Romek wiedział, że prędzej czy później wyrzucą go z pracy. Wypadło na Dzień Dziecka. W czasie przerwy obiadowej wyszedł do sklepu zabawkowego, kupił Marcinkowi plastikowy pistolet – wyglądający niemal jak prawdziwy – po czym udał się do restauracji.
Zamówił to, co zwykle i wypił dwa piwa. Potem wrócił do firmy. Tuż po tym, gdy zajął miejsce przy biurku, podszedł do niego Sebastian – idiota, który był jego przełożonym
- Chodź ze mną – powiedział.
Zaprowadził go do swojego gabinetu, kazał chuchnąć do alkomatu, czego Romek nie zrobił, potem wezwał jakąś babkę z kadr.
- Normalnie to by była dyscyplinarka – stwierdził, gdy przestał wyzywać go od pijaków. Kobieta smutnie kiwała głową. – Ale nie chcę ci robić problemów. Powiedzmy, że ze względu na przeszłość. Podpiszemy wypowiedzenie za porozumieniem stron ze skutkiem z datą dzisiejszą. A potem wypierdalaj.
- Dobrze.
- Darujemy sobie obiegówkę. Odkliknę co trzeba w systemie. Oddaj tylko kartę na recepcji.
- OK.
Babka podała im widać wcześniej przygotowane papiery i machnęli swoje podpisy.
- Na twoim miejscu to bym się ogarnął – rzucił za nim już były szef, gdy wychodził z gabinetu.
Podszedł do biurka, sięgnął po zdjęcie Kamili i Marcinka w ramce i schował je do aktówki, w której znajdowały się gazeta i pistolet dla syna. Termiczny kubek do kawy wyrzucił do kosza. Potem rozejrzał się po ołpenspejsie, uśmiechnął do kilku osób taksujących go badawczo, i ruszył ku wyjściu.
Podszedł do biurka, sięgnął po zdjęcie Kamili i Marcinka w ramce i schował je do aktówki, w której znajdowały się gazeta i pistolet dla syna. Termiczny kubek do kawy wyrzucił do kosza. Potem rozejrzał się po ołpenspejsie, uśmiechnął do kilku osób taksujących go badawczo, i ruszył ku wyjściu.
Gdy znalazł się na zewnątrz, spojrzał ku słońcu, a potem na zegarek. Dochodziła trzecia i było gorąco. Przewiesił marynarkę przez ramię i przespacerował do najbliższego bankomatu. Wybrał dwieście złotych, a po namyśle jeszcze jedną stówę.
Następnie ruszył wolnym krokiem w stronę centrum. Próbował cieszyć się słońcem, ale nie bardzo mu to wychodziło; nie wiał nawet najlżejszy wiaterek, więc pot szybko zaczął spływać mu po plecach i czole.
Gdy znalazł się w centrum, wstąpił do pierwszego przyzwoicie wyglądającego klubu. Wspierający się leniwie o kontuar przystojny barman i pulchna kelnerka kiwnęli mu głowami. Romek rozejrzał się po sali – było pusto, bo wszyscy klienci (nie było ich wielu) siedzieli na zewnątrz pod parasolkami. Głośniki wyrzucały z siebie pojękiwania Micka Jaggera. Do środka weszła, niosąc na tacy puste szklanki, druga kelnerka, piękny rudzielec. Uśmiechnęła się do niego.
Ruszył w lewo i zajął miejsce pod oknem. Chwilę potem podeszła ta pulchniutka i przyjęła zamówienie – zamówił piwo. Nim wróciła, zdążył rozpakować i dokładnie obejrzeć pistolet. Naprawdę do złudzenia przypominał prawdziwy. Do tego dobrze leżał w ręku, za sprawą ciężaru – był na strzałki i w środku miał metalowy mechanizm spustowy. W sumie całkiem udany zakup. Romek czuł, że Marcinek będzie zadowolony.
Pił piwo, czytając gazetę i od czasu do czasu zerkając na krążącego między barem i parasolkami rudzielca. Miała niesamowity tyłek, świetne, duże cycki i niewinną, dziecięcą twarz, tak jakby jeszcze się nie zorientowała, że jest kobietą. Zastanowił się, jaka może być w łóżku, czy już wszystkiego spróbowała.
Koło szóstej, gdy rozpoczynał czwarte piwo, wszystkie miejsca pod parasolkami były już zajęte i kolejni klienci wchodzili do środka. Przy drzwiach usiedli wówczas dwaj ochroniarze. Po ósmej zaś, kiedy to do kelnerek dołączyła trzecia dziewczyna, wysoka blondynka o sennym spojrzeniu, a Romek kończył piąte piwo, w sali było już dość gwarno. Przy stoliku obok usiedli dwaj faceci w garniturach, na oko trzydziestoletni, obaj elegancko łysiejący i już lekko wstawieni. Blondynka widać przejęła od pulchniutkiej tę część sali, bo do nich podeszła. Długo składali zamówienie, próbując wciągnąć ją w rozmowę. Odpowiadała uśmiechem i uprzejmymi monosylabami. Gdy w końcu udało jej się od nich oderwać, przywołał ją Romek. Zamówił piwo i, gdy ruszała w stronę baru, zapytał:
- Jak ma pani na imię?
- Magda – zatrzymała się i spojrzała na niego obojętnie.
- Magda. Bardzo ładnie.
- Dziękuję.
- A pani koleżanka?
- Która?
- Ta ruda.
- Ania.
- Też bardzo ładnie.
Tuż po tym, gdy przyniosła mu piwo, zadzwoniła Kamila. Romek trzymał wibrującą komórkę w ręku, dopóki żona się nie rozłączyła. Wyłączył telefon i schował go do kieszeni marynarki. Potem wyciągnął zdjęcie z aktówki i oglądał je przez dłuższą chwilę. Zrobione trzy lata temu, gdy byli we Włoszech. Już wtedy pewnie się puszczała.
Tuż po tym, gdy przyniosła mu piwo, zadzwoniła Kamila. Romek trzymał wibrującą komórkę w ręku, dopóki żona się nie rozłączyła. Wyłączył telefon i schował go do kieszeni marynarki. Potem wyciągnął zdjęcie z aktówki i oglądał je przez dłuższą chwilę. Zrobione trzy lata temu, gdy byli we Włoszech. Już wtedy pewnie się puszczała.
Nagle usłyszał:
- Przychodzą tu fajne dziewczyny?!
To jeden z tych pod krawatem pochylał się w jego stronę.
Romek postanowił go zlekceważyć.
- Hej, słyszysz? My z Katowic, więc tutaj pierwszy raz! Bywają tu fajne dziewczyny?! – Gdy Romek i tym razem nie odpowiedział, tamten rzucił, już nieco ciszej, do swojego kumpla, który wystukiwał coś na blackberry. – Co za wredny chuj.
Miał ochotę spuścić mu za to wpierdol, ale powstrzymał się, chwycił aktówkę i ruszył w stronę kibla. Nad pisuarem wisiało lustro. Idiotyczny pomysł. Spojrzał w dół, by śledzić strugę moczu. Niezbyt prostą, bo kołowało mu się w głowie. Potem długo mył ręce. Gdy w końcu się uspokoił, wrócił na salę. Ważniacy z Katowic dosiedli się do jakichś dziewczyn parę stolików dalej.
- Hej, słyszysz? My z Katowic, więc tutaj pierwszy raz! Bywają tu fajne dziewczyny?! – Gdy Romek i tym razem nie odpowiedział, tamten rzucił, już nieco ciszej, do swojego kumpla, który wystukiwał coś na blackberry. – Co za wredny chuj.
Miał ochotę spuścić mu za to wpierdol, ale powstrzymał się, chwycił aktówkę i ruszył w stronę kibla. Nad pisuarem wisiało lustro. Idiotyczny pomysł. Spojrzał w dół, by śledzić strugę moczu. Niezbyt prostą, bo kołowało mu się w głowie. Potem długo mył ręce. Gdy w końcu się uspokoił, wrócił na salę. Ważniacy z Katowic dosiedli się do jakichś dziewczyn parę stolików dalej.
Miał już klapnąć przy swoim, gdy spostrzegł, że przy barze usiadły dwie brunetki w krótkich sukienkach. Rozmawiały z barmanem – wyglądało na to, że są jego znajomymi. Jedno miejsce obok nich było wolne. Romek podszedł i zajął je, stawiając aktówkę na podłodze i przewieszając marynarkę przez oparcie krzesła. Siedziały po jego prawej. Po lewej zaś obściskiwała się jakaś starsza para. Barman pochylił się w jego stronę i Romek zamówił kolejne piwo, powiadamiając, że ma wciąż otwarty rachunek i wskazując palcem stolik, przy którym siedział. Już ze szklanką w ręku zaczął zupełnie niedyskretnie spoglądać w prawo. Dziewczyna, która siedziała bliżej niego, ubrana w czerwoną sukienkę, miała nieziemskie, nogi i świetną figurę.
Gdy barman przestał z nimi rozmawiać, aby przygotować dla kogoś drinki, Romek zagadnął bełkotliwie, przywołując na twarz zawadiacki uśmiech:
- Co słychać?
Odwróciła się do niego i odwzajemniła uśmiech. Nie była najpiękniejsza, ale miała zmysłowe usta. Jej koleżanka w brązowej sukience pochyliła się do przodu, żeby rzucić na niego okiem. Też była niczego sobie.
- Dziękuję, wszystko gra.
- Często tu bywacie?
- Czasami.
- Fajny klub.
- Tak.
- No nic, to wasze zdrowie – uniósł szklankę i pociągnął spory łyk.
Odpowiedziały tym samym i zaczęły między sobą rozmawiać. Mogły mieć najwyżej dwadzieścia cztery, dwadzieścia pięć lat. Pewnie jeszcze studentki, pomyślał. Przesunął nogą aktówkę, zgiął się, sięgnął do niej, by wyciągnąć gazetę, i prostując się, niby przez przypadek otarł się kolanem o udo sąsiadki.
- Przepraszam – powiedział.
- Przepraszam – powiedział.
- Nic nie szkodzi – rzuciła przez ramię.
Odnalazł stronę z wiadomościami ze świata, złożył gazetę i zaczął udawać, że czyta, co chwila zerkając na nogi dziewczyny. Ale cizia, pomyślał. Pewnie lubi się zabawić, tak na ostro. Tak, takie suczki pragną, aby nimi poniewierać, myślał.
Po chwili do dziewczyn podszedł barman i na powrót przyłączył się do rozmowy. Do uszu Romka doszły słowa o wyjeździe nad morze i o jakimś koncercie. Facet wspierał się łokciami o ladę, pochylając się w ich stronę, a ta druga dziewczyna od czasu do czasu, gdy wybuchali śmiechem, klepała go po ramieniu, jakby winszowała mu dobrego żartu. Gdy facet odszedł, żeby obsłużyć jednego chłopaka, Romek znowu zagadnął:
- Studentki?
Sąsiadka odwróciła się do niego, ale tym razem nie uśmiechnęła się.
- Nie.
- To co porabiacie na co dzień?
Romek spostrzegł, że barman przygląda mu się nazbyt uważnie.
- A, przepraszam, czemu pytasz? – rzuciła dziewczyna tonem, który mu się nie spodobał.
- Tak o, chciałbym wiedzieć.
- Nic specjalnego – rzuciła i odwróciła się do koleżanki.
Szmata, pomyślał.
Szybko opróżnił piwo i zamówił kolejne. Barman, podając mu je, pochylił się ku niemu, przybliżył usta do jego ucha i powiedział:
- Wyluzuj, kolego. To nie takie dziewczyny jak myślisz. Poza tym są zajęte.
Romek nie odpowiedział. Toż to jakiś, kurwa, pierdolony strażnik cnót niewieścich, pomyślał, odprowadzając tamtego nienawistnym wzrokiem.
Reakcja sąsiadki i uwaga barmana sprawiły, że wkrótce postanowił przenieść się do innego lokalu. Zapłacił, ale nim zdążył wypić piwo do końca, jedna klientka po lewej zaczęła namawiać barmana, żeby pokazał „swój numer”. Ten zbył prośbę machnięciem ręki, ale gdy pomysł podjęły brunetki, zaczął się krygować, aż w końcu zgodził z uśmiechem. Wziął dwie wódki i zaczął nimi żonglować. W tle leciała jakaś rockowa piosenka. Ludzie siedzący przy ladzie zaczęli klaskać do jej rytmu. Jak w tym pojebanym filmie z Tomem Cruisem, pomyślał Romek.
Reakcja sąsiadki i uwaga barmana sprawiły, że wkrótce postanowił przenieść się do innego lokalu. Zapłacił, ale nim zdążył wypić piwo do końca, jedna klientka po lewej zaczęła namawiać barmana, żeby pokazał „swój numer”. Ten zbył prośbę machnięciem ręki, ale gdy pomysł podjęły brunetki, zaczął się krygować, aż w końcu zgodził z uśmiechem. Wziął dwie wódki i zaczął nimi żonglować. W tle leciała jakaś rockowa piosenka. Ludzie siedzący przy ladzie zaczęli klaskać do jej rytmu. Jak w tym pojebanym filmie z Tomem Cruisem, pomyślał Romek.
Barman dołożył trzecią butelkę, ktoś zagwizdał z uznaniem, brunetki śmiały się rozradowane.
Romek stwierdził, że tego już za wiele, sięgnął do aktówki i wyciągnął pistolet. Uniósł rękę i wycelował w barmana. Rozległ się brzęk tłuczonego szkła. W powietrzu zaśmierdziało alkoholem. Sąsiadka Romka krzyknęła przerażona, para po lewej zerwała się z krzeseł, parę osób odsunęło od lady. Barman, pobladły, opierał się plecami o półki z alkoholami, trzymając ręce w górze.
Romek zarechotał i postukał pistoletem o blat.
- To tylko zabawka! – krzyknął. – Plastikowa!
Położył pistolet na ladzie i sięgnął po szklankę, by skończyć piwo.
- Ty czubku! – rzuciła w jego stronę dziewczyna w brązowej sukience.
Barman, wściekły, miotał przekleństwa, przywołując kogoś ręką.
Po chwili Romek poczuł, jak ktoś go klepię w ramię. Odwrócił się. Ujrzał dwóch ochroniarzy o twarzach buldogów.
- Chodź z nami – nachylił się ku niemu niższy z nich.
- Spierdalać – powiedział.
Wtedy wyższy złapał go za rękę i wykręcił ją. Ból był tak nieoczekiwany i tak nieznośny, że Romek w jednej chwili stanął na nogi, odsuwając tyłkiem krzesło, i zgiął się, opierając o ladę, próbując ułożyć się w ten sposób, by ból choć trochę zelżał.
- Pójdziesz z nami grzecznie? – spytał niższy, zabierając z lady pistolet.
- Tak.
- Dobrze.
Wyższy zwolnił uścisk i po chwili bolesne rwanie ustąpiło.
Poprowadzili go poprzez tłum rozbawionych ludzi do tylnego wyjścia. Gdy zamknęły się za nimi drzwi, Romek stwierdził, że znajdują się w wąskiej uliczce. Obok stało kilka zbiorników na śmieci. Było już ciemno. Na niebie paliły się gwiazdy, a nieco niżej świeciły zimnym blaskiem uliczne lampy.
Rzucili nim o ścianę
- Co to jest? – zapytał niższy, unosząc pistolet.
- Pistolet – odparł Romek, masując tył głowy. Na szczęście była cała. – Zabawkowy. Na strzałki.
- Na strzałki, kurwa! – niższy zasapał z wściekłości i roztrzaskał zabawkę o ścianę.
Romek rzucił się w jego stronę, ale drugi z ochroniarzy zatrzymał go, łapiąc od tyłu za ramiona. Niższy uderzył go kilka razy w twarz i brzuch. Gdy wyższy go w końcu puścił, Romek osunął się na kolana, zginając w pół. Z kieszeni marynarki wypadł mu portfel i wyższy go podniósł.
- A to nasz napiwek, za fatygę – powiedział ochroniarz, wyciągając z portfela wszystkie banknoty. Portfel zaś wyrzucił do zbiornika na śmieci.
- Spierdalaj stąd – powiedział niższy.
Wrócili do środka.
Romek podniósł się dopiero po paru minutach. Dotknął lewego policzka. Był już opuchnięty. Popatrzył na resztki pistoletu i zdał sobie sprawę, że jak dotychczas jest to na pewno najgorszy dzień dziecka dla jego Marcinka. Jak dotychczas, pomyślał.
Przypomniał sobie o portfelu, więc podszedł do zbiornika na śmieci. Na szczęście kontener był niemal pełny, Romek nie musiał zatem włazić do środka – wystarczyło wesprzeć się stopą na dolnej krawędzi zbiornika i włożyć doń rękę. Gdy wyciągnął portfel, z odrazą starł z niego jakieś śmierdzące resztki i sprawdził zawartość – dokumenty i karty były na swoim miejscu. Dobrze. Schował portfel do kieszeni, chwycił aktówkę i ruszył w prawo, ku bliższemu skrzyżowaniu. Po paru minutach przy jednej z głównych ulic miasta zobaczył postój taksówek. Zapukał w szybę jednego z samochodów i na znak kierowcy wgramolił się do środka. Opadł na tylne siedzenie, trzasnął drzwiczkami.
- To nie darmowe przejazdy – rzucił taksówkarz, przyglądając się jego twarzy w lusterku.
- Spokojnie – odparł Romek. – Zapłacę kartą – powiedział, na dowód czego wyciągnął jedną z portfela i mu pokazał.
- No dobra – taksówkarz zapalił silnik i Romek podał mu adres. Ruszyli. – Jakieś przygody? – zagadnął po chwili taksówkarz.
- Niestety. Pewni ludzie nie znają się na żartach – Romek starał się mówić w miarę wyraźnie, co było nie do końca możliwe ze względu na alkohol i obolałą szczękę.
- Pan był pewnie sam jeden?
Romek skinął głową.
- A ich ilu?
- Dwóch.
- Skurwysyństwo – rzucił taksówkarz i pokręcił głową. Odezwał się ponownie po dłuższej chwili: - Ma pan dzieci?
- Mam. Jedno. Syna.
- To tak jak ja. Dzisiaj Dzień Dziecka. Kupił mu coś pan?
- Tak. Pistolet – powiedział i poczuł, jak ogarnia go nienawiść do samego siebie.
- Hmm – zamyślił się taksówkarz. –Mój dostał ciężarówkę.
czerwiec 2010 r./ marzec 2011 r.
Dariusz Sypeń
(ur. 1984) - prozaik. Publikował w "Esensji", "Nowej Fantastyce" i "Lampie". Mieszka i pracuje w Warszawie.




