Nawet Bejrut śmierdzi gnijącym mięsem,
herbatą z mięty, a niebo jest błękitne i ciepłe,
ogromne jak ściana, podrapane
miedzianą czapką meczetu.
Błękit więc, czerwień, prosty poemat o zachodzącym słońcu, ale też więcej,
powietrze jak szalik, jak ścierka do podłogi,
albo oczy, białe, z gorzką pestką brązu w środku:
znów więc kolory, nigdy dość, miąższ tego,
co można powiedzieć, co czytamy,
z lewej strony na prawo i na powrót,
gdzie cała barwa, gdzie zapach, rozwłóczony przez psy,
gdzie granica obrazu, gdzie niejasne królestwo spisanej pamięci.
W istocie, właśnie tak wspominam Bejrut:
słońce jest śliwką, morze balią mydlin.
Chyba w końcu tutaj okrzyk stał się architekturą przestrzeni,
mostem pomiędzy barykadami z piasku, sufitem poematu,
asfaltem pod gąsienicami czołgów.
Na razie porządek panuje po obu stronach muru,
w każdej z uliczek tak samo smakuje herbata,
tak samo śmieją się talerze z blachy,
język tak samo pląta ścieżkę swojej historii, wciąż jeszcze,
choć rozpalony błękit już tańczy na krawędzi żyletki,
na bagnetach śpiących żołnierzy,
w olbrzymich oknach modnego hotelu.
Ile pocałunków w tym mieście
– morze z bielą, granit z plastikiem, zeschnięty obłok ze skałą –
i tylko wciąż z dwóch stron przekrwione oczy z brązu,
zatopione w swoich źrenicach, chłodne, wilgotne,
jakby wilcze, jakby rzucić się miały do własnych gardeł,
jakby zamknięte w kąt ciasnego pokoju, wystraszone do granic,
do najtrudniejszej spośród decyzji: teraz albo nigdy.
Wieczorem nawet kościoły podają sobie ręce ponad ruchliwą ulicą,
z uśmiechem, z czerwonym rumieńcem wstydu, niedługo po osiemnastej;
i tylko śmierć w Bejrucie zawsze wygląda tak samo, pachnie żywicą
spalonego cedru, w lufach karabinów gwiżdże wciąż tę samą piosenkę.
Przedruk za antologią: © Przeciw Poetom, 2. edycja, Sosnowiec, 2008.
herbatą z mięty, a niebo jest błękitne i ciepłe,
ogromne jak ściana, podrapane
miedzianą czapką meczetu.
Błękit więc, czerwień, prosty poemat o zachodzącym słońcu, ale też więcej,
powietrze jak szalik, jak ścierka do podłogi,
albo oczy, białe, z gorzką pestką brązu w środku:
znów więc kolory, nigdy dość, miąższ tego,
co można powiedzieć, co czytamy,
z lewej strony na prawo i na powrót,
gdzie cała barwa, gdzie zapach, rozwłóczony przez psy,
gdzie granica obrazu, gdzie niejasne królestwo spisanej pamięci.
W istocie, właśnie tak wspominam Bejrut:
słońce jest śliwką, morze balią mydlin.
Chyba w końcu tutaj okrzyk stał się architekturą przestrzeni,
mostem pomiędzy barykadami z piasku, sufitem poematu,
asfaltem pod gąsienicami czołgów.
Na razie porządek panuje po obu stronach muru,
w każdej z uliczek tak samo smakuje herbata,
tak samo śmieją się talerze z blachy,
język tak samo pląta ścieżkę swojej historii, wciąż jeszcze,
choć rozpalony błękit już tańczy na krawędzi żyletki,
na bagnetach śpiących żołnierzy,
w olbrzymich oknach modnego hotelu.
Ile pocałunków w tym mieście
– morze z bielą, granit z plastikiem, zeschnięty obłok ze skałą –
i tylko wciąż z dwóch stron przekrwione oczy z brązu,
zatopione w swoich źrenicach, chłodne, wilgotne,
jakby wilcze, jakby rzucić się miały do własnych gardeł,
jakby zamknięte w kąt ciasnego pokoju, wystraszone do granic,
do najtrudniejszej spośród decyzji: teraz albo nigdy.
Wieczorem nawet kościoły podają sobie ręce ponad ruchliwą ulicą,
z uśmiechem, z czerwonym rumieńcem wstydu, niedługo po osiemnastej;
i tylko śmierć w Bejrucie zawsze wygląda tak samo, pachnie żywicą
spalonego cedru, w lufach karabinów gwiżdże wciąż tę samą piosenkę.
Przedruk za antologią: © Przeciw Poetom, 2. edycja, Sosnowiec, 2008.




