Dwa wiersze na otwarcie
1.
Spóźnieni oddajecie się miniaturowym światłom.
Całą noc żółte dzioby ptaków wystają zza krat
Tamtego raju. Cień wraca. Sekwencje lekkich barw
Pulsują. Ciało znika bez krwi. Inne oczy słońca
Kwitną jak sny ubogich dzieci. Kwiaty paproci
Rozkładają przed nami ramiona by płynąc bez końca
W ciemnym oku tunelu. Ich bramy to białe linie
Jak żyły. Bez uśmiechu.
2.
I po to było to całe morze czerwone? Koniec nocy
Jak cztery strony światła. Widziałem krople kawy
Spływające z ust. Padał śnieg. Trzy małe postacie
Łączą się w jedno. I robi się sucho od płaczu.
Mówi, aż ktoś nie zacznie go słuchać. Wlepia oczy
W wzburzone fale nieba. Z mgły unoszą się cztery
Dźwięki. Żegnaj, nie mogę się mylić. Zapamiętałem
Cię, lecz dalej nic.
Ta kula służy do pieprzenia
Toniesz w bezbronnym cieple. Plączesz się w snach,
Jak twoja matka w siwych włosach. To one dyktują ci
Proste historie, którymi karmisz bliskich. Z gąszczu
W gąszcz, w jadowitą czerń, przed siebie. Szybko.
Znikasz w oddali muzyki. Ich sylwetki dostrzegasz
W momencie przejścia na drugą stronę.
Dużo dzieje się tam, gdzie ciebie nie ma. Wszelkie
Kombinacje wymagają skupienia. Ręce do góry
Jak na fotografii. Walczysz o tlen z otwartymi ustami.
Z otwartej rany unosi się smród. Bez rewelacji. Relaks
W niedzielne popołudnie, czarny dzień, punkt
Na jakim trudno zatrzymać wzrok, retrospekcja
I lodowaty pot. Kobieta zjeżdża w długą noc.
I dzieje się coś dziwnego. Coraz częściej.
Ognista kula w okręgach
Tak właśnie dojrzewa, w pogotowiu. Wybiera słowa.
Przechodzi przez tunel, ogniste obręcze i skacze.
Przez skórę wchłania żar tamtej nocy. W drodze na
Górę otwierają się oczy, w autonomii drzew.
Tu nie ma litości. Potrzebujemy odbić, posągów
Z bibułki, wypraw na dno, gdzie nie dociera światło.
Jesteś małym chłopcem o bladym ciele pełnym
Przygód. Cal po calu szukam w tobie śladów zębów,
Śliny, plam. Zajmuje mi to parę lat. Jestem pewien.
Dane są jedynie dni, białe ściany. Wchodzę, karmie się tobą.
Warstwa po warstwie, prawdziwe szaleństwo. W głębokim
Milczeniu. Ruch w takt irlandzkiej muzyki. Przemyj oczy.
Niosę ci w rekach spóźniony śnieg. Śnią mi się namiętnie
Baranki. Dwuznacznie i zagadkowo.
Raport z wygnania
Cała esencja rozlewa się jak plazma w ich oczach.
Czują głód i toną w czyichś rękach, w gęstym osoczu
nocy. Palą się światła nad miastem. Budzą się, gdy
w grę wchodzi jak infekcja relacja, z kimś, kto
w półśnie układa się na drugi bok. Zlani potem,
zamaskowani brną w ciemnej wodzie powodów.
Szukają wyjścia tęskniąc za ciałem. Pojawiają się
nagle. Gotowi. Nasyceni furią. Otwierają się okna.
Tu nie da się mieszkać. Szary dym krąży między
ludźmi. Zaciska się pętelka na szyi. Cicho.
Raport
Słyszysz jak nucą im piosenki z dzieciństwa?
To dobry znak. Ich czas minął z łezką w oku.
Bez rewelacji. Noc nie zwiastuje smutnych wydarzeń.
I co z tego? Jest tak. Ciało znika , krąg światła sunie
Cichutko. Coś się dzieje. To twoja droga, która prowadzi
Do nikąd. Zimą jest tutaj uroczo. Przez szerokie okna
Wpycha się dzień. Jest szum, dziecko wychodzi z pokoju
Pokryte lodem. W dali rodzi się strach. W kółko?
Jacek Kawecki (ur. 1987) - poeta. Debiutował w Opcjach. Wiersze publikował również w Arteriach oraz w antologii Miłość nie jedno ma imię. Laureat licznych nagród i wyróżnień. Pod koniec roku ukaże się jego pierwsza książka poetycka pt. Przewodnik dla nieprzygotowanych. Mieszka w Rudzie Śląskiej.
1.
Spóźnieni oddajecie się miniaturowym światłom.
Całą noc żółte dzioby ptaków wystają zza krat
Tamtego raju. Cień wraca. Sekwencje lekkich barw
Pulsują. Ciało znika bez krwi. Inne oczy słońca
Kwitną jak sny ubogich dzieci. Kwiaty paproci
Rozkładają przed nami ramiona by płynąc bez końca
W ciemnym oku tunelu. Ich bramy to białe linie
Jak żyły. Bez uśmiechu.
2.
I po to było to całe morze czerwone? Koniec nocy
Jak cztery strony światła. Widziałem krople kawy
Spływające z ust. Padał śnieg. Trzy małe postacie
Łączą się w jedno. I robi się sucho od płaczu.
Mówi, aż ktoś nie zacznie go słuchać. Wlepia oczy
W wzburzone fale nieba. Z mgły unoszą się cztery
Dźwięki. Żegnaj, nie mogę się mylić. Zapamiętałem
Cię, lecz dalej nic.
Ta kula służy do pieprzenia
Toniesz w bezbronnym cieple. Plączesz się w snach,
Jak twoja matka w siwych włosach. To one dyktują ci
Proste historie, którymi karmisz bliskich. Z gąszczu
W gąszcz, w jadowitą czerń, przed siebie. Szybko.
Znikasz w oddali muzyki. Ich sylwetki dostrzegasz
W momencie przejścia na drugą stronę.
Dużo dzieje się tam, gdzie ciebie nie ma. Wszelkie
Kombinacje wymagają skupienia. Ręce do góry
Jak na fotografii. Walczysz o tlen z otwartymi ustami.
Z otwartej rany unosi się smród. Bez rewelacji. Relaks
W niedzielne popołudnie, czarny dzień, punkt
Na jakim trudno zatrzymać wzrok, retrospekcja
I lodowaty pot. Kobieta zjeżdża w długą noc.
I dzieje się coś dziwnego. Coraz częściej.
Ognista kula w okręgach
Tak właśnie dojrzewa, w pogotowiu. Wybiera słowa.
Przechodzi przez tunel, ogniste obręcze i skacze.
Przez skórę wchłania żar tamtej nocy. W drodze na
Górę otwierają się oczy, w autonomii drzew.
Tu nie ma litości. Potrzebujemy odbić, posągów
Z bibułki, wypraw na dno, gdzie nie dociera światło.
Jesteś małym chłopcem o bladym ciele pełnym
Przygód. Cal po calu szukam w tobie śladów zębów,
Śliny, plam. Zajmuje mi to parę lat. Jestem pewien.
Dane są jedynie dni, białe ściany. Wchodzę, karmie się tobą.
Warstwa po warstwie, prawdziwe szaleństwo. W głębokim
Milczeniu. Ruch w takt irlandzkiej muzyki. Przemyj oczy.
Niosę ci w rekach spóźniony śnieg. Śnią mi się namiętnie
Baranki. Dwuznacznie i zagadkowo.
Raport z wygnania
Cała esencja rozlewa się jak plazma w ich oczach.
Czują głód i toną w czyichś rękach, w gęstym osoczu
nocy. Palą się światła nad miastem. Budzą się, gdy
w grę wchodzi jak infekcja relacja, z kimś, kto
w półśnie układa się na drugi bok. Zlani potem,
zamaskowani brną w ciemnej wodzie powodów.
Szukają wyjścia tęskniąc za ciałem. Pojawiają się
nagle. Gotowi. Nasyceni furią. Otwierają się okna.
Tu nie da się mieszkać. Szary dym krąży między
ludźmi. Zaciska się pętelka na szyi. Cicho.
Raport
Słyszysz jak nucą im piosenki z dzieciństwa?
To dobry znak. Ich czas minął z łezką w oku.
Bez rewelacji. Noc nie zwiastuje smutnych wydarzeń.
I co z tego? Jest tak. Ciało znika , krąg światła sunie
Cichutko. Coś się dzieje. To twoja droga, która prowadzi
Do nikąd. Zimą jest tutaj uroczo. Przez szerokie okna
Wpycha się dzień. Jest szum, dziecko wychodzi z pokoju
Pokryte lodem. W dali rodzi się strach. W kółko?




