Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka




reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Proza > Krasnodębski Jan Paweł: Wyprawa

Krasnodębski Jan Paweł: Wyprawa

Włóczyłem się po mieście, a wieczorem objeżdżałem Stary Rynek i wypatrywałem Sandry, zaczepiały mnie same stare kobiety albo zniszczone niechlujne dziewczyny…
- Taki twój podły żywot, Omski… - powiedziałem do siebie wściekły. Miałem ochotę wracać do siebie, gdzie wszystko było bardziej realne…
Lecz nie! Postanowiłem się nie poddawać! Pomyślałem, że obejrzę sobie Zakopane, przecież kiedyś tyle czasu tam spędzałem, a tym razem Lusi nie musiałem się obawiać.
Jechałem nocą, po drodze zatankowałem do pełna. Około pół godziny sprawdzano moją kredytową kartę…Czułem, że pocę się, blednę i czerwienieję na przemian, myślałem, że zacznę w panice uciekać…Czułem się jak prawdziwy wariat, a ludzie wokoło byli bardzo dziwni...
Gdzieś w okolicach Lublińca witałem świt, był tak piękny i zarazem grożny, że zatrzymałem się i patrzyłem urzeczony. Słońce jeszcze istniało, świat istniał i kolejny kwietniowy dzień budził się do życia, więc życie miało jeszcze sens…Skręciłem w las, otworzyłem wszystkie okna, słuchałem ptaków, słońce podnosiło się coraz wyżej, zasnąłem…
Przyśniła mi się Ewa wyśmiewająca moje długie włosy…Potem za te włosy usiłowała ciągnąć mnie Sandra, jednocześnie wydając przeróżne dyspozycje…
Obudziłem się podniecony… Słońce cudownie mnie grzało…
Zakopane było inne niż kiedyś…
Krupówki to była zwykła uliczka, a nie wielki handlowy pasaż… Ludzie obcy i przypominający robotów. Turystów nie dostrzegłem. Podjechałem pod teatr Witkacego, gdzie kiedyś drukowano mi Wiersze, okazało się, że teatru nie ma…
Pojawiał się we mnie jakiś bunt przeciwko temu mało realnemu światu, postanowiłem nie poddawać się i ruszyć na północ, do Łeby, aby ujrzeć uśmiechniętych ludzi i polskie wielkie morze, wynająłem pokójina Gubałówce, zjadłem kolację, która była pozbawiona smaku, w nocy była burza, ogarnął mnie jakiś lęk – czy ja naprawdę istnieję, czy nie jest tak, że to wszystko tylko mi się wydaje?...Prawie nie spałem, wypaliłem masę papierosów.
Wcześnie rano wyruszyłem…
…Było ciemno, gdy dojechałem…Najmilej wspominałem plażę Ce, udałem się tam, zaparkowałem blisko morza…Ale nie było plaży w Łebie…Jakieś kamienie…Morza też nie było, same glony, szuwary…Nie dojrzałem żadnego człowieka…Było mi bardzo żle, smutno jak małemu dziecku, któremu zabrano zabawkę…i jak przybyszowi z jakiejś innej planety, który niczego nie potrafił pojąć…Pomyślałem, że będę spał w samochodzie…Kończyła mi się benzyna…jakieś wielkie samochody zaczęły się zjeżdżać, jakby tutaj miały miejsce parkowania… Nie odpowiadało mi to… Pojechałem do hotelu Neptun. Istniał, choć cały w rusztowaniach…Udało mi się spotkać kogoś, kto wręczył mi klucze do brudnego pokoju. Patrzyłem przez okna, morza nie wiedziałem, otworzyłem okno, morza nie słyszałem…Zacząłem grzebać w plecaku, znalazłem tabletki nasenne, łyknąłem całą garść, aby nie zastanawiać się, nie myśleć…Nie myśleć!...Poczułem w sobie coś mrocznego, to było działanie proszków…położyłem się, oddychałem miarowo, by uspokoić galopujące serce… coraz bardziej miarowo…spokojniej…znalazłem się w głębokiej słonej wodzie…ode mnie tylko zależało, czy wypłynę, czy zginę…Spałem, chwilami spokojnie, chwilami wstrząsany jakimiś dreszczami…
…W Kołobrzegu zobaczyłem wraki statków w porcie…Spytałem grupkę ludzi, co się stało z morzem, patrzyli na mnie dziwnie…mówili – tak!, albo – nie!...Miałem wrażenie, że to lalki, albo manekiny, nie normalni ludzie…
Przypomniałem sobie Suwałki, takie miłe, w których walczyłem z powieścią Powieszony…Nie! Wolałem nie ryzykować… Postanowiłem wracać, byłem własnością profesora Artura Dzietrzychowieckiego, jego kliniki i własnego miejsca w tej klinice…
Jechałem szybko…Jeszcze szybciej! Uciekałem, po prostu uciekałem do miejsca znajomego, bezpiecznego i normalnego…
W jakimś momencie, kilkanaście kilometrów za Nową Solą usłyszałem nie wiedzieć skąd głośny głos: Zwolnij! Zwolniłem…Po chwili zagrzmiało: Stop! Zahamowałem tuż przed wielką kolczatką. Ujrzałem napis: Droga docelowa! Z budki przy szosie wyszło kilku mężczyzn w bardzo szerokich mundurach.
= Dokumenty! = usłyszałem.
Podałem przez okno.
- Nazwisko!
= Denat Omski.
= Sprawdż go! – powiedział jeden mundur do drugiego.
Żadnej twarzy nie mogłem ujrzeć.
- Nie ma takiego!
Świecono mi latarką w oczy…
- Niech jedzie! Dwadzieścia euro! Droga jest docelowa!
- Tak jest! – powiedziałem.
Zapłaciłem.
Kolczatka rozsunęła się.
Zapaliłem silnik i ruszyłem przed siebie…
Jechałem szybko, ale ktoś pędził za mną. Wielki, lśniący czarny samochód, jechał zygzakami…Pokazałem prawy migacz i czekałem, aż mnie wyprzedzi.. Prawie, że otarł się o mnie. I nagle usłyszałem łomot muzyki techno, jakieś krzyki, chwilę potem wystrzał. Potem jeszcze jeden… Kula roztrzaskała boczną szybę, kilkanaście centymetrów od mojej głowy…Ujrzałem awaryjne światła, auto kołysało się i znikło za zakrętem…Zapaliłem papierosa.
Po dwóch godzinach byłem w swoim mieście…Dojeżdżałem do kliniki i nie wiem, co się ze mną stało, ale nie zatrzymałem się przed bramą wjazdową, wjechałem w nią z impetem roztrzaskując szlaban i rozbijając przód samochodu. Zahamowałem koło garaży, blisko swojego domku…
Spałem pośród książek, bezpiecznie.
 
(fragment powieści „Zapach kobiety”)



Jan Paweł Krasnodębski (ur. 1947) - poeta, prozaik. Debiutował jako poeta na łamach miesięcznika "Odra" w 1970 r. Laureat nagrody im. A. Bursy w roku 1973 za debiut prozatorski "Dużo słońca w szybach". Autor dziewięciu tomików wierszy i osiemnastu utworów prozatorskich w tym dwunastu powieści m.in. "Kocia łapa", "Odwyk", "Stokrotka", "Koniobójca" i "Diament". Od 1974 do 1983 roku (tj. do momentu rozwiązania związku) - członek Związku Literatów Polskich, a od 1989 roku członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Obecnie członek niezależny. Współzałożyciel i członek Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego. W latach 1985 - 1998 uczestnik treningów organizowanych przez Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie, prowadzonych przez m.in. Jacka Santorskiego i Wojciecha Eichelbergera. Od 1991 prowadzi gabinet terapeutyczny, pracując z ludźmi dotkniętymi chorobą alkoholową. Od 1983 roku jest abstynentem.

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry