyjść z foliowego morza.
suszone światła w sygnalizatorach. patrz: tracę wodę wokół płetw
usta wymięte jak chmury. przejścia dla martwych.
relikty spojrzeń. zapachy suszonych dzieci
obezwładniają. na środku jednej z ulic wędzona personifikacja
arszeniku w stroju późnorenesansowej alegorii zachwytu,
o spojrzeniu płynącym spod ziemi, w roju rzymskich
skuterów kłuje blade oczy przechodniów a ich rozszerzone
źrenice prowadzą (tylko kogo?) do kurczącej się czarnej dziury.
na stacji metra leżą rozbite butelki po morzu.
Los Angeles 2020, chiński inżynier przysypia nad sztucznym okiem
masz twarz igły i mówisz, że spotkamy się w ciele.
moim mieszkaniem jest mała zamieć. dłubię w genach śnieżynek.
zrobię ci z nich szalik. i pójdziemy na bóle do ciał z kolcami.
rozlewam cień jak oliwę. bezcieleśni smażą na niej,
chociaż nie mogą jeść: kamyków, much, niedopałków.
koty potrącają królów w papierowych grobach.
trzeszczy prawie wszystko.
odmieniona śnieżynka pada jak strzał.
skuliłaś się na skraju łóżka i dla mnie wyglądasz
na silnik motorówki. znosi mnie na ciebie jak wodorost.
kołysanka dla blizny
pułkownik ma skaleczony patrol, a major
odmroził sobie syna. ktoś szedł pięściami,
światło nie było zapalone, tylko niezgaszone.
i tak dostało, i to potrójnie. dzieciaczek
wertował ściany. wzięłaś jabłka na kolana.
poczułem zapach spalenizny. tak jak kiedy
usunąłem dolny sen. wyjąłem ci go z zamkniętej
buzi. był cały zły: „narzędzia w lesie, jestem
jego pasażerem. chlusta we mnie widokami.
igiełki to zaniedbani żołnierze pana pułkownika,
którego w snach odwiedza maszyna do życia.
tak, zobaczyłem wszystkie te liściaste sprawy,
pokręcone gałęzie jako w najwyższym stopniu
oczekujące użycia. nie doniczek. wziąłem się
z miasta przerwanego w połowie i zabrałem
do roznoszenia. pyłu. śladów. Na nogach
miałem piołun jak drzewa wiewiórki na korze.
chwilami było zawrotnie, jak w Terminatorze.
nie pozostawało nic innego, tylko klikanie.
zostałem na lodzie komputerowego sposobu
poruszania się. płyniesz, synu, w raczkowaniu
twoich braci, córko, w ich chodzie. pokonujesz
metry z siedmiomilową butą. gwiazd jest na
kilogramy. jesteś harmonijnie zbuntowany.
zakładasz się nad brzegiem rzeki. jak miasto.
najdalsze, ostrzelane przez bakterie
słoneczne. dla żaglowców zawsze portowe.
zakładasz się ze wszystkim. uwrażliwiasz
w medytacji. i dostajesz kopniaka od
przelatującego liścia. ukołyszesz bliznę
w [ukochanej] skórze.”
Andrzej Ratajczak (ur. 1984) - poeta, przed debiutem książkowym. Laureat Pierwszej Nagrody w XV OKP im. Zbigniewa Herberta (2001). Nominowany do Nagrody Głównej XIII edycji OKP im. Jacka Bierezina (2007). Publikował w "Nowej Okolicy Poetów", "Arteriach", "Wyspie", "Pro Arte". Kończy filologię polską na UMK w Toruniu.
moja krew uczy się od lawiny i raz po raz
spada na serce a pustynia na którą padł
mój wybór zamiast ruchomych piasków
ma ruchome schody. w jej korytarzach
i tunelach ukrywają się sztormy czmychające
z umierającej zatoki. najlepiej przemykać
trzymając się ścian, jak graffiti. najlepiej
przymykać metodą naturalną, chwytając się powiek.
najbliższe morze jest obrotową tonią
policyjnych świateł. nurkuję na głębokość
miodu i czuję się syty, ale po wynurzeniu
głód otacza mnie jak urojone pszczoły. ktoś za
ścianą, w mojej skórze, przecina żyłę jak wstęgę
i uznaje życie za zaginione. ktoś, wyraźnie przeciw,
oddycha własnym powietrzem w skradzionym
samochodzie. ale to nie znaczy, że nie jest
pięknie i cudownym Grekom nie uda się w końcu
rozpakować i wyjść z foliowego morza.
suszone światła w sygnalizatorach. patrz: tracę wodę wokół płetw
usta wymięte jak chmury. przejścia dla martwych.
relikty spojrzeń. zapachy suszonych dzieci
obezwładniają. na środku jednej z ulic wędzona personifikacja
arszeniku w stroju późnorenesansowej alegorii zachwytu,
o spojrzeniu płynącym spod ziemi, w roju rzymskich
skuterów kłuje blade oczy przechodniów a ich rozszerzone
źrenice prowadzą (tylko kogo?) do kurczącej się czarnej dziury.
na stacji metra leżą rozbite butelki po morzu.
Los Angeles 2020, chiński inżynier przysypia nad sztucznym okiem
masz twarz igły i mówisz, że spotkamy się w ciele.
moim mieszkaniem jest mała zamieć. dłubię w genach śnieżynek.
zrobię ci z nich szalik. i pójdziemy na bóle do ciał z kolcami.
rozlewam cień jak oliwę. bezcieleśni smażą na niej,
chociaż nie mogą jeść: kamyków, much, niedopałków.
koty potrącają królów w papierowych grobach.
trzeszczy prawie wszystko.
odmieniona śnieżynka pada jak strzał.
skuliłaś się na skraju łóżka i dla mnie wyglądasz
na silnik motorówki. znosi mnie na ciebie jak wodorost.
kołysanka dla blizny
pułkownik ma skaleczony patrol, a major
odmroził sobie syna. ktoś szedł pięściami,
światło nie było zapalone, tylko niezgaszone.
i tak dostało, i to potrójnie. dzieciaczek
wertował ściany. wzięłaś jabłka na kolana.
poczułem zapach spalenizny. tak jak kiedy
usunąłem dolny sen. wyjąłem ci go z zamkniętej
buzi. był cały zły: „narzędzia w lesie, jestem
jego pasażerem. chlusta we mnie widokami.
igiełki to zaniedbani żołnierze pana pułkownika,
którego w snach odwiedza maszyna do życia.
tak, zobaczyłem wszystkie te liściaste sprawy,
pokręcone gałęzie jako w najwyższym stopniu
oczekujące użycia. nie doniczek. wziąłem się
z miasta przerwanego w połowie i zabrałem
do roznoszenia. pyłu. śladów. Na nogach
miałem piołun jak drzewa wiewiórki na korze.
chwilami było zawrotnie, jak w Terminatorze.
nie pozostawało nic innego, tylko klikanie.
zostałem na lodzie komputerowego sposobu
poruszania się. płyniesz, synu, w raczkowaniu
twoich braci, córko, w ich chodzie. pokonujesz
metry z siedmiomilową butą. gwiazd jest na
kilogramy. jesteś harmonijnie zbuntowany.
zakładasz się nad brzegiem rzeki. jak miasto.
najdalsze, ostrzelane przez bakterie
słoneczne. dla żaglowców zawsze portowe.
zakładasz się ze wszystkim. uwrażliwiasz
w medytacji. i dostajesz kopniaka od
przelatującego liścia. ukołyszesz bliznę
w [ukochanej] skórze.”
Andrzej Ratajczak (ur. 1984) - poeta, przed debiutem książkowym. Laureat Pierwszej Nagrody w XV OKP im. Zbigniewa Herberta (2001). Nominowany do Nagrody Głównej XIII edycji OKP im. Jacka Bierezina (2007). Publikował w "Nowej Okolicy Poetów", "Arteriach", "Wyspie", "Pro Arte". Kończy filologię polską na UMK w Toruniu.



