Czterdzieści. I cztery.
Biblię znam lepiej niż własnego ojca, a starość mi nie grozi! Nie straciłem z nią kontaktu, mówię o świętej księdze rzecz jasna, nie o rzeczywistości. Rzeczywistość jest mi bliska jak ciasne prezydenckie mokasyny i parytet rasowy w mojej administracji. Jak telefon czarnucha od czerwonego guzika. Nawet nie wie, że wojna mnie guzik obchodzi. Guzik. Fundamentaliści i radykałowie są teraz tam, gdzie kiedyś stało bydło w Arizonie. I to nazywam największą tragedią mojego sukcesu. Największym rasistą, który spędza sen z mych powiek, jest nie biały człowiek, ale jego murzyńska spolegliwość. Nie chcą mnie zabić bo jestem czarny!
Prezydent czterdziesty czwarty Stanów Zjednoczonych Ameryki. Wymawiaj to dumnie, mówię sobie, ale to nie działa. Nie czuję tego, nawet z całą obstawą afirmujących słów. Wymawiaj to z szacunkiem - mów jak do ludzi pracy najemnej. Mów jak socjalista, bez fałszu, mów… Nadal nic nie czuję. Co najwyżej zdumienie. Nie czuję się na siłach, nawet. To nie amerykański mit, a jakaś cholerna podróbka z Chin bądź walentynkowego Wietnamu. Marka, głupcze! - krzyczę do siebie głosem elektoratu. Z rezygnacją. Czuję się jak reklama kondomów na kanale religijnym. Albo jak reklama dowolnej religii w paśmie ostrego porno z finałem w buzi. Bo czuję, że chcą mnie mieć, tylko raz. Że chcieliby mieć mnie w dupie.
Dallas. Czym bylibyśmy bez Dallas.
Pomyślmy, po setce nie ma w zasadzie nic, przynajmniej w oficjalnym obiegu. Z resztą liczą się tylko kolekcjonerzy, a ten kraj używa skutecznych. Szlachetnym oferuje miejsce w ciszy klaserów i bankowych sejfów. Nie dam się tak zmumifikować. Czas na zmiany! Na rany Chrystusa. Prezydenci są po to by ich używać! Mają być skuteczni jak sfałszowane wyniki wyborów.
Za dobrze jednak wiem, że figurowanie na okolicznościowym banknocie to forma kurtuazyjnego zapomnienia. Ta hipokryzja, dotykała już prezydentów, papieży choćby. Kiedy wyrzucą mnie na okolicznościowy banknot będę pewien, że społeczeństwo pamięta tylko z przyzwoitości. Ale czego mogę się spodziewać po społeczeństwie, które wierzy Paris, która wierzy we mnie, bo z republikanami interesy jej nie idą. Zresztą, może ma nadzieję. Nadzieja to najtrwalsza obietnica wyborcza, to najlepszy program reform. Nadzieja trzymała przy życiu mego ojca w mych myślach dłużej niż trwały prezydentury Nixona. Wymawiaj to w skupieniu. Licz się z tymi słowami. Synu - powiadał mój biały dziadek czytając biblię na dobranoc. Powtarzam raz czterdziesty czwarty, chyba. Powtarzam to wciąż. Pamiętam jak każdego dolara.
Tak więc stówka to najwięcej co mogę mieć. No cóż. Franklin dał temu krajowi wolność, początek. Ja położę temu kres. Setka z Obamą nabierze na wartości. Obama w bankach, domach, w sklepach i portfelach. Z Obama się liczą, wymieniają go. Trwonią, przepijają, inwestują, zużywają. Będą mieć! - jak filmową koleżankę z college`u. Czarni są po to by ich używać. Bo pieniądze mają płeć, bo płeć jest ważna, a Obama ma dużego, sami wiecie jak. Stówką nikt nie wzgardzi. Mną nikt nie wzgardzi - moim zabójstwem także. Kto zabije Obamę, zastanawia mnie? Kto dziś zabije Obamę? Gdzie mój Oswald? Jeśli ta prezydentura nie nabierze kolorów… Obejdą się, jak zwykle. Być wrześniem 11, być pastorem, chciałbym… Jak być marką bez Dallas…? Kto do cholery zabije Obamę?
Patrzę w oczy Kate Moss i wierzę jej. Patrzę na oczy z żurnali, stron internetowych, murali, fanzinów, obrazów, pornosów… Patrzę na sterczące sutki - dumne, płomienne jak włoski karabinier, jego dziadek Duce. Posmarkaniec bez chusteczki, ale jednak chłop. Patrzę na oesy piersi, na owale, treski, mufki i wznoszę się w górę. Wznoszę się jakbym toczył glinę, ślinę toczył, pluł od niechcenia. Jakbym był jakimś pojebanym i ostro nagrzanym Prometeuszem. I jarał się tym wygłupem oświecania ludu pasterskiego. Dwadzieścia lat temu chodząc nierównymi chodnikami tego kraju zwykłem pluć od niechcenia, bez emocji, bez pogardy. I wcale nie czułem się nim, tylko lekko osamotnionym obywatelem.
Patrzę na te cycki, dwie radosne ambony i wyczekuję. Czekam jak w dzieciństwie, kiedy w zeszycie notowałem numery rejestracyjne kolejnych przejeżdżających ulicą aut. Chciałem być potrzebny policji, i średnio około trzysta razy na dzień mógłbym się przydać, gdyby za komuny istniała przestępczość na światowym poziomie. A tak… Wierzę ciału Kate Moss. Jej kieckom, woalkom, czarnym butom koniecznie na wysokim obcasie także wierzę. Tak po prostu, tak radośnie jak ministrant. Jej rautom, pokazom, limuzynom, kochankom, ścieżkom zdrowia… Jej kawiorowi także wierzę nie mniej niż deklaracji praw człowieka. Zatapiam się w tym jak w kromce razowca po pierwszym meczu piłki nożnej. Wierzę jak kibicom wrogiego klubu. Aha, przypomniałem sobie, że jej kawiorowi wierzę bardziej niż złotym myślom filozofów, nie myślcie sobie, wierzę jej koleżankom, śniadaniom na riwierze, artystowskim znajomym, redaktorom magazynów.
Mętom z doków walącym konia do jej piktoriałów także wierzę, nie śmiałbym wzbudzać ich poczucia winy. I nie czuję się wtedy zakłopotany, ani zazdrosny, nawet ciut. W końcu jest dobrem publicznym. Jak google. Hotelom, nocnym pijaństwom, uniesieniom i orgazmom także powodów nie mam nie wierzyć. Nie wierzyć nie przychodzi mi do głowy. Wystawnemu życiu - nie ma powodów nie asystować. Sczytuję ze ściany: pić, pierdolić, nie żałować, bieda musi sobie pofolgować i jestem przekonany, że autor miał w pierwszej kolejnością ją na myśli. Wierzę mu i jej pośladkom, ufam gdy pewnie jak Gorbaczow mówi: tuż obok są najdroższe memu sercu knajpy, bardzo fancy, zobaczysz słodziuteńki. Ta stara lampucera Madonna tutaj nie chadza, nie martw się, lizaczku. Teraz nawet wierzę jej ruchom frykcyjnym! Sesjom uzdolnionych fotografów, charakteryzatorkom, jej osobistemu dietetykowi, jej sedesowi, jej podpasce. A chuj ze mną, wierzę i już. Jak babka, matka moja jedyna - wierzyły w niepokalanie i partię narodowi przewodzącą - tako i ja wierzę. Nadal im nie przeszło - mówią: to dobre było, to - choć ich emerytury dla ubogich nawet za niskie. Ale babcia już martwa jest, zapomniałem. O niej zapomniałem.
Nie trapi mnie zupełnie fakt, że widzę mnogość sytuacji, w które chciałbym wejść. A wszystkie należą do papieru, betonu, monitora. Kurwa mać! Niewiarygodne. O ileż lepiej czułbym się gdyby była moją siostrą. Gorzej koleżanką, gorzej dla niej gdyby była koleżanką taką ze szkolnej ławy. Gdyby zaprosiła mnie na naszej-klasie zamordowałbym ją z zimną krwią…pierdolona dziwka! Nie chciałbym by stała się moją cześćtereską. Dystans w tym wypadku… Znam ikonosferę bez loftów, prywatnych boeingów, ochroniarzy i osobistych duszpasterzy, mam na co dzień. Wiem o niej tych kilka rzeczy, stąd wiem właśnie. które wiedzieć trzeba. Wiem tylko ciut więcej niż o prababce i ciut mniej niż o byłej dziewczynie. Podobno nocami u stóp swej wrednej córki wciąga kokainę przywiezioną tankowcem z Boliwii, Meksyku, a może i z samego Medellin. Ma dojścia klawe, na pewno lepsze niż mój osobisty cwaniak. Cwelus. Lepsze niż prezydenci. Podobno. Tak mówią klasycy plotki, którzy rozpędzili się nadto, jak naspidowane harty na wyścigach. A plotka to dziś Wielka Pardubicka.
Wierzę jej bardziej niż papieżom. Przecież znam historię. Już w roku 1984 była wiarygodniejsza, nie mówiąc, że trzy lata wcześniej, ale wierzę jej poronieniom, jej dzieciom nienarodzonym, jej karierze i kochankom nie takim jakim kibicuje moja mama. Święta kobieta. Wierzę w to. Bo wiara to jedyna sensowna treść życia, jedyny kierunek, który nie wskazuje ci drogi kogoś innego. Wiara jest moja, niepodzielna, w przeciwieństwie do pokoju w akademiku. A wierzyć Kate Moss to proste. A ja nie lubię zobowiązań. W końcu nic o sobie nie wiemy, nic o nas nie ma w katechizmie i konstytucji także nie ma, ma pan rację. Ja panu także wierzę. W ustawach podatkowych i listach adresowanych do mnie. Także. Mógłbym się przeliczyć. I przymierzam się kupić jej perfumy. Do kąpieli zamierzam stosować.
…trybuny zamarły, tylko pojedyncze okrzyki brzmią jak jakieś zamachy bombowe! Kibice zapowiadali, że będą do końca. Ale popatrzmy. Przeciwnicy wyznaczyli już zawodnika, który w swych rękach, ale powinien był powiedzieć nogach raczej, dzierży losy meczu… podrzuca piłkę, jakby chciał zakląć ten moment, jakby starał się hipnotyzować naszego bramkarza, Artur nie zwraca na to uwagi, opróżnia nos, zaciera rękawice. Ale, ale, sędzia podbiega do piłki, ma obiekcje względem jej położenia, te centymetry robią mu różnicę. Miejmy nadzieję, że nie będzie stronniczy. Kibice lekko zaniepokojeni, jak ojcowie przed pierwszym porodem, przed narodzinami potomka. Niemiec stanowczy!, krok za krokiem wstecz wyznacza tor rozbiegu, będzie już dobre dziesięć metrów, nawet bez linijki. Czy on zamierza dobiec do tej piłki? Gwizdek! Złapmy się za dłonie panie Wojtku. Uwagaa…
Kiedy rok temu broniłem przedmurza chrześcijaństwa, a ta biała linia między słupkami była bardziej strzeżona niż więźniowie Guantanamo, to tak nie gwizdaliście. Kundle! Byłem królem, honorowym obywatelem na 11 metrach. Broniłem waszego honoru, waszego poczucia narodowej wspólnoty. Bo wielkie słowa to lubicie, jak obniżki cen.
Skoro prezydenta mieliście niekoniecznie reprezentacyjnego, to jednak znalazł się ktoś kto dokładał dumy do talerza przy kolacji. Zatrzymał ich! - wrzeszczeli obściskując się dwuznacznie na trybunach. Sam jeden na 11 metrach. Zatrzymał! - jakbym co najmniej akcję serca zatrzymał. Wszystkich polityków pisu razem wziętych, do kupy. A musicie wiedzieć, że urzędowałem wtedy z pewnością budżetówki. Nie gwizdaliście, kundle. Samotny jak żołnierze Westerplatte, heroiczny jak powstańcy warszawscy - napisał lokalny poeta. Jebał go pies. Goalkeeper roku! Numer jeden na czarnej koszulce pumy. - krzyczeliście z nagłówków gazet. Nic to nie znaczy i po trzech godzinach zaczyna wonieć rozkładającym się potem. Sami wiecie najlepiej. Jesteście tym potem, ja tylko jestem wysiłkiem, który go stwarza.
Teraz, gdy ich główny snajper ustawia piłkę wiecie co sobie myślę? Myślę sobie, że zasługujecie na to bym tego karnego nie obronił.
Nienawidzę tego narodu jak Gombrowicz!
…gol jest wtedy, kiedy piłka całym swoim obwodem przekroczy odległość równą obwodowi piłki. Ale do tego jeszcze nam daleko, Artur jest w formie od rana. Dziwna rzecz po gwizdku dobre 2 sekundy, a Niemiec stoi jak słup graniczny, przecież jesteśmy w strefie Schengen, nas granice nie obowiązują… Proszę państwa, dzieje się coś dziwnego na naszych oczach, choć nie jestem pewien czy państwo to widzicie, sędzia spogląda porozumiewawczo, niecierpliwi się. Brak reakcji snajpera drużyny niemieckiej istotnie niepokoi. W mej długiej karierze komentatora chyba nigdy nie zaliczyłem takiej wpadki, jak piłkarz, który rozstrzyga dziś losy tego meczu. Koledzy podbiegają. Emocje rosną, sędzia, sędzia, gdzie jest sędzia? Czemu bumeluje? Tak jak państwo z moich słów nic nie rozumieją, tak ja z tej sytuacji nic również nie jestem w stanie pojąć. Gwizdek. Przerwa techniczna. Niebywała sytuacja! Zawodnik zostanie ukarany kartką, to pewne jak…sam już nie wiem co, pogubiłem się jak węzeł gordyjski.
Co do cholery! Co on robi? Prawy górny róg. Skaczę w lewo. W telewizji lubią zbliżenia, więc nie mogę dać poznać po sobie, że robię to celowo. Wyjątkowo długi rozbieg, wyjątkowo lekki strzał. Będzie ze wstydem… Dam im siebie na pożarcie. Jak Czerwony Kapturek. Zasłużyli na to! Goplanie, Pomorzanie, Wiślanie. Jednym tchem wymienię Mazowszan i Lędzian. Nie pominę Polan rzecz jasna. Wszyscy upokorzeni równiuteńko. Żadnych metafor, bohaterów narodowych, kanonu lektur szkolnych i czapeczek z daszkiem. Nie życzę sobie. Z państwem nie chcę mieć nic wspólnego. W szczególności z państwem. Artur niejadek, leniwy halabardnik. Sprzedawczyk i kolaborant. Kundle gwiżdżę na was.
…Artur rozluźniony niesamowicie, sytuacja go nie zaskoczyła chyba. Niespodziewana kapitulacja Niemca, strach przed największym z Polaków, och proszę mi wybaczyć to z nerwów, największym tuż po Pawle Janie… nie mógłbym…
…Artur dziś na białej linii jest w oczywistym konflikcie z państwem niemieckim, ale nie zdradza się z tymi antypatiami. Niespodziewany obrót spraw rozluźnił go, on wie co robić ze swoją bramką, miejmy nadzieję, że będzie szczelna… ale zgodnie z oczekiwaniami Niemiec ukarany kartką, kolega zastępuję go, wroga, rozdrażniona mina zapowiada siarczysty strzał. Piłka wciąż na jedenastym metrze, gwizdek, krótki tym razem rozbieg, publiczność zamarła jak gospodarka Mozambiku. Pada strzał…i…i…piłka leci! Hen w publiczność, która rozszarpuje ją na śmierć…przestrzelił! Boże co za radość, niebiosa nam sprzyjają. Jesteśmy mistrzami!!!
Bylibyście już martwi, gdyby nie Niemcy! Kundle.
Ador Kemp (ur. 1977 r.) - prozaik, przed debiutem książkowym. Absolwent socjologii i filmoznawstwa.
Ador Kemp (ur. 1977 r.) - prozaik, przed debiutem książkowym. Absolwent socjologii i filmoznawstwa.



