manifestacjepoetyckie
neurokultura

ISSN 2081-4380
neurokultura
linia

Jesteś tu: Start > PROZA > Kapel Tomasz: Judas Church


Kapel Tomasz: Judas Church

Czasem trzeba spojrzeć w siebie i znaleźć w sobie siłę, by wrócić...
Akjal Ih-Ommnas - prorok neobuddyzmu

Marcie...

Zamek w drzwiach zazgrzytał jak na torturach, do mieszkania wtoczył się mężczyzna. Z nadludzkim niemal wysiłkiem, zdjął wojskowe buty. Zaklął siarczyście. Na tym poziomie miasta, słońce dawno już wstało. Teraz jego sino-żółte promienie sączyły się przez grube szczeliny między żaluzjami ogromnego okna, oślepiając go jak tylko umiały, najlepiej... Na moment zatęsknił do spelun i innych przybytków, w których bawił ostatnie dwa dni. Miejsc, gdzie, o ile masz pieniądze, kobiety były chętne, drinki zimne, a obsługa dyskretna... Gdzie przede wszystkim jednak, nie było słońca.
Kot leżał sobie wygodnie na materacu, będącym obok konsoli, szafy, stolika i krzesła jednym z nielicznych mebli wypełniających klitkę. Staroświecki wentylator obracał się jak zmechanizowany pomnik, ku czci ofiar poległych... gdziekolwiek. Na konsoli migała informacja o otrzymanej poczcie. Podszedł do niej niepewnie. Przeczytał. Odzyskał równowagę. Przeczytał raz jeszcze.
Nie mógł uwierzyć temu, co w niej wyczytał. Śledztwo I kategorii, zlecone osobiście przez Kardynała... Do tego jakie! Sprawa masakry w Komora Estates. Próbował sobie przypomnieć jakieś szczegóły związane ze sprawą sprzed dwóch lat... Bezskutecznie.
W końcu dał za wygraną, odszedł od konsoli. Starał się skupić, nie myślał jeszcze zbyt trzeźwo. Powoli jego umysł wracał na właściwy tor, zaczynał powoli kojarzyć, potrzebował odpoczynku. Spojrzał na zegar przy konsoli. Miał jeszcze pięć godzin i dwadzieścia sześć minut urlopu, zamierzał przespać każdą z nich. Opadł na łóżko, zgarniając z niego łachy jednym, wyuczonym ruchem... Rzucił jednym butem w kota, drugim zaś trafił bezbłędnie w dźwignię zwalniającą ciężkie rolety.
Zapadła ciemność.

Głuche kroki odbijały się echem po korytarzach ośrodka, energiczny rytm pierwszego był poważnym forte, a nieporadne dobieganie drugiego zabawnym crescendo, w symfonii pośpiechu współczesnych czasów. Dwóch mężczyzn szło obok siebie, niwecząc pracę armii higienistów i sprzątaczy, którzy godzinami doprowadzali klinikę do stanu bezwzględnej czystości. Jeden palił, drugi argumentował, ignorowany, że to szpital i palić tu w zasadzie nie wolno.
Minęli zdziwionego pielęgniarza, kierując się do windy towarowej. Pielęgniarz wrócił do swej pracy. To pewnie kolejny inspektor incognito, w sprawie wagi politycznej. Rozdzielał spokojnie leki. Kto wie, ilu ministrów, premierów i sfiksowanych funkcjonariuszy państwowych kryje zakład...

Pielęgniarz minął drzwi z tabliczką POKÓJ 32\57, zostawił leki i ruszył w kierunku kolejnych. Na każdym piętrze były ich dziesiątki, różniły się jedynie dawką i numerem na tabliczce.
Kiedy tu się zatrudnił miał mnóstwo pomysłów, jeszcze więcej szczerych chęci i chciał pamiętać każdego pacjenta po imieniu. Na początku witał się z nimi, czasem nawet gawędził. Niewielu na oddziale C miało ochotę z nim rozmawiać, wykształcił więc cały szereg mechanizmów obronnych, poczynając od znieczulicy.
Młody mężczyzna podniósł posiłek, który ku jego zdumieniu okazał się być półproduktem. Uśmiechnął się, dzisiejszy dzień był szczególny. Pacjenci dostawali lepsze jedzenie tylko, gdy spodziewano się wizyty kogoś ważnego, lub inspekcji... Spojrzał na okno, szyba ze zbrojonego plasglassu drwiła zarówno z tego, jak i tamtego świata... Przez moment wiatr przywiał liść, który zatańczył przed nim i odleciał z kolejnym podmuchem. Cóż za niezwykły dzień, uśmiechnął się do siebie...

Gdy tylko rozległy się głuche echa kroków, pielęgniarze niemal rzucili się do windy. Fałszywy alarm. Niski człowiek w kitlu, z przepraszającą miną nieżyciowego profesora zapytał o drogę. Mężczyzna za nim zapalił kolejnego papierosa. Dym tytoniu z marihuaną powoli kamuflował zapach skrętów pielęgniarzy. Nie protestowali. Odpowiedzieli grzecznie.
Chwilę jeszcze gapili się w zabawne przedstawienie jakim byli ci dwaj, poczym usłyszeli dzwonek. W samą porę, by zatrzymać sobą ciężkie łóżko, do którego zwykło przywiązywać się niebezpiecznych pacjentów. Chwilę później rozpętało się piekło.
Z windy wyskoczył nagi mężczyzna, ociekający potem i krwią. Rzucił swe muskularne ciało w szaleńczym wypadzie, ciskając dwóch pielęgniarzy na ziemię. Trzeci próbował zajść go od tyłu, ale w nagrodę za swój spryt pochwycono go, przerzucono i zaaplikowano mu zastrzyk obezwładniający... w prawe oko. Wariat spostrzegł dwójkę na końcu korytarza, za nimi majaczyła duża sala i okna... Rzucił się w ich kierunku.
Doktor spojrzał na swego towarzysza, po czym przeniósł wzrok na napastnika... Karty pacjentów upadły na ziemię. Mężczyzna z papierosem spojrzał spod lustrzanych okularów. Błyskawicznym ruchem jego ręka sięgnęła pod płaszcz, chwytając pistolet.
Strzał.
Towarzysz doktora ruszył w kierunku ciał pielęgniarzy, chyba sprawdzał, czy ktoś przeżył atak... Doktor usiadł, wstrząśnięty, chwilę po tym jak bezgłowe ciało wywinęło makabrycznego kozła. Przez chwilę zastanawiał się, gdzie podziała się głowa, potem spojrzał na ściany i szybko odwrócił wzrok. Udało mu się nie zwymiotować. Mężczyzna wrócił, pojawili się uzbrojeni pielęgniarze. Błysnęła odznaka. Dwóch pielęgniarzy ocucono, trzeciego zawinięto w folię.
-Mówił pan, że zda całą broń... –zdołał wymamrotać doktor.
-Nie. –zgasił butem papierosa- To pan tak mówił doktorze. Sprawdźcie tego faceta, to chyba żołnierz... –doktor gapił się nie rozumiejąc... -Wnioskuję po cybernetyzacjach...
-Ale my usuwamy pacjentom bojowe implanty, monitorując ściśle wszystkie pozostałe. –Doktor zdołał się pozbierać i po chwili, mężczyźni ruszyli korytarzem.
-Tak? –mężczyzna wzruszył ramionami- to sprawdźcie jego synto-mięśnie, model beta3 albo alfa7, to był dywersant, albo tajniak....


-To tutaj, proszę. –doktor otworzył panel identyfikatora, konsola zgrabnie wysunęła się ze ściany. Skaning siatkówki po raz wtóry potwierdził tożsamość gościa. Doktor pochylił się nad skanerem i otworzył drzwi celi. Białe pomieszczenie było niczym oślepiająca otchłań z łóżkiem, kwadratem okna i mężczyzną, siedzącym na podłodze pod przeciwległą ścianą z zamkniętymi oczyma.
Przez moment wchodzący jakby wahał się, po czym musiał najwyraźniej dostrzec coś znajomego w pacjencie, bo skinął doktorowi, by ten zamknął drzwi i wszedł do celi. Włożył obie ręce do kieszeni, jedna uruchomiła zagłuszacz podsłuchu, druga spoczęła na obezwładniaczu model 9.
-Judasz? –zapytał nie wierząc nadal, że ten niski, wygimnastykowany półazjata, był kiedyś słusznej budowy przedstawicielem rasy białej. Chłopak podniósł wzrok i uśmiechnął się, odsłaniając śnieżnobiałe zęby i skórę ze świeżymi śladami nanoreplikacji. Mężczyzna zaklął w duchu.
-Serwus Tomku –podskoczył i w ułamku sekundy przebył dzielące ich parę metrów, które jeszcze przed chwilą wydawały się być bezpiecznym dystansem... Wyciągnął przyjaźnie rękę. Mężczyzna nawet nie drgnął.

Minęła chwila.
Oczy pacjenta zaszkliły się lodowatym zawodem. Ręce mężczyzny zacisnęły się na obezwładniaczu. Pacjent zacisnął pięści, jego żyły pokryły ręce fantastyczną mozaiką.
Ku jego uldze atak nie nastąpił, pacjent odwrócił się i odszedł w kierunku łóżka, ostatnie pół metra pokonując leniwym skokiem. Usiadł, odgarnął kruczoczarne, azjatyckie włosy z czoła. Mężczyzna przypomniał sobie, że to go zawsze irytowało, gdy był... biały.
-Czego pan chce Inkwizytorze Ivanoff? –w odpowiedzi na zdumione spojrzenie mężczyzny pacjent kontynuował.... –Masz do mnie dostęp, płaszcz z plasskinu, wytrzymujący większość konwencjonalnych pocisków i maniery rewolwerowca. Wniosek: wstąpiłeś do Dywizjonu i najprawdopodobniej jesteś ulicznym Inkwizytorem, lub kimś w ten deseń.... –wstał i podszedł do okna, odwrócił się z uśmiechem zdradzającym dawną osobowość. -Co za spotkanie!
-Judaszu Church, przyszedłem w imieniu Kardynała Imagińskiego, by wypytać cię o incydent w Komora Estates. –westchnął, nieco się garbiąc. -i swoim, by zapytać się, dlaczego... Podszedł do łóżka i ciężko na nie opadł. Patrzył się z niedowierzaniem na sylwetkę pacjenta... Ciągle powtarzał sobie, że to jeden z najinteligentniejszych twórców Przełomu i co gorsze do zaakceptowania, człowiek o sześć lat od niego starszy.
-Jak się mają rodzice? –ciepły ton głosu, nie pasujący do wizji mordercy z akt Dywizjonu.
-Dobrze, martwią się o Marę... –Zastanawiał się, czy choroba nanoreplikacyjna trawiąca Judasza zmienia także jego psyche. Z rozmyślań wybiło go potrącenie jego ramion. Instynktowne zachowanie ulicznego egzekutora. Chwycił za broń. Serwomotory przyspieszyły reakcje.
Strzał.
Ptaki za oknem zerwały się, nieświadome hałasu. Kula zmiażdżyła plasglass i poleciła w dal. Egzekutor kucał w kącie, czując rozpędzające się dopalacze refleksu i prężące się syntomięśnie. Rozejrzał się po pustej celi.
Łuska upadła na ziemię.
-W dupę jeża! –celownik bez trudu odnalazł chłopaka, wiszącego z sufitu uczepionego.. No właśnie czego? Myśli cyber-żołnierza biegły wściekle szybko, mobilizując ciało do kilkunastu wariantów potyczki w pomieszczeniu o tak małej powierzchni. Za każdym razem dochodził do wniosku, że konfrontacja fizyczna jest nieunikniona.... Szalone tempo jego serca doprowadzało go do obłędu... –Chciałem powiedzieć ci, że tracisz dystans do pracy, ale po tym jak mnie prawie rozwaliłeś z tego gnata, cofam wszystko!
Płynny wymyk, kocie lądowanie, szklisto białe pazury schowały się do palców pacjenta. Tomasz z trudem przeszukiwał neurokartotekę, próbując trafić na jakąś wzmiankę o nich. Nic nie znalazł. Wniosek: były niedawną zmianą chorobową.
Zastanowił się... Raport medyczny nigdy nie wspominał, wbrew obiegowym opiniom, żeby pacjent był agresywny, a przecież...
Spojrzał na niego, Tomasz z trudem wstał, opierając się przenikliwemu wzrokowi, który znał tak dobrze... Jak Mara to wytrzymywała? Te oczy, te umiejętności i zmiany poczynione przez chorobę, jaki byłby niebezpieczny, gdyby tylko... chciał.
-Jesteś szybszy niż pamiętam... –Tomasz raz jeszcze usłyszał spokojny głos z przeszłości, która wyrywała się z granic jego psyche, ile to już lat... Nie! Ten człowiek to cybernetyczny szaleniec, morderca i jeśli nic nie wskaże inaczej zostanie zgładzo.... –Implanty II generacji?
-Trzeciej... -spojrzał na ślady w plastalowej ścianie. Zaklął cicho. Wbiły się! Jego pazury...I on jest z nim sam na sam w celi o wymiarach sześciennej trumny... –Gdy byłeś... odosobniony...
-Tomaszu nie obrażaj mnie... –głos mógłby ciąć szkło, dlaczego tego tonu nie pamiętał? Chociaż, kiedyś Judasz pałał niechęcią do jednej ze znajomych Mary, to było jakby echo, które ewoluowało... –Gdy byłem zamknięty w klinice dla niepoczytalnych. Możemy sobie spokojnie powiedzieć, siedziałem w domu wariatów. –Egzekutor odwrócił się, ich wzrok się spotkał... Judasz uśmiechnął się. Znowu dałem się zaskoczyć, temu, temu czemuś... –Przerwałem ci, przepraszam...
-Gdy tu siedziałeś, trójki weszły na rynek, są nieco szybsze od dwójek, ale nie powodują czarnych drgawek i mają o 6,23% procent mniejsze prawdopodobieństwo odrzucenia implantu... Oczywiście jest to technologia zarezerwowana dla wojska, rządu i Kościoła...
Z rytmu wybił go odgłos rozdzieranego płótna. Jak błyskawica odwrócił się i wycelował w czoło pacjenta, ten nawet nie drgnął. Rozdarł do końca koszulę i zaczął przewiązywać sobie bark. Tomasz miał teraz naprawdę rzadką okazję podziwiać mięśnie człowieka w ostatecznym stadium nanoreplikacji. Część z nich rozpoznawał, ale kilka z nich wydawało się być nie na miejscu, część zaś była mu zupełnie nieznana... Spojrzał na bark pacjenta, przestrzelony mięsień kapturowy właśnie przestawał krwawić, obok czerwonych włókien naturalnych zauważył sinozielone syntomięśnie... Odwrócił wzrok.
-Czy to boli? –zapalił papierosa. Ręce nie chciały przestać się trząść. Co w nim jest ludzkiego? Co w nim jest wartego łaski... Nie nadawał się do tego zlecenia... Jednak był, o ironio, jedynym, który mógł je wykonać, ponieważ znał go przedtem... I lubił.
-Na początku bolało... –skończył opatrunek, poruszył parę razy ręką... Wydawał się być częściowo zadowolony... –Fajki z zielem? Myślałem, że wam nie wolno...
-Jestem Egzekutorem, dla nas robi się czasem wyjątki.... –Uśmiechnął się i podał mu papierosa. –Pomyliłeś się, to twoja sprawa otworzy mi drogę do awansu na Inkwizytora Ulicy. –spotkał jego wzrok... No tak, przynajmniej co do wiary, jego poglądy się nie zmieniły. –Mówiłeś ‘na początku’, czyżbyś mógł jakoś kontrolować nanoreplikację?
-O ile mi wiadomo, medycyna nie zna przypadku chorego na syndrom Sui-Shimody, mogącego kontrolować nanowirusa... –Tak, pomyślał Tomasz, ale gdyby tak jednak się stało, byłby to człowiek o niesamowitych możliwościach, oczywiście, jeśli mózg mu wytrzy... –Nigdy nie myślałem, że będę z tobą palił marihuanę... Nie mów nic Marze, co mistrzu...
-Nie wie, że tu jesteś, kiedy dałeś się złapać, ogłoszono, że zostałeś zesłany na Tycho do kolonii karnej. Dlatego nigdy cię nie odwiedziła... –Egzekutor starał się uważnie przyjrzeć pacjentowi.
-To dobrze, że tak myśli... –głos wydawał się dobiegać z daleka, zwykle ostre spojrzenie było martwe i nieobecne. –Nie chciałbym, aby mnie oglądała... –ręce zadrżały, mięśnie skurczyły się, pazury wystrzeliły z palców, rozcinając skórę... Były dłuższe niż uprzednio, Judasz nawet tego nie zauważył. –Dalej ma takie ciemne oczy, i piękny uśmiech?
-Tak, zupełnie jak kiedy byliście raz... –pazury wystrzeliły z drugiej dłoni, dziesiątki sztucznie przetworzonych mięśni napinały się. Tylko twarz pozostawała nieruchoma. Cały Judasz, pomyślał, złamany, ale dumny, jak żaden ze zwycięzców... Czy to widziała w nim Mara? –Mam jej zdjęcie...
-Taka jak dawniej... –ręce zacisnęły się w pięści. Egzekutor podświadomie oczekiwał odgłosu przebijanych kości, ale pazury najwidoczniej samoistnie się schowały. –Czy ma mężczyznę?
-Nie, kręcą się wokół niej jacyś, ale nigdy nie zagrzewają na długo miejsca.... –Teraz jemu zebrało się na wariactwa? Uczucia!? Też mi coś, zamordował trzydziestu cywilów, ośmiu funkcjonariuszy Dywizjonu i pięciu Egzekutorów! Zwierze, które trzeba uśpić. –Wracając do celu mojego przybycia...
-Ile to już lat? Tak wysoko na rampie, nie ma pór roku... –Schował zdjęcie, w kieszeń swoich spodni. Reakcja empatyczna na poziomie trzecim... Spokojnie i fachowo notował w swych mnemoarchiwach Tomasz.
-Dwa lata, siedem miesięcy i trzynaście dni. –Odczytał dane ze swojej neurokartoteki. Tak długo? I on nadal tak reaguje? Dlaczego kościół rozpoczyna śledztwo I kategorii tak późno? Wyrecytował mu wszystkie oskarżenia. -Kończąc, jako funkcjonariusz Kościoła muszę ci zakomunikować, iż w przypadku braku zeznań lub jakiegokolwiek oświadczenia z twojej strony, zostaniesz skazany na podstawie zeznań archiwalnych, w oparciu o Kodeks Ajl-Jabbanti, Drogę Pielgrzyma... W tym konkretnym przypadku, karą będzie śmierć...
-Gówniana robota, co? –Znowu poruszał ręką, wydawała się prawie całkiem sprawna. –Nie zazdroszczę ci, mały... –Zmierzył go jednym ze swoich wszystko-widzących spojrzeń i uśmiechnął się pod nosem, bóg wie, do czego. –Właśnie przypomniałem sobie ciebie kilka lat temu, jak uczyłeś się grać na gitarze-syntezującej....
Tak to były spokojne lata, dla mnie... On już wtedy pędził na czele cywilizacji jego pokolenia, wprost na spotkanie apokalipsy Przełomu...
–Judaszu, nie przyszedłem tutaj, by wspominać stare dobre czasy... -Judasz uniósł brwi, jego źrenice zwężyły się, uśmiech odsłonił rząd białych drapieżnych zębów... Tomasz wzdrygnął się. Jak dawniej, jego gniew był nieprzewidywalny dla każdego, poza garstką najbliższych przyjaciół... On nigdy nie był tak blisko... Gdzie jest Mara, gdy jej potrzebuję? Skoncentrował się na wyuczonych odruchach, reakcji na najmniejszy ruch barku przeciwnika, jego dłonie, uwaga na jego dłonie... Cisza.

Minęła chwila.
Egzekutor zaczął się wycofywać, pod naporem spojrzenia nastoletniego młodzieńca, uosabiającego obecnie wszystkie jego pierwotne lęki... Gonitwa myśli rozsadzała mu mózg. Zabij! To Judasz... Nie myśl! Przecież go znam... Jest za szybki! Chłopak Mary... To szaleniec! Rodzina... Zwierze! Przyjaciel... Uśpij go!
Zahaczył o coś nogami, odskoczył od tabunu nieistniejących przeciwników i przestawił się na termoskan. Przedmiot, poplamiony krwią... Przeniósł wzrok na Judasza. Jego pozycja się nie zmieniła, nie drgnął, podczas gdy wysłannik Kościoła uciekał jak szczeniak w swojej pierwszej strzelaninie...
Gdy wreszcie przemówił, jego głos był spokojnym tonem, rezerwowanym na przeróżne okazje przez zmęczonych belfrów, zmuszonych do tłumaczenia po raz kolejny rzeczy oczywistych....
–Mylisz się Tomku, sam powiedziałeś ‘przyszedłem’, to zdradza osobiste podejście do sprawy... Sam Kościół nikogo nie przysyłał już od dawna, od kiedy ich Inkwizytor nie był w stanie porozmawiać ze mną, o ironio, o dzisiejszych gnostykach... –uśmiechnął się jadowicie, oczy zapłonęły mu brązowym ogniem. –Twoje szefostwo szuka społecznego usprawiedliwienia mojej eutanazji... –zaśmiał się, a egzekutorowi przeszły ciarki po plecach. –Nie przejmuj się! Przebaczam im!
Tego było stanowczo za dużo, w taki sposób sprofanować słowa proroka? Tomasz wystrzelił w kierunku pacjenta, ten nawet nie zareagował. Złapał go za krtań i przyparł do ściany. Przez moment wydawało mu się, że zabił rzeźnika z Komora... Poczuł dziwny spokój, niemal ulgę... Ale wtedy ten samoreplikujący się potwór ożył w jego uścisku, uniósł głowę, otworzył lodowato-szklane oczy... Gdy przemówił, jego głos ledwo był szeptem.... Nie poruszył się, oddychał z wyraźną trudnością.
-Przez całą naszą znajomość, ani razu nie podniosłem na ciebie głosu, teraz nie karz mi podnosić na ciebie rąk... –było w tej groźbie coś tak realnego, że Tomasz cofnął ręce. Judasz opadł na podłogę, ciężko dysząc. –Przepraszam, jeśli jesteś aż tak wrażliwy na punkcie religii. –powiedział wstając. Tomasz pamiętał, jaką pogardą darzył on bezmyślną gwałtowność fanatyków... Opanował go gniew. To przez niego Mara nie wstąpiła na łono Kościoła! To on nie chciał kościelnych zaślubin!

Opadł ciężko na łóżko. Nawet nie zauważył kiedy zapalił, ani tym bardziej kiedy pojawiła się ręka, trzymająca plastykowy dozownik z wodą. –Masz. –wziął, pił łapczywie, aż płyn się nie wyczerpał. Wtedy przypomniał sobie gdzie jest i skąd pochodzić musi ta woda. Uniósł pytająco wzrok. –Woda z s-hydroxizyinium, nie zaszkodzi, a nawet pomoże, sugeruję jednak nie prowadzić do domu samemu... -usiadł na podłodze. Dopiero teraz Tomasz zauważył, że pacjent nie ma butów, a z jego palców powoli sączyła się krew. Poszukał buta. Znalazł, to o niego się potknął... Policzył rysy na ścianie, spojrzał na jego stopy... Judasz uśmiechnął się przepraszająco...
-W stopach też? –skinięcie. Ile kurwa, będzie jeszcze tych niespodzianek? Jak wróci do Cytadeli, to poważnie opierdoli kogoś ze Służby Informacyjnej. –Co mówiłeś o eutanazji?
-Widzisz to żarcie? Od około trzech miesięcy mam stopniowo zwiększane dawki usypiaczy... –ich wzrok znów się spotkał, lecz tym razem to Judasz odwrócił głowę. –Ciało pacjenta nie zauważa różnicy, przyzwyczaja się po prostu do odpowiednio wysokich dawek, potem zmienia się odrobinę proporcje składników... Presto! Z sławnego panaceum, robi się niesławna trucizna. Mam jednak nad nimi niewielką przewagę... Nikt dotąd nie zadał sobie trudu, by sprawdzić kierunek, w którym posuwa się nanoreplikacja... –wstał i podszedł do okna, przyłożył usta do otworu po kuli. Tomasz westchnął. Tak, to był poważny błąd. Zdał sobie z trudem sprawę, że powinien chyba nie żyć... –w moim przypadku wyostrzyły mi się zmysły, więc dostrzegłem subtelne różnice w smaku jedzenia... Na jednym ze spacerów podejrzałem swoją kartę leków, i odtąd byłem w stanie rozpoznać wzorzec w tym wszystkim. –odwrócił się, jego oczy bardziej by pasowały do sklonowanego wilka, zamkniętego w zoo, niż... Ale, poprawił się Tomasz, on jest takim wilkiem... –Po co tu jesteś, skoro twój Kościół już powiedział światu, że nie żyję? Po co tu jesteś, naprawdę...
-Jak było naprawdę, Judasz, z tobą, z Komora Estates, z tą Lalką, z wami... –wyrzucił z siebie jednym tchem, był bardzo, bardzo zmęczony. –Dlaczego zostawiłeś Marę? Ona cię...
-Skończ. Nie zostawiłem nigdy Mary, nigdy też nie zdradziłem jej uczuć. –jego zachrypły głos bardziej pasowałby do menela z niskich poziomów Rampy, ale wydawał się im obu czymś niezmiernie naturalnym i jak najbardziej na miejscu. –Na resztę pytań nie mogę ci odpowiedzieć... Przykro mi, ale nic by to nie dało... –spojrzeli po sobie, uśmiechnęli się, jakby z braku lepszej alternatywy... –Mój kumpel powiedział kiedyś: ‘im mniej wiesz, tym lepiej śpisz’, a mi naprawdę zależy na twoim spokojnym śnie, mistrzu...
-Co się z nim stało? –Tak jakby to miało jakieś znaczenie...
-Zginął w zamieszkach w McKillian Arcology trzy, nie, pięć lat temu... –poprawił się, dodając czas spędzony w klinice. W świetle zachodzącego nad rampą okna, chłopak wyglądał na steranego życiem starca...
-Czy komukolwiek powiedziałbyś prawdę? –Tomasz dopalał papierosa, teraz był pewien, że niczego się nie dowie, a Judasz Church zginie jako numer seryjny... Zaczął się zbierać.
-Marze... Chyba jestem jej to winien... –Egzekutor Tomasz Ivanoff stanął przy drzwiach, głośno i oficjalnie ogłaszał wyrok w oparciu o prawo i jakieś święte kodeksy... Kościół, Judasz uśmiechnął się w duchu, cóż za przekomiczni ludzie... –Tomaszu, czy przysługuje mi ostatnie życzenie? –skinięcie. –Zrób w oknie jeszcze jeden otwór, tak lubię świeże powietrze...
Strzał.
Łuska upadła na ziemię.
-Powiedz Marze, że to co było przy Cytadeli, gdy spotkałem ją wtedy, żyje we mnie, niezmienione do dziś... –Tomasz był zaskoczony, skinął tylko głową. –Powiedz jej, że przeglądałeś akta mojej sprawy w związku z... z resztą sam coś wymyślisz... Drzwi zamknęły się.
Judasz przyłożył usta do jednego z otworów....
Słońce zachodziło.

Na parkingu kliniki mężczyzna zatrzymał taksówkę. Wsiadł do niej z wyraźnym trudem. Czuł się niesamowicie ociężały, jakby całe to cybernetycznie wzmocnione ciało stało się nagle workiem śmierdzących organów i osocza. Bezradność mięsa... Spojrzał w kierunku okien kliniki. To musieli czuć wszyscy ci cyberpsychole, których na przestrzeni lat uśpił, lub złapał... Westchnął.
To czuł Judasz i ta Lalka?
Co tak na ludzi działało?
Patrzył jak po szybie spływają krople kwaśnego deszczu, pozostawiając ledwo dostrzegalne ślady korozji. Przyjrzał się taksówce... Brudne połączenie metalu, plastiku i szkła... Jak on... Jak to miasto... Jak ten odór. Ten smród, smród duszonego przez metal mięsa.
Wszystko śmierdziało. Zapalił. Kierowca próbował się awanturować, ale odznaka Dywizjonu i sto eurodolarów zamknęły mu skutecznie usta. Taksówka ruszyła w kierunku małego Sajgonu, na dolnej rampie, Tomasz miał ochotę zalać się w trupa... Wyciągnął swojego Jurystę, model 397, uśmiechnął się, tyle przeszedł z tą bronią. Przypomniał sobie, że przedtem używał Armalite 12.6, ale potem trafił z kolegami na tego zadrutowanego kolesia w zonie 14H... Potem bez wahania poddał się operacji ręki, byle móc dokopać im... Komu? Tym Złym. Tym złym, oczywiście...
Zmienił i uzupełnił dwa magazynki pociskami przeciwpancernymi. Taksówkarz był przy zjeździe z Rampy, zapytał jeszcze raz o kurs, Tomasz potwierdził. Uśmiechnął się smutno, tak stary, jadę pić pod Rampę, bo tam pije się... Naprawdę.

Szary cień przemykał niezauważony przez niższe poziomy Rampy, mijając czerwone neony restauracji i moteli, przeskakując nad szaroburymi zaułkami. Skok, lądowanie, unik, rampa, ślizg, kabel, pokrywa śmietnika... Szalone tempo, dyktowane przez mózg, sercu i mięśniom, krew pompująca tlen do najmniejszych zakamarków ciała. Lądowanie.
Upadł prosto w kałużę, przekoziołkował i podniósł się jednym płynnym ruchem. Spojrzał na zdradziecką pokrywę śmietnika... Roześmiał się. Podniósł wzrok w górę. Nad nim, wśród niezliczonych migotających neonów, majaczył potężny filar Rampy, na którym nadgryziony przez czas i korozję, widniał numer G12. Rozejrzał się dokoła, jego wzrok zlokalizował czynny terminal.
Chwilę później sprawdzał mapę miasta, próbując zlokalizować najszybszą drogę do paru znajomych kątów. Potem jeszcze tylko lokalna sieć i żuraw w serwis informacyjny... Ręce z niesamowitą szybkością goniły po klawiaturze, choć dla niego, było to tempo ślimacze. Uśmiechnął się, czytając rubrykę kulturalną... Będzie musiał odwiedzić jednego starego znajomka i pogratulować sukcesu...
Wyciągnął kartę z terminalu, a wraz z nią, plik pachnących farbą banknotów. Złamał kartę i wyrzucił kilka innych, banknoty zwinął i schował do kieszeni. Juppie, którego opędzlował był sprytny, zdążył zablokować karty kredytowe i konta, ale nie pomyślał gówniarz o pożyczkach pod zastaw. Cóż, jutro rano będzie miał niezły ubaw, gdy przyjdą po jego zestaw VR...
Przyjrzał się płaszczowi z autentycznej imitacji skóry od Hoddoniego i Smitha, garniturowi od braci White i butom Spynousa, chłopak ubierał się jak cholerna reklamówka. Bez namysłu wszedł do sklepu z ubraniami.
Kilka godzin później szedł przez miasto w wytartych dżinsach, swetrze i cichobieżkach ważących mniej niż somalijski noworodek... Szukał mieszkania. Płaszcz sobie zostawił. Zabłąkany podmuch wiatru przedostał się przez labirynt budynków arkologii i poderwawszy strzępy gazet i co mniejsze śmieci, tańczył na ulicy. Chłopak nagle poczuł nieopisaną tęsknotę. Zaczął biec.
Dotarcie na dach wieżowca zajęło mu piętnaście minut, wspięcie się na maszt radiowy zajęło kolejne pięć. Teraz stał w najwyższym punkcie sektora G12 i napawał swe oczy widokiem. Wyciągnął zdjęcie. Patrzył na nie długo. Będzie się musiał z nią zobaczyć... Wkrótce.
Zawiał wiatr.
Zaczął się śmiać. Rozpostarł ręce... Płaszcz zaczął łopotać, pęd powietrza zaczął wyciskać mu łzy z oczu... Pomyślał, że gdyby ktokolwiek stworzył niebo, nie mógłby wymyślić niczego piękniejszego... Wydął wargi. Uwielbiał świeże powietrze...
Długo cieszył się chwilą.
A potem skoczył.

Przez dwa dni pokój oznaczony numerem 32/57 stał pusty, potem wstawiono w nim nowe okno, i nowego pacjenta. Ciężkiego neurotyka-autystę... Miejskiego architekta, którego automatyczne instalacje przeciwpożarowe, kosztowały miasto życie kilkudziesięciu mieszkańców, oraz fortunę w odszkodowaniach i honorariach prawniczych...
Rozczarował pielęgniarza. Ten tylko krzyczał po nocach, w przeciwieństwie do swojego towarzyskiego poprzednika... Niestety nie pamiętał nazwiska, coś z katedrą, albo kaplicą... Szkoda, myślał pielęgniarz, rozdzielając leki przed obchodem... Ci najmilsi odchodzą pierwsi... Ciężko wzdychając ruszył w obchód, pchając przed sobą wózek na małych, skrzypiących kołkach...
Jako oficjalną przyczynę śmierci więźnia numer 34/7890/00/12C, kliniczny patolog uznał ustanie pracy szyszynki, spowodowane wejściem syndromu Sui-Shimody w swoją końcową fazę. Ciało poddano kremacji po upłynięciu czterdziestu ośmiu godzin od stwierdzenia zgonu przez niezależnego neurochirurga. Akta pacjenta zamknięto, a całość dokumentacji oddano do centralnej kartoteki ministerstwa spraw wewnętrznych, na podstawie stosownej ustawy.
W innym miejscu olbrzymiego rządowego kompleksu ktoś zdrowiał, ktoś miał atak, ktoś umierał... Słowem, życie toczyło się swoim tempem...

Koniec...
Zachowano oryginalną interpunkcję - przyp. red.




Tomasz Kapel (ur. 1983) - prozaik, nauczyciel, tłumacz. Absolwent Instytutu Kultury i Literatury Brytyjskiej i Amerykańskiej na UŚ. Felietonista "Zagłębiarki".
 

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry