Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka


ON


reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Poezja > Orliński Marcin: wiersze

Orliński Marcin: wiersze

Zabawki z plastiku


Jest zima 1988. Po raz pierwszy zostałem sam w domu
i boję się odebrać telefon. Model Spitfire'a
jeszcze nie wysechł, źle sklejone nóżki
rozjeżdżają się na boki. Za oknem wielki, śnieżny pomnik
– noc, pani przypływów i odpływów. Cisza

między sygnałami jest nie do zniesienia.
Dwadzieścia lat później wciąż boję się odebrać
telefon. Przede mną – droga żelazna, szczęk

przesuwanych dworców, szum żwiru, pisk kół zębatych,
nawroty mdłości. I miłość jak zbyt ciężki bagaż,
jak fiolka z klejem lub zielonym smarem. Zapisz:
równia pochyła. Dziesięć lat wcześniej: niefortunny
wjazd na rampę, poluzowane koło w rolce i upadek.

Cóż za arena, sny o zielonych liściach na śniegu,
doskonałe powierzchnie sponiewieranych latawców.
A także wiara w nieśmiertelność ciała i nagła cisza

między sygnałami. Diagnoza: pęknięty staw
skokowy. Diagnoza: rozbita klepsydra.



Tusz

Rzeka płynie korytem ku źródłu, niecką ku twarzom
topielców. W złe, lipcowe popołudnia
drzewa zrzucają korony, a trasy owych pojazdów
o silnikach na ocet krzyżują się

w drewnie. Miesiąc obraca się na bok,
a w jego brzuchu widać preparaty minionych sezonów,
królewską korespondencję w baraniej kiszce,
twarze przyrośnięte do połamanych mebli –

ten wieczór drożeje z minuty na minutę, a inflacji
nie powstrzyma nawet nagłe uderzenie w twarz,
łyk wódki, dłonie zaciśnięte na czyichś
mankietach. I tylko ta dioda w ciemnym kącie
pokoju jeszcze mruga, jeszcze
nawołuje do życia,

a życie

pryska i wiruje w odpływach,
promienieje.




Podziemne jeziora stoją niezmącone


I jeszcze znaleźć jeden wiersz na ten
powracający, nieuzasadniony niepokój.
Nazwać go i dookreślić, nie uciekać
od nazw. Przerwać

drzemkę dróżnika we Wsi Małej, żarty nad rozlewiskiem,
kiedy ojciec nieopatrznie topi parę bliźniaków
w pierwszym dniu wakacji, rozmowę dwóch nauczycielek
nad śrubką, która kilka dni później odkręci się
od siedzenia. Lecz nade wszystko

głos, ów dudniący głos,
destylat próżni,

bogate w składniki pożywienie dla dzwonów
i drewnianych pudeł. Rozkaz jest nagły i bolesny:
zaprzestać walki ze śnieżycą, zamknąć oczy.

Na nic się zdały pociski wroga Germana,
bo żaden nie śmiał obalić na górze Chrystusa Pana


Moje dzieci, mówię,
miesiąc się rozbudził i obraca ku wam,

nie otwierajcie ust.




Niedbale niesiemy trumny naszych umarłych



Niedbale przeprowadzamy się
do naszych nowych domostw,
więc po drodze wysypują się z pudeł
   
drzazgi i śmiech. Śnieg pali dłonie,
a ściany naczepy przechylają się
ku zewnętrznej stronie miąższu. Dwa dni później
jedyne wzruszenie, jakie potrafię z siebie wyłuskać,
to złość o podkrążone oczy. Dwa dni później

robię spis rzeczy zagubionych: klucz od składaka,
zielona śrubka, zasuszony motyl, zapach kawy,
cztery duże kleksy na rewersie wyblakłej fotografii,
drewniany nos drewnianego Boga, pęknięty
kalejdoskop, a także podłużna żarówka, skradziona

staruszkowi o podłużnej twarzy, oraz podłużny kawałek
ramy od okna, w którym widać sprzedawcę
kolorowych ptaków. Sny, nic więcej. A więc i cichy,
lecz stanowczy szept: dłonie czerwone od mrozu
będą trząść się nad głową,

usta blade od próśb
będą klaskać i gryźć.




Nie poznałam w Panu mężczyzny


Nic nie jest proste,
dopóki nie wykrzywi się

w czyichś ustach. I nie masz śniegu nad kartkę,
którą dziecko przykleja do rozwartych ust. I nie masz ust,

które by objęły, obcałowały obnażony
nieopatrznie rąbek czasu, kiedy pochylona postać
w brunatnym płaszczu zatrzymuje się w pół drogi
na przystanek. Fruną do niej z okien
kominiarze pędziwiatry,

bywalcy głośnych i dusznych miejsc
z wielkich miast. Nad konsoletami migoczą
cząstki soli, czyjś obcy, wilgotny oddech,
jakby gwałt dokonany przez wodę na powierzchni
słońca, bo w tym klubie

odnowiona zostaje święta ofiara,
którą oto podaję ci na język, moje dziecko,

mój ptaku dodo w grze.





Marcin Orliński (ur. 1980) - poeta, krytyk literacki. Doktorant w Instytucie Badań Literackich PAN. Absolwent filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w dziedzinie literatury. Wydał tomy wierszy Mumu humu (Kraków 2006), Parada drezyn (Łódź 2010) oraz Drzazgi i śmiech (Poznań 2010). Mieszka i pracuje w Warszawie. Oficjalna strona: www.marcinorlinski.pl.

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry



Copyright © neurokultura 2010 | projekt i wykonanie: sza-sza homework studio