Pęknięcia
Cisza. Miało być ostre ujęcie, ale chłopcy wychodzą z kadru.
Prowadzą wojny przeciwko mleku i kotom, już są spóźnieni.
Niech będzie, że na planie zostają noże i trampki rzucone gdzieś w trawę.
Tym razem nic nie odbija się w słońcu. Za chwilę wieczór i kobiety
nad rzeką zdejmują pranie. Na prześcieradłach zaschnięte plamy krwi.
To może zostać zamiast fabuły, zachodu, zamiast wszystkiego. Niech będzie.
Obok dziewczynki bawią się w dom, małe królewny w białych fartuchach.
Będziesz tym, w co się bawisz, krzyczały ze strachu, gdy chciałam być wiedźmą
z innej bajki. Niech będzie, że wszystko przychodzi w obrazach,
zamiast dotykać. Niech już zostanie. Dziecko w fotelu przewraca kartki.
To słoń, a to żyrafa, tłumaczy ojcu, choć z książki wypadają trujące grzyby
i liście konopi. Już nie prześcigniesz rozkładu, szepczą skrzydełka
nocnych owadów. Nie rozpoznaję w tym siebie, kiedy zmienia się światło.
Przebieram palcami w trawniku. Niech będzie, że świat się skurczył do oczu –
gdzieś tam są sidła i słychać mlaskanie, gdy koci język przesuwa się po ostrzu.
Mgnienia
Tak słodki październik. Liście w kolorach błota, deszczu, zaschniętej śliny.
Jakby od dzisiaj zaczynał się rozkład w odcinkach, podszewka śmierci.
Podobno w nocy wylała rzeka, wiatr zerwał szyny.
Podobno można zobaczyć tam ślady skamielin, wystarczy się przyjrzeć.
Tymczasem na poligonie rodzi się dziecko, ma palce splątane drutem.
W pustym szpitalu żarówka wydziela opary opium.
Po korytarzach chodzą umarli, zdziwieni, że jeszcze nie pora na obchód.
Tymczasem na polach zaczyna się powódź. Ty znowu rozsiewasz zarazę
w strzykawkach, tniesz się kapslem po piwie.
Pewnie od tego rdzewieje mi tętno, krew pachnie gliną? Umówmy się,
że jutro nie znajdziesz już tutaj niczego – zostanie piasek, muł, strzępki papieru.
Wyrwa, jakby ziemia otworzyła się parę dni wcześniej
i chciała wchłonąć – deszcz, burzę, to całe niebo –
przeżuć to, wypluć.
Gdzie indziej
Chyba południe. Tak miękko i czysto, aż chce się oddychać.
Jeszcze raz spojrzeć w słońce, napisać; mam zszyte powieki
i długie paznokcie; surowe ciało, skłonne do gnicia.
Nabieram wody, kiedy się ściemnia. Kiedy szarzeje,
śni mi się pustynia, ślady odciśnięte na piasku, pełne wymiocin
i krwi. Nie wiem, co to znaczy, ale wciąż boję się zasnąć.
Odpycham się na zewnątrz, nabieram zapachu,
a potem znów boję się poczuć. A tak niedawno miałam tętno,
zdrapane ręce, pamiętam; mlecze, ciepło, pod kołdrą,
ukradkiem nawijanie siebie na palce.
Zapaść
Brzeg jest skórą, która wyznacza granice. Dzieci wyrzeźbiły w niej korytarze,
kierunki pływu, krwiobieg. Patrzę na to od spodu, bo nie chcę być już pytaniem,
punktem odniesień.
Nie mam już miejsca na trwanie. Niebo jest coraz głębsze, nabiera odcieni.
Od paru dni śni mi się noc, ma powybijane okna. W brzuchu pęka szkielet ryby,
a ości zaszywają skórę pod spód.
Potem dławię się tym słowem, nie mogę się podnieść. Dawni znajomi
już tu nie przyjdą, nikt mnie nie znajdzie. Oni wciąż jeszcze noszą po mnie blizny,
oglądają zdjęcia. Ja ciągle pamiętam ten ich ciepły spokój,
burze w sierpniu, chleb. Smołę. Wszystko można przełknąć.
Bezdech
Odkąd niepewność zmieniła barwę i stan skupienia. Tak jest od wczoraj;
natrętne zimno, biel, szron skrzy się na drzewach. Muszę to odespać,
muszę coś z tym zrobić.
To staje się szybko, zapada się, drga, jak wepchnięte w rezonans.
Nawet ściany parują z nadmiaru, sen się skrapla w pościeli,
osiada na porach.
Swędzi bardziej niż dotyk, bardziej niż pióra tych ptaków,
ich połamane skrzydła, kości. Ślady odbite na śniegu –
spróbuj tam nie patrzeć, spróbuj się zachłysnąć.
Joanna Lech (ur. 1984 r.) - poetka, laureatka ogólnopolskich konkursów poetyckich, w tym nagród głównych w XIII konkursie im. Jacka Bierezina w Łodzi i VI konkursie im. R. M. Rilkego w Sopocie. Wiersze publikowała między innymi w Opcjach, Studium, Tyglu Kultury, Akcencie, Wyspie, Ósmym arkuszu Odry, Toposie, Wyspie, Arteriach, Portrecie oraz w czasopiśmie literackim Red. Autorka tomu „Zapaść”, z którego pochodzą prezentowane wiersze. Pochodzi z Rzeszowa, od kilku lat mieszka i pracuje w Krakowie.



