Wszystko w tym pokoju było białe. Ja byłam biała i moje meble, nie wyłączając łóżka, które stało pośrodku pokoju. Czasami łóżko miało też białe prześcieradło, ale tylko na początku tygodnia, bo pod koniec musiałam je zmieniać, takie było szare. Wmawiałam klientom, że zawsze jest białe, bo jestem czysta, ale nie wierzyli. Nie wierzę, mówili. Nie wierzę, a ja kiwałam głową. Brudne prześcieradło lądowało do kosza, a ja ubierałam nowe. I tak zaczynał się tydzień. Moje tygodnie były jednakowe. Nie czułam pośpiechu. Pracowałam spokojnie obrabiając dupy samym kobietom. Kobietom zadbanym. Nawet przemądrzałym. Takim kobietom z dobrego towarzystwa. Przychodziły do mnie studentki, młode nauczycielki akademickie z mężami, jakieś artystki i kto tylko chciał. Kiedyś z jedną kobietą przyszedł jej mąż i chciał się dołączyć, ale powiedziałam mu nie ma mowy i przestał. Usiadł obok łóżka i się przyglądał. Dom jak już mówiłam był biały. Miałam za to czarnego kota i córkę. Kot od czasu do czasu lądował u moich znajomych w klatce na króliki, bo jak wyjeżdżałam musiał gdzieś mieszkać. Nie mogłam go trzymać samego w domu, bo zaświntuszyłby mi dywan. Znajomi wsadzali go do drewnianej klatki z królikami i on w niej leżał. Śmieszny był. Taki czarny wydłużony niczym najdłuższy królik w całym stadzie. Leżał na dnie klatki jak one i tylko kiedy podchodziło się bliżej, płoszył się i widać było, że to kot. Po prostu natychmiast wstawał z klatki na łapy i kucał z podciągniętymi do góry uszami. Od razu zdradzał, że jest kotem. Taki był głupi. Ja też kiedyś głupio zrobiłam. Szłam po niego, ale zapomniałam klatki. Wróciłam do znajomych, którzy mieli na dole osiedla sklep. W środku sklepu był napad. Stało trzech facetów w ciemnym środku i ładowało sobie do torby co się dało. Weszłam akurat jak jeden się schylał i powiedziałam dzień dobry, ja tylko po klatkę. Bo zdążyłam się zorientować, że to złodzieje. Choć nie wyglądali. Nie chcieli mnie już wypuścić. Musiałam się tłumaczyć, że mieszkam na górze i nic nie widziałam. Nie wiem, co to pomogło. Ale w końcu pomogło, bo mnie wypuścili. Najpierw chcieli mnie zatłuc młotkiem. Jeden z nich trzymał go w ręce, ale w końcu zrezygnowali. Przestali się kręcić po sklepie i wyszłam razem z nimi. Zdążyliśmy na ten sam autobus. Pomogli mi nawet nieść klatkę i śmiali się ze mnie, że jadę po kota. Ma pani kota, mówili i śmiali się, a ja kiwałam głową. Mam kota, tak. Mam kota. W środku było mi jednak gorąco. Czułam się jakbym czegoś uniknęła. W domu zdjęłam buty i sukienkę. Nosiło się tego lata sukienki jak fartuszki. Niby sukienki, a ciężkie i grube jak ze sztruksu. Miałam białą sukienkę. Pasowała mi do wnętrza. Czułam się w nim najlepiej, dlatego niemal nie wychodziłam z domu. No i po tym spotkaniu w sklepie postanowiłam wydać kota gdzieś na wieś. Jeździłam tam po mięso z córką. Pojedziemy w piątek i oddamy kota. Dość tych przypadkowych spotkań. Nazajutrz jedna klientka kłóciła się ze mną na oczach swojego męża. Specjalnie starałam się, żeby było jej dobrze. Nie ściągnęłam majtek, pouczałam się w duchu, żeby nie mieć orgazmu, a na końcu kobieta powiedziała; nie dam ci pieniędzy. Nie zasłużyłaś. Mówisz, że bierzesz za noc pięć dolarów, ale ty nie pracujesz w nocy. Za dzień ci nie będę płacić. I wyszli. Wyciągnęłam kartkę i napisałam na niej ołówkiem: mówić klientkom, że biorę pięć dolarów za numer.
Psy i księża
Wiadomo, że wszystko się łączy i koniec końców psów od księży nie odróżnisz, a księży od psów. Ja jeszcze wtedy tego wszystkiego nie wiedziałam, dlatego tak ochoczo poszłam do kościoła, żeby się pomodlić. Ale to był dziwny kościół. Pomieszany. Wszystko w nim było nie na miejscu, a księża to już w ogóle. Jeden z nich siedział obok nas w ławce. Gdzie tam siedział. Wrócił właśnie z sauny i lał się cienkimi witkami brzozowymi po nagim ciele. Miał tylko ręcznikiem przykryty tyłek, ale i tak raz po raz ręcznik upadał pod ławkę i wtedy schylała się po niego taka dziewczyna ładna. Schylała, dostawała rumieńców jak się pochylała i znowu bledła jak tam patrzyła. I tak w kółko. A ksiądz się śmiał. Patrzysz? Pytał tą młodą dziewczynę, która była z rosji, a ona mu odpowiadała. A jak myślisz? I oboje tak się śmiali, że odwracali się w naszą stronę wszyscy wierni. Ale co było robić. Ten ksiądz lubił saunę, lubił tę dziewczynę, a ona jego. I tylko ja się martwiłam jak też ten ksiądz się od grzechu odżegna, bo że się nie odżegna to byłam już pewna. On zgrzeszy. Mówiłam do ani fryzjerki, która w kościele umawiała się z najlepszymi klientkami. A ania zajęta rozmową o trwałej właśnie mnie głośno dopytywała. Kto zgrzeszy? Ksiądz z tą ruską. No i co z tego? Pytała ania, a ja na to nic jej nie umiałam odpowiedzieć. Bo co można mówić? Tymczasem w kościele naszym w dzwon uderzono i zaraz zaczęli się wysypywać z ławek wierni jak piasek. Wierni wysypywali się z ławek i szli do przodu, tam gdzie pod ołtarzem komunię świętą rozdawali. Bardzo mnie to nudziło. Jak nie jesz tam, gdzie wszyscy jedzą to się nudzisz i wychodzisz na papierosa. Ja nie paliłam, ale wyszłam na kopuły. One nad miastem sterczały i były widoczne za każdym wjazdem pociągu. Siedziałam w pociągu, obserwowałam kopuły i wiedziałam, że w niedzielę zrobię sobie po nich spacer. To była dopiero zabawa. Dziewczyna księdza splotła ręce i patrzyła na niego jak na mężczyznę, a ja wyszłam przez takie małe okienko i zobaczyłam w dole miasto. Kopuły były złote. Pomiędzy nimi jednak rósł miękki i stary mech. W każdym zagnieżdżeniu był i w każdej rynnie, tak że jak się stąpało po tej kopule, nic człowiekowi nie groziło. Żaden tam upadek. Ci z góry tego nie wiedzieli, a zwykle brakowało im odwagi, żeby wyjść na kopułę z małego okienka wprost z kościoła. Ale ja chodziłam tutaj już od dziecka i znałam to przejście bardzo dobrze. Zresztą rytuał to już był. Msza niedzielna, miłość tych dwojga, utarg na trwałą i moje spacery po kopułach nad miastem. Złoto kruszyło się i odpadało całymi płatami. Czasem ściągałam z kopuł listki wielkości pięści, ale nie przypuszczałam, żeby to złoto było coś warte. Rublow. Wołał mnie ksiądz, kiedy odchodziłam za daleko. I wtedy zwykle do niego wracałam. Kopuły błyszczały tego dnia w słońcu, bo przyszła wiosna. Mieliśmy ślizgawkę za miastem i kiedy stałam nad brzegiem największej kopuły słońce ją właśnie oświetliło niczym jaskrawą tęczę utkaną z lodu. Wygięty łuk, grzebień, róg jednorożca, który mu odpadł, a wkrótce się stopi. Usiadłam na brzegu. Na całej powierzchni miasta falowało ciepłe powietrze od słońca. Dopiero tutaj zobaczyłam jak topi się nasza rzeka i jak blisko pozostało do lata. Miasteczko stało całe pod moimi nogami, a ja w drodze powrotnej do środka kościoła przeszłam najwęższy pas mchu, jaki wyrósł na brzegu tych wspaniałych kopuł.
Śniło mi się, że byłam królem lwem, ale nie takim jak z tej bajki dla dzieci. To znaczy może trochę takim, ale ja tej bajki nie widziałam, więc nie wiem. Wyrosłam w lesie, ale potem porwali mnie ludzie. Będę więc opowiadać od tego miejsca, żebyście zrozumieli dobrze koniec. Jestem w niewoli u ludzi, którzy zamknęli mnie w klatce. Mieszkam w parku, które otoczyli dla naszego i ich bezpieczeństwa płotem. Na szczeblach wiszą tabliczki, a obok mojej klatki srają ptaki. Ktoś pomylił króla lwa z małpą i zamiast dać mi kogoś miłego do towarzystwa, dali mi obsranego orła. Siedzimy naprzeciwko. Tarmoszę swój ogon, a kiedy nie zostaje z niego już nawet niteczka, zaczynam się kręcić w kółko. Nie tracę sił ani energii, ale młócę głową we wszystkie strony. To się nazywa choroba sieroca. Zamiast mięsa lądują tu puszki z lidla albo plusa, najtańsze mięso, od którego wypadają zęby. Nie marzę o niczym, bo mnie to unieszczęśliwia i powoduje, że miejsca w klatce jest coraz mniej. Ropieją mi oczy. Muchy srają na króla lwa. Ale pewnego dnia za sprawą snu przedostaję się tam, gdzie chcę. To znaczy do mojej krainy. Nie jestem tam od razu takim królem, ale sierść mam znowu piaskową, grzywę lekką, uczesaną i wielki silny ogon. Nie muszę szarpać łbem, żeby zrzucić muchy czy papierki po cukierkach, które wrzuciły tu dzieci, jestem królem tego kraju i ja tu rządzę. Uśmiejcie się. Wcale nie rządzę tym krajem ani nawet źdźbłem tej trawy. Kiedy tylko znalazłem się na polanie, rozłożyłem się szeroko i zasnąłem, żeby wygrzać się w słońcu. Spałem lekko i ten sen mnie posilił. Potem wstałem i oglądałem las, rzekę oraz wodospady, które płynęły spokojnie i bez pośpiechu. Wcale nie musiałem nigdzie gnać ani się śpieszyć. Nikt na mnie nie krzyczał, nie darł się nad moim uchem, żadne dziecko nie wrzucało mi na głowę patyków po cukrowej wacie. Siedziałem sobie tam, gdzie było mi miękko w tyłek i kręciłem w słońcu ogonem jak biczem. Miałem znowu silną klatkę piersiową i ciężkie łapy z pazurami. Nikt mi tu ich nie obciął. Byłem królem lwem, ale w myślach nazywałem się strażnikiem lasu. Fajna taka robota. Leżeć całymi dniami i gapić się na małe zwierzęta. Liczyć stada, porządkować i patrzeć, czy maluchom się nic nie dzieje. Nie byłem głodny, nie musiałem nigdzie wędrować, żeby coś zobaczyć. Było mi dobrze w pracy, którą podjąłem. Byłem filozofem. Patrzyłem na płynącą rzekę, na niebo i słońce. Miało kolor moich oczu. Było miodowe jak ja. Odpoczywałem i drzemałem cicho w wysokiej i chłodnej trawie. Miałem świetną pracę. Byłem strażnikiem lasu, żadnym tam królem lwem.
RosjaByłyśmy z dziewczynami w Rosji, do której nas wysłali za złe zachowanie. Cała ta Rosja była jakaś taka kryminalna. Po obu stronach przystanku siedzieli na przykład milicjanci i spisywali każdego, czy jechał, czy nie. Mrok był tego dnia, kiedy już znalazłyśmy się w wielkim mieście pełnym blokowisk. Wszystkie nazwy były takie same, coś na ski, szczki, więc żadna z nas nie wiedziała dokładnie, gdzie się znajduje. Jeszcze wcześniej, na przywitanie zagnali nas z grupą do takiego baraczku i tam wyświetlali film o wyzwoleniu Auschwitz - Birkanu przez Armię niby Czerwoną. Telewizor psuł się co rusz i pani z naszej grupy bardzo się o to gniewała. Nie było głosu, ale nie wolno nam było rozmawiać. Szarówka taka była, raczej niebieska szła od nieba. Sądziłam, że to ich białe czy granatowe noce nadchodzą. I wtedy ruszyłyśmy we trzy miejską kolejką. Jechałyśmy i jechałyśmy, a końca drogi nie było widać. Coś tam majaczyło, przystanków żadnych i ludzi jak na złość. Dopiero gdzieś za zakrętem zobaczyłyśmy milicji tyle oddziałów, że zaczęło nam ciemnieć w oczach. Wyrastali z obu stron kolejki i jakby pęcznieli w ilości. Dopiero po kilku stacjach zobaczyłyśmy, że schwytali jakiś chłopców, których wytargiwali spod ziemi. Chyba tam mieszkali albo coś ukryli. Kolejka wiozła nas na wielką polanę i górę. Nie wiedziałyśmy już na którym przystanku trzeba było wysiąść, więc uzgodniłyśmy, że jedziemy na pętlę, a potem wrócimy. Zapadała już noc. Zaczął sypać drobny śnieg, a przeciążałe czapy zastanego śniegu leciały nam na łeb. Co raz gruchotało w sufit kolejki. Wagonik wreszcie się zatrzymał w lesie, jakby nie kierowany ręką żądnego człowieka. Wyszłyśmy i poczułyśmy zapach świeżo ściętych drzew. Szłyśmy wąską ścieżką, dziwiąc się, że na tym odcinku drwale usunęli nie tylko wszystkie drzewa, ale i cały zaległy śnieg. Nie było go nawet pod nogami. I wtedy z naprzeciwka wybiegł ten słoń. Biały, z dwiema trąbami, absolutny rekordzista na ziemi. Nie trwało to długo, bo słoń biegł naprawdę szybko, ale lekko. Pomyślałam o tym, bo zobaczyłam jak falują mu obie trąby. Ktoś szepnął obok mnie, że to najstarsza rasa słoni na świecie, a ten jest jedynym ocalałym egzemplarzem. Słoń miał rzeczywiście małą trąbę, taki kikutek umieszczony powyżej tej długiej, którą pił wodę. Mała nie służyła mu do niczego oprócz machania. Dziwny to był widok, bo słoń przebiegł obok nas, trącając tylko lekko trawę i resztki młodych gałązek, które zostały na ściętych pniach i zniknął w lesie. Stałyśmy tam dłuższą chwilę. Nie wiedziałam, czy taki słoń z dwiema trąbami przynosi szczęście, czy nie i co należy pomyśleć, żeby życzenie się spełniło. Więc nie pomyślałam o niczym. W zupełnej ciszy szłyśmy w stronę przystanku i wsiadłyśmy do tej samej kolejki miejskiej, która miała nas powieść z powrotem do miasta.
Śniło mi się, że straciłam pamięć w Auschwitz, w czasie wykładów, po którym nie mogłam zapamiętać pytań. Oczywiście rozumiałam dokładnie, co ludzie mówią do mnie, ale żadnym sposobem nie mogłam na te pytania odpowiedzieć. Chciałam im nawet powiedzieć, że kłamią i w kilku miejscach mówią, coś, czego bym nigdy nie powiedziała, ale żadne wyjaśnienia nic nie dały. Ludzie zbili się w grupkę i patrzyli jak składam swoje rzeczy. Wszystkie przedmioty nie pasowały ani do siebie, ani do mnie i nie umiałam ich schować. Nie pamiętałam gdzie leżą w mojej torbie i jak lecą po kolei liczby, żeby ułożyć sobie referat. Co rusz ktoś się odzywał z nowym pytaniem, a ja nie mogłam skojarzyć, skąd on o tym wie i dlaczego zadaje mi te pytania. Oddalałam się od czegoś w sobie. To było tak, jakbym z wielką prędkością sunęła od siebie w czasie, tak zawrotnie, że nie może mi w tym towarzyszyć żaden człowiek. I nie towarzyszył. Stała obok mnie tylko dziewczyna, która miała najwidoczniej świetną pamięć, bo pamiętała doskonale, co mówiłam na wykładzie i raz po raz mi coś tam podrzucała. Po chwili wyglądało jednak na to, że to ona zna lepiej mój wykład niż ja sama, więc dałam spokój. Rzędy ławek pustoszały, w mojej głowie zobaczyłam kilka pustych ścieżek, które prowadziły do jakiś żółtych dróg, które wyglądały jak wstążki. Już się chciałam do nich przekraść, kiedy kierowniczka zebrania pokazała mi klucz do pokoju. Miałam tam mieszkać razem z innymi ludźmi, którzy nie stracili swojej pamięci i nie musieli mieć przy sobie tej dziewczyny. Ona raz po raz podpowiadała mi, o czym przed chwilą mówiłam. Wyglądało na to, że straciłam tylko część pamięci i jest ona tak krótka, że nie jestem w stanie jej zapamiętać. To było łatwe tylko nieco męczące, bo dziewczyna zachowywała się jak sekretarz w dawnych czasach. Kiedy ktoś mnie o coś pytał, wyskakiwała zanim zdążyłam się odezwać i streszczała mi to, co podobno przed chwilą na sali powiedziałam. Ja już tylko to jakoś obrabiałam na swoją korzyść, bo nie chciałam być jak małpa i powtarzać dokładnie to, co usłyszałam. Dziwne, stracić tak pamięć w miejscu, w którym ludzie przywozili kupę rzeczy, żeby nie zapomnieć. O rodzinach, o zawodach, o domach, o tym wszystkim, co zostało im już zabrane. Kupa rzeczy się tam zgromadziła przez te transporty i teraz w tym miejscu powszechnego pamiętania, ja straciłam swoją pamięć. W mojej głowie była ta żółta droga, jakby koryto rzeczne z wieloma odnogami. Strasznie chciałam się tam zakraść i połazić po miękkim piasku, który na pewno lekko trzeszczał pod nogami, ale wciąż nie odstępowała mnie ta dziewczyna. Żółta rzeka wyschła i zostawiła mi wiele odnóg, po których mogłam iść. W nocy, kiedy zasypiałam, znowu mogłam się przedostać na drugą stronę mojej pamięci i w spokoju łazić po piaszczystym dnie tej rzeki. Nie było tam dziewczyny, nie musiałam pamiętać wykładu i w żadnym razie nie traciłam pamięci. Byłam na swój sposób szczęśliwa. Pośrodku wyschłego koryta żółtej rzeki, po której, jak po tych ludziach z Auschwitz, nie pozostał żaden ślad.
Zdjęcia wykonane telefonem komórkowym przez Autorkę.
Agnieszka Kłos - znana jako agniusza. Stypendystka Ministra Kultury na warsztatach literackich prowadzonych przez Jerzego Pilcha, Tadeusza Słobodzianka i Ingmara Villqista. Laureatka wielu konkursów literackich, m.in. pierwszego internetowego konkursu literackiego organizowanego przez serwis Wywrota.pl i konkursu Uniwersytetu Gdańskiego, w którym otrzymała wyróżnienie ex aequo z Dorotą Masłowską. Pracowała w "Gazecie Wyborczej" i "Dużym Formacie". Jest redaktorką pisma "Rita Baum" i magazynu internetowego www.ritabaum.serpent.pl. Publikuje analizy, krytyki, felietony i recenzje m.in. w "Pozytywie", portalach www.e-teatr.pl, www.swaitobrazu.pl, www.feminoteka.pl. Wykłada fotografię prasową w Dolnośląskiej Szkole Wyższej Edukacji TWP we Wrocławiu. Prowadzi literackie i dziennikarskie blogi w sieci (www.agniusza.blog.pl, www.ifigenia.blog.pl).




