66 lat temu patrzyłem z odległości kilkunastu kilometrów na zasnuty z dnia na dzień większymi dymami horyzont. Na niebie wysoko pojawiały się fale lecących na północ samolotów. Z bardzo daleka dobiegał przygłuszony grzmot dział nadciągającego frontu. Był upał, w powietrzu unosił się kurz i zapach benzyny. Ulica podwarszawskiego miasta, w którym wówczas mieszkałem, pełna była szarozielonych pojazdów niemieckich i szwendających się wokół żołnierzy. W Warszawie trwały walki.Do mnie, wówczas 8-latka, niemal nic z sensu tego wszystkiego nie docierało. Nie rozumiałem wydarzeń. Dorośli zniżali głos i przerywali rozmowy, gdy wchodziłem; to i owo jednak do mnie trafiało, to na przykład, że “Czerwoni” są już niedaleko. Bardzo mnie to cieszyło, bowiem słowo to miało dla mnie tylko jedno znaczenie: “Czerwoni” to byli przecież Indianie! Być może sam Winnetou wkrótce się pojawi na swym ogierze Hatatitla, może będzie z nim jego biały brat Old Shatterhand…
Szalenie interesujące wydawały mi się te niemieckie pojazdy, bardzo podobał mi się ten beznynowy smrodek, pożądliwie patrzyłem na dyndające u żołnierskich ramion schmeissery…
A potem chodziliśmy “w alejkę”. Rzeczywiście, była to wysadzona pięknymi ogromnymi lipami ścieżka; jakże pięknie pachniały ich liście! Można tam było leżeć, bawić się podchody i słuchać czasami niezbyt głośnych klaśnięć, czy stuknięć; niekiedy po takim dźwięku następował świst, który kończył się jakby puknięciem w któreś drzewo. Zdarzało się tak, gdy od strony znajdującego się w odległości kilkuset metrów szarego muru, za którym były warsztaty kolejowe, biegł jakiś człowiek. Czasem – często nawet – widać było z daleka, jak ów czlowiek pada. I już się nie podnosi.
Dziś, po dwóch trzecich stulecia od tamtych czasów, wiem znacznie więcej. Wiem, że ktoś podjął decyzję o wysłaniu do całkowice bezsensownej walki dziesiątki tysięcy młodych ludzi; wielu z nich – zbyt wielu i zbyt dobrych – zginęło. Nie mieli wyboru, bowiem przedtem dobrowolnie wstąpili do podziemnej armii i złożyli przysięgę: musieli wykonać rozkaz. Wiem, że zginęło wskutek tej decyzji dwieście tysięcy cywilów; też nie mieli wyboru, ale ich o nic nie zapytano, a wielu z nich zapewne w dodatku w ogóle nie chciało walczyć. Wiem, że bez sensu zginęło miasto, zniszczone w sposób bezprzykładnie systematyczny.
Myśląc o tych wydarzeniach czuję obrzydzenie i wstręt do tych ludzi, którzy ową decyzję podjęli. Nie rozumiem, z jakiego powodu dziś się ich czci i nadaje ich imiona ulicom i placom. Dla mnie są przestępcami; a jeśli zrobili to, co zrobili, z braku rozeznania i wiedzy, to są głupcami. Odmawiam im pamięci i szacunku. Gardzę nimi. A jak słyszę – jak dziś, w przeddzień rocznicy – „Bóg, honor i Ojczyzna”, mam mdłości.
Myślę też o poprzednich powstaniach. O styczniowym, o listopadowym. Też były bez sensu. W calej historii Polski jedynym sensownym i uzasadnionym powstaniem było to w Getcie: Żydzi wiedzieli, że tak czy tak – czeka ich śmierć; przeto słusznym i sprawiedliwym oraz rozsądnym było spotkać ją na stojąco, zabierając ze sobą tylu katów, ilu się dało. Ich rozumiem.
Inne powstania były durnotą; i chętnie bym to powiedział wszystkim moim krewnym, którzy w nich uczestniczyli.
Jestem głęboko przekonany, że – poza ostateczną sytuacją Żydów – nie ma wartości, dla której warto byłoby poświęcić życie. Po prostu: nie ma. W szczególności nie jest taką wartością żadna ojczyzna.
Dlatego nigdy w życiu nie pójdę do gloryfikującego „powstańczy zryw” kaczyńskiego Muzeum, a kiedy czytam, że we “wspaniałych inscenizacjach historycznych” biorą udział dzieciaki – niedobrze mi się robi.
Ludzie: kiedy my się zaczniemy uczyć myśleć? Na przykład, od Czechów?
Bogdan Miś (ur. 1936) - z wykształcenia matematyk, z zawodu dziennikarz i popularyzator nauki. W 1959 ukończył matematykę na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował jako operator i programista przy pierwszym polskim komputerze mainframe (XYZ, 1958-1961). Był asystentem na Wydziale Matematyki UW i na Wydziale Elektroniki PW, pracował w Instytucie Matematycznym PAN, był wykładowcą w Wyższej Szkole Ubezpieczeń i Bankowości, w Akademii Filmu i Telewizji, w Wyższej Szkole Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki. Od roku 1969 należał do PZPR aż do rozwiązania partii. Obecnie, członek Komitetu Prognoz "Polska 2000 plus" przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk. Strona autora: Internetowy Obserwator Mediów.




