Komisja planowania izraelskiego MSW poparła w czwartek (19.05) projekt budowy 620 mieszkań w osiedlu żydowskim założonym w ramach polityki kolonizacyjnej Izraela w dzielnicy Jerozolimy Pisgat Zeew i 900 mieszkań w dzielnicy Har Homa, wznoszonej w pobliżu Betlejem (Zachodni Brzeg). Barack Obama, nawiązując do stanowiska europejskiego, opowiedział się za utworzeniem Państwa Palestyńskiego w granicach z 1967 roku, co natychmiast zakwestionował premier Izraela, Benjamin Netanjahu.Francja potępiła w piątek (20.05) zapowiedzianą przez władze Izraela budowę ponad półtora tysiąca nowych mieszkań w dwóch dzielnicach okupowanej Wschodniej Jerozolimy, którą Palestyńczycy uważają za stolicę swego przyszłego państwa, a rzecznik francuskiego MSZ Bernard Valero oświadczył: – Kolonizacja jest w świetle prawa międzynarodowego nielegalna. Podkopuje zaufanie między stronami i stanowi przeszkodę na drodze do rozwiązania polegającego na istnieniu dwóch państw” (Państwa Izrael i Państwa Palestyńskiego).
Agencja AFP zwraca uwagę na fakt, że decyzję tę Izrael ogłosił w przeddzień spotkania premiera Benjamina Netanjahu z prezydentem USA Barackiem Obamą. – Decyzja ta jest szczególnie szkodliwa, ponieważ podjęto ją właśnie w chwili, gdy powinny zostać wznowione – na podstawach nakreślonych przez Unię Europejską i wymienionych przez prezydenta Obamę w jego czwartkowym przemówieniu – bezpośrednie rozmowy między Izraelczykami i Palestyńczykami – powiedział francuski rzecznik.
19 maja prezydent USA Barack Obama poparł ruch rewolucyjny w krajach arabskich i wezwał do rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego przez utworzenie państwa palestyńskiego w granicach sprzed wojny sześciodniowej w roku 1967.
W obszernym przemówieniu wygłoszonym w Departamencie Stanu w Waszyngtonie, po raz pierwszy od rozpoczęcia "arabskiej wiosny", prezydent przedstawił swoją wizję polityki USA wobec Bliskiego Wschodu i krajów muzułmańskich. Oznacza ona oficjalne cofnięcie dotychczasowego poparcia dla autokratycznych reżimów arabskich na rzecz poparcia dla sił demokratycznych.
W pierwszych komentarzach za główną sensację uznano propozycję państwa palestyńskiego w granicach z 1967 roku. Została ona zaprezentowana w przeddzień wizyty w Waszyngtonie izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu, który z prezydentem USA spotka się 20 maja. Eksperci ds. Bliskiego Wschodu podkreślają, że po raz pierwszy prezydent USA w publicznym wystąpieniu przedstawił tak daleko idącą wizję państwa palestyńskiego, która może rozgniewać Izrael.
Obama podkreślił też, że fala rewolucji w Tunezji, Egipcie i innych krajach arabskich wyraża demokratyczne aspiracje ich narodów, zgodnie z wartościami bliskimi Ameryce. Stoimy przed historyczną okazją. Mamy szansę pokazać, że Ameryka ceni sobie godność ulicznego sprzedawcy w Tunezji bardziej niż brutalną władzę dyktatorów - powiedział. (Samospalenie biednego sprzedawcy melonów w Tunezji w styczniu było iskrą, która zainicjowała proces rewolucji w krajach Maghrebu.) Zadeklarował: Jeżeli nie zmienimy naszego dotychczasowego podejścia na Bliskim Wschodzie, grozi to nakręcaniem się spirali podziałów między USA a społeczeństwami muzułmańskimi.
Obama wezwał prezydenta Syrii Baszara al-Assada do zaprzestania brutalnych represji i do liberalizacji systemu albo odejścia ze stanowiska. Podobny apel powtórzył pod adresem przywódcy Libii Muammara Kaddafiego. Aby wzmocnić swe przesłanie, przedstawił plan pomocy amerykańskiej dla Egiptu i Tunezji. Przewiduje on inwestycje w tych krajach i umorzenie ich długów na łączną kwotę 1 miliarda dolarów. Drugi miliard dolarów mają one otrzymać w gwarancjach kredytowych.
Jak donosi dla PAP Tomasz Zalewski, zdecydowane poparcie "arabskiej wiosny" - zdaniem obserwatorów - oznacza nowy rozdział w polityce administracji Obamy wobec tych wydarzeń. Poprzednio prezydent wahał się, czy poprzeć rewolucję w Egipcie i powstanie w Libii, a jego rząd dawał sprzeczne sygnały w tych sprawach.
Obamę szeroko krytykowano za bierność i kunktatorstwo. Biały Dom dawał do zrozumienia, że w grę wchodzą sprzeczne interesy USA na Bliskim Wschodzie - rozdarcie między poparciem dla demokracji wynikającym z deklarowanej ideologii a obawą, że kontrolę nad procesami w regionie przejmą siły islamskiego ekstremizmu i wrogości wobec Izraela. Prezydent podkreślił w związku z tym, że przyszła demokracja na Bliskim Wschodzie musi uwzględniać prawa mniejszości religijnych i kobiet oraz gwarantować tolerancję. Wezwał do reform ekonomicznych w kierunku rozszerzenia wolnego rynku.
W drugiej części przemówienia Obama przedstawił propozycję utworzenia państwa palestyńskiego w granicach z 1967 roku. Podkreślił, że USA nadal uważają Izrael za swego głównego sojusznika i przyjaciela na Bliskim Wschodzie i gwarantują jego bezpieczeństwo. Wezwał go jednak do poczynienia istotnych ustępstw wobec Palestyńczyków, zgodnych z ich aspiracjami i prawami.
USA popierały dotychczas stanowisko Izraela, że granice państwa palestyńskiego powinny być dopiero ustalone w negocjacjach, w których uzgodni się gwarancje dla jego bezpieczeństwa.
Agencja AFP zwraca uwagę na fakt, że decyzję tę Izrael ogłosił w przeddzień spotkania premiera Benjamina Netanjahu z prezydentem USA Barackiem Obamą. – Decyzja ta jest szczególnie szkodliwa, ponieważ podjęto ją właśnie w chwili, gdy powinny zostać wznowione – na podstawach nakreślonych przez Unię Europejską i wymienionych przez prezydenta Obamę w jego czwartkowym przemówieniu – bezpośrednie rozmowy między Izraelczykami i Palestyńczykami – powiedział francuski rzecznik.
19 maja prezydent USA Barack Obama poparł ruch rewolucyjny w krajach arabskich i wezwał do rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego przez utworzenie państwa palestyńskiego w granicach sprzed wojny sześciodniowej w roku 1967.
W obszernym przemówieniu wygłoszonym w Departamencie Stanu w Waszyngtonie, po raz pierwszy od rozpoczęcia "arabskiej wiosny", prezydent przedstawił swoją wizję polityki USA wobec Bliskiego Wschodu i krajów muzułmańskich. Oznacza ona oficjalne cofnięcie dotychczasowego poparcia dla autokratycznych reżimów arabskich na rzecz poparcia dla sił demokratycznych.
W pierwszych komentarzach za główną sensację uznano propozycję państwa palestyńskiego w granicach z 1967 roku. Została ona zaprezentowana w przeddzień wizyty w Waszyngtonie izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu, który z prezydentem USA spotka się 20 maja. Eksperci ds. Bliskiego Wschodu podkreślają, że po raz pierwszy prezydent USA w publicznym wystąpieniu przedstawił tak daleko idącą wizję państwa palestyńskiego, która może rozgniewać Izrael.
Obama podkreślił też, że fala rewolucji w Tunezji, Egipcie i innych krajach arabskich wyraża demokratyczne aspiracje ich narodów, zgodnie z wartościami bliskimi Ameryce. Stoimy przed historyczną okazją. Mamy szansę pokazać, że Ameryka ceni sobie godność ulicznego sprzedawcy w Tunezji bardziej niż brutalną władzę dyktatorów - powiedział. (Samospalenie biednego sprzedawcy melonów w Tunezji w styczniu było iskrą, która zainicjowała proces rewolucji w krajach Maghrebu.) Zadeklarował: Jeżeli nie zmienimy naszego dotychczasowego podejścia na Bliskim Wschodzie, grozi to nakręcaniem się spirali podziałów między USA a społeczeństwami muzułmańskimi.
Obama wezwał prezydenta Syrii Baszara al-Assada do zaprzestania brutalnych represji i do liberalizacji systemu albo odejścia ze stanowiska. Podobny apel powtórzył pod adresem przywódcy Libii Muammara Kaddafiego. Aby wzmocnić swe przesłanie, przedstawił plan pomocy amerykańskiej dla Egiptu i Tunezji. Przewiduje on inwestycje w tych krajach i umorzenie ich długów na łączną kwotę 1 miliarda dolarów. Drugi miliard dolarów mają one otrzymać w gwarancjach kredytowych.
Jak donosi dla PAP Tomasz Zalewski, zdecydowane poparcie "arabskiej wiosny" - zdaniem obserwatorów - oznacza nowy rozdział w polityce administracji Obamy wobec tych wydarzeń. Poprzednio prezydent wahał się, czy poprzeć rewolucję w Egipcie i powstanie w Libii, a jego rząd dawał sprzeczne sygnały w tych sprawach.
Obamę szeroko krytykowano za bierność i kunktatorstwo. Biały Dom dawał do zrozumienia, że w grę wchodzą sprzeczne interesy USA na Bliskim Wschodzie - rozdarcie między poparciem dla demokracji wynikającym z deklarowanej ideologii a obawą, że kontrolę nad procesami w regionie przejmą siły islamskiego ekstremizmu i wrogości wobec Izraela. Prezydent podkreślił w związku z tym, że przyszła demokracja na Bliskim Wschodzie musi uwzględniać prawa mniejszości religijnych i kobiet oraz gwarantować tolerancję. Wezwał do reform ekonomicznych w kierunku rozszerzenia wolnego rynku.
W drugiej części przemówienia Obama przedstawił propozycję utworzenia państwa palestyńskiego w granicach z 1967 roku. Podkreślił, że USA nadal uważają Izrael za swego głównego sojusznika i przyjaciela na Bliskim Wschodzie i gwarantują jego bezpieczeństwo. Wezwał go jednak do poczynienia istotnych ustępstw wobec Palestyńczyków, zgodnych z ich aspiracjami i prawami.
USA popierały dotychczas stanowisko Izraela, że granice państwa palestyńskiego powinny być dopiero ustalone w negocjacjach, w których uzgodni się gwarancje dla jego bezpieczeństwa.
Barack Obama, który spotkał się wczoraj (20.05) w Białym Domu z izraelskim premierem Benjaminem Netanjahu, przyznał, że między USA a Izraelem pozostają różnice zdań w kwestii drogi do osiągnięcia pokoju na Bliskim Wschodzie. Obama powiedział też, że USA i Izrael sądzą, że "arabska wiosna" otwiera możliwości, ale też rzuca wyzwania.
Netanjahu zapewnił, że Izrael pragnie pokoju, i podkreślił, że docenia wysiłki Obamy w sprawach Bliskiego Wschodu. Oświadczył, że Izrael może pójść na pewne ustępstwa w negocjacjach pokojowych z Palestyńczykami, ale że koncepcja granic państwa palestyńskiego sprzed wojny sześciodniowej z 1967 r. jest "nie do obrony".
Netanjahu oświadczył też, że przywódcy palestyńscy muszą wybrać między paktem z rządzącym w Strefie Gazy Hamasem a pokojem z Izraelem, kończąc swoje wystąpienie dla mediów dramatycznym przypomnieniem, że naród żydowski ma historię liczącą ponad 4000 lat i "nigdy nie przestał marzyć o własnym państwie". Zwracając się do Obamy powiedział, czyniąc aluzję do odrodzenia państwa żydowskiego po prawie 1900 latach i do jego zagrożenia obecnie: "Nie mamy wielkiego marginesu na błąd. Historia nigdy nie da naszemu narodowi drugiej szansy".
Netanjahu oświadczył też, że przywódcy palestyńscy muszą wybrać między paktem z rządzącym w Strefie Gazy Hamasem a pokojem z Izraelem, kończąc swoje wystąpienie dla mediów dramatycznym przypomnieniem, że naród żydowski ma historię liczącą ponad 4000 lat i "nigdy nie przestał marzyć o własnym państwie". Zwracając się do Obamy powiedział, czyniąc aluzję do odrodzenia państwa żydowskiego po prawie 1900 latach i do jego zagrożenia obecnie: "Nie mamy wielkiego marginesu na błąd. Historia nigdy nie da naszemu narodowi drugiej szansy".
Przywódczyni opozycji, była minister spraw zagranicznych Cipi Liwni, która stoi na czele centrowej partii Kadima, oskarżyła Netanjahu, że przeciwstawiając się frontalnie Waszyngtonowi, każe Izraelowi "płacić zbyt wysoką cenę za ratowanie swojej koalicji rządowej" i radzi premierowi, aby "zrzekł się władzy", ponieważ jego "immobilizm" jest dla kraju wielkim problemem, podczas gdy propozycje Baracka Obamy są dla Izraela "korzystne".
"New York Times" w piątkowym komentarzu zatytułowanym "Pokój i zmiana" pisze, że chociaż w swym przemówieniu Obama "nie poszedł wystarczająco daleko, nie proponując zmiany zasad w rozwiązaniu konfliktu izraelsko-palestyńskiego, to obiecał silne poparcie dla narodów pragnących wolności i zdopingował amerykańskich sojuszników, w tym Izrael, by podjęli polityczne ryzyko, które jest kluczowe dla pokojowych zmian i które jest jedynym sposobem na budowanie trwałego pokoju" stawiając przy tym pytanie "jak szybko Waszyngton dostarczy nowym rządom w Egipcie i Tunezji obiecaną pomoc gospodarczą oraz jak mocno Obama chce naciskać na Izrael i Palestyńczyków, aby zaczęli poważne negocjacje pokojowe?".




