Zabawki z plastiku
Jest zima 1988. Po raz pierwszy zostałem sam w domu
i boję się odebrać telefon. Model Spitfire'a
jeszcze nie wysechł, źle sklejone nóżki
rozjeżdżają się na boki. Za oknem wielki, śnieżny pomnik
– noc, pani przypływów i odpływów. Cisza
między sygnałami jest nie do zniesienia.
Dwadzieścia lat później wciąż boję się odebrać
telefon. Przede mną – droga żelazna, szczęk
przesuwanych dworców, szum żwiru, pisk kół zębatych,
nawroty mdłości. I miłość jak zbyt ciężki bagaż,
jak fiolka z klejem lub zielonym smarem. Zapisz:
równia pochyła. Dziesięć lat wcześniej: niefortunny
wjazd na rampę, poluzowane koło w rolce i upadek.
Cóż za arena, sny o zielonych liściach na śniegu,
doskonałe powierzchnie sponiewieranych latawców.
A także wiara w nieśmiertelność ciała i nagła cisza
między sygnałami. Diagnoza: pęknięty staw
skokowy. Diagnoza: rozbita klepsydra.
Tusz
Rzeka płynie korytem ku źródłu, niecką ku twarzom
topielców. W złe, lipcowe popołudnia
drzewa zrzucają korony, a trasy owych pojazdów
o silnikach na ocet krzyżują się
w drewnie. Miesiąc obraca się na bok,
a w jego brzuchu widać preparaty minionych sezonów,
królewską korespondencję w baraniej kiszce,
twarze przyrośnięte do połamanych mebli –
ten wieczór drożeje z minuty na minutę, a inflacji
nie powstrzyma nawet nagłe uderzenie w twarz,
łyk wódki, dłonie zaciśnięte na czyichś
mankietach. I tylko ta dioda w ciemnym kącie
pokoju jeszcze mruga, jeszcze
nawołuje do życia,
a życie
pryska i wiruje w odpływach,
promienieje.
Podziemne jeziora stoją niezmącone
I jeszcze znaleźć jeden wiersz na ten
powracający, nieuzasadniony niepokój.
Nazwać go i dookreślić, nie uciekać
od nazw. Przerwać
drzemkę dróżnika we Wsi Małej, żarty nad rozlewiskiem,
kiedy ojciec nieopatrznie topi parę bliźniaków
w pierwszym dniu wakacji, rozmowę dwóch nauczycielek
nad śrubką, która kilka dni później odkręci się
od siedzenia. Lecz nade wszystko
głos, ów dudniący głos,
destylat próżni,
bogate w składniki pożywienie dla dzwonów
i drewnianych pudeł. Rozkaz jest nagły i bolesny:
zaprzestać walki ze śnieżycą, zamknąć oczy.
Na nic się zdały pociski wroga Germana,
bo żaden nie śmiał obalić na górze Chrystusa Pana
Moje dzieci, mówię,
miesiąc się rozbudził i obraca ku wam,
nie otwierajcie ust.
Niedbale niesiemy trumny naszych umarłych
Niedbale przeprowadzamy się
do naszych nowych domostw,
więc po drodze wysypują się z pudeł
drzazgi i śmiech. Śnieg pali dłonie,
a ściany naczepy przechylają się
ku zewnętrznej stronie miąższu. Dwa dni później
jedyne wzruszenie, jakie potrafię z siebie wyłuskać,
to złość o podkrążone oczy. Dwa dni później
robię spis rzeczy zagubionych: klucz od składaka,
zielona śrubka, zasuszony motyl, zapach kawy,
cztery duże kleksy na rewersie wyblakłej fotografii,
drewniany nos drewnianego Boga, pęknięty
kalejdoskop, a także podłużna żarówka, skradziona
staruszkowi o podłużnej twarzy, oraz podłużny kawałek
ramy od okna, w którym widać sprzedawcę
kolorowych ptaków. Sny, nic więcej. A więc i cichy,
lecz stanowczy szept: dłonie czerwone od mrozu
będą trząść się nad głową,
usta blade od próśb
będą klaskać i gryźć.
Nie poznałam w Panu mężczyzny
Nic nie jest proste,
dopóki nie wykrzywi się
w czyichś ustach. I nie masz śniegu nad kartkę,
którą dziecko przykleja do rozwartych ust. I nie masz ust,
które by objęły, obcałowały obnażony
nieopatrznie rąbek czasu, kiedy pochylona postać
w brunatnym płaszczu zatrzymuje się w pół drogi
na przystanek. Fruną do niej z okien
kominiarze pędziwiatry,
bywalcy głośnych i dusznych miejsc
z wielkich miast. Nad konsoletami migoczą
cząstki soli, czyjś obcy, wilgotny oddech,
jakby gwałt dokonany przez wodę na powierzchni
słońca, bo w tym klubie
odnowiona zostaje święta ofiara,
którą oto podaję ci na język, moje dziecko,
mój ptaku dodo w grze.

Marcin Orliński (ur. 1980) - poeta, krytyk literacki. Doktorant w Instytucie Badań Literackich PAN. Absolwent filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury. Wydał tomy wierszy Mumu humu (Kraków 2006), Parada drezyn (Łódź 2010) oraz Drzazgi i śmiech (Poznań 2010). Mieszka i pracuje w Warszawie. Oficjalna strona: www.marcinorlinski.pl.
Jest zima 1988. Po raz pierwszy zostałem sam w domu
i boję się odebrać telefon. Model Spitfire'a
jeszcze nie wysechł, źle sklejone nóżki
rozjeżdżają się na boki. Za oknem wielki, śnieżny pomnik
– noc, pani przypływów i odpływów. Cisza
między sygnałami jest nie do zniesienia.
Dwadzieścia lat później wciąż boję się odebrać
telefon. Przede mną – droga żelazna, szczęk
przesuwanych dworców, szum żwiru, pisk kół zębatych,
nawroty mdłości. I miłość jak zbyt ciężki bagaż,
jak fiolka z klejem lub zielonym smarem. Zapisz:
równia pochyła. Dziesięć lat wcześniej: niefortunny
wjazd na rampę, poluzowane koło w rolce i upadek.
Cóż za arena, sny o zielonych liściach na śniegu,
doskonałe powierzchnie sponiewieranych latawców.
A także wiara w nieśmiertelność ciała i nagła cisza
między sygnałami. Diagnoza: pęknięty staw
skokowy. Diagnoza: rozbita klepsydra.
Tusz
Rzeka płynie korytem ku źródłu, niecką ku twarzom
topielców. W złe, lipcowe popołudnia
drzewa zrzucają korony, a trasy owych pojazdów
o silnikach na ocet krzyżują się
w drewnie. Miesiąc obraca się na bok,
a w jego brzuchu widać preparaty minionych sezonów,
królewską korespondencję w baraniej kiszce,
twarze przyrośnięte do połamanych mebli –
ten wieczór drożeje z minuty na minutę, a inflacji
nie powstrzyma nawet nagłe uderzenie w twarz,
łyk wódki, dłonie zaciśnięte na czyichś
mankietach. I tylko ta dioda w ciemnym kącie
pokoju jeszcze mruga, jeszcze
nawołuje do życia,
a życie
pryska i wiruje w odpływach,
promienieje.
Podziemne jeziora stoją niezmącone
I jeszcze znaleźć jeden wiersz na ten
powracający, nieuzasadniony niepokój.
Nazwać go i dookreślić, nie uciekać
od nazw. Przerwać
drzemkę dróżnika we Wsi Małej, żarty nad rozlewiskiem,
kiedy ojciec nieopatrznie topi parę bliźniaków
w pierwszym dniu wakacji, rozmowę dwóch nauczycielek
nad śrubką, która kilka dni później odkręci się
od siedzenia. Lecz nade wszystko
głos, ów dudniący głos,
destylat próżni,
bogate w składniki pożywienie dla dzwonów
i drewnianych pudeł. Rozkaz jest nagły i bolesny:
zaprzestać walki ze śnieżycą, zamknąć oczy.
Na nic się zdały pociski wroga Germana,
bo żaden nie śmiał obalić na górze Chrystusa Pana
Moje dzieci, mówię,
miesiąc się rozbudził i obraca ku wam,
nie otwierajcie ust.
Niedbale niesiemy trumny naszych umarłych
Niedbale przeprowadzamy się
do naszych nowych domostw,
więc po drodze wysypują się z pudeł
drzazgi i śmiech. Śnieg pali dłonie,
a ściany naczepy przechylają się
ku zewnętrznej stronie miąższu. Dwa dni później
jedyne wzruszenie, jakie potrafię z siebie wyłuskać,
to złość o podkrążone oczy. Dwa dni później
robię spis rzeczy zagubionych: klucz od składaka,
zielona śrubka, zasuszony motyl, zapach kawy,
cztery duże kleksy na rewersie wyblakłej fotografii,
drewniany nos drewnianego Boga, pęknięty
kalejdoskop, a także podłużna żarówka, skradziona
staruszkowi o podłużnej twarzy, oraz podłużny kawałek
ramy od okna, w którym widać sprzedawcę
kolorowych ptaków. Sny, nic więcej. A więc i cichy,
lecz stanowczy szept: dłonie czerwone od mrozu
będą trząść się nad głową,
usta blade od próśb
będą klaskać i gryźć.
Nie poznałam w Panu mężczyzny
Nic nie jest proste,
dopóki nie wykrzywi się
w czyichś ustach. I nie masz śniegu nad kartkę,
którą dziecko przykleja do rozwartych ust. I nie masz ust,
które by objęły, obcałowały obnażony
nieopatrznie rąbek czasu, kiedy pochylona postać
w brunatnym płaszczu zatrzymuje się w pół drogi
na przystanek. Fruną do niej z okien
kominiarze pędziwiatry,
bywalcy głośnych i dusznych miejsc
z wielkich miast. Nad konsoletami migoczą
cząstki soli, czyjś obcy, wilgotny oddech,
jakby gwałt dokonany przez wodę na powierzchni
słońca, bo w tym klubie
odnowiona zostaje święta ofiara,
którą oto podaję ci na język, moje dziecko,
mój ptaku dodo w grze.

Marcin Orliński (ur. 1980) - poeta, krytyk literacki. Doktorant w Instytucie Badań Literackich PAN. Absolwent filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury. Wydał tomy wierszy Mumu humu (Kraków 2006), Parada drezyn (Łódź 2010) oraz Drzazgi i śmiech (Poznań 2010). Mieszka i pracuje w Warszawie. Oficjalna strona: www.marcinorlinski.pl.




