TYLKO NA PRZECIĘCIU
Jeśli wszystko zazwyczaj tylko odchodzi, to na
Pewno nie powraca w podobnej postaci. W czym możesz się
Mieścić, w jakiej oślej skórze zjawiać na progu czyjegoś
Widzimisię, skoro nie ma ciebie poza rozdziawieniem ust,
Bo kiedy mówisz, nie ma cię nawet w spłachcie śniegu.
Jesteś odbierany przez innych i nieprzekazywany dalej.
Zgrana talio uwag, poroniony pomyśle na życie, niegościnny
Domku o wietrznych ścianach, małomówna pętelko strachu –
Odwiedźcie mnie kiedyś nad ranem, albowiem w tutejszym
Pyle możemy się ścierać po omacku, zapominać na
Wyrywki, mimochodem czeznąć wzajem, ponieważ nie stoimy
Nigdy z czasem, owinięci gazą wspomnień, dzięki której
Zmieszał się ongiś cień z podstawowym kolorem utraty
Szans na rozwój opowieści o znalezionym wyjściu z piwnicznego
Chłodu, lecz ostry sygnał złamał ten promień, miasto domagało się
Żywszego rytmu i stąd te radosne baloniki, melodie
Skoczniejsze od wszystkich ruchów wędrownych planet,
I stąd te opóźnienia w ustaleniu skromnych racji. Nawyk
Puszcza znów swoje chrome oko, kwarcowa wskazówka
Mija kolejne okrążenie i utwardzony czas popycha cię w stronę,
Która nas kiedyś wypluła, nie chcąc dłużej przetrzymywać
Tylu zmarnowanych okazji, w jakie wyposażyła nas przerwa
Nie bycia poza manowcami takiego skrętu, owego wychynięcia
Poza czytelny tego trop. Przestrzeń innego rozeznania
Nie istnieje nawet w ostatniej fiolce snu. Nie istnieje się
W wymiarze, który byłby tylko wymiernym załamaniem
Oddalonych światłocieni, mamroczących ze swadą o kimś
Twarzyczek, w momencie zadawania pytania o kogoś, po
Usłyszeniu podpalonego sykiem milczenia. Nie wiedzieliście
Później, co z tym fantomem nocnego zachłyśnięcia zrobić,
Zrobiliście się więc bladzi, marni i lichuteńcy, tłumacząc się
Każdemu z dawnych decyzji, wyborów życiowego pecha i
Szczęścia, z tych zamierzchłych, pustych losów,
Krzepkich rozstań i zawahań, by jeszcze czymś podsycić
Rozwidloną uwagę, skupić się odrobinę w tym zatrzymanym
Odwrocie. Dryfujesz tedy bez steru. Łopoczesz zamiast płetwy.
Sterujesz bez przyczyny. Pominięty przez cele, przenosisz
Swój ciężar z osi na oś, do końca zostając tylko na przecięciu.
ZMIENNA OGNISKOWA
W niewidocznych końcówkach nie ma już miejsca na
Takie kawałki dni, gdzie byłoby mnie więcej niż pozostaje
Po mnie w tym zamrożonym pasemku, które
Spada na każdego jak iskra spod Wielkiego Wozu.
Żyjemy na haku. Śnimy sromotnie. Niezaczepieni.
Wieczór wnet przebóstwiony w rdzawy, polny krzyżyk.
Człowiek nie wie, którędy miałby pójść, nie ma
Przy sobie wstążki mapy, nie ma też przy nim nikogo,
Kto wiedziałby o najbliższym skrócie, ustawiwszy mu horyzont
Na sztorc, i jak zerwana zawleczka z denka, giną mu dalsze
Wybory w czarnej dziurze mdławego świtu. Znamy tę
Szorstką pełnię, znamy też jej bliźniaczą szadź. Ale każde
Nowe uwagi tworzą na pękniętej szybce twarzy jakby
Wciąż ten sam wir - niepodparte receptami, nie dające
Wglądu, który tak chciałoby się mieć, żeby ten sączony
Wywar przestał być aż tak gorzki, aptekarsko mroczny.
I kiedy coraz częściej myśleli, że wyjechałem na resztę
Zimy w góry, myśleli o tym ze skrywaną ulgą,
A góry istotnie były na wyciągnięcie rąk, drżące jak
Płomyk na wietrze, widziane u spodu, przechodzące
Błyskawicznie w jar. Hej, pomyślałem, dzięki temu mogę
Chodzić między wami, o każdej porze patrzeć na kogoś
Z drugiej strony lusterka, mieć jakiś dzień tak samo
Jak zakochani i jednocześnie być daleko od dni miłych
Dla sztywniejących z każdym następnym. Błędy podliczają
Nas bez ustanku. Rozpływamy się w jakościach uprzedzeń i
Prostując obręcz czasu, jak dziecko toczymy ją patykiem.
Znosi nas na mulisty brzeg i nie czynimy sobie
Krztyny wymówki za poniechanie ongiś legendy, zatopiwszy się
Na jeden wieczór w szklance, w której zostaje obwódka piany.
Pozostaje więc nadal łowić skradający się twój szmer,
Lepić z tej bieli kulę i mierzyć nią w odleglejsze widoki
Na tę ociemniałą przyszłość, na ten wieczny falstart,
Dzięki czemu coś może wciąż sobie roić późniejszą niż
Tę, widmowym wapnem położoną metę swoich mysich
Dopasowań, płynnie odbieraną w zmiennej ogniskowej.
ZAMIEĆ WZIĘŁA I NIE ODDAJE
Odległe pozostaje nadal to, co jeszcze się nie skończyło, wciąż
Pokrywając lusterka mgiełką oddechu, w tak samo jałowym przeoczeniu
Wyzierając z zakamarków, skąd od dawna nie dobył się żaden głos
Przywołania. Jesteśmy teraz bardzo zwrotni, odbiegamy i
Przybiegamy, przynosząc krztynę perspektywy na najbliższe
Okrążenie ziemi, by zadomowić się jeszcze bardziej
W tym kącie niezmierzonym promieniem
Realnego bólu. Eskapady słońca budzą nową tragifarsę
I na każdą przynętę jest tyle mimowolnie błędnych odpowiedzi,
Że te ukośne chwile spotkań wgryzają się w ciebie coraz
Bardziej dokuczliwie, przesłaniając punkt, od którego
Zaczyna się nowa era powolnego schyłku. Miejsca
Wymieniają się rzeczami. Cała energia gwiżdże swoją parą,
Unosi się w coraz nowsze wymiary krańcowej zatraty,
Ulatnia się z nieszczelnej kopuły czasu, pozostawia liche
Ślady wyboru i nawet najbardziej beznadziejny
Moment przyszłej tułaczki odzyskuje swój blask w tej
Szarzejącej toni bezmiaru, bo przepadła gdzieś szansa na
Ponowne równania, gdyż elementy układanki potraciły
Swoje ludzkie kształty. Ale czy chciałbym znaleźć się
Jeszcze raz w tym beztroskim kręgu, niepoproszony
O kolejną odpowiedź, i czy to ma sens – tego się nie wie. Sekwencje
Płyną niespiesznym rytmem i z każdej wiązki tryska zaklęty w
Kokon piasek tego świata, więc odruchowo lub z namysłem
Można tę historię przypisać swoistej zależności od poczucia
Ciągłej lewitacji, dzięki czemu staje się to komunikowalnym
Widmem, świadkiem głuchego pojmania w sferycznym przeciągu
Planet okrążających nasz los coraz ciaśniej, pokrytym siatką
Niedomówień, jak ów prześwit, przez który sączy się resztka
Śliny, wychodzi jakiś pęcherzyk światła, by móc jeszcze raz
Wyrzec się otoczenia, nie streszczając powietrzu rozdziawionych
Oczu. Pudłujemy z niejaką satysfakcją, po różnych
Próbach przychodzi ostateczny sprawdzian i test nie wychodzi
Pomyślnie. Z wszelkich przywołań pozostaje niewielki
Pożytek. Przeciągnięte struny lata nie napięły się aż tak bardzo,
Stąd ta zimna relacja z tym, co najbliższe, nadchodzące zawsze
O coś za późno, poniewierające nami tak samo mocno jak odtrącane
Było kiedyś, kiedy jeszcze nic nie zwidywało się we mgle zabierającej
Tylko ziemię, której było pod dostatkiem przed jej trzęsieniem.
Maciej Melecki (ur. w 1969) - poeta. Autor czterech arkuszy wierszy: Zachodzenie za siebie (1993), Dalsze zajścia (1998), Panoramix (2001), Opuszczone strony (2008) i tomów wierszy: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie ( 2005), Zawsze wszędzie indziej – wybór wierszy 1995 – 2005 (2008), Przester (2009). Pracuje w Instytucie Mikołowskim. Mieszka w Mikołowie.
Prezentowane wiersze pochodzą z ostatniego tomu autora pt.: "Przester" (Poznań, 2009) wydanego Wielkopolską Bibliotekę Publiczną i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu.
Jeśli wszystko zazwyczaj tylko odchodzi, to na
Pewno nie powraca w podobnej postaci. W czym możesz się
Mieścić, w jakiej oślej skórze zjawiać na progu czyjegoś
Widzimisię, skoro nie ma ciebie poza rozdziawieniem ust,
Bo kiedy mówisz, nie ma cię nawet w spłachcie śniegu.
Jesteś odbierany przez innych i nieprzekazywany dalej.
Zgrana talio uwag, poroniony pomyśle na życie, niegościnny
Domku o wietrznych ścianach, małomówna pętelko strachu –
Odwiedźcie mnie kiedyś nad ranem, albowiem w tutejszym
Pyle możemy się ścierać po omacku, zapominać na
Wyrywki, mimochodem czeznąć wzajem, ponieważ nie stoimy
Nigdy z czasem, owinięci gazą wspomnień, dzięki której
Zmieszał się ongiś cień z podstawowym kolorem utraty
Szans na rozwój opowieści o znalezionym wyjściu z piwnicznego
Chłodu, lecz ostry sygnał złamał ten promień, miasto domagało się
Żywszego rytmu i stąd te radosne baloniki, melodie
Skoczniejsze od wszystkich ruchów wędrownych planet,
I stąd te opóźnienia w ustaleniu skromnych racji. Nawyk
Puszcza znów swoje chrome oko, kwarcowa wskazówka
Mija kolejne okrążenie i utwardzony czas popycha cię w stronę,
Która nas kiedyś wypluła, nie chcąc dłużej przetrzymywać
Tylu zmarnowanych okazji, w jakie wyposażyła nas przerwa
Nie bycia poza manowcami takiego skrętu, owego wychynięcia
Poza czytelny tego trop. Przestrzeń innego rozeznania
Nie istnieje nawet w ostatniej fiolce snu. Nie istnieje się
W wymiarze, który byłby tylko wymiernym załamaniem
Oddalonych światłocieni, mamroczących ze swadą o kimś
Twarzyczek, w momencie zadawania pytania o kogoś, po
Usłyszeniu podpalonego sykiem milczenia. Nie wiedzieliście
Później, co z tym fantomem nocnego zachłyśnięcia zrobić,
Zrobiliście się więc bladzi, marni i lichuteńcy, tłumacząc się
Każdemu z dawnych decyzji, wyborów życiowego pecha i
Szczęścia, z tych zamierzchłych, pustych losów,
Krzepkich rozstań i zawahań, by jeszcze czymś podsycić
Rozwidloną uwagę, skupić się odrobinę w tym zatrzymanym
Odwrocie. Dryfujesz tedy bez steru. Łopoczesz zamiast płetwy.
Sterujesz bez przyczyny. Pominięty przez cele, przenosisz
Swój ciężar z osi na oś, do końca zostając tylko na przecięciu.
ZMIENNA OGNISKOWA
W niewidocznych końcówkach nie ma już miejsca na
Takie kawałki dni, gdzie byłoby mnie więcej niż pozostaje
Po mnie w tym zamrożonym pasemku, które
Spada na każdego jak iskra spod Wielkiego Wozu.
Żyjemy na haku. Śnimy sromotnie. Niezaczepieni.
Wieczór wnet przebóstwiony w rdzawy, polny krzyżyk.
Człowiek nie wie, którędy miałby pójść, nie ma
Przy sobie wstążki mapy, nie ma też przy nim nikogo,
Kto wiedziałby o najbliższym skrócie, ustawiwszy mu horyzont
Na sztorc, i jak zerwana zawleczka z denka, giną mu dalsze
Wybory w czarnej dziurze mdławego świtu. Znamy tę
Szorstką pełnię, znamy też jej bliźniaczą szadź. Ale każde
Nowe uwagi tworzą na pękniętej szybce twarzy jakby
Wciąż ten sam wir - niepodparte receptami, nie dające
Wglądu, który tak chciałoby się mieć, żeby ten sączony
Wywar przestał być aż tak gorzki, aptekarsko mroczny.
I kiedy coraz częściej myśleli, że wyjechałem na resztę
Zimy w góry, myśleli o tym ze skrywaną ulgą,
A góry istotnie były na wyciągnięcie rąk, drżące jak
Płomyk na wietrze, widziane u spodu, przechodzące
Błyskawicznie w jar. Hej, pomyślałem, dzięki temu mogę
Chodzić między wami, o każdej porze patrzeć na kogoś
Z drugiej strony lusterka, mieć jakiś dzień tak samo
Jak zakochani i jednocześnie być daleko od dni miłych
Dla sztywniejących z każdym następnym. Błędy podliczają
Nas bez ustanku. Rozpływamy się w jakościach uprzedzeń i
Prostując obręcz czasu, jak dziecko toczymy ją patykiem.
Znosi nas na mulisty brzeg i nie czynimy sobie
Krztyny wymówki za poniechanie ongiś legendy, zatopiwszy się
Na jeden wieczór w szklance, w której zostaje obwódka piany.
Pozostaje więc nadal łowić skradający się twój szmer,
Lepić z tej bieli kulę i mierzyć nią w odleglejsze widoki
Na tę ociemniałą przyszłość, na ten wieczny falstart,
Dzięki czemu coś może wciąż sobie roić późniejszą niż
Tę, widmowym wapnem położoną metę swoich mysich
Dopasowań, płynnie odbieraną w zmiennej ogniskowej.
ZAMIEĆ WZIĘŁA I NIE ODDAJE
Odległe pozostaje nadal to, co jeszcze się nie skończyło, wciąż
Pokrywając lusterka mgiełką oddechu, w tak samo jałowym przeoczeniu
Wyzierając z zakamarków, skąd od dawna nie dobył się żaden głos
Przywołania. Jesteśmy teraz bardzo zwrotni, odbiegamy i
Przybiegamy, przynosząc krztynę perspektywy na najbliższe
Okrążenie ziemi, by zadomowić się jeszcze bardziej
W tym kącie niezmierzonym promieniem
Realnego bólu. Eskapady słońca budzą nową tragifarsę
I na każdą przynętę jest tyle mimowolnie błędnych odpowiedzi,
Że te ukośne chwile spotkań wgryzają się w ciebie coraz
Bardziej dokuczliwie, przesłaniając punkt, od którego
Zaczyna się nowa era powolnego schyłku. Miejsca
Wymieniają się rzeczami. Cała energia gwiżdże swoją parą,
Unosi się w coraz nowsze wymiary krańcowej zatraty,
Ulatnia się z nieszczelnej kopuły czasu, pozostawia liche
Ślady wyboru i nawet najbardziej beznadziejny
Moment przyszłej tułaczki odzyskuje swój blask w tej
Szarzejącej toni bezmiaru, bo przepadła gdzieś szansa na
Ponowne równania, gdyż elementy układanki potraciły
Swoje ludzkie kształty. Ale czy chciałbym znaleźć się
Jeszcze raz w tym beztroskim kręgu, niepoproszony
O kolejną odpowiedź, i czy to ma sens – tego się nie wie. Sekwencje
Płyną niespiesznym rytmem i z każdej wiązki tryska zaklęty w
Kokon piasek tego świata, więc odruchowo lub z namysłem
Można tę historię przypisać swoistej zależności od poczucia
Ciągłej lewitacji, dzięki czemu staje się to komunikowalnym
Widmem, świadkiem głuchego pojmania w sferycznym przeciągu
Planet okrążających nasz los coraz ciaśniej, pokrytym siatką
Niedomówień, jak ów prześwit, przez który sączy się resztka
Śliny, wychodzi jakiś pęcherzyk światła, by móc jeszcze raz
Wyrzec się otoczenia, nie streszczając powietrzu rozdziawionych
Oczu. Pudłujemy z niejaką satysfakcją, po różnych
Próbach przychodzi ostateczny sprawdzian i test nie wychodzi
Pomyślnie. Z wszelkich przywołań pozostaje niewielki
Pożytek. Przeciągnięte struny lata nie napięły się aż tak bardzo,
Stąd ta zimna relacja z tym, co najbliższe, nadchodzące zawsze
O coś za późno, poniewierające nami tak samo mocno jak odtrącane
Było kiedyś, kiedy jeszcze nic nie zwidywało się we mgle zabierającej
Tylko ziemię, której było pod dostatkiem przed jej trzęsieniem.
Maciej Melecki (ur. w 1969) - poeta. Autor czterech arkuszy wierszy: Zachodzenie za siebie (1993), Dalsze zajścia (1998), Panoramix (2001), Opuszczone strony (2008) i tomów wierszy: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie ( 2005), Zawsze wszędzie indziej – wybór wierszy 1995 – 2005 (2008), Przester (2009). Pracuje w Instytucie Mikołowskim. Mieszka w Mikołowie.Prezentowane wiersze pochodzą z ostatniego tomu autora pt.: "Przester" (Poznań, 2009) wydanego Wielkopolską Bibliotekę Publiczną i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu.




