Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka




reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Proza > Augustyniak Anna: Mocny węzeł

Augustyniak Anna: Mocny węzeł

Nie powinna była być dziś wieczorem sama. W taką rocznicę. Żeby zagłuszyć wspomnienia zaczęła oglądać film w telewizji i już nie mogła przerwać. W zasadzie Iga nie wie dlaczego tak się stało. Bo co mogła ją obchodzić historia z początku wieku. Napad na bank i pościg agentów FBI. A jednak, z każdą sceną coraz bardziej się wciągała, dawała ponieść fabule. Coraz więcej jej też zaczynało zależeć na tej kobiecie grasującej na Środkowym Zachodzie USA i to ponad pół wieku temu. Na Kate Ma Barker.
A jednak nie powinna była być dziś wieczorem sama. W taką rocznicę. Minęło siedem lat. Ich syn… wtedy wzorowy przedszkolak, byłby może teraz obok niej przed telewizorem albo grał z kolegami w piłkę. Może jeździłby na rolkach ze swoim ojcem. Tylko raz zdążyli to zrobić. Po tym wszystkim Iga oddała rolki dziecku koleżanki. Rozdała prawie wszystko, opróżniła cały pokój. Nie chciała jak większość przyjaciół jej radziła zostawić jego rzeczy takimi jakimi on je zostawił. Rozrzuconych na blacie biurka flamastrów i naklejek z samochodami w kącie pokoju.
Samochody to była jego pasja. Dlatego dokupili z mężem drugie auto i „wymieniali się” synem na mieście. Zabierali go wszędzie. Kiedy jeszcze nie umiał mówić, na hasło „zaraz pojedziesz samochodem”, śmiał się i piszczał. Tak jak tamtego dnia.
Iga uparła się, żeby jechać z synem. – On jest za mały, po co ma oglądać trumnę i zapłakanych ludzi? – perorował mąż. Ale Igi nie dało się przekonać. Zapięła małego pasami na tylnym siedzeniu i rzuciła uwagę w stronę męża: - Trzeba będzie kupić nowy fotelik, bo z tego wystaje mu już głowa. Usłyszała mruknięcie, co znaczyło „kochanie tak zrobimy” i obejrzała się za wieńcem. – Położyłem na przednim siedzeniu – uprzedził jej pytanie mąż. – No to do wieczora – rzuciła Iga, włączyła radio i ruszyła. Był mroźny grudniowy poranek. Miała dużo czasu do pogrzebu. Postanowiła jeszcze wpaść po drodze do rodziców. - A może on ma rację, po co maluch ma oglądać te smutne sceny i marznąć na cmentarzu - pomyślała. - Zostawię go u mamy, ona go nakarmi i będzie zadowolona. Jechała wolno, próbując trafiać kołami w wąskie koleiny, bo na drodze nikt nie odgarnął śniegu. Słuchała kipiącego energią głosu wokalisty Boney M i patrzyła na prawą stronę na mijane, pogrążone jeszcze we śnie, domy. I dlatego zobaczyła go od razu jak wyjeżdża z bocznej drogi. Ciemnozielony samochód.
Z tamtego dnia Iga pamięta tylko ogłuszający huk i opadające na jej głowę płatki żółtych róż z wieńca. Do dziś czuje ból w klatce piersiowej, kiedy przywołuje obraz jaki zobaczyła, gdy z trudem odwróciła się. Jej synek nie płakał, nawet nie krzywił się. Tylko jego główka była nieco odchylona w bok, a z otwartych ust ciekła strużka śliny. Potem dowiedziała się, że tak wygląda człowiek po złamaniu karku.
Wcale nie była w szoku, jak podejrzewali policjanci. Po prostu nie mogła zostawić synka bez opieki. Karetka pogotowia, która po nią przyjechała, stała na środku drogi i czekała aż Iga wejdzie do środka. A ona też czekała, tyle że na przyjazd męża. Gdy to się stało, gdy zobaczyła jak wyciąga małego z samochodu i całuje go, poczuła krew w ustach. Dopiero wtedy uprzytomniła sobie, że ma zmiażdżone dolne zęby. Zakręciło jej się w głowie i upadła.
Nie powinna była być dziś wieczorem sama. W taką rocznicę. Jej mąż wcale nie miał dodatkowej pracy, tak jak zapowiedział przy śniadaniu. Po prostu wolał ten wieczór spędzić w towarzystwie roześmianej kochanki. Iga nie miała o to do niego żalu, w końcu ile dni i nocy można poświęcać na tłumaczenie żonie, że tak widocznie musiało być, że to Bóg tak chciał. Ale ona Iga tego nie chciała. Chciała wychować swojego syna na dobrego człowieka. Zamierzała nauczyć go tylu rzeczy. Usłyszała znajome dźwięki. Podeszła do radia i pogłośniła. Śpiewał jej ulubiony czarnoskóry wokalista Boney M.
– Przecież to o tej kobiecie z filmu, o Ma Barker – powiedziała głośno sama do siebie. Usiadła i zaczęła wsłuchiwać się w słowa. „Ma uczyła swych czterech synów jak trzymać broń”. Nie, tego ona nie chciała uczyć swego synka. „Nie ruszać się, jestem Ma Barker! Ręce do góry i dawajcie mi całą forsę”. - To była złodziejka i morderczyni… – Iga popatrzyła na swoje ręce. Czy mogłaby kogoś wziąć na muszkę? Nie, jej ręce nie potrafiłyby nikogo skrzywdzić. Ale wtedy, siedem lat temu, leżały na kierownicy. I nikt ich za to nie ukarał. Wokalista mrocznym głosem deklamował: „Ma Barker jest najbardziej poszukiwaną przez FBI kobietą. Jej zdjęcie wisi na każdym urzędzie pocztowym. Jeśli masz o niej jakiekolwiek informacje, skontaktuj się z najbliższą komendą policji…”. – Dlaczego ona to robiła, przecież krzywdziła swoich chłopców, choć może dawała im w ten sposób siłę – zastanowiła się Iga. - Musiała bardzo cierpieć w życiu, skoro nauczyła synów takiej bezwzględności. „Nigdy nie umiała płakać, ale wiedziała jak zginąć”. - To o mnie! Przecież ja nigdy nie umiałam płakać. Nawet wtedy – zamyśliła się Iga. Z trudem wstała z kanapy i ociągając się podeszła do bieliźniarki. Jej mąż nigdy tu nie zaglądał. To babskie terytorium zwykł mawiać. Dlatego od siedmiu lat leżał tam sznur. Trochę się obawiała czy nie sparciał, bo przecież w pralni wiecznie unosiła się para. Szarpnęła, naprężyła sznur, ale wydawał się mocny.
Wiedziała, że mąż nie wróci przed północą. Pewnie jak zwykle zabrał kochankę do ich ulubionej restauracji. Potem będzie ją musiał odwieźć i utulić do snu. Inaczej ona zacznie do nich dzwonić i opowiadać o swojej tęsknocie. Po jednej z takich nocy, kiedy nagrywała się w kółko na ich domowy telefon, obiecał żonie przy śniadaniu, że nie dopuści już do takiej sytuacji.
Iga czuła się więc bezpiecznie. Przez lata zastanawiała się, w którym miejscu ma to zrobić i zawsze wyobraźnia wiodła ją do pokoju ich synka. Dotknęła ręką klamki i pchnęła drzwi. Nic się tu nie zmieniło. Było pusto. Położyła się na chwilę na dywanie, ale bała się że nagle zaśnie i obudzi ją dopiero powrót męża. Wstała więc i obeszła cały pokój dotykając ścian, tuląc się do firan i głaszcząc roletę w kolorowe samochodziki. Pochyliła się nad jedynym ocalałym pudłem z zabawkami i powoli zaczęła je wyciągać.
– Będą moimi świadkami - pomyślała. Głaskała każdą maskotkę i nie mogła się zdecydować czy ustawić je parami, czy może w szeregu. Wreszcie postanowiła, że podzieli je na mamusie i tatusiów, a dzieci umieści w środku. Jednak pomiędzy rodzicami znalazły się same córeczki. Synka nie było ani jednego. Zadarła głowę i spojrzała na haki wbite w sufit. Kiedyś na nich wisiały liny huśtawki. Jedną z nich trzymała teraz w ręku. Wahała się przez chwilę do którego haka, prawego czy lewego przywiązać sznur. Przypomniała sobie, że jej synek siedział w aucie po prawej stronie. Weszła więc na małe różowe krzesełko i przywiązała linę do prawego haka. Była kiedyś zapaloną żeglarką, więc nie sprawiło jej to trudności. Najpierw miał być to węzeł ratowniczy, ale Iga zmieniła zamiar. Przecież ona nie chciała się ratować. Wybrała więc węzeł cumowniczy. To dawało jej pewność, że sznur się mocno zaciśnie i że ona wreszcie znajdzie swoją przystań. Zacumuje i przejdzie na drugą stronę. Tam gdzie jest jej synek. Nie zostawiła kartki. Pomyślała, że jej mąż nie będzie potrzebował żadnych słów. W końcu na pewno pamięta, że dziś mija siódma rocznica. Wiedział, że Iga jest przesądna i wierzy w magię liczb. A siódemka to była właśnie jej szczęśliwa cyfra.



Anna Augustyniak - prozaiczka, dziennikarka, reporterka, wydawca programów dokumentalnych. Doktorantka PAN w Instytucie Badań Literackich. Jej opowiadania ukazały się w trzech antologiach wydanych przez Stowarzyszenie Korale. Jesienią pojawi się na rynku jej książka pt.: Hrabia, literat, dandys czyli rzecz o Antonim Sobańskim.

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry