***
W miejscach piękniejszych niż te, które nam kiedykolwiek obiecano
Nigdy nie pisał wierszy, teraz bardzo się wstydzi
Ostatnim promieniem słońca ucieka przed cieniem
Darowany człowiekowi ze snu, który o nim nie wie
W miejscach piękniejszych niż te, które nam kiedykolwiek obiecano
Zanim wspólna majówka młodości
Pogoda świata, początek biografii
W miejscach piękniejszych niż te, które nam kiedykolwiek obiecano
Zjawia się i na zawsze we mnie umiera
Jestem wolny aż po świt
Lecz odtąd świt już nie nastanie
Zabiera w dzieciństwo i razem wzrastamy
Nie jest kochankiem mną nie jest bratem
Razem się zmieniamy idziemy w na zawsze
Nie żąda wdzięczności
Jaki tam z niego fundament młodości
Gładzi dotyka a bez śladów
Nie ma między nami języka jest droga
Przez dotyk przez noc bez końca
Otula całą małość
W dotyk spowija, a dotyk wzbiera w ciało
I oto jesteśmy, bez parcia w światło
Sen nie sen, ale trzyma za gardło
Jedyne tak jest bez parcia w światło
W miejscach piękniejszych niż te, które nam kiedykolwiek obiecano
Będziesz, gdy w pismo rozprowadzisz ciało
***
Ja, Moskwa, dla ciebie Trzeci Rzym
Obiecuję już od jutra pić wino gasić papierosy obiecuję nie żyć
Teraz jeszcze płonie Cesarstwo potem pójdę do szkoły
Umieć tylko tęsknić
Od jutra ruina na lodzie prawda chybotliwych kroków
Lżących ciemność na przekór snom podsennym śnionym na jawę
Ja, Moskwa, dla ciebie Trzeci Rzym
Grają trąbki dworskim obojom
W kwiatach książę z książką kona
Orszaki ślubne wrzenie
Pogrzebią drżenie powiek spod łez wytych w grzech
Dopokąd mogę nie być żyjąc
Kiedy coraz niżej kłaniam się szynom
(ptaki – stal – koła – ptaki)
A wciąż nocami tylko spadam
nie z chmur, z tych gór realnych; czekają
wzywają spokojem przepaści
Stamtąd oni przedtem
– Tak się boję ciemności głazów –
Z tych jaskiń, w których trwam sam
Przez twój głos, z którego nikt już nie wyprowadzi
na światło jeśli nie ma jaśniej
toczę blask przeciw sobie wstrzymuję stopy przed wspinaczką
Jak długo wytrwam przed szczytem kocham innego
Gdy być uczciwym znaczy nie być wcale
Kiedy poza kłamstwem nie ma nikogo
kto powołuje świt do rozwarcia
Co za noc, tamta, trwająca
Odkąd przerosłeś i ciało wypierasz ze mnie
Spośród ginących, bezwiednych, prowadzonych w piece całopalenia
Oto jesteśmy, którzy mogą, a w niewiedzy tkwią, w niepamiętaniu
tknięci, ugodzeni, żywi
Odkąd tylko jeden jesteś – dlaczego trwam na przekór
Nie chcę nie chcę
Patrz jak – oczy nie sięgną, a jeśli – nie twoje – patrz jak
I tego spojrzenia ucz się dla zbyt wielkiego istnienia
I nasze dni niezaznane jeszcze przed i już poza mną
Kiedy między życiem a śmiercią nie drzemie różnica
I tylko ty, jeszcze chyboczesz w tych płomieniach
I Napoleon znów wkracza z ogniem
Ryglować (drewno)
Tamować (drewno)
Gasić (drewno)
Żyć (drewno)
Uciec (drewno)
Ognia!
I przede mną idzie ten płomień – ucz się go na pamięć
Zarysu moich wież nie zabitych, strąconych w chmury
Ucz się złota żywego w zaniku czerwieni, placów poprzetrącanych w żyły
Ucz się kopuł w pogorzeliskach – ucz się od konnych, przegniłych
Ucz się żywego chłopca
***
Październik trzeba wierzyć ufać
Nic nad to słońce
Dla którego wzejdzie przecież jakaś wiosna
Ufam, kiedy obrywa się skała
Wierzę w taką śmierć, bo żeby tak po nic?
Po nic znaczy nie dla Ciebie
Idą nam dni, lecz czy nie ominą
Jeżeli z tego snu jesteśmy, który dyktował wrzesień
Dla którego wzejdzie przecież jakaś wiosna
Nic nad to słońce
I coraz dłuższym cieniem kładą się moje rzęsy w twoim skłonie
Nic nad to słońce
Kiedy ciało tężeje w zgięciach daremnych
A ściśniętym gardłem toczy się kamień tej łzy
W takim przegięciu szyi nie twoje imię mówię a jęk
Od którego odwraca się spojrzenie
To tylko październik i trzeba wierzyć ufać
Potem zacznę się modlić o tę mszę
Do łez, na które padnie znana odpowiedź
POGODA ŚWIATA
Dzisiaj miłość jest spokojna
żadnego cudu
możesz stąpać
Czemu miłość tłumaczyć
na język ludzki skoro nie jest
ludzka
Stąpasz
Po całym morzu
Stąpasz
Tylko te chwile
ciemności chwile
Blask je rozpoznaje, obce są nocom
Jak je oddać
Co zrobię z tą raną
którą mi zachodzisz?
Na krew zachodu znaleźć jedną postać
kochać
Aż dnia jednego, kiedy umiera nadzieja
przychodzi ten dzień grudniowy
To światło ta mżawka te łzy
Boga nad tobą już tylko nad tobą ledwie nad tobą
„O nędzny, o słaby dla niego obrońco!
To jest wszystko a to moje serce
Niech zabrzmi twoja muzyka w moim kościele”
Nie utraciłem tego, którego mi dałeś
Wiem, nie na śmierć jest ocalenie
Nie na śmierć otrzymane zostało odrodzenie
Nie na śmierć jest poezja lecz pomoc
Nie na śmierć nie na śmierć nie na śmierć
Na życie jest przejście przez najdłuższą noc
I potem mówią
To jego ostatnie słowa
Ale ostatnie słowa nigdy nie są zapisane
Na kartce jest wołanie jest dążenie
I zamknięta odpowiedź ciszy ostatniej
Nie utraciłem tego, którego mi dałeś
Wiersze z tomu DAREMNE PIĘKNA, który ukaże się wiosną 2009 r.
.jpg)
Eryk Ostrowski (ur. 1977) - poeta, prozaik, eseista. Stypendysta Miasta Krakowa (2002) i Ministra Kultury (2008), laureat nagrody literackiej na festiwalu FAMA (2005, 2006) i Krakowskiej Książki Miesiąca za wybór wierszy Muzyka na wzgórzu (2006). Ogłosił 5 tomów wierszy, 2 wybory, 3 książki eseistyczne, 20 opracowań. Wiersze i eseje w czasopismach polskich (m.in. „Odra”, „Lampa”, „Rita Baum”, „Arterie”, „Fragile”, „Nowa Okolica Poetów”, „Więź”, „Zeszyty Literackie”, „Tygiel Kultury”, „Przekrój”), serbskich (w przekładach Biserki Rajcić) i węgierskich (w przekładach Geza Cseby). W 2005 roku serbski PEN Club ogłosił jego arkusz poetycki, a rok później obszerny wybór poezji. W 2006 roku opublikował popularnonaukowe studium Szymborska: Odyseja kosmiczna poświęcone najnowszym wierszom Noblistki. W opracowaniu i z przedmową Eryka Ostrowskiego ukazał się ostatnio pierwszy od jedenastu lat polski wybór poezji Mariny Cwietajewej (2006). Obecnie pracuje nad monografią poświęconą poetyckim tekstom lidera Pet Shop Boys, Neila Tennanta, które także tłumaczy. W 2009 ukażą się nowe tomy wierszy Ostrowskiego, Cydonia i polsko-angielski cykl wierszy miłosnych, Daremne piękna. Eryk Ostrowski jest opiekunem spuścizny literackiej Joanny Salamon. Mieszka w Krakowie.
W miejscach piękniejszych niż te, które nam kiedykolwiek obiecano
Nigdy nie pisał wierszy, teraz bardzo się wstydzi
Ostatnim promieniem słońca ucieka przed cieniem
Darowany człowiekowi ze snu, który o nim nie wie
W miejscach piękniejszych niż te, które nam kiedykolwiek obiecano
Zanim wspólna majówka młodości
Pogoda świata, początek biografii
W miejscach piękniejszych niż te, które nam kiedykolwiek obiecano
Zjawia się i na zawsze we mnie umiera
Jestem wolny aż po świt
Lecz odtąd świt już nie nastanie
Zabiera w dzieciństwo i razem wzrastamy
Nie jest kochankiem mną nie jest bratem
Razem się zmieniamy idziemy w na zawsze
Nie żąda wdzięczności
Jaki tam z niego fundament młodości
Gładzi dotyka a bez śladów
Nie ma między nami języka jest droga
Przez dotyk przez noc bez końca
Otula całą małość
W dotyk spowija, a dotyk wzbiera w ciało
I oto jesteśmy, bez parcia w światło
Sen nie sen, ale trzyma za gardło
Jedyne tak jest bez parcia w światło
W miejscach piękniejszych niż te, które nam kiedykolwiek obiecano
Będziesz, gdy w pismo rozprowadzisz ciało
***
Ja, Moskwa, dla ciebie Trzeci Rzym
Obiecuję już od jutra pić wino gasić papierosy obiecuję nie żyć
Teraz jeszcze płonie Cesarstwo potem pójdę do szkoły
Umieć tylko tęsknić
Od jutra ruina na lodzie prawda chybotliwych kroków
Lżących ciemność na przekór snom podsennym śnionym na jawę
Ja, Moskwa, dla ciebie Trzeci Rzym
Grają trąbki dworskim obojom
W kwiatach książę z książką kona
Orszaki ślubne wrzenie
Pogrzebią drżenie powiek spod łez wytych w grzech
Dopokąd mogę nie być żyjąc
Kiedy coraz niżej kłaniam się szynom
(ptaki – stal – koła – ptaki)
A wciąż nocami tylko spadam
nie z chmur, z tych gór realnych; czekają
wzywają spokojem przepaści
Stamtąd oni przedtem
– Tak się boję ciemności głazów –
Z tych jaskiń, w których trwam sam
Przez twój głos, z którego nikt już nie wyprowadzi
na światło jeśli nie ma jaśniej
toczę blask przeciw sobie wstrzymuję stopy przed wspinaczką
Jak długo wytrwam przed szczytem kocham innego
Gdy być uczciwym znaczy nie być wcale
Kiedy poza kłamstwem nie ma nikogo
kto powołuje świt do rozwarcia
Co za noc, tamta, trwająca
Odkąd przerosłeś i ciało wypierasz ze mnie
Spośród ginących, bezwiednych, prowadzonych w piece całopalenia
Oto jesteśmy, którzy mogą, a w niewiedzy tkwią, w niepamiętaniu
tknięci, ugodzeni, żywi
Odkąd tylko jeden jesteś – dlaczego trwam na przekór
Nie chcę nie chcę
Patrz jak – oczy nie sięgną, a jeśli – nie twoje – patrz jak
I tego spojrzenia ucz się dla zbyt wielkiego istnienia
I nasze dni niezaznane jeszcze przed i już poza mną
Kiedy między życiem a śmiercią nie drzemie różnica
I tylko ty, jeszcze chyboczesz w tych płomieniach
I Napoleon znów wkracza z ogniem
Ryglować (drewno)
Tamować (drewno)
Gasić (drewno)
Żyć (drewno)
Uciec (drewno)
Ognia!
I przede mną idzie ten płomień – ucz się go na pamięć
Zarysu moich wież nie zabitych, strąconych w chmury
Ucz się złota żywego w zaniku czerwieni, placów poprzetrącanych w żyły
Ucz się kopuł w pogorzeliskach – ucz się od konnych, przegniłych
Ucz się żywego chłopca
***
Październik trzeba wierzyć ufać
Nic nad to słońce
Dla którego wzejdzie przecież jakaś wiosna
Ufam, kiedy obrywa się skała
Wierzę w taką śmierć, bo żeby tak po nic?
Po nic znaczy nie dla Ciebie
Idą nam dni, lecz czy nie ominą
Jeżeli z tego snu jesteśmy, który dyktował wrzesień
Dla którego wzejdzie przecież jakaś wiosna
Nic nad to słońce
I coraz dłuższym cieniem kładą się moje rzęsy w twoim skłonie
Nic nad to słońce
Kiedy ciało tężeje w zgięciach daremnych
A ściśniętym gardłem toczy się kamień tej łzy
W takim przegięciu szyi nie twoje imię mówię a jęk
Od którego odwraca się spojrzenie
To tylko październik i trzeba wierzyć ufać
Potem zacznę się modlić o tę mszę
Do łez, na które padnie znana odpowiedź
POGODA ŚWIATA
Dzisiaj miłość jest spokojna
żadnego cudu
możesz stąpać
Czemu miłość tłumaczyć
na język ludzki skoro nie jest
ludzka
Stąpasz
Po całym morzu
Stąpasz
Tylko te chwile
ciemności chwile
Blask je rozpoznaje, obce są nocom
Jak je oddać
Co zrobię z tą raną
którą mi zachodzisz?
Na krew zachodu znaleźć jedną postać
kochać
Aż dnia jednego, kiedy umiera nadzieja
przychodzi ten dzień grudniowy
To światło ta mżawka te łzy
Boga nad tobą już tylko nad tobą ledwie nad tobą
„O nędzny, o słaby dla niego obrońco!
To jest wszystko a to moje serce
Niech zabrzmi twoja muzyka w moim kościele”
Nie utraciłem tego, którego mi dałeś
Wiem, nie na śmierć jest ocalenie
Nie na śmierć otrzymane zostało odrodzenie
Nie na śmierć jest poezja lecz pomoc
Nie na śmierć nie na śmierć nie na śmierć
Na życie jest przejście przez najdłuższą noc
I potem mówią
To jego ostatnie słowa
Ale ostatnie słowa nigdy nie są zapisane
Na kartce jest wołanie jest dążenie
I zamknięta odpowiedź ciszy ostatniej
Nie utraciłem tego, którego mi dałeś
Wiersze z tomu DAREMNE PIĘKNA, który ukaże się wiosną 2009 r.
.jpg)
Eryk Ostrowski (ur. 1977) - poeta, prozaik, eseista. Stypendysta Miasta Krakowa (2002) i Ministra Kultury (2008), laureat nagrody literackiej na festiwalu FAMA (2005, 2006) i Krakowskiej Książki Miesiąca za wybór wierszy Muzyka na wzgórzu (2006). Ogłosił 5 tomów wierszy, 2 wybory, 3 książki eseistyczne, 20 opracowań. Wiersze i eseje w czasopismach polskich (m.in. „Odra”, „Lampa”, „Rita Baum”, „Arterie”, „Fragile”, „Nowa Okolica Poetów”, „Więź”, „Zeszyty Literackie”, „Tygiel Kultury”, „Przekrój”), serbskich (w przekładach Biserki Rajcić) i węgierskich (w przekładach Geza Cseby). W 2005 roku serbski PEN Club ogłosił jego arkusz poetycki, a rok później obszerny wybór poezji. W 2006 roku opublikował popularnonaukowe studium Szymborska: Odyseja kosmiczna poświęcone najnowszym wierszom Noblistki. W opracowaniu i z przedmową Eryka Ostrowskiego ukazał się ostatnio pierwszy od jedenastu lat polski wybór poezji Mariny Cwietajewej (2006). Obecnie pracuje nad monografią poświęconą poetyckim tekstom lidera Pet Shop Boys, Neila Tennanta, które także tłumaczy. W 2009 ukażą się nowe tomy wierszy Ostrowskiego, Cydonia i polsko-angielski cykl wierszy miłosnych, Daremne piękna. Eryk Ostrowski jest opiekunem spuścizny literackiej Joanny Salamon. Mieszka w Krakowie.




