Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka




reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Proza > Durski Jacek: Okno

Durski Jacek: Okno

Przed chałupą Julii Huczek.

Siedzę tu, pod gontem już cały lipiec. Pada w Szczyrku i pada. Będzie tak lało do końca wakacji? Boli siedzenie od siedzenia. Czuję tyłek najwyraźniej. Brzuch też boli, pusty bardzo. Hałas w kiszkach, chcenie kwasów. Głowa jednak nie pozwala wchodzić nogom do chałupy. Opór w mózgu. Stożek w kuli piknął znowu chłopca czoło. Dzień za dniem tak przesiaduję w drzwiach Huczkowej z ołówkami i kredkami. Rosną góry na papierze. Za to w nocy tylko słucham – rozpluskania, rozbębnienia – ziemi z wodą. Przetwarzam dźwięki na kolory. Widzę barwną prędkość. Coraz wolniej kapie z dachu. Coraz ciemniej w kroplach. Koc otula srebrnym dreszczem, wilgoć wełny, lecz zasypiam obolały od siedzenia, niechodzenia. Jestem wysoko nad chałupą w białym księżycu, za. Cicho tutaj, nic nie pluska. Tylko w kiszkach chłopca kruczy.
W chałupie matka z Eisenem. Nie chcę z nimi mieszkać. Narysowałem już izbę z parą kochanków. Olbrzymie łóżko, rzezane w słońca, półsłońca, wysunięte na środek, daleko od ścian „aby jakaś mysz nie skoczyła zza obrazu na jaśnie panią”. Przez niepogodę plaga gryzoni. Zbiegło się prędkie do chałup opalanych mierzwą. Smród gorący dla letników. Obok łoża pięć par walonek. W każdym bucie trzy butelki „Starowinu”, polewane zimną wodą.
Gorsza przyjeżdża co czwartek. Przywozi z miasta „Starowin” i coś do. Wypatrują służącą od niedzieli. „No, i nie ma Gorszej. Bukuje z listonoszem.” „Znalazł listowy pochwę w tłuszczach.” „Przyjechałaś w końcu służyć. Zostawiłaś Pocztę Polską? To posprzątaj państwu w izbie”. Gorsza zaczyna od myszy. Leżą w myszołapkach z rozgniecionymi nosami. Po wyniesieniu polnych w pole zwija obrus z resztkami jedzenia, ze zgliwiałym i z zjełczałym. Lecz najgorsze przed służącą – zmywanie okien po wymiotach. Nie ma Huczkowa basenu dla dyrektorowej. Rzygają kochankowie przez okno, okienko, w ulewę, albo w gazety Julii, w „Czerwony sztandar”, w „Kurs szycia”. Co napaskudzą od piątku, czeka na Gorszą. Oprócz myszy pełno much, krowich, końskich. Wszędzie czerwonawobrązowe oczy. Druga plaga przez szarugę. Do izb przylegają sławojki: Huczkowej i dla letników. Idą do nas duże muchy. Ciężkie od gówna. (Prosto z UBe). Od powały muchołapki. Rządek długich lepców. Faluje nad łożem z leżącą Jaśnie. Bzyka czarno, bzz. Ileś ciem też ulepionych.
Lepiej już siedzieć na mokrym progu patrząc na Beskid Śląski, część Beskidu Zachodniego. Zielony w zielonym. Przede mną bujna łąka. Julii i jej krowy Julisii. Biega po trawie z moją piłką Antek Łaciak. Godzinami. Nie boi się dyngusu.
Za łąką szosa. Człapią po niej letnicy w wiejskich gumiakach. Od monopolowego do monopolowego, ciap, ciap pod parasolami, leżakami, „przejść się troszku w niepogodzie, zmusić słońce do spaceru”.
Dalej Żylica, ostra rzeka, teraz żółtoczarna od spływających do niej potoków. Rwą z góry, między świerkami, jodłami z leśną podściółką „brudem lasu”. Podniosła się rzeka, pędzi coraz gwałtowniej, toczy kamienie i huk, prawie sięga szosy. Porwała wczoraj letnikowi motocykl. Wyciągnęły góralki traktorem z remizy.. Nalazło się też górali nad żółtoczarną. W kapeluszach i z „bimbruskiem”. Pomagać! Baca z bacą bardzo dzielny, ale w gębie. Zbyt pijani do Żylicy. Pięć motorynek w nurcie ostrym. I znów baby wyciągnęły złom z Żylicy. Za chłopów, „przyda się im do fajek, do pykaia o dzielnych bacach”.
– O nierobach – roześmiałem się głośno pod gontem Julii. – Ci górale bez swoich kobiet nie za orzą góry żadnej, nie wyniosą konia z pługiem na Gronicek, na Bieniatkę. Za gorąco w spodniach z wełny, lenia skórą wyszywanych. Dać takiego do kopalni, nie przeżyje dniówki ciemnej. Słaby bardzo przy Ślązaku. O jak słaby przy górnikach – chichotałem pod chałupą.
– Ale jeden będzie silny – rzucił się Chrystus na krzyzu. Rzeźba wielkości człowieka. Siedzi, wisi przy domostwie. Teraz wściekły na mój chichot. Często z sobą gadamy, milcząc, krzycząc o wszechświecie. Kwadrans wieczorem, w nocy dłużej. Myśli moje z Jego drzewa. Dzięki Niemu też rozmawiam z Bogiem Ojcem. Tłumaczy Syn z boskiego na ludzki.
– Silny góral, duchem, ciałem. Święty będzie od tej siły. Polski papież. Z Wielickiego. Góral nad górami.
Za Żylicą odsłonięta biała skała. Drążą białość kamieniarze. Iskry w deszczu. Skrzenie w strugach. Wybierają światło z głazów? Rysuję ich godzinami. W środku kartek gwasz świecący, biel drapana delikatnie. „Kamieniołom z czapą drzew.” Biały, bielszy, aż niebiesko. Z ciemnozielonymi jodłami. Teatr skalny na tekturach. Cienie grają fantastycznie, anioł, diabeł, ojciec, matka, (Szymon), Eisen.
Na prawo od Julii chałupy, od Chrystusa – gospodarstwo Pińcikiewiczów. Mają byka bogacze. Czarny, groźny pokrył wczoraj białą kozę. Nie przeżyła spółki. Zamiast meczeć zamuczała. Nie wiedzieli Pińcikiewicze „co zrobić z taką kozą?” Zjeść 22 lipca, czy też obdarować probostwo. Pokłócona cała rodzina. Stary Pińcikiewicz pobił Pińcikiewiczkę, a młody Pińcik starego.
Za skłóconymi chałupa Łaciaków, chałupina. Padół bez pola. Ale Łaciaczki zdrowe, kopią moją piłkę. Biegają w nawałnicy. Antek przeskoczył starego Pińcikiewicza. Wzniósł się wysoko do piłki jak ptak. Dalej, to już droga na Skrzyczne.
A na lewo ogródek Huczkowej z głęboką studnią i z budą dla Honkisa, narzeczonego Julii. Czuwa chłop w budzie. Jak siwy pies. Pilnuje narzeczoną przed Pińcikiewiczem. Starym i młodym. Julia wdowa, hektar cały, prawie kułak. A on nic nie ma. Przyszedł do Szczyrku po wojnie. Nie wiadomo skąd. Zakopał pod warzywami krzyże i ordery.
Gdyby tak przesunąć Julii domostwo, do tyłu, o kilka kroków, to widziałbym jeszcze Klimczok, najpiękniejszą tutaj górę, trochę niższą od Skrzyczanego, ale z cudem Matki Boskiej, Objawieniem. Ze wznoszoną na stoku kaplicą. Jasność w ciemnej zieleni.
Mimo kropel wszystko ostre. Higienista na koniec roku zapisał mi okulary „pomyliłeś Półtoraczyka z panem wizytatorem”. Kiepskie oprawki uwierają, za uszami odgnioty, ale widzę świat dokładnie. Każdy drobiazg narysuję: „Kamień mokry w mokrych liściach.” Zatrzymam ten blask. „Pręcia płotu z dłonią Antka.” Witaj miastowy w okularach. „Całowaną przez zaskrońca żabę.” Zamarła śmieszka na fiolet. I namaluję wymyślone: „Stos z kropli przed progiem.” „Górę rzuconą na górę.” „Okrzyk skały.” Prawdę dla przyszłych poetów.
– Najpierw narysuj Huczkową – odezwał się Chrystus. – Zacznij od zmarszczek koło oczu i ust. Od mapy. Niech wrasta w głąb obrazu, solą z powiek i cukrem z warg. Potem szkicuj całą postać. Stare ciało z zapadniętą od wiader miednicą, z postrzępionymi od łańcucha żebrami. Potrzebuje życzliwego świadka. Przyjrzyj się też sukniom Huczkowej. Idąc do kościoła zawsze zakłada pięć. Wszystkie paradne w zdobienach, uplotkach. Dziergała je każdą zimę odmawiając zdrowaśki. I niech ci rychło pokaże swoją izdebkę „nie dla letników”. Tam beskidnicy ze świętymi. Dobra z niej kobieta. Chce zapisać wszystko na kościół. Niestety, umrze przez ten zapis. W sierpniu.
– Jak będę tutaj!? Przed chałupą? – wystraszyłem się bladej fantazji „trup blisko”.
– Chałupa też umrze. I krowa. I studnia – mówił Chrystus patrząc na góry. Przebierał różaniece zielonych kropel. – Malując gospodarstwo zajrzyj przede wszystkim do studni. W chłód, spokój zupełnie ci nieznany. Poczuj go w mózgu. A potem mózg i studnię wywróć na nice, obróć głębokość. Będzie gorąca głębia. Zamiast omszałych kręgów cynobrowe koła z paprocią płomieni. A zresztą zmień cały świat – zdenerwował się bardzo. Na kogo? Na Kogo? Żegnał się zawstydzony ramionami krzyża. W krzyżach z drewna krzyże z krwi. Czerń i błękit.
– A ja? Też umrę? – zapytałem w deszcz.
– W czasie śmierci Huczkowej, zagłady domostwa, będziesz w sklepie monopolowym z Eisenem i z matką. Wezmą cię do dźwigania butelek „Wypalanki”. Gorsza nie dojedzie ze „Starowinem”. Utknie w Bystrej nad Białką. Zerwą wody jeden most, drugi most – przestał przebierać palcami.
Słońce.
Uderzyło raptem. Żółta kula, biała kula. W czole, w oczach blask. Potęga światła. Pod powiekami fioletowy rój. Mrowisko purpury. Ustał pluskot deszczu, to stałe pluszczenie. Cisza, a potem ptaki. Śpiew mysikrólika, tak wysoko. Kukanie kukułki.
– Rachuj! – zawołała do kogoś Pińcikiewiczowa.
Nie lubię wróżb. Śmieszą mnie osoby przesądne. Najwięcej dyrektor Matusik, ateista, plujący w sralabartek. Otworzyłem lewe oko, zamknąłem, otworzyłem prawe. Zewsząd buchało kolorami. Po chwili chaos barw uformował się w treść. Julia prowadziła Julisię z obory. Krówsko latowało, tylne nogi podrzucały zad. Brunatne porykiwanie stawało się czerwone. Chlastał czerwony ogon po czerwonych bokach. Krowa Huczkowej zrywała się do byka Pińcikiewiczów. Popęd po sąsiedzku. Nagle, zamiast zadu poderwała łeb i podrzuciła gospodynię wysoko. W chmury. Upadło „o Jezu” w warzywa. W czosnek z cebulą. Podniosło się ciężko „o Jezu, o Jezu”, z „Jezu, Jezu, Jezu”, z obu kwiatostanów, białego i różowego, zgniecionych na fiolet.
– Żyję? – zapytała Julia grządkę. – Wstałam z ziemi i pójdę do nieba – usiłowała mówić z sensem.
Zagrzechotał łańcuch, zaklekotała korba od studni. Zjechało wiadro w zieloną ciemność, w czerń i wyjechało pełne z zimnicy. Oblewała Julia Julisię. Z rogatego krówska – spuszczony ogon. Można za nim stanąć, po mleko.
– A ty Honkis, gdzie tak lecisz wzdłuż płotu? Dyr-dyr po godzinie – polała Huczkowa narzeczonego. – Uspokoiłam krowę bez twojej pomocy. Letnik mi pomógł z wiadrami. Podał jedno rozlewając połowę – śmiała się za głośno. Z powiek kurze łapy.
Ściągam mokrą skarpetę. Stopa z lodu. Utopiono w studni grudzień. Można paluch kłuć ołówkiem. Nie poczuje B5.
– Daj, pochucham – stanęła za mną (Lepsza). Drygnął chłopak w dziecku. Zawirował bez stóp po górach zielonych.
– Przyjechałaś dzisiaj? – zapytałem nie wiedząc, co zrobić ze skarpetami. Jedną wepchałem w kieszeń Honkisa, a drugą w daszek studni, między zielonkawe.
– Dzisiaj Jacusia imieniny – szturnęła Lepsza siostrę – wyjmij z torby prezent. To od nas, najmodniejsze pepegi. Kupiliśmy ci po bucie. Ale najpierw… – zaczęła chuchać w białą stopę.
Ciepło, ciepło, coraz cieplej. Czuję już język w wysklepieniu. Łaskocze delikatnie. Można umrzeć w chuchach Lepszej. Ale na białym karku, pod warkoczem – czerwony ślad. Malina! Kto tu ssał? Wuj Szymon daleko, zresztą nie wychodzi ze szpitala, (Wicek) też daleko, bliżej garbaty (Donajszczak). Podobno garbaci bardzo namiętni. Czarna zazdrość o Lepszą. Nie moją. Biały kark do ścięcia. Zrzucić sierpem głowę na stopy. Poturlać Donajskiemu „masz garbusie malinę”.
– Przemoczył letnik onucki – odezwała się Julia do krowy – i zaraz całowany gorąco – patrzyła z niedowierzaniem na chuchanie Lepszej. – Nasz Honkis, nie chucha tak gospodyni. Zupełnie nie chucha. Tylko raz w roku wyciąga żenidło. W rocznicę powstania NSDAP. A tak, to siedzi za budą czekając na Pińcikiewiczów. Mógłby i krowie troszku pochuchać. Z jęzorem, jak ta pani. Pogzić się co nieco z moją Julisią. Aby nie wariowała. Teraz tylko muczysz. Już nie pamiętasz jaka byłaś groźna, nawet dla gospodyni. Jak rzuciłaś mnie w baldach! – bęcnęła Julia przed furtką demonstrując spod kiecek pofałdowane krocze. – Boli teraz wszystko, a ty czochrasz się o Chrystusa, taka niewinna, łagodna. Patrz!, On udaje, że zasnął – złapała krowę za ogon. – Widać lubi moją i swoją Julisię – dul-dul, wyduldała leżąc podpiwek.
– Tylko waszą!? – pierdnął Honkis pod Skrzyczne.
– A czyją!? – zdenerwowała chłopa do gnatów. – Zobacz, jak ładnie wygląda z Chrystusem. Jego krowa i Julii! – odwróciła się na bok, od Skrzycznego.
Złość wygięła Honkisowi zęby i cybuch. Nasypało się żaru do oka. – Włóż pan oko do studni – poradziłem przybłędzie. Złość ze złością sfalowała mu ostrze kosy. No bo co? Nie było przecież halnego Nie podziękował za poradę, tylko zarzucił Julisi łańcuch na szyję.
– Tobie też tak – obiecał Julii.
Zerwała się z trawy i kopnęła Honkisa w obiecanie. Opamiętał się narzeczony. Wyprowadzili krowę przed płot „żryj tutaj”, „dość zalotów przy Chrystusie” i usiedli w zielonym. Huczkowa powyjmowała spod trawy butle z podpiwkiem, ciemny słód, a Honkis wyszarpał z portek flachę samogonu. Pili blisko krowy. – Moja i Chrystusa! – Nie tylko! – posuwali się na bałyku za chudym wymieniem. Aż zaryli w trawie głowami. – Wszystko zapiszę na Kościół. – Honkisowi za… Hauptmannowi… – bełkotali do racic.
Poleciał Antek na wygon Pińcikiewiczów. Z piłką. Podbija skórę zielonymi stopami i przeskakuje z moją nad bykiem. Niezadowolony coś stadnik. Ciągnie na postronku pastwisko. A teraz gra Antoś przy szosie. Wali piłą w przejeżdżających motocyklistów. Prosto w pędzące głowy. Zawsze trafi w fryzurę. Znają szczyrkowscy talent Łaciaka, znają i bielszczanie. Och, mają pojęcie w Buczkowicach i Salmopolu. Hamuje każdy widząc utalentowanego z piłką u nogi „zaraz nam rypnie w fanfana”.
– Przypierdol mi Antoś! – podstawia łeb kierownik tartaku. – Pierdolnij prędziutko. Spieszę się z apteczką. Tartak ruszył i przerżnęło chłopa.
– Strzelaj już Antek, bo pędzę do klubu. Ze „Starowinem”! Dla prezesów – zatrzymał motocykl działacz sportowy. – Obejrzeli zdjęcie skoczni po remoncie. Nowy próg i co pod progiem. Ostrość zbocza z fotografii żga prezesów. – Boją się wstać Wszędzie poniemieckich berżer.. Wszędzie przepaść. Pod parkietem, dywanami czyha dziura. Od przedwczoraj tak gniazdują – zleciał działacz do rzeki, w górskie fale, ciemne, ostre, z kamieniami, gałęziami. Omal nie utopił się ze skórzanym flakiem na twarzy. Pękła dętka na działaczu, przywarła do gadania. Prąd zabrał moją piłkę „Od Szkoły Nr 1 w Stalinogrodzie dla najlepszego ucznia”. Ani razu nie kopnąłem białej. Stale padało. Lecz mam już obrazki nie wyrzeźbionych Chrystusów, jeszcze w brzozie, pod korą, nie wyjętych dłutem. Zanurzyłem pędzel w słojach, w duszę drzewa. W krew i sól. W kości z pędu. Wszedł starannie w Jedynego włosiem, trzonkiem, przedramieniem, ciałem całym.
– Wiecie, kto tak… działaczowi? – zapytał Lepszą młodszy Pińcikiewicz połykając „przydupił”. – Nasz Antek, z LKS-u. Antoni Łaciak! Ma dopiero czternaście lat, a skacze na nartach jak stary. Kochamy go w Beskidzie – wyjaśnił Lepszej wyrozumiałość motocyklistów.
– Nie jestem dla was „wiecie”. Jestem pani Lepsza. Przyjechałam dzisiaj ze służącą. Z Katowic! Zobaczyć Matki Boskie na Klimczoku – otworzyła parasol. Zatkało w słońcu młodego.
Wyszedłem przed furtkę, za płot, powoli, na bosaka, odwykły od chodzenia. W podeszwach ostrość, obłość kamyków. Miłe odczuwanie ziemi. Parowała. Lotne barwy unosiły pejzaż. Z chałup buro, z łąki granatowo, z kamieniołomu subtelny róż. Między Klimczokiem a Skrzycznem tęcza w tęczy. Uniosłem się i ja, niewysoko, parę stóp i wyrzuciłem ręce do nieba. W wszechświat. Objąć go, całować. Chrystus też podniósł rękę z gwoździem. Ku słońcu? Do Ojca? Para lelków usiadła nad Nim wzdłuż, a nie w poprzek gałęzi. Dziwne ptaki. A może mnie powitał?
Z chałupy wybiegł Eisengraeber. Oblepiony mucholepcami. – Wypraszam sobie! Wypraszam! – wołał do dyrektorowej w chałupie. Zrywał lepy z nagiego torsu, przyklejał. Plasnął dłonią gdzie zabrzęczało. W pierś z muchami. Odlepił, przylepił. Otarł czoło lepidłem. Wystraszone kury starabaniły się wokół koguta. Wyrwał się kurak ze ścisku i zatrzepotał skrzydłami. Ruszył piejąc po nioskach na oblepionego. Zniknąli za drewutnią. Tylko pięty Eisena zostały. Słychać wrzask i trzepot duży: – Przestań pieju! Przestań zaraz kurysynie.
Co matka powiedziała Eisenkowi? Czym mu tak dogryzła? Że wybiegł z chałupy bez „Starowinu” i bez dwóch papierosów za uchem? Może sieknęła białymi kłami: „Nie masz erekcji przez mżawkę? Zamókł ci pieprz w spodniach? Od wczoraj opowiadasz tylko dowcipy. Te same. O Ethel Rosenberg. Dowcipy, których nie rozumiesz. Nasyp pieprzu do kaleson i przestań powtarzać o egzekucji.” A może kazała mu sprzątać w izbie? Pomagać Gorszej? Narysuję domysły ołówkiem, a później powycinam i będę układać, przekładać domniemania z przypuszczeniami, kłaść pasjanse „co powiedziała?” – oparłem żółtawy karton o drzewo z lelkami i zacząłem rysować Jaśnie z Eisenem: „Już tryknięty. Nie umył rąk po wyjściu z UBe”, słyszę w myślach głos dyrektorowej. „Śmierdzą z daleka. Wyszoruj zaraz prawe łapsko pumeksem. A szczoteczką wyczyść gębę z obu choler. Jasnej i ciężkiej. Potem włóż smoking. Przebierz się za ziemianina. Lubię z takim przebierańcem.” „W smokingu, a bez niczego? Do mnie bez koszuli? Bez kamizelki? Z kłaczastą piersią do Jaśnie!? Chyba sam wypiłeś pół litra jak byłam w UBe. A może jak spałam? Zaraz, zaraz, trzecia chłodnia, trzeci but bez ... Won od pani!”
Przerwał lelek terkotanie, „errorr” dla lelkowej. Wyszła matka przed chałupę. – Który to miesiąc? Sierpień? Dopiero był lipiec, A rok? Pięćdziesiąty trzeci? Tyle już lat po wojnie, i nie ma Anglików? Andersa?
– No, nie ma – rysowałem dalej.
– Pospiesz się dziewczyno z tym sprzątaniem pokoju – powiedziała do Gorszej w oknie.. – Zapomniałaś chyba, że służysz? Zbyt dużo słońca. Tak na raz. Futro moje jakby z wielbłądziej szyi, a nie z karakuł. Powinnam zaraz sie położyć i czegoś napić… Tak, alkohol leczy mi wątrobę – przysiadła na kolanach Chrystusa. – Twardo – podniosła się z trudem. – A panu Teodorowi jak przyleci stamtąd, gdzie poleciał, powiedz głośno, żeby nie dłubał przy wielmożnej zapałkami w uszach. Nie oglądał przy pani grudek woskowiny. Przekaż mu moje życzenie wrzucając do gnojnika niewychowanego. Chyba, że sam wskoczy z woszczyzną. Ach, jest i mój syn. Znowu rysuje – dopiero teraz mnie zauważyła. – Zapomniał o matce zupełnie. Nie zajrzy do cierpiącej. Nie poczyta chorej przy łóżku. Dantego albo… – weszła do chałupy.
Po godzinie zjawił się Eisen. Bez mucholepców, z papierosami i z „Wypalanką”.
– Byłem w sklepie – usiadł na Ukrzyżowanym. Zapalił „emdeema’. Porwały go ręce Gorszej i uniosły nad gnojnik. Puściły.
– Pani kazała!
Usiadł w gnoju, zamiast upaść. Narysowałem zdziwionego przyjemną miękkością. Naszkicowałem jak wstawał ze śmierdzącej fali, uginającej się pod kolanami, łokciami. Za miesiąc to wyrzeźbię.
– Podobno przed wyjazdem na wczasy kleiłeś dla Zjednoczenia czerwoną gazetkę – zaśmiała się matka z izby. – O zamieszkach we wschodnim Berlinie. Przeciwko robotnikom, którzy byli przeciw. Którzy żądali wolnych wyborów. Dowiedziałam się o gazetce, zgadnij od kogo? – zaśmiała się drugi raz. – No zgadnij? – zaśmiała się po raz trzeci. Wyrzuciła przez okno pantofel.
– Musiałem, naprawdę, musiałem – deptał w gnoju z „Wypalanką”. Biały, czerwony, w brązach. – Przepraszam Zosiu, kazano. A i tak powiesili inną – rozdeptał się w mierzwie. – bo wkleiłem obok czołgów – Hillarego z tym żółtkiem. Akurat zdobyli Berlin, co ja mówię tę górę, zapomniałem…
– Everest! – podpowiedziała Pińcikiewiczowa.
– Pytał ktoś panią o Himalaje? Sam bym sobie przypomniał – przestał skomleć, zaszczekał. – Zaraz po przyjeździe do Katowic ukatrupię trzy siostry. Donosić na brata, na dobrego Eisenka. A chciałem dla nich zabić żonę. Powiesić grubą wśród biusthalterów. Aby moje siostry miały prywatność w Czeladzi. Marsz mi teraz z Katowic. Z powrotem nad Przemszę! Niech sprzątają po Żydach – usiadł w gnoju i wypił. Płynął w poprzek gnojnika.
Poszedłem łąką do rzeki. Przez zieloność do czarnej. Do. Nie można powiedzieć „nad”. Wali brzegiem po gościńcu. Trudno ustać taki łomot. Asfalt śliski od wody. Trzyma Antek miastowego. Środkiem żywiołu wieprze płyną, krowy płyną, koń płynie. Obraca rzeka martwą trzodą, bydłem. Rzuca z wiru w wir. Rozdziera o dno miękkie brzuchy. Wybryzgnął żwacz z łaciatej – świeżą trawą, bułką łąki. Tylko łeb konia w górze – rży. Komuś zabrało chlew, oborę, stajnię. Wszystko wzięła powódź. Po wielkich deszczach będzie wielki brak. Ani mąki, ani mięsa, nawet mleka. Zjedzą pociągowego z twardym kłębem, z siwą grzywą. Do drugiej orki będzie bez kopyt. Uśmiałby się, gdyby wiedział. Nie walczyłby o końskie życie z blachą w pysku.
– Do tamtej jesieni jadłem tylko mleko. Prosto z wymienia, albo gotowane z pokrzywą, szczawem. Nieraz z jagodami – zawołał Antoś w łoskot Żylicy. – Krowa wszędzie się wypasie. Nawet pod kamieniołomem. Wśród skał. Smyka trawiny spod ciosów. I jest mleko. Ale chleb? Bez pola! Chyba, ze Pański w niedziele. Długo zawsze trzymałem w ustach opłatek, długo, aż zwinął się na języku w bibułkę mąki, rozpuścił w pragnieniu. Spłynął do gardła z pszennym zapachem. Głód po przaśnych największy. Słodki, do bólu. Mógłbym komunikować co chwilę – klęknął na moment i zerwał się z wody. Wyskoczył tak wysoko i powoli opadł. Aż strach, że człowiek tak może. Patrzyłem na Antka z podziwem.
– My Łaciaki, zwyczajny chleb, to tylko wąchaliśmy. Pińcikiewiczka od rana modląc się przy studni ciamkała dokraszoną pajdę. A stary Pińcik ciamkał na dachu, aby pół wsi wąchało. Co miesiąc zakłuwali prosiątko, Po ćwiartowaniu, stara przesmażała tłustość, doskwarzała. Zapach bił na naszą chałupę, i nam Łaciakom kiszki skręcało. Oskoma straszna. Mordowałem w snach Pińcikiewiczów. Miałem się z czego spowiadać. Stos trupów dla księdza co tydzień. Ale teraz jem jak sam prezes LKS-u. Mięcho, kawiorek. Podsuwają najlepsze obiady „jedz Antoś i skacz”. A kolacje dają do domu. Cała rodzina syta. Krowę, to matka doi, żeby nie bolało krowinę. Kocha starą więcej niż nas, drób. Mnie kocha zaraz po Graniastej, bo teraz Pińciki pozdrawiają Łaciaczkę. Już z daleka widzą matkę Antka! – buchnął naraz płaczem. Płakał jak małe dziecko. – Onegdaj, to nawet nie odpowiadali „pochwalony” na matki „pochwalony”. Butów nie miała na niedzielę. Do kościoła w łapciach. Ale po co, po treningu wódką mnie częstują? Jakieś koniaki. Za dużo. Słyszę stale „Wypij Antek z działaczem”. Czasem mam dość już skakania. Chciałbym czytać książki. Jak ty. Chciałbym uczyć się w Bielsku, a później w Katowicach. Nie chcę być murarzem, robotnikiem. Nosić cegły, stawiać ściany. Lecz każą. Sportowiec ma być „fizyczny”. A oni działacze „umysłowi” – odsunął się ze mną przed płynącym „z ucha na ucho” szaflikiem.
– Uusss – krzyczy coś z motocykla kierownik tartaku. Zadowolony bardzo. Pędzi gościńcem po wodzie. Do pół koła w falach. Trysk kropel z ciemnożółtego, czerwonawy w słońcu. Hamuje ostro przed Antkiem. Opada wodny ogon. Po cóż się zatrzymał? Nie ma już Antek piłki.
– Jak fajnie Antek, że nie masz fusbala – wyszeptał, co krzyczał prując w Żylicy. – Jak fajnie – odetchnął w szyjkę butelki. Wypił z Antkiem pod paznokieć.
– Co w tartaku? Pociął więcej ludzi? – A co z porżniętym? – zapytaliśmy na dwa głosy. Wysoki, i wyżej.
– Uratowałem ciesielskiego. Nie umie pić, a pije. Brygadzista z miasta. Z kacem, i bez paluchów – popędził kierownik dalej, do sklepu po wódkę „partyjną” z czerwonymi kartkami. – Jak fajnie – podniósł wodny ogon. Rozłożył się wachlarzowato. Piękne oka mkną po górach.
– Ja Antoś na pewno nie będę murarzem, ale zazdroszczę ci siły – napiąłem słabość. Chciałbym mieć twoje zdrowie, krzepę. Być chłopakiem, którego podziwiają mężczyźni. Który nie lęka się fruwać jak ptak.
– Uważaj! – podskoczył ze mną nad kamieniem. – Rzeka z gór toczy skalny drobiaz. Obrabia na gładzinę. Dobre to na podmurówki do chałup, na studnie i na gnojniki. Albo do rzucania w sąsiadów. Jak pokłócą się gospodarze, to mają czym. Biorą skalne placki z ułożonego stosu i drugiemu w okno. Po takiej kłótni ma sąsiad kamienie sąsiada. Tylko okien nie ma, albo za duże.
– Widzisz Antoś to ty mnie ostrzegłeś, a nie ja ciebie. Pomogłeś przeskoczyć otoczak. Nogi by mi połamał. Jesteś lepszy od miastowych.
– A ja, chciałbym mieć twoją siłę – odpowiedział ponuro. – Siłę bycia w sobie. Tylko z Bogiem i z wybranymi ludźmi. Daleko od szosy, od mas. Potrafisz zatrzasnąć furtę. Pilnować własnej chałupy, z sierpem. Masz chłopską naturę. Nie masz duszy miastowego. A do Łaciaka wszyscy wchodzą. Z kwiatami i wódką. Podpatrywałem ciebie, co noc jak padało. Jak przesiadywałeś pod gontami. Zimno, nie zimno, byłeś tam. Byle nie być z kimś, kogo nie chcesz. Obserwowałem jak czytałeś i rysowałeś przy świecy. Jak mówiłeś do siebie. Ty i ty. Jeśli nie pragniesz kogoś, to wała, nie dasz przystępu. Może ci zaleźć za skórę, ale nie głębiej. Dalej (Skaliste). A Łaciak dopuści każdego. Nawet prezesa z ZSL. Chociaż nie cierpi pijusa. Mówi mi ożarty, do kogo mam się uśmiechnąć. Komu uklonić. Komu dziękować za narty, za strój, za jedzonko. Jemu. Ustawia Antkowi myślenie. Nie odskoczę od tego pijusa od działaczy pijaków, choćbym przeleciał nad Beskidem – posadził mnie na ramionach jak Półtoraczyk. – Zejdźmy lepiej z szosy. Asfalt rozkisł. Lada moment nie będzie gościńca. Zsunie się do rzeki.
Naraz skrzyp straszny, aż wykręciło kark. Rumor pni. Rozleciał się most. Uderzyła od spodu Żylica. Energią gór. Poszło drewno wysoko. Jakby miner wysadził. Opadały z wolna kantówki i okrąglaki. Nie ma przejścia do kamieniołomu i z powrotem. Złażą ze skał kamieniarze. Będą drałować wzdłuż stoku z narzędziami, obchodzić wodę. Wieś tak blisko, a nie przejdziesz. Trzeba lasem w ciężkich hełmach. Na pewno kurwują na wezbraną, na swój fach kamienny, na życie kamienników.
Poszła po nas czarna fala. Noc też idzie. Wracamy przez łąkę. Julia z Honkisem dalej sztywni. Nie słyszeli o moście. A Julisia daleko. Na innym pastwisku – nieHuczkowej.
– I jeszcze boję się natury – nie dawałem za wygraną „jestem gorszy od ciebie”. A najbardziej, to lękam się Honkisa. Patrzy jakby chciał kogoś zabić.
– Nie przejmuj się przybylcem. Przeskoczymy go jutro. Zobaczy osiem pięt nad czołem. Nasze podwójnie.
W nocy, larum przed chałupą. Krowa wlazła w koniczynę. Zaraz pęknie i po Julisi. Nie będzie pięknej mordy z wielkimi ślepiami.
– Leć po puszczadło! – Nie na krew! Na gazy! – Leć po pędzonkę – komenderuje Julia Honkisem. Biega Hauptmann od drwalnika do drewutni zamienionych na bimbrownie. Są puszczadła, ale nie ma pędzonki. Wszystko wypił kapitan. Na szczęście dyrektorowa przysłała Eisena, ze „Starowinem”. Pomagałem poić, puszczać. Syk paskudny z dzięcieliny, fetor z brzucha, tłuszczu, kwasu. Warto było jednak w smrodzie. Dla Julisi krowy Julii.
– Żałujesz zwierzęciu pół litra!? – bije czymś matka Eisena. Kiepsko słychać, dudni z rzeki. – Podaj mi zaraz pantofle. A najlepiej ten klocek Huczkowej! Do pieprzu! Nie będę chytrego chlastać bamboszem.
– Muszę letnikowi podziękować za pomoc. Poił krowę jak stary gospodarz. Zobaczy za to izbę góralską. Beskidników na ścianach. Mój pokój – cmoktała z wiadra gospodyni. Co zdanie, podpiwek ze „Starowinem”. – Taki pokój to tylko oglądać nocą. Przy świecach – cmoknęła nad pustym wiadrem. – W dzień zbyt pstrokaty dla oczu miastowych – zawarła Julisię w oborze, a Honkisa za płotem. – Nie będziesz spać przed budą po moim Gryzaku. To był czujny pies. Wychłeptał podpiwek ale pilnował. A kapitan prześlepił krowie ścieżki. Rozdęło Julisię przez Hauptmanna. Nie dostaniesz nawet psiej budy. Wszystko na kościół! – wróciła do figury Chrystusa. Wyjęła z drewnianego boku różaniec. – Mam tu schowek przed Honkisem. Wszędzie węszy, za gontami, pod podłogą, ale nie w Jezusku – położyła liść na ranie. Odemknęła krzyżykiem różańca pozłacane drzwi. – Kawał lasu sprzedałam, żeby ozłocić – zapaliła pierwszą gromnicę. Na podłodze dziewięć świec, krzyż ze świateł. Chyboczą kolory chyba stu obrazów. Na szkle malowanych, na kaflach. Rzędy gór wokół izby, Te najwyższe przymocowane na ukos, do powały i ścian, pochylone nad nami. A na górach – górale. Tańczą tupanego. Beskidnica z beskidnikiem. Przytup, zaśpiew. Niepotrzebnie zachrobotała mysz. Znieruchomieli tancerze w barwnych przegibach.
– Umrę za niedługo – przeżegnała się Julia. – Ps – psyknęla na osiem kotów. Jeden bez sierści leżał w misce z mlekiem. – Cały Honkis – syknęła „iiis” jak zaskroniec. Ruszył się bezwłosy kocur. Obszedł miskę fukając. Hauptmann z trójkątną czaszką, z różowym bielactwem. Para czerwonych źrenic w bladym trójkącie. O czym myśli kapitan zamieniony w kota? Krew przyczajona w ślepiu. Trup Julii w zwężeniach.
Światło poszło na sosrąb. Patrzą na mnie czarne świątki wyrzeźbione w głównej belce. Przecież to… od dziecka do starca – Jacek Durski. Widzę siebie pod powałą. W różnym wieku. Ktoś mi to uświadomił. Ale kto? Kim jest ten wiedzący? Nasz Chrystus? Mój Anioł? Pytania uciosane w czarnym drewnie.
– Huczek to wyharatał, wydłubał w beli. Namalował też te obrazy. Dziewięćdziesiąt dziewięć. Cały Beskid dookoła. Potem został partyzantem. „Nie będzie w Szczyrku Hitlerów”, powiedział Chrystusowi do rany i poszedł w las. Z najlepszą krową. „Pożre sobie Małocha do pierwszego śniegu, czernic i grzybów, a potem ją zjemy, jak wilki.” Nie walczył Huczek, ani w AK, ani w AL. Dowodził armią Huczka. Kilkoma babami i sobą. Nie zabijali Niemców. Raczej robili Szwabom psikusy. Baby zamieniały znaki drogowe i leśne. Przez to, i raz Huczek pobłądził. Zaszedłby do Milówki, gdyby nie krowa. Pięć bab huczkowych, co noc, strzelało po Skrzycznem z korkowców, pięć razy pięć, a trzy huczkowe zapalały na stoku ogniska, trzy po trzy, „tylu jest partyzantów”. Huczek mniej dowcipkował. Przebrany za gospodynię czekał z krową na brzegu lasu. Zapraszał między sosny wracających z posterunku Schutzmannów, i wstyd powiedzieć, gwałcił mundurowych. Taki podwójny był. A żenidło miał wielkie. Trzy razy jak Honkis. Cztery. Jak przyłożył od tyłu – wsunęła pod kiecki przewiąsło. – To na Huczka rzucała bomby Luftwaffe. Dla niego na cały Beskid – tarła pod kieckami – Żartował z odłamkowych leżąc w jamie, w świerkowym zasieku. Aż zrzucili burzącą, gdzie był. Ta połać, pod szczytem, to nie leśna polana, to grób beskidnic i beskidnika. Tańczy Huczek pod ziemią, w środku góry. Kołuje do samego wierchu – dotknęła językiem ufirankowanego obrazka i pieści dowieszone do koronek dzyndzyki. Mamrocze mieląc w ustach dzyndzoły: – Wychodzi Huczek ze Skrzycznego. Co wieczór. Z ziemi do nieba. Popatrzy na podupadłe gospodarstwo, na cmentarz z dzieckiem, usnęło w świeżej słomie i – na ślubną. Postarzała się bardzo od okupacji. Sama w polu. Sama z podpiwkiem. Woli Huczek spozierać na Małe Skrzyczne. Z dużego… na mniejsze – krzyknęła wypluwając na brodę dzyndzyki. Wysunęło się spod kiecek czerwone powiąsło.
– Zatarła się pani? – zapytałem jak inteligent.
Dniało, pstrokaciały obrazy, koronki ram. Kicz z dziwną siłą. Co to jest? Dobre i kiepskie zarazem. Pomyślunek artysty prymitywa. Duch ubogi wysoko. W izbie nie tylko góry, mnóstwo gór, lasów zielonych i białych. Pejzaż przy pejzażu. Kilka panoram. Ale są i portrety. Chyba Huczka i Huczkowej, i… zauważyłem scenkę rodzajową „Julia skrępowana powrósłem”. Nad nią Huczek, fruwa.
– Dużo tego mąż narobił – podziwiam jarmarczność w nowym świetle.
– Oj, dużo. Chyba hektar. Kupowali to piśmienni. Sam proboszcz to sprzedawał. Po sto sztuk innym księdzom księżom z Bielska-Białej, i z Tarnowa, a oni dalej wiernym w parafii, tym bogatym, asesorom, planistom. Było za co krowę kupić. Wisiał Huczek, w asesorstwach…
– Obejrzę dokładnie dziwną sztukę. Dzieło bez umiejętności. Toporny realizm z wielką fantazją. „Wbita w górę błyskawica.” „Płomień biegnący po Małym Skrzycznem.” I ten pejzaż na obrusie. „Tęcza w rozkroku. Od Skrzycznego do Skrzycznego grzbiet czerwieni” A na talerzach: „Rozblask ogniska.” „Krąg z popiołem.” Centrum Huczkowego świata.
– Niech letnik popatrzy na ten kafel, na Skalite przekrojone na krzyż. Błyskawicami. I na ten, Skalite po burzy, dymi las biało.
– To chyba jakiś abstrakt jasnożółty?
– Jakie „bs”, nie rozumiem? Żgli się słońce, w mgiełkach rannych. Płakałam jak to malował. Żegnałam się i płakałam.
– Ale przecież, to okropny landszaft!
– Nie podoba się letnikowi? To się nie podoba!? Skalite po burzy!? W słoneczku – patrzyła na mnie jak na stukniętego kamieniołomem. Zacząłem rozumieć, że jestem puknięty. Prędko się uczę. – To przecież nasza garbata ziemia. Garby piękne. Jak nie płakać w takiej chwili. Nie rozumiem miastowego. Nie rozumiem! – wielkie Coś rzuciło Julię na kolana. Przed tym krzyżem ogni z palących się świec. Pchnęła ją wielka miłość do krajobrazu, do gór śląskich ze świerkami, bukami, czasem z jodłą, a czasem z jesionem.
Już nic nie mówię. Dłoń na ustach, pięść. Tylko zerkam po obrazach: „Jakaś krowa z jakąś kurą. W złotym łańcuchu w złote żółtka. Pierścienie w pierścieniach.” „Kogut zapatrzony w kałużę.” „Wilk wychodzący z owcy.”
– A to nasze dziecko głaszczące strumień – opowiada Julia z klęczek. – A to… Kiedy skończy to „a to”… Chrystus w spodniach łubianych. Z bukietem kąkolu. Odprowadza naszą dziewczynkę do nieba. Wbite w obłok drabiny. Obwieszony paciorkami, dzyndzykami. A może to nie Chrystus? Może to ja, Julia? Idę z dzieckiem wysoko? A tu Huczek w piorunie kulistym. W trzaskawicy i gradzie. Z ogniem w ustach. Jak on mnie pobił, że nie dopilnowałam dziewczynki. Że zasnęła w sianku. Skopał jak Pińcikiewicza. A potem wykasztanił się obok. Taki galanty.
A to Julia na obrazku zza figurek niedorzeźbionych. Nie wiadomo kto jest kim. Czy górale szczyrkające, czy z Suchej Beskidzkiej. Tam też miałam kawalerów. Ale o czym to ja? Ach, o sobie na obrazku. Wchodzę po ostrwi na dach. Pokazałam wszystko Pińcikiewiczom. Pobili się o oglądanie. A teraz galeria portretów Huczka: „Młody Huczek w zalotach.” – Przychodził do mnie z kozą. Albo z owcą. Dzwoniły dzwonkami. Mój pokuśnik dyn-dyn – uniosła nafałdowane suknie. Fu. Nie jestem Honkisem. Odwrócony nos z oczami. A to, „Weselicho Huczkowej i Huczka.” – Mój przy stole, ze szklanką okowity. Gotowała się już pierzynczyna. – A to, cały stół weselny – pokazała dogniwające ścierwo. – Tak, Huczek lubił nieświeżą owcę. Myśli Julii tuż tuż. – A to…
– Musicie tak stale mówić „a to”? I zawsze na początku. Już nie mogę słuchać tego „a”, tego „to”, tak powiązanych.
– A co za „a to” mam powiedzieć? – zaskoczyła mnie pytaniem.
„Huczek w Salmopolu.” W 1932. Z tymi Niemcami, którzy ufundowali „Biały Krzyż”. Zajęty witaczką – opowiada Julia. – A tu z kosą. Już gospodarz. Pozdrawia ostrym Pińcikiewicza. A tam Huczek z gazetą. Czytałby gdyby umiał – powiedziała prędko. – A tutaj my, Huczkowie z samogonem. Połowę piliśmy a połowę łyżką. Huczek trzy łyżki, a Huczkowa dwie. Wówczas to miałam apetyt. To był dobry rok. Daleko do wojny, dziecko na bałyku, a w kołysce indyk – zachwyciła się wspomnieniem. – Powodzi nie było, pożarów nie było, gradobić. Spalił się tylko chlew Łaciaków. Ale oni nic tam nie mieli. – Nie patrz na to! – zasłoniła chustą mały obrazek. – Obok patrz! Przypomniałem sobie powrzaskiwanie zakonnicy Benigny. – Patrzaj na tę chmurę z drzwiami do nieba. Nimi nasze dziecko…
– Na tym zasłoniętym obrazku Huczek kocha się ze świnią. Coś takiego nie widziałem nawet w domu. W Katowicach.
– Nie ze świnią, tylko z krową.
– Świnią!
– Krową!
– Z miasta jestem, ale odróżniam świnię od krowy – powiedziałem bez emocji. Przekonałem brakiem Julię.
– Tak ze świnią, ale Pińcikiewiczowej – odsłoniła w końcu obraz.
– Jacek! Jacek! – jackuje od południa Eisengraeber. – Idziemy z matką do sklepu. Gorsza nie przyjechała.
– Co za czasy. Musi Jaśnie do monopolowego. Po „Starowin”. Jak niepani – narzeka matka pod kapeluszem ze słomek. Pod gazetą, w artykułach „Trybuny Ludu”: „Stalin żyje nadal.” Pod parasolem Lepszej. Potrójnie zacieniona. Gra swoją rolę – jejmości – bardzo szaro.
Ruszamy górną ścieżką. Po alkohol „przywieziony z Buczkowic” i po cukier do alkoholu „trzeba przypalić to świństwo”. Szosy nie ma, w Żylicy. Podtrzymuję matkę, nie przywykłą do wzniesień, do górzystości. Na Kujawach ziemia prosta, wody proste, bez niepotrzebnych ozdób. Możesz strzelać daleko. Z Owic do Urzędu w Sokolnikach. Zabić ubowca dla żuchwy. Prasa cicho o myśliwym. Trzymam nad matką ojca parasol. Duży, z wiatrem w czaszce.
– Równo trzymaj! Nie tak! Tak! – dyryguje i narzeka na powódź, na faszystów, komunistów. Wszyscy na coś narzekamy. Stalin, Bierut i Morcinek w jednej rzece utopieni z Gorszą i parasolowatym cieniem. Zaryczała w oborze Julisia. Ostatni raz dla letników. Zawołał coś Chrystus. Zakrzyczał. Nie zrozumiałem zdań w gęganiu gęsi Huczkowej. W naszym gę-gę. Matka zżyma się teraz na Churchilla, a ja znowu na parasol. Przesłania czarny niebieskie niebo i szczyty gór. Chcę widzieć najwięcej! Zapamiętać: Klimczok nasiąknięty błękitem. Jego rysunek w fioletach, a po chwili w żółciach. Powidok-powidok, zimno, ciepło – falujące w oczach. Blask słońca na pochyłym dachu. Zasrebrzył się wysmołowany. Lepik z księżyca? Muszę także zapamiętać: Ostrą krawędź perzu, igły konietlicy, ogładzony kamień, rozplaśnięte krowie łajno. Zapach barw, smród chemii. Na kamykach wygrzewa się rodzina zaskrońców. Zielononiebieskie zwoje. Splecione w połyskujący kłąb. Gady razem, tak blisko, a moja rodzina?. Matka w Szczyrku z Eisenem, a ojciec w Międzyzdrojach. Rozpełzły wije.
– Pan dyrektor nad morzem, a dyrektorowa… – podniósł się głos matki. – Gdyby tu był, pod ręką…
– Nad morzem dalej kapie – bronił Eisen Beskidu.
– To jest kurort!? – A gdzie deptaki z siedzeniami? Co pięć metrów powinna być ławka, a co dwadzieścia pergola. Jak w moim parku, w Owicach – wspina się sopran po stromej ścieżce.
Rozprostowałem dla matki horyzont. Ma jak na Kujawach. Tylko, że zamiast dębów i wierzb – iglasto. W świerczynie dwór z kamienia. W zielonych koronach złote i srebrne Anioły. Błyszczy aktyw Pański. A na dole stróże szare. Stoją przy ludziach. Trzeba pilnować chrześcijan.
– Pochwalony – pozdrowił nas starszy Pińcik, a młodszy opowiedział: – Przyjechali miastowi. Od was. Z Katowic. Pomagać góralom z Żylicą. Trzystu górników w czarnych mundurach z frędzlami, medalami. Na taki gorąc w okrasie. A jeden to nawet z szabliskiem.
– To szpada górnicza. Symbol. Dawniej, broń białą mogli nosić tylko ludzie honoru. Przede wszystkim szlachta. Ale również i ci stanu wolnego, którzy wykonywali dla ojczyzny niebezpieczną pracę – mówiłem jakbym czytał. – Górnik zjeżdżał w głąb ziemi. W jej ogrom, czerń. Górnik spieszył górnikowi z pomocą – czytałem z głowy. – Nie zostawił konfratra w potrzebie. Tak jest do dzisiaj – przeczytałem chłopu. Ale po co? Po co mu ta wiadomość? – Wszyscy górnicy z Katowic mają takie szpady – poniosło mnie nad Rawę. Poczułem się przez moment Ślązakiem. Pierwszy raz. Nie, trzeci. Pierwszy, kiedy sierżant MO i kapral LWP zabili brata Poćsamtu, w majowym pochodzie, śpiewając. Wciągnęli do bramy, pomstującego na władzę Ślązaka i udusili. Płakał przez tydzień Poćsamino, milczała Poćsamtu. A drugi raz, poczułem w sobie śląskość, kiedy zamieniono Katowice na Stalinogród. Gniew chłopca z Mariackiej, stąd. Narysowałem w klasie portret Morcinka, a po lekcjach osikałem go z Bogowolskim, kolegą z ulicy Kościuszki. Płynął nasz mocz z grudkami grafitu pod katedrę Horeckiej.
– Górnik, ze szpadą, czy bez, był wolny, tylko za Grażyńskiego. Za oświeconego dyktatora – oznajmiła Jaśnie. – Tak, ten Grażyński, zostałby polskim premierem albo prezydentem, gdyby nie Hitler. A, że polonizował Ślązaków na siłę, hm – włożyła twarz do torebki. Zabulgotało, bul, bul. Skończyło się picie. – Tak – wyjęła głowę – polonizował. Może zbyt. Lecz doskonale zarządzał regionem, infrastrukturą. A jak starał się o edukację. Początki Politechniki, Uniwersytetu, nowoczesne Muzeum Śląskie, regionalna Rozgłośnia Radiowa. To był najwyższej klasy urzędnik – zwróciła się do mnie w potrójnym cieniu. – A, że tak polonizował, hm. On dobrze chciał dla Ślązaków. A oni dobrze pracowali. Pod ziemią w czarnym kamieniu. Często na klęczkach, a nawet leżąc w ciemnościach.
– Jest dziesięć typów węgla kamiennego – wręczyłem Eisenowi parasol i zacząłem rysować dla Pińcikiewiczów tabelę.
– A dzisiaj, to niewolnicy czerwonego Zagłębia. Klęczą ze strachu na dywanach w KW – mówiła dalej matka.
– Po legitymacje PZPR – zabeczał Eisen „Międzynarodówkę”. – Nie widać dywanu spod tylu kolan – przebeczał wszystkie zwrotki. Bez słów. Odezwały się w zagrodach inne barany. Zaszczekał pies Łaciaków. Zawtórował pies Klisiów? Nie, to Hauptmann. Wyje z bólu, głucho, jakby wpadł do studni. Nienawiść z piekieł do nieba.
– No i po co przyjechały do zielonych czarnuchy? – wyszła Jaśnie spod parasola. Zmieniła temat, nastrój. Z idei, do nic ważnego. Z rozumienia w żart. Jej umiejętność wystawiania innych – do i pod – rozłości zaraz sprytnych. Poczują się oszukani rozmową. „Poddała nas miastowa działaniu.” „Nasze dusze w garści miastowej.”
– Jak to po co!? Powódź odczyniać! Bębnem i trąbkami. Talerzem o talerz – zamachał kosą starszy Pińcik. – Przyjechało do nas górnictwo z usługą. A letniczka z Katowic nic nie wie. Wyszła z izby po miesiącu. Szykują się na Żylicę czarne chłopy. Będą ją brać muzyką.
– Na razie ustawili przed barem Klisiów transparent „Górnicy Stalinogrodu dla…”, tu się trochę zmarszczyło – pogmerał młody palcami. – Zdjęli pióra… nie poprawiłem na „pióropusze”, … i piją, zamiast coś robić Żylicy. A kilku tańcuje z naszymi dziewuchami. Z moją narzeczoną.
– Tylko z twoją tańczą. Nie daje im pomagać. Góralstwu! Zatrzymać powódź – odezwał się stary na złość synowi.
– Tańczą z moją, a ojciec chce kosić zboże, i tak marne po deszczu, lichota, zamiast młócić wyzgiernych bijakiem – trzasnął młody starego. Głową w głowę „czołem ojciec”. Ale podniósł starzyznę. – Przepraszam Cik. Nie chciałem. To przez górników – otrzepał ojca z kupówki. – Tu macie podpieradło – oparł kosę na półprzytomnym. – Widzicie Klimczok? – zapytał jak okulista.
– Nie widzę. Z mojej strony Skalite.
– Wszystko wypiją czarnuchy! – wręczył mi Eisen parasol, i przyspieszył. Głowa w ramionach, łokcie, pięty, ostro, ostro. Schodził z pochyłości, białawej od blekotu, śmierdzącej zgniłym czosnkiem.
– Zjedz to dla pani! – zawołała za Eisenem Jaśnie. – Na kolana i zajadaj. Masz być inny, niż jesteś.
Szastnęło. Czerń, czerwień. Minęła nas Julia, ubrana jak w niedzielę. W białej bluzce, delikatnie haftowanej złotem, w czterech czarnych spódnicach różnej długości, do kolan, do łydek, do butów, do ziemi. Z granatową zapaską. Na biodrach szal, pod piersią szal, na szyi szal. Czarny przy czarnym, uploty, rozploty. Spod czarnego „szaleństwa” czerwone korale, czerwonoróżowe. Pełno korali. A na rękawach chusta z chustą. Biała z białą. I na głowie biało. Biały warkocz z białymi wstęgami.
– Idę do urzędu, a potem do Świętego Jakuba. Zapisać majątek na Kościół – zafurkotały szerokie spódnice, zaskrzypiały trzewiki. – A Honkis, niech wraca skąd przyszedł. Dziś w nocy zeżarł mi kurę, psiajucha. Na surowo, kapitan. – Wszystko zapisuję Bogu. Dużo tego od Huczkowej i Huczka – uniosła głowę nad Skrzyczne. W warkoczu, wstęgach wpleciony kłos. Zawył daleko Hauptmann, nisko.
Wyobraziłem sobie Julię wchodzącą do kościoła. Dryp, dryp, po wysokich stopniach, na wysoką skarpę. Szast, do dobrego. Szast, do przepięknej budowli z prostokątną Wieżą Aniołów. Szast, do zabytku pokrytego gontem. W całości! Od fundamentów do nieba. Szast kolorowo w cień Norbertanów. Lecz nie mogłem zobaczyć Huczkowej w urzędzie. Pomogła mi matka na wzgórzu sącząc coś przez słomkę z torebki:
– Będą ją namawiać, żeby zapisała majątek na ZSL, dla parobków PZPR. Ale ta prosta baba ma więcej klepek, niż pisarz śląski. Ten od Stalinogrodu. Nie da czerwonym. Nie podpisze nic dla nich, nie postawi krzyżyków, choćby mieli ją… – wyjęła słomkę z torebki i pokazała słomą czoło – zabić. – Ta stara ma charakter. Miałam na majątku trzy takie, charakterne wdowy. Nawet rządca musiał się z nimi liczyć. Zapraszałam je do salonu, po zbiorach pastewnych, do stoliczka Chippendale i kazałam mojemu pierwszemu mężowi usługiwać. Podawał dziedzic chłopkom frykasy. Kładł na mahoniowym mango dla chamstwa. Indyjskie w trzech kolorach. „Mamy to wyżreć z pestkami?”, pytała co rok trójka od ćwikły. Tak właśnie szykanowałam grzecznego, „podaj”. „postaw”, bo nie znoszę uległych dziedziców. W końcu dostał apopleksji, zabełkotał „Zosienko”, zsiniał i umarł na kanapie Chippendale – zgniotła słomkę serdecznym i wyprostowała „przyda się jeszcze do picia”. – Konając popuścił na moje cacko, w hebanową skrzynię, z ciemnobrunatnej twardzieli. Narżnął na jedwab z czerwonym smokiem, w chiński wzór drukowany w Anglii. Podarowałam chłopkom Chippendale z dziedzicem. I wreszcie mogłam zakochać się w twoim ojcu. Niestety, też mi się podporządkował. Nie tak bardzo, żeby usługiwać chłopstwu, czy też pić Zosi urynę, ale zakrapiał walerianą obiady, kolacje. Tym co lubi wielmożna, co uwielbiają koty. Spryskiwał żółtawo srebra i porcelanę, mimo że nie cierpiał moich persów i sjamów. W jadalni, sypialniach, w salonie… Nigdzie nie cierpiał. Nawet bezpańskich. Do dziś nie znosi miau. Ty też nie lubisz…
– Nie cierpię jak ojciec – poprawiłem.
– Poza tym wielmożny stale o coś zabiegał. To o uśmiech żony, to o gest łaskawy. A sądziłam, że on oficer Piłsudskiego, po Cudzie nad Wisłą, Powstaniec Wielkopolski, prędzej poćwiartuje mnie szablą w Chipp-fotelu z pomarańczowymi jaszczurami, niż zgodzi się na tyranię. Nie zawsze słodką. Najczęściej… – roześmiała się do torebki. – Myślałam, że on rotmistrz, dowódca szwadronu przywiąże mnie za włosy, do siodła, terlicy i będę biegła łąkami nad Gopło przy bucie pana, ostrodze. Pięć kilometrów po białych biedrzeńcach, kropidłach. Po białym do krwi. Że wybiegam z siebie mężczyznę. Potwora, który każe mi kazać. Pragnęłam być kobietą. Delikatną jak… Louise Brooks w tym dzienniku upadłej. Tak bardzo pragnęłam – zaniemówiła.
– Oddychasz jak pstrąg na trawie. Wyrzucony przez powódź. Różowe skrzela w niebieskiej szyi, otwierają się niepokojąco – opisałem wielmożną dyrektorowej. Wypiły obie z torebki. – Dobrze, ze teraz w dół, ale dalej niewygodnie. Dużo głogu, parzydła, kamieni i zaskrońców. No i te muchy, bzz – pocieszyłem matkę.
– Powiedz, co myślisz? Pod bzz? – pocałowała mnie w czoło. Gorący motyl, kwiat.
Znieruchomiałem w podnieceniu. Świat zewnętrzny, wewnętrzny uderzył chłopca równo.
Nigdy wcześniej mnie nie całowałaś. Nie dotknęłaś wargami. Zwykle postukujesz o moje ramionka drewnianym pantoflem „podaj drugi”, albo książką z drewna „poczytaj matce na dobranoc”. Coś o diabłach, popychasz „Boską komedią”. Pocałunek w moim sercu. Wielki motyl drży. Trzepocze w piersiach kwiat. Wibruje ścieżka pod stopami. Kołysze się góra, Szczyrk. Patrzę na matkę jak na samicę. Nie podglądam kształtów. Gapię się bezczelnie między piersi, w krok ciasny. W myślach jestem Eisengraeberem. Na nochalu ślepia. Z gał krętość grajcarków. Dlaczego tak wiercą matkę!? Nagrzane ciało polizał wiatr. Przylega do skóry cienka suknia. Zapach pachwiny. Chciałbym zanurzyć tam policzek, siebie.
– Masz już pięćdziesiąt pięć lat, pijesz, a dalej jesteś piękna – powiedziałem cicho.
Spojrzała na mnie spod białej chmury, a ja starałem się uróść, zrobić minę jak Eisen podczas cielesności. Zapiać jak kogut Huczkowej. Nie wyszedł mi hymn. Tylko cienkie staranie. Matka zamknęła oczy, abym mógł patrzeć na nią z zachwytem, ze strachem. Spod białego wiatru purpurowe usta. Jak krzyk. Żłobi w niebie czerwone łożysko. Potrząsa ziemią fioletowy lęk. Dygoczę od upału. Stoimy tak przez lata. Nasze cienie tam.
Oglądasz matkę z Eisengraeberem. Często kopulują przy chłopcu. Stąd te myśli okropne, pocieszył mnie Anioł stróż. Wytrzymaj tylko pięć miesięcy. Przyjdzie niemoc do chutliwych. Zima zimna. I przestaną obcować. Już nie będziesz śnił o matce, o jej mięśniach z kością Eisena. przepowiadał w monopolowym. Zaczniesz zdrowo się podniecać modelkami dla malarza. Ich młodością w kochaniu. Na sztaludze, w sztalugach. Gładka prędkość z wodzidłem. Lecz fantazje matki nagiej, chore rzeźby, będą czasem się pojawiać, na dobranoc, blaskiem świtu. Coraz dalej w ścianach, oknie. Blady, bledszy obraz ciała. Pomoże tobie w normalności ostry rozkrok służącej, rozklęczenie dla chłopca, na stole w jadalni. Ta sekunda w pięknym rudzielcu, wielki moment, doznany za wcześnie, ale lepiej za, niż z matką. A niedługo po rudzielcu drugi kanał błon śluzowych, pochwa pisarki ze Szczecina, pochwa w pociągu, w domu wdowy, ściany, meble, wszystko łóżkiem, pochwa na plażach i w ogrodzie, dniem i nocą sam elastik, pochwa, pochwa tysiąc razy, stukał o ladę łokciem Anioła. Dziesiątki, setki…
– Który to obywatel tak klupie i klupie? – wrzasnęła baba za ladą. Gruba, sina, jaka jeszcze?, zapytałem Niebieskiego. – Jajołbowa, wódkocycna. Polski portret Ludowej – zapukał dodatkowo dwa razy. Klup, klup niewidoczną.
– Kto mnie tak wkurwia, że nie widzę kto? – wrzeszczy z chuchem babsko z blatu.
Pięćset pięćdziesiąt pięć pochew, wystukał już w sklepie Przepowiadacz. Pani pisarka oczytana, też zna profil Dantego. Nie tak jak Jaśnie, ale jest młodsza o wielmożnej o lat dziesięć. W sam raz dla piętnastoletnich chłopców. Delikatność w przemocy. I co z tego, że pisze do tyłka?, zapytał sam siebie, puk, puk. Piękny z niej grafoman i odpowiednio dziki. Poznasz właściwą w Katowicach, w teatrze. Na Wyspiańskim w Wyspiańskim, wystukał tysiąc pochew i zniknął. Pociemniało.
– A mówiłem, ze wódki zabraknie! Że wszystko czarnuchy wypiją – syczał Eisen w kolejce. Mają przywieźć „Starowin” ze schronisk. Pięciokrotnie droższy...
– Nie martw się o słone. Od finansów ja jestem. Wielmożna! A ty od czego? Robotnik płciowy. Nie przeczytał nic Eurypidesa, nic Owidiusza…
– Nawet „Trzech muszkieterów” – dorzuciłem pustkę w pustkę.
– Tak to inżynier, dużo czaszki…
Kapelusz pilśniowy na rogach jelenia, zaśpiewał nad Jaśnie Anioł. Błysnęło niebieskie światełko.
– Burze idą. – Z dwóch stron – wchodzili pod dach górnicy. – Już pada. Pióropusze namokną.
Coraz więcej górników, trzeba poupychać.
– Jak czarno – zauważył jeden.
– Od nas.– Cały przodek wybierkowy – zauważył drugi z trzecim.
Wszyscy dumni.
– Tak ciasno, że nie można nic wyjąć z torebki – oburzyła się dyrektorowa w galowych mundurach.
– Ani zapalić. – A nawet zakasłać – pojękiwał Eisen przełamany na ladzie.
Pod sklep zajechał furą, z workami cementu, wapna, niemłody ksiądz dobrodziej. Trzasnął biczem z trzaskawką.
– To ja w górze kościół buduję, a wy górale w dole? Za wódką!? – wymieniał po imieniu szczyrkowskich chłopów. – Zaraz na Klimczok z worami cementu. Pod święte źródełko. Nie będę męczył srokatej. Wychodzili z tłoku Pawlusy, Pawlusiaki, Pycliki. Wyszedł Hula, Wieczorek.
– A wśród górników nie ma chętnych na spacer? – palił z bata przed sklepem.
– Co za diabelstwo? – schował się Eisen pod ladę.
– My do Żylicy przyjechali, z Katowic. – Wieś ratować, ale ten letnik… – wyciągnęli spod blatu pokurczonego. – Dać go księdzu! – Niech baka za konia.
Podjechał na hulajnodze Antek Łaciak. Widać, ze pijany.
– Ten rowerek dostałem dzisiaj od najlepszej w Szczyrku. Lubi ona patrzeć na Antka jak jeździ nago po salonie prezesa, po jego jadalni, jak wskakuje z hulaj na stół zastawiony alkoholem i pucharami LKS-u. Jak wjeżdża na rowerku do łóżka prezesowej, w najlepszą – zachwiał się lekko, ale podskoczył. – Nawet pijany potrafię… – przeleciał nad koniem. Piękny w powietrzu, piękny na ziemi. Marzenie kobiet Beskidzia. Wyjął Antoś ze spodni litr „Starowinu”. – To od niej, od żony prezesa.. Dla budowniczych! – polał góralom do gęby. Stali równo, każdy z workiem pod pachą.
– W takiej mżawce kościół budować? – W wiatrach takich? – nie chcieli odejść od hulajnogi. Pogonił ich ksiądz trzaskawką.
– Z Bogiem! – wysłał leniuchów na Klimczok.
– Mogę tam też coś – wydostałem się szary z czarnego. A za mną matka, purpurowa ze złości: – Nigdzie Jacek nie pójdziesz! Nie zawlokę sama zakupów. Taki kawał do Huczkowej. W górę, w dół, i jeszcze w dół, i jeszcze…
– Nie dam kurwa rady – zaklął górnik z wielkim bębnem – wejść do sklepu z tamburyno. Bęben moknie, górnik moknie, kurwa sucha.
– Coś, zamiast dwóch toreb z sześcioma „Starowinami” – powiedziałem głośno, pod niebo.
– Masz – wręczył mi ksiądz cegłę dziurawkę. Zaniesiesz od miastowych.
– Jedna? Z dziurami? – udawałem silnego.
– Wystarczy. Poczujesz jej ciężkość na stoku. Tylko nie zgub się w zalesieniach. Trzymaj się górali. Burza idzie. No to… – przeżegnał drogę przede mną. Matka spojrzała na syna obiecująco „zabiję cię jak wrócisz”, ale nie odezwała się wcale. Tylko dyszała. O tak: „uchu, uchu”.
Dyrdałem ciężko za góralami. Stary Wieczorek z młodym Pyclikiem prowadzili równo. Deszcz się nasilał. Chrypiała burza, fioletową barwą, ciemnofioletową. Coraz groźniej. Przestań się bać miastowy, powtarzałem w ulewie. Naraz piorun. Białe drzewa. I grom, łoskot czarnego. Nie bój się, tuliłem serce do cegły, nie porazi cię Bóg. Idziesz budować kościół! Wiara strachem pomnożona. Zresztą Bóg nie ma czasu na zabijanie. Musi tworzyć ludzi na nowych planetach, pocieszałem się boską pracą. Zaszelepotało w koronie drzewa. Ptaki. Obłok trzepotu, skwir. Zapłonął las. Z zielonych pięter spada ogień. Wybuch paproci. Widzę chałupę Huczkowej, całe gospodarstwo. Skąd ono tutaj!?, na stromiźnie Klimczoka. Już w gałęziach płomieni, strachu, słupem prosto w niebo, w granat. Jest i Julia, trup bez głowy. Kto jej strzaskał świat caluśki? Zabrał pamięć „co przeżyła pod Bieniatką, z ojcem zbójem, bratem zbójem, no i z Huczkiem partyzantem”. W mojej głowie, w ogniach lasu przebiegają myśli zjawy. Z tego lata 1954: „Znowu powódź, jak co roku, znowuż woda pod chałupą, Pawlus z koniem się utopił, a Pawlusiak ze źrebakiem. Ładnie Julię pozdrawiali, pokuśnicy Skalitego.” W moich skroniach moc obrazków, zbiór ze zbiorem z duszy Julii: „Lasy faliste na niebie”, „Twardy wiatr od Salmopolskiej, miękki od Leśnicy, niepokój, przytulność, fiolet, zieleń.” Jeszcze sama rzeczywistość: „Szparciały z boków kurnik, wpełznie kuna w środku nocy, pożre gąskę cichuteńko, albo uprowadzi.” „Za to gnojnik murowany, prawie pałac. Z gnojówką Julisi, z larwami muchówek, z Eisengraeberem.”
Sunie Julia w ogniu sosen nie widząc, nie słysząc. A może poznaje świat inaczej? Widzi z innych gwiazd: „Mrugliwe po górach ogniska”, „Sekret w studni.” Może słyszy z innych stacji?: grad na progu, cień kota. Może postrzega tylko Duchem! Tą energią niezbadaną. Ciało Julii do mnie idzie. Coraz bliżej moich świerków, czerwone w czerwieniach. Nie odróżnię kropel od iskier. Ten sam zapach grozy. Przeżegnałem się ostro, z pretensją do Boga „I Ty mnie straszysz!? Mnie, już wylęknionego Eisenami, tym diabelstwem z wnętrzności piekieł. Sam Siebie przeraź Julią bez głowy, albo Julisią bez przełyku.” Czy ja Stwórcę poprosiłem? Czy też Stwórcy rozkazałem? Tak bezczelnie. Sporo uczuć, od błagania do bluźnierstwa. Wolałbym, żeby, to były myśli Matki Boskiej, albo zakonnicy Benigny. Zastanawiam się, rozważam. A tu postać już bliziutko, kilka kroków, w szyi szczęka, wypełniona krwią i ogniem. Strach. Drżą buty, chcą uciekać. Mięsień łydki tak napięty, nie zgina.
– Nie strasz Boże chłopca w lesie, bo przestaniesz być Wszechmocny – zagroziłem Panu cegłą.
Zniknęło widmo. Chyba zrozumiał moją determinację. Tylko kontur Huczkowej, obrys z głową, jaskrawi się w ogniu. Cofa w żar domostwa. Rozpalony do białego krząta się po zagrodzie. Przyszłość-przeszłość powiązana. Julia-Julia: „Chodzi po gnoju kłapciastym krokiem.” „Podścieliła krowie sucho i ciągnie ledwo żywą od byka Pińcikiewiczów.” „<Huczek posuwał z tyłu dłużej. Dawał w zad przez pół nocy>, prowadzi gniaciastą na posłanie.” „Przyzywa dzwonkiem partyzanta.” Mało konturów Julii? Mało rozpalonych? Wybiegły z rysunku beskidnice płomieniste, te z obrazków Huczka na szkle malowanych. Gibają się, podrygują cynobrowo, karminowo. Tańczą z dymem. Z nimi Huczek skakanego, rozognia płomienie. Pierwszy tańcownik w Beskidzie. Naraz znieruchomiały w przegibach i rozsypały się w popiół. Matka Boska na polanie, obrysowana blaskiem. Prześwietli las cały. Spokój w chłopcu. Obeszła powoli pierwszą jodłę. Świetliste koło. Drugą jodłę, koła, koła. Za Nią ostać starego mężczyzny. Chyba książki ciężko niesie. To ja, za lat? Pierścieni się światło dookoła oczu. Okulary, grube na palec.
Dobiegłem do źródła słynącego cudami. Postawiłem na cegłach moją cegłę, gorącą, a twarz, dłonie zanurzyłem w mroźnej wodzie. W oczach rozsnuwa się kryształowy piasek. Wymyślam plusk grzmotu.
Wymyśliłem więcej schodząc z Klimczoka, ślizgając się po rozmokłym igliwiu, trawie. Burza odczołgiwała się do Bielska-Białej. Pełzła po Szyndzielni do Mikuszowic wlokąc ze sobą granatową chmurę. Odkaszliwała w kolor. Deszcz prędko skapywał z świerków, niciowate zapachy igieł.
– Nie bój się miastowy! Już się nie pali. Zdusiliśmy ogień cementem – zawołał Wieczorek z ocalonego lasu. – Klimczok tak paruje, że nie widzę letnika, tylko słyszę gadanie. Sam do siebie tak rozmawiasz? Lepiej posłuchaj jak po burzy. Świat zacichł. Tylko lekkie tchnienia. Muskanie błękitem. Na powiekach czysto.
– Powinien pan liryki pisać, a nie skakać z krokwi. I tak pan Antka nie przeskoczy – zakrzyczałem zdanie po zdaniu.
– Toś mi przypierdolił miastowy. W tej mgle. Prosto w niemożność. Ona, na nic nie pozwala. Jeść nie mogę, pić nie mogę i z żoną prezesa nie mogę. Nie potrafię prezesowej dogodzić. A Antek potrafi. I tam wyżej od trenera. Muszę bębnić rząd turystek. Ustawiają się jak jodły. Lecz kto był w tyłku prezesowej, ten… – zamilkł na chwilę w białym zasnuciu. – Żyć mi Antek nie daje. Nawet w snach nade mną – zastukał fajką o jakiś pień.
Teraz nabija cybuch, przykłada zapałkę i pyka, i pyka. Sportowiec. Wymyśli dowcip o narciarzach dla letników, albo nie wymyśli. Przesunęły się we mgle obrazy Huczkowej. Zasłoniły obrazek trenera z fajką. Niech pyka dalej nad rozbitym o góry talentem.
Już dochodzę do Bieniatki. Lasu mało, chałup więcej, prawie wszystko zaorane na kamieniach, nogę złamiesz idąc w zbożu. W każdej z zagród niby Julia. Niby Honkis. Para rzeźb przy furcie. Patrzą na Szczyrk martwo. W drewnianych oczach góry z drewna. Tylko w tym obejściu blisko piekieł, słyszę czarny ogień, Hauptmann ze stali, z żelaznym krzyżem pod żelazną brodą. I Julia żelazna w sukniach stalowych. Teraz ze słomy. Wystrzelił z czegoś kapitan. Płonie niebo czerwonymi źdźbłami. Zapala przelatujące ptaki.
Chrystus przecież przepowiadał. Huczący w głowie wyrok. Łomotanie proroctwa. Słyszę wyraźniej, niż widzę. Z lewej strony krzyczy Klimczok, pełną skałą, z prawej… Ale, co tam w dole Bieniatki? Tłum? Na łąkach Huczkowej? Jezu, Jezu, nie ma naszej chałupy! Czarno, pusto w środku tłumu. Zbiegam z góry jak szaleniec. Tylko czasem się nie potknij, ta pochyłość może zabić. Zmieli mięśnie z trawą, czaszkę w noc. Wpadłem pędem w zbiegowisko, na strażaków, z księżmi chyba. W tłumie głosy o tragedii:
– Wadził się z nią o majątek.
– Jej majątek!
– Chciał dla siebie morgę jedną. No i legowisko.
– Chciał coś mieć.
– A ona wszystko na kościół. Dobrodziejowi.
– To ją wygiął z płotem. I dusił – pokazała baba babie.
– Chłop przecież. Powinien dusić… udusić.
– Nie tak łatwo z Huczkową. Wżarła się Honkisowi w policzek. Wyszarpała skórę z kością. Wypluła mu fuj na powiekę. Musiał zetrzeć okrawek. Jak popuścił, odskoczyła i za widły.
– Z gnoju.
– Z gnojnika murowanego.
– I w słabiznę. W słabość gnojem.
– Nie dała się chłopu. Pierwsza ona pod Bieniatką!
– W Szczyrku całym. A może i w Beskidach.
– Nas to chłopy biją równo. A my jeszcze przepraszamy.
– Ale za płytko dziabała. Doczołgał się do drewutni po pancerfaust. I buch, odpalił w Huczkową. Nic nie zostało z gospodyni.
– Tylko ręka w żerdkach płotu.
– Machała.
– Potem odpalił w chałupę, a sam się powiesił.
– Na krzyżu, na karku Chrystusa.
– Powiesić się mógł, babę no…ale on krowy nie wyprowadził. To nie góral. Jakiś z nizin. Z niewyraźnym nosem, bez fajki…
– Fajkę, to on pykał, ale nie dumał przy pykaniu.
– A my baby będziemy, kiedyś, fajczyć? Przed chałupą, przy chałupie, w gospodach?
– Kiedy zagonimy naszych chłopów do roboty?
– Od świtu.
– Kiedy założymy kapelusze?
– Bardzo bym chciała popykać patrząc jak mój Pawlusiak coś robi. Obojętnie co. Nygus śmierdzący. Nie kąpie się, bo nie pracuje.
– Ja tam nie muszę kurzyć, ale patrzeć też bym chciała na mojego przy robocie. Pawlus przy dorobku.
– Twój chłop nic nie umie. Nawet…
– Twój też. Razem dumają.
– Kiedy będziemy chłopów biły? Tak bym chciała mojego helmonckiem.
– Ja bym Huli wsadziła w żyć. Jak gotowałłby kwaśnicę. I zapytała „dobrze ci, babo?”
– Wyjeżdżam stąd. Do Murcek z górnikiem. Nie będę Pińcikiewiczową. Jadę z jednym z tych, co tu... Dużo zarabia i nie ma go w domu. Bo jest w ziemi. Będę palić papierosy i dumać.
Poczułem swąd spalonego. Przeciskam się przez zgromadzenie. Czarna ziemia z jamą.
Tu stał płot, a tu wchodziłem do zagrody otwierając furtę z drzagowatych desek. Trzeba było trochę unieść, a potem dopiero pchnąć. Tylko przerdzewiałe zawiasy leżą na ziemi. Tu opierałem blok rysunkowy szkicując zarzeczny kamieniołom. A tutaj ciurczała rynna. Ciurczało w niej cały lipiec. A w tym kwadracie czarnych kamieni była izba matki i Eseingraebera: „piejące z wycinanek koguty”, „kolorowe wystrzyganki kur”, „upięte na ścianach dziewięciosiły”, wróżące ogień, albo wodę, „gałganek z serem i myszą”, „mucholepce z muchami”. A tam stał stół, przy którym Eisen pisał kartkę do kierownika Kubika. Martwił się o zdrowie pani Kubikowej „czy już zaczęła mówić po śpiewaniu międzynarodówek, i czy pan dyrektor dostał mapę samochodową ZSRR. Żałował też bardzo, że z szanownym państwem nie zwiedzi Kazachstanu. Przesyłał najgłębsze ukłony i wyrazy szacunku „niech chwali się tumanek, że dostał list od inżyniera”, popluł miejsce na znaczek.
Kiedyś utrwalę domostwo Julii. Zrobię to w marmurach. Mogę wykuć Eisena majtającego ręcznikiem. Ale jak wyrzeźbić muchę w powietrzu? Przeganianą na cztery wiatry. Jak odkuć samo powietrze? Jak zrobić w twardym dyndu-dyndu muchołapek? Tu tylko słowa. Tylko w książkach można wyśpiewać smród. Czy kiedyś będę pisał? Czy usiądę przy biurku? Jak ojciec ze złotym piórem. Czy też malowanie, rzeźbienie wypełni tak gęsto moją duszę, moje wszystko, że już nic więcej. Młodość, starość przy sztalugach, przed kawalerem, stojąc w pyle, w mdlącym zapachu sykatyw i terpentyny. A jeśli na stare lata będę chorował, nie napnę płótna na krosno, nie dźwignę już na kawalet kamienia, to słowa same przyjdą na kartki, na biurko, do trzech kasztanów.
Górale trzymają za stopy martwego Honkisa „aby nie uciekł”. Nie ma jeszcze milicji. Na pewno dostała rozkaz pilnowania górników „mogą popić, i zagrać coś przeciwko ludowej”.
– Pan Łaciak wyniósł Huczkową z ognia – powiedział prezes LKS-u. – Nasi sportowcy…
– Wyniósł, co było w płocie – wtrąciła szlochając Pińcikiewiczowa. – Tam leży.
– Pod naszą płachtą na posusz – powiedział młody Pińcik ciągnąc narzeczoną za włosy. – Słyszałem, co mówiłaś babom – szarpał za warkocz i za podpaskę.
– Puszczaj! – krzyknął mi z gęby dzień straszny.
– Nie martw się o nią letniku. Nie zabiję, chociaż parzyła muzykantów oczami. Tylko zamknę babę do ślubu. W piwnicy. Na marchwi i burakach – puścił warkocz i obiecał łaskawie.
Co za wspaniałomyślność górala. To ciepło pod kapeluszem. Jak dobrze, że jestem z Wielkopolski, ze Śląska.
– Patrzcie! Idą górnicy. Z orkiestrą.
– Po dziewuchę Pińcikiewicza.
– Idą zagrać Huczkowej.
Ledwo idą, ale idą. Doszli, i grają żałobnego marsza. Rytm tworzy nastrój. Między tanecznymi akcentami – cisza. Maszeruję po łące z Julią, Julisią. Zapraszam z krzyża Chrystusa, poczekaj, wyjmę ci gwoździe z kończyn, poprowadzę chromego. Stara Łaciaczka zrobiła z poru fujarkę i też gra Julii. Antek rozpłakał się jak chłopiec. Łzy mężczyzny bardzo duże. Słabnie szloch Pińcikiewiczowej „też mógł nas, gadzina”.
Górnicy ustawili na spalonej ziemi czapki z pióropuszami. Pozapalali karbidki dla zmarłej. Niesamowita scena piór i świateł.
– Broniła iścizny przed Honkisem. Dla Kościoła! – zawołał ksiądz dobrodziej. – Dla!
Namaluję w Katowicach, w mieszkaniu na wszystkich szybach okien popiersia Julii. Pod światło. Z światłem. Julię myjącą deszczówką korale, paciorki. Zęby. Purpura, czerń, białość. A kiedyś będąc prawdziwym artystą „zrobię o Huczkowej obrazy obrotowe i postawię kołowrót na szczycie Bieniatki”, zapisałem tuszem na spodniach. Jak ojciec dyrektor. Dzisiaj, to tylko wystrugam kolibę, kolibusię dla jej snu niebieskiego. Puszczę drewienko z prądem Żylicy. Uspokoi powódź.
Tu była studnia. Z drewnianej obudowy, z gontów – czarny dół. Paruje gorąco.
Wchyliła się prezesowa w parówę. Wpadnie tam? Zatrzepoczą z krzykiem zgrabne nogi. To już myśli Wieczorków.
Tylko ja się nie spaliłem, powiedział Chrystus z krzyża. Nawet tego nie zauważyłeś. Julia już w niebie. Nie w tym. Wyżej. To, tylko przepuszcza światło słońca.
Przychybał z kosą stary Pińcikiewicz. I upadł z radości. Ktoś mu powiedział, że jego zagroda w ogniu. Że, po co kosić „gdzie zrzucisz siano nie mając stodoły”. A to nie jego ogień. Nie jego pogorzelisko.
Sto kroków od tłumu matka z Eisenem. Rozmawiają wpółleżąc, półsiedząc na pryzmie otoczaków z Żylicy. Wylazł z kamieni zaskroniec. Patrzy na żabę. Powinienem podejść do wielmożnej,zapytać starą „co dalej”. Spaliło się i nasze. Tylko wódka w torbach. Nic nie mamy w Szczyrku. Trzeba wracać do Katowic.
– Zobacz kto przyszedł? Pan Jacenty – zaśmiał się zjadliwie Eisengraeber. – Wrócił synuś do matki z Klimczokiem w plecach. Zbij go zaraz przy wszystkich. Dam ci mój trampek – zdarł ze stopy śmierdziucha. – Masz drugi!
– Za głośno inżynierze – prychnęło z wielmożnej „Starowinem”. – Nie czuje inżynier dystansu. Większy burak od Pińcikiewiczów – zaczęła tupać po gołych stopach kochanka. Oparła się plecami o stertę kamieni i tupała Eisenowi po twarzy. – Nie ruszaj się! Jak u fotografa – trzaskały półbuty po maskach. – Przypomnij pani jak cywilizowaliśmy Huczkową – kopała.
– Możecie używać papiery toaletowego. Dźwigałem babsko z ciemnoty – zaczął Eisen szybciutko.
– O pani mów! – przyjęła matka specjalną pozycję. – Wyostrzyłam pięty na górach – żgała obcasami.
– Mając tyle ziemi i krowę – zajęczał od nowa kopany – możecie wypiąć się na Bieruta, patrzeć spokojnie jak dookoła huty budują. Nie będziecie jedli żelaza. Chyba, że w szpinaku.
Zobaczyłem ich jako Zło. Zamknąłem w kamyk. Odrzuciłem daleko. Bez miary.
– Uderz Jacka choć raz, proszę – całował Jaśnie po nogach. – Pacnij, za to zostawienie matki pod sklepem.
– Pantofle też się spaliły. Muszę kupić nowe w Katowicach – przestała kopać i zasnęła. Śpi z otwartymi oczami. Jak zwykle. Oddychający trup.
– Obudź się i pacnij synalka – wyszeptał do butelki. – Pacnij, pacnij, proszę pacnij – nucił w pustą.
– Jezu – zawołał do siebie Chrystus – ogarnia mnie boska wściekłość. Drewno krzyża przejrzyste. W słojach purpurowy gniew. – Ojcze! – zwrócił się do Boga. – Zejdę zaraz z symbolu i stuknę Teodora Eisengraebera w galaktyce galaxis. Nie w Obłoku Magellana. W tej Mlecznej, z inżynierami, którzy wszystko psują. Pozwól mi go… uch, przed Ostatecznym.
– Zrobię to za Ciebie – powiedziałem głośno. – Bez pozwolenia.
– Jezu, Jacek mnie kopnął – zamamrotał Eisen spadając kamieni. – Twierdzi, że jest Chrystusem. Zamienił się w Chrystusa! – obudził śpiącą Jaśnie.
– Za dużo pijesz. Lepiej wyprostuj horyzont. Góry się wznoszą. Horyzont prostuj, a nie zaskrońca – zasnęła głębiej.
Przyjechało MO. Ludzie rozeszli się w te pędy. W domach też można opowiadać o Honkisie, o Huczkowej.
– Rząd podjął kolejną uchwałę o walce z chrząszczem ziemniaczanym. Raz w tygodniu pogadanka, a raz w miesiącu wymarsz na stonkę w towarzystwie milicjantów – informuje przez megafony MO. W końcu ogląda Honkisa.
– On ma coś pod pachą. Narysowane. Jakieś zygzaki, poruczniku. Dwa – zauważył plutonowy. – Tutaj.
– Ale co to, kurwa, jest?
– Nie wiem, poruczniku.
– Jak nie wiecie, to po co, kurwa, to zauważyliście? Teraz muszę, to kurwa, opisać.
– To, to, to, to, to – zaśpiewałem – kurwa, kurwa.
– Toż to tatuaż SS – zasapał stary Pińcik. – Honkis był esesmanem. Dlatego nie ściągał nigdy koszuli. Nawet do koszenia. Dlatego…
– No to, kurwa, mamy sprawę. Polityczną! – wrzasnął porucznik w Beskidy. – Zabrać z denatem tego górala, który wie o tatuażu. I innych zabrać.
– Innych już nie ma poruczniku. Spierdolili na nasz widok – oddał honory podoficer.
– Salutujesz, kurwa, lewą ręką!? Skujcie denata z tym… z kosą. To są nasi główni podejrzani. – Do waszej lewizny. Będę miał was wszystkich na oku – A temu jak? Hula? Pawlusiak? – rozpiął spodnie, aby się odlać.
– Nazywam się chyba Pińcikiewicz – stękał żywy na zwłokach. – Ale mówią mi Pińcik. Bo przepisałem młodemu całe gospodarstwo. Teraz, to on Pińcikiewicz.
– To jak się, kurwa, nazywacie? – lał milicjant do studni. – Muszę o was napisać dla Stalinogrodu.
Wreszcie odjechało MO. Eisen z matką śpią w kamieniach. Zostałem sam z Chrystusem.
Pospacerujmy w Lepszym Świecie, zaproponował Syn. To blisko, bliżej, niż sądzisz. Za zielonym kołem, niebieskim, za czarnym, ustawił góry w krąg. Szliśmy przez skupienia ziemi i nieba, przez pustki kosmosu. Przestała krążyć czerwona tkanka. Czas się zatrzymał, więc prędko w przestrzeni.
– Chcę być przez chwilę człowiekiem, zwyczajnym – powiedział Chrystus. – Zaszyć sobie bok – zrywał z ciała podarki Huczkowej. Rzucił koralikiem i rozleciała się gwiazda. Chcę być dzisiaj nierzeźbiony, niemalowany, rozrzucał cudeńka. Płynęły w próżni, w Światło zielone, w zieloną Otchłań. Dużo ludzi tutaj, niewidzialnych. Biorąc zieleń oddają błękit. Faluje błękitny Duch. To widać. Omiata niewidzialne liście niewidzialnego ogrodu. Czuję poza zmysłami. Zanurzam się w Zieloność, głęboko. Poznaję ludzi, których kiedyś pokocham: Agatę, dzieci moje, Ewę Habrowską. Dobrą Ewunię najmocniej. Tutaj usta zlepione światłem – nie mówią. Tu, przekazuje się miłość bez słów. Otchłań zielonego Światła. Jestem wszędzie gdzie pomyślę. Z każdym człowiekiem. Mogę być z wieloma bez trudu. Wszyscy piękni.
– Tak będzie po Sądzie – oznajmił Chrystus. – Tak zadecydował Bóg. Nasz Ojciec. Jest tutaj Światłem. A twój przyjechał do Szczyrku. Z gorszą służącą – pokazał na Ziemię. Musimy tam wracać. Ja na krzyż, powiesić się za Honkisa, a ty na swój, z drewien matki i Eisena. Przyznam ci się, że wolę swoje cierpienie. Jestem chociaż sławny. Zeszliśmy do Szczyrku z Eisengraeberem i matką spojonymi smołą. Powrócił czas do przestrzeni. Ukrzyżował się Chrystus.
– Przyjechałem po was furmanką. Z Bukowej. W sześć koni przejedziemy Żylicę, nurt, a potem w autobus i do… – rozwzdychał się ojciec.
– A co ja będę państwu nosić jak wszystko się spaliło? – zapytała Gorsza. – Mogłam zostać w Katowicach. Obiad zrobić na kolację.
– Pan Jacenty przetentegował wakacje na nierobieniu niczego. Nie pomógł nawet matce przynieść ze sklepu zakupów. Musiała sama ze skrzynią. – Sama Zosia musiała, bo na mnie napadło kilku górników.
– Siedział tylko przed chałupą. Rysując, malując. Nie poczytał matce Dantego – skarżyli tak, i skarżyli.
Dobrze, że słyszę oddech Chrystusa.
– Odwracaj od Szczyrku pioruny, poprosiłem Przyjaciela.
Bóg ze mną.


Fragment pisanej powieści „Okno”



Jacek Durski (ur. 1943) - pisarz, artysta malarz, rzeźbiarz, grafik. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, International Association of Art oraz Związku Polskich Artystów Plastyków. Publikował w pismach literackich ogólnopolskich i zachodnich: „Sycyna”, „Regiony”, „Magazyn literacki”, „Śląsk”, „Arkusz”, „Odra”, „Topos”, „Przegląd Polski NY” (USA), „Opcje”, „Arkadia”, „Undergrunt”. „Metafora”, „Kursywa”, „Tytuł roboczy”, „Per-jodyk”, „PAL”, „Gościniec Sztuki”, „Akant” „Łabuź” „Zarys” (Niemcy), „Kwartalnik Akademicki”. „Radostowa”, „Okolica Poetów”, „Plama”, „Jemioła” (Czechy), SOFIA - Pismo Filozofów Krajów Słowiańskich, Przegląd Wielkopolski i in. Redaktor pism internetowych: poetica – merkuriusz literacki, sZAFa - kwartalnik literacko-artystyczny.

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry