W Krzyżu o tej porze jest już dość chłodno, na szczęście jest to chłód z tych przyjemnych kwietniowych chłodów dających dziwne uspokojenie i ukojenie, poczucie lekkości, które dają też pierwsza spowiedź i kąpiel w morzu - najlepiej o podobnej, zaciemniającej się porze, około ósmej wieczorem. Delikatny szum i nieznający się ludzie, którzy tu, właśnie w tym miejscu niespodziewanie są razem i zaraz znowu będą gdzieś zupełnie osobno. Ale na razie są tu, razem i tłoczą się na dworcu jak ja.
- Mamy jeszcze całą godzinę panie Karolu - powiedział dziwnie znajomy głos.
- Tak, całą piękną, spokojną godzinę - odparłem sam sobie i poszedłem po fajki.
Fajki zawsze kończą się w podróży, gdzie by człowiek nie jechał, zawsze musi wyskoczyć do jakiegoś przydworcowego kiosku, choćby pociąg miał w tym czasie odjechać z całym bagażem, a choćby z psem, kotem, albo własną żoną. Na szczęście pies ze mną nie jeździ, kota i żony brak, a ja pięknie czekam na dworcu, więc kiosk nie był tym razem walką o powodzenie podróży, a nawet pozwalał, jak to się strasznie mówi, zabić czas, a w każdym razie jego kawałek.
- No to co? Zapalimy?
- Zapalimy.
Pięknie się pali z bagażem na plecach w ciepły wieczór z perspektywą całonocnej podróży, wszak do Krakowa jedzie się długo, a właściwie nie długo, a stanowczo zbyt długo. Ale że chociaż nocą, to dobrze, to bardzo dobrze.
- Panie, a Pan to co, Duch Święty? - usłyszałem zza rogu, nie widząc jeszcze postaci, jakby ktoś mówił właśnie do mnie, nie wiedząc jeszcze, że tu jestem.
- Czasem jak duch, oj, czasem jak duch, ale dlaczego święty? - odparłem do właściciela postaci, lekko już wynurzonej powolnym krokiem zza budynku dworca, co gorsza, nieco odblaskowej, ni to policyjnej, ni chroniącej koleje.
- Tu się nie pali, nie widzisz Pan tabliczki?
- Aj, widzę, teraz widzę, ale ona musi być dość młoda, nigdy jej tu nie było - próbowałem się ratować - a właściwie z jakiej Pan firmy?
- Panie, młoda, nie młoda. Jak Pan weźmie za młodą babę to jeszcze gorzej Pan na tym wyjdziesz, więc tak czy inaczej, będzie mandacik - uśmiechnął się delikatnie, ale przyjaźnie.
- Więc może honoruje Pan zniżki studenckie? Albo tułacze? Czy jakiekolwiek inne?
- Honoruję poczucie humoru, jako że obaj mamy dziś widzę dobre samopoczucie, papierosik będzie kosztował 50 zł - wydusił powoli i spojrzał badawczo, jakby chciał zapytać, czy to dużo dla mnie, czy mało.
- No, cóż ja mogę, można od ręki?
- Można, trzeba było tak od razu, to bym papierka nie wypisywał.
- Ach, można było... Więc gdzie mogę tu zapalić bez dodatkowych opłat? - znowu lekko się uśmiechnąłem.
- Tam, tam przy toaletach - rzucił na odchodne zabierając niebieski papierek.
Dobrze, że przy toaletach chociaż, to w końcu jeden z kluczowych reliktów każdego dworca, więc i zapalić można, i skorzystać prawie od razu, zapłaciwszy wcześniej obowiązkowe dwa złote tej samej, co zwykle kobiecinie w średnim wieku. Ale to już przelotna rzecz, ostatni dymek, szybka wizyta w toalecie i na peron, na peron trzeba powoli pędzić, jak to mówią niektórzy. Więc pędzę.
Pociąg przyjechał ze zwyczajowym opóźnieniem piętnastu minut. Zawsze mnie zastanawiało, czy gdyby w końcu przestawić planowany przyjazd pociągu o te piętnaście minut, czy spóźniłby się o kolejny kwadrans, czy przyjechał na czas. Teraz to bez znaczenia. Wszedłem do trzeciego wagonu, znalazłem pusty przedział, tak, puste przedziały mają w sobie coś wyjątkowego, jakby nikt ich nie chciał, jakby nikt nie chciał usiąść właśnie tu, a siedzi się w przedziałach przed nim i po nim, teraz i w tym się siedzi, włącza się światło i bierze do ręki książkę. Nie byle jaką książkę, bylejaka nie nadaje się na podróż, zwłaszcza pociągową, nocną, zwłaszcza, kiedy noc taka piękna, a 50 zł poszło, łagodnie mówiąc, na stronę. Więc może to była "Siekierezada", może "Dzienniki" Virginii Wolf. W każdym razie w pociągu przede wszystkim trzeba umieć czytać, więc czytam partiami, odkładając książkę już po trzydziestu minutach, gdzieś w okolicach Wronek i wklejam twarz w szybę, a uszy w odgłosy pociągu. Krajobraz jest dość typowy – drapane mury. Dworce, jak domy, powoli umierają bez ludzi. Coraz mniej ludzi, coraz więcej zabudowanych lub wybitych okien, jakby z uczuciem niepotrzebności popełniały zbiorowe samobójstwa. Między dworcami szelest wczesnego zboża albo późnej wiosny, w każdym razie wiatr. Coraz wcześniej rośnie to zboże, więcej teraz odmian niż rolników, więcej maszyn niż rolników, wszystkiego więcej, tylko ludzie pouciekali. No i czarny kot, jakby każdy kot w drodze i na drodze musiał być czarny, ale właśnie chyba jest, bóg jeden wie, skąd się wziął, idzie wzdłuż torów i czeka na pociąg. Nagle hop, między szyny, i tylko zapiszczy, jakby chciał wejść w pamięć, odcisnąć się w wierszu lub piosence wiejskiej. Co można więcej osiągnąć, no co? Ale nawet tego pisku zza stukotu nie słychać, więc może wcale nie wskoczył, tylko zniknął gdzieś na krawędzi, albo jakimś cudem przeżył, a nas jadących czeka teraz pech? Dziwne są te przesądy, jakim prawem i z jakiego nadania ten kot miałby mnie, ba, nas wszystkich narażać teraz na nieszczęście? Z samego faktu przecięcia drugi, jak i my jemu przecinamy?
- Bileciki proszę - z lekkim zaśpiewem poinformowała urocza konduktorka w uroczym konduktorskim odzieniu. Urocza może nie, na pewno nie z wyglądu, bo tu wręcz przeciwnie, urocza raczej, jak uroczy jest każdy pracownik kolei, który gdzieś przecież mieszka, a jeździ i jeździ, jakby domu nie miał, rodziny, a przecież ma rodzinę jak wszyscy. Jak wszyscy.
- Kiedy będziemy w Poznaniu? - zapytałem ciekawy, ile wolności zostało, ile jeszcze samotności, bo samotność na trasie Gorzów Wlkp. - Kraków kończy się zawsze najpóźniej w właśnie tu, tu i tylko tu.
- Planowo za dziesięć minut - odpowiedziała nie patrząc nawet na mnie nawet i zamknęła drzwi przedziału.
Planowo, to z pewnością jedno z ważniejszych kolejarskich słów, można stworzyć słownik takich słów, planowość będzie tam z pewnością z różnych względów poza alfabetem. W każdym razie jesteśmy blisko, co zresztą pokazują unoszące się coraz wyżej światła miasta. Istne oczy bloków. I kiedy oczy rosną, zwalniamy, jeszcze tunel, jeszcze pisk hamulców i już, już wlewa się poznański lud całą Wartą.
- Dzień dobry, wolne? - zapytał zdjąwszy kapelusz facet ni to młody, ni stary, z wąsem ni to siwym, ni czarnym.
- Dobry wieczór, jasne - odpowiedziałem spoglądając jak zawsze gdzieś w oklice twarzy, ale niekoniecznie w oczy.
- Masz Pan rację, wieczór już, wieczór.
Skinąłem tylko głową twierdząco, bo o ile przez przypadek, zwłaszcza w podróży, można spotkać najciekawszych ludzi, to nie zawsze ma się jednak na to ochotę, zwłaszcza, kiedy nie śpi się poprzedniej nocy, co było moim udziałem. Na szczęście gazeta na razie zaspokoiła jego chęć rozmowy, która wisiała w powietrzu. I tak obyło się dość szczęśliwie. Poznań rzadko kończy się poniżej czterech osób w przedziale. Nie chcąc prowokować rozmowy założyłem na uszy słuchawki i znowu spojrzałem za okno, żeby stało się zadość zwyczajowemu rekonesansowi przed końcem dnia, a raczej już po dniu, ale jeszcze przed drzemką. A działo się sporo, zwłaszcza, że od ostatniego snu minęło nie osiemnaście godzin, jak to jest zazwyczaj, ale już blisko czterdzieści. Pomyślałem więc, jaki piękny był wczoraj dzień, a był to jeden z tych dni, kiedy światło zmienia wszystkie kolory na brązy, może poza jaskrawoniebieskim, ciemnym niebem, poza tym było mniej pięknie, ale jeszcze za wcześnie, żeby głębiej myśleć o rozstaniu z kolejną kobietą. Nie ma nic gorszego, niż myśli, kiedy emocje jeszcze są w locie, zanim spadną i rozbiją się, a właściwie roztrzaskają o ziemię. Zresztą, kłóciliśmy się strasznie przez pół dnia, a jak mówiłem, był to piękny dzień, zresztą i ona pięknie wyglądała, a nie każdej kobiecie do twarzy w sari koloru ultramaryny. Cóż później, spacer, herbata i przypadkowe wtargnięcie, bo wejście nie może być przypadkowe, na wystawę świetnych czarno-białych zdjęć, nie wiem nawet, czyje to zdjęcia, ale czy to ważne? Czy autor w ogóle jest ważny? Ot człowiek, jak każdy, tyle, że nie rąbie drzewa, nie pracuje w fabryce, a najzwyczajniej, robi zdjęcia. Ale jakie zdjęcia! Ach, jakie zdjęcia, szczególnie jedno, przy ścince drzew właśnie - czarne spocone kroplami wody plecy zginające się, by ręce sięgnęły leżącej na ziemi siekiery. I dlaczego w ogóle siekiera leży na ziemi, skoro plecy spocone, więc człowiek w czasie pracy, a jakiej pracy, skoro drzewa, skoro siekiera, skoro jeszcze widoczne resztki śniegu walczące z silnym, zbyt silnym już dla niego słońcem? Może to dobywanie siekiery to zwiastun krótkiej tylko przerwy, ale na co, talerz zupy, kanapka, papieros, rozmowa z kompanem, którego rozmazany kontur widać kilka kroków dalej? Nikt, absolutnie nikt z nas nie może tego wiedzieć, nie może wiedzieć dokładnie, co przedstawia ta sztuka w tym konkretnym egzemplarzu, więc czy można nazwać coś sztuką, skoro się tego nie rozumie? I ten podpis pod zdjęciem - "Janek Pradera ścina swoją gałązkę jabłoni". Jakby ta gałązka była faktycznie jego, może to nie z odpoczynku sięgał po siekierę, a z wahania, czy faktycznie ściąć tę gałązkę, skoro daje mi powietrze, skoro pójdzie na opał, meble albo kartkę papieru? Moja gałązką, ta, która zależy ode mnie i od której zależę, czy dać ją na tę kartkę, na której przecież nie ja będę pisał? A może właśnie wcale nie chodzi o to i ja nie mogę wiedzieć o co? Tak czy inaczej, piękna rzecz.
- Janek jestem - krzyknął nagle zza gazety przedziałowy sąsiad, wyrywając mnie z miejsca, a nawet z zamyślenia głosem tak głośnym, że ani Republika, której chciałem teraz słuchać, ani nawet Acid Drinkers nie byliby go w stanie stłumić.
- Karol - powiedziałem sucho.
- Panie, co to teraz się dzieje, czytał Pan dzisiaj gazetę?
- Nie, nie czytałem, właściwie od dwóch dni jestem nieco poza światem, a co się stało? - odparłem udając lekkie zainteresowanie, dobrze już wiedząc, że ta rozmowa musi się odbyć.
- No, nie słyszał Pan o tym morderstwie na gorzowskim bulwarze?
- No proszę, nie słyszałem, a kiedy mordowali? - zapytałem już z rzeczywistym zainteresowaniem.
- No, z środy na czwartek, znaczy się zeszłej nocy, około drugiej, podają.
- Co Pan powie, ja właśnie z Gorzowa jadę i całą noc w mieście spędziłem, na bulwarze też byłem, ale nie wiem właściwie o której.
- To może coś Pan tam słyszał? A co Pan tak w mieście w nocy, nie wygląda Pan na bezdomnego, ani innego degenerata.
- Rozmyślałem, ehhh, dużo by gadać - powiedziałem ospałym tonem dającym do zrozumienia, że nie jest to ciekawy temat do rozmowy - ale co oni tam piszą w tej gazecie?
- Słuchaj Pan - wziął gazetę do ręki i z wielkim zaciekawieniem, jakby to był co najmniej dobry kryminał, zaczął czytać.
- Dziennikarz tak opisuje „Z przebiegu zdarzeń ustalonego przez policję wynika, że mogło to wyglądać tak – człowiek siedzi w na przedostatnim ze stopni prowadzących prosto do wody, pali papierosa i patrzy spokojnie na rzekę. Słyszy ciche kroki, nie zwraca jednak na nie uwagi, po kolejnym zaciągnięciu się zostaje z przysiadu poderwany mocnym szarpnięciem na równe nogi i w ciszy otrzymuje kilka mocnych uderzeń tępym narzędziem. Istne wyrwanie z zadumy, po ciężkim dniu pracy w fabryce telewizorów - jak nieoficjalnie dowiedzieliśmy się od jednego z policjantów - po wcześniejszych naukach, wszystkich rodzinnych spotkaniach, wreszcie dziewięciomiesięcznym oczekiwaniu na narodziny córki i niezliczonych innych oczekiwaniach, dniach i miesiącach przeróżnych wrażeń i spraw, kilka sekund walki, koniec.”
W pierwszej chwili pomyślałem, że opisuje historię naszego tu spotkania, kiedy mnie właśnie podobnie brutalnie wyrwał z patrzenia za okno, podobnie brutalnie, ale jednak inna to brutalność, pozostawiająca mnie przy życiu, więc jednak jestem w lepszej sytuacji, zdaje mi się, że jestem w tej perspektywie nawet w zupełnie dobrych położeniu.
- Jak to dziennikarze panie, dodali od siebie trochę dramatyzmu, no, wiesz Pan, żeby się lepiej czytało - dodał Janek.
- Dodali dramatyzmu powiada Pan? A czym tam jeszcze coś można z dramatyzmu dodawać? Chyba już nic więcej.
- No wiesz Pan, niby nie, ale jednak.
- Ale jednak - powtórzyłem.
- Wiesz Pan, dalej piszą, że nic nie ukradli, zabili człowieka i już, że pewno przypadkowy był, nic osobistego.
- Może być coś bardziej osobistego niż zabicie człowieka? - rzuciłem co ślina przyniosła.
- No nie, właściwie nie, ale wiesz Pan, o czym mówię, Pan tam byłeś, tam gdzieś, w okolicy, mogło paść różnie.
- Ano mogło, mogło, na szczęście dla mnie, jeśli można tu o szczęściu, na mnie akurat nie padło. Ale mogło, ale mogło. Obaj zamyśliliśmy się i ucichliśmy, ale nie było to cisza zwana niezręczną, ba, była nawet dość zręczna, właściwie brzmiało to, jakbyśmy uczcili ofiarę minutą ciszy. Jak zwykle bywa w podobnych sytuacjach była to minuta dość krótka a do przedziału znowu zawitała mocnym szarpnięciem drzwi konduktorka, spojrzała na mnie i poprosiła o bilet Janka. Ja tym razem miałem kilka chwil, żeby lepiej się przyjrzeć tej kobiecie i pomyślałem, że musi być nieszczęśliwa, bo źle, na prawdę źle wyglądała, ale chłopa pewno ma, zresztą, która teraz nie ma chłopa? Która kiedykolwiek nie miała? Zawsze się jakiś, jakaś znajdzie. Mniejsza, co innego mnie tu zaciekawiło, mianowicie, że jak konduktor jaki, to przystojny, zawsze ogolony, w miarę wysoki, większość w każdym razie prezentowała się jak najlepiej, ale jak kobieta jaka, nie zawsze przecież, bo nie, ale najczęściej, to twarz jakaś zniszczona, jakieś kurzajki, ogólnie strach aż i ciarki po plecach, że może w tych pociągach dzieje się coś złego, że z nich już wychodzi się takim właśnie, zużytym przez czas i miejsce, nieprzyjemnym z wyglądu, ale przecież nie można powiedzieć, że wchodziło się młodym i zaraz było starym, bo nie.
Janek, zdaje się, nie palił, więc i ja nie paliłem przy nim, ale w okolicach drugiej nocnej godziny poszedłem do toalety zapalić, czas był najwyższy, a że tu nie chciałem, musiałem iść, chociaż właściwie nie musiałem, bo nikt nikomu nie może kazać czegoś do końca, ale jednak szedłem, bo tak chyba powinno być, a jeśli nawet nie powinno, to i zmieniając zdanie i wracając szedłbym przecież, więc idę. Kiedy wróciłem, szybko, ale dokładnie przyjrzałem się Jankowi, wyglądał na mądrego człowieka, mądrego raczej życiowo, niż z książek. Był ubrany raczej praktycznie na tę porę roku i dnia, niż dobrze. Długie spodnie z materiału, koszula zapinana na dwanaście guzików i letnia, jak to się ładnie mówi, kurtka, nie wiosenna, ale letnia właśnie. Niewielki bagaż, raczej podręczny bagaż, kapelusz i gazeta, po chwili znałem już nawet większą część tego bagażu.
- Piwka?
- A daj pan, panie Janku, piwo dobre na sen. Wracając do tego morderstwa, faktycznie, mogłem mieć mniej szczęścia. Ze zbiegami okoliczności i czasu nie ma żartów, jest tak, jak i ty jesteś, nie ma go bez ciebie a ciebie bez niego, a jednak możecie współpracować albo siłować się na rękę, ale z tego siłowania nikt jeszcze nie wyszedł żywy. Nikt jeszcze czasu nie oswoił, można brać jego drobiny mocno do ręki, a i połknąć je nieraz, ale te drobiny, to jak wygrana bitwa, nigdy wojna, takie pyrrusowe zwycięstwo panie, bo ten czas to zbyt wielka rzecz, żeby z nim wygrywać w poważniejszych starciach, albo chociaż mocno za łeb złapać - Janek spojrzał lekko przytakując, jakby nie do końca zrozumiał moje myśli.
- Młodzi robią teraz wszystko, żeby wypełnić czas, a przecież chodzi właśnie o to, żeby pracować, żeby pracować i znaleźć w dobie taką chwilę przed snem dla samego siebie i świętego spokoju, a później ze spokojem zasnąć.
- Tak, właśnie tak, wie pan, czasem łatwo i dość jeszcze nieświadomie można zejść na złą drogę - ciągnąłem dalej - czy to marnując czas, czy samego siebie. Przypomniało mi się, jak jeszcze będąc brzdącem ukradłem ze straganu dwie pomarańcze i banana, chociaż bananów nigdy nie lubiłem, a nawet nie jadłem, i potem gonili mnie, albo nawet nie mnie, ale te pomarańcze właśnie. Parę jeszcze razy jako szczeniaka mnie ganiano, ale zawsze miałem wątpliwości, czy to faktycznie mnie właśnie gonią, czy nie, a jednak uciekałem.
- Wiesz pan, nie ma człowieka bez grzechu, ale żeby tak mordować, przypadkowego człowieka, bez powodu, ot tak, kto to widział.
- Prawda to, prawda, ale zawsze jest jakiś powód, wybór jakiś - dodałem.
- Nie ma nic gorszego, niż możliwość wyboru, ja to bym wolał mieć coś dane, zasłużyć na to jaką ciężką pracą, ale mieć to coś, jednego, a teraz, wszystkiego tyle i domyśl się pan, co tu lepsze co gorsze.
Znowu nastała dłuższa chwila ciszy, ale nie była to cisza z tych niezręcznych, ba, była nawet bardzo zręczna i raczej pełna zrozumienia, niż nieporozumienia. Zacząłem rozglądać się po przedziale i po raz nie wiem już który w życiu zastanowiła mnie numeracja siedzeń. Jakby nie mogła być prosta – 64, 65, 66, 67 i tak dalej, to przypadkowe, zapewne nieprzypadkowe, ale dla mnie jednak przypadkowe ułożenie jest dość znamienne. Osiem numerów w każdym przedziale, osiem miejsc i osiem numerów, które nie są przypadkowe zupełnie, bo przecież jeśli wziąć wszystkie z przedziału, można je ułożyć kolejno, ale wcale nie wiszą kolejno, więc wiszą przypadkowo, jak przypadkowe głowy siedzą pod tym, co wisi, niemal każdy z innej parafii, a nierzadko nawet diecezji. Może dlatego właśnie tak jest z tymi numerami, żeby przypomnieć podróżnym, że ta podróż, jak wszystko w życiu jest przypadkowa. I może nawet ma jakiś sens, na pewno ma zresztą. I sens ma i cel, ale ile w tym przypadku. I jak bardzo taki przypadek może zmienić całą podróż, czy to na lepsze, czy gorsze. Pamiętam, jak kiedyś wracając z Wrocławia pociągiem postanowiłem zatrzymać się w Zielonej Górze, żeby obejrzeć miasto. Pamiętam też, że była to sobota, o wbrew pozorem było rzeczą dość ważną. Pozwiedzałem więc, poszwędałem się, zjadłem, wypiłem i poszedłem na dworzec PKS wiedząc, że o 21 odjeżdża autobus do Gorzowa Wlkp., gdzie to miałem wrócić. Więc przychodzę na dworzec, na peron, upewniam się, jest pięknie, zostaje 30 minut do autobusu, płacę więc dwa złote za toaletę, zupełnie już za darmo dostaję okrzyki od pani pobierającej opłatę, która właśnie odłożyła mopa i wiaderko, że też nie miałem kiedy przyjść, ale przyszedłem akurat teraz, kiedy ona sprzątnęła, a ja pobrudzę, ale skoro już jestem to niech idę. Więc poszedłem, wyszedłem, zapaliłem i czekam piękne dziesięć minut na autobus. Ale czekam i dwadzieścia i dwadzieścia pięć i przestaje być pięknie, oczywiście w międzyczasie sprawdzając dwukrotnie, czy aby na pewno dobrze patrzę, czy aby te wszystkie duże „W”, duże „M” i małe „n” oznaczają w legendzie dokładnie to, co chcę, aby oznaczały, żeby pojechać do domu. I zdaje mi się, że oznaczają, bo przecież zawsze jest tak, że jeśli przy kursie jest zaznaczone, że kursuje w niedzielę, oznacza to zwyczajnie, że kursuje „również w niedzielę”, a nie „tylko w niedzielę”. Przynajmniej do tego dnia wszystko wskazywało, że tak właśnie jest. Ale tak nie było. Było tak, że faktycznie autobus jedzie tylko w niedzielę, a mi zostało zostać w obcym mieście bez dachu, poza tym dworcowym, który też przestaje być dachem o 23, pociągów nie ma tym bardziej, więc stoję między dworcem a Biedronką (nawet Biedronkę zamknęli) i myślę, co dalej, ale nic wymyślić nie mogę, więc biorę plecak i idę przed siebie wiedząc już, że autobus dopiero przed pierwszą w nocy. Tylko przydrożny bar, kilkanaście metrów od dworca, nic więcej w najbliższej zziębniętej okolicy, więc ja do baru, że autobus, że trzeba czekać, że piwo, więc piwo i czekam zziębnięty, przy otwartych drzwiach, bo:
- Pan usiądzie przy drzwiach, bo o drugiej zamykamy, więc podłogę zaczynam myć.
Spojrzałbym na zegarek, gdybym nosił, ale nie noszę, więc spojrzałem na komórkę.
- O drugiej? Toż jeszcze do północy kawał, do drugiej to tu jeszcze i naniosą, i huragan będzie i jakiś rząd zdążą w Afryce obalić.
- W Afryce to może i zdążą, tutaj już o tej porze nawet flaszki się nie obala, w domach to i pewnie tak, ale tutaj już nie. Gdyby nie, że tu PKS i PKP i szwędający się podróżni, albo i ci, którzy mieli być podróżni, ale nie mają czym, dawno bym zamknęła bareczek. Tu tylko obcy, albo element.
Przytaknąłem tylko i przez chwilę zapatrzyłem się na niby typową nocną barmankę, nocną nie z klubu nocnego, ale właśnie z baru i pomyślałem, że też się nie boi, utarg w kasie, ona jeszcze zupełnie z urodą przeciw biegowi czasu, który dawałby jej około czterdziestu jeden lat na tym padole, ale i ładna całkiem, zadbana, więc to, jednak na lekkim odludziu, kiedy nie ma już dziennego ruchu przybyłych i wybywających, jednak trochę liche na dłuższą metę. Ale i jakże ciekawe środowisko można poznać, dowiedziałem się za moment, kiedy bo baru wszedł dość młody, ale widocznie zmęczony życiem i alkoholem chłop.
- Zbieram kasę na bilet, dorzucisz dwa złote?
- Raczej nie – odpowiedziałem dość niejasno, chociaż równie jasno wiedziałem, że nie dorzucę się z całą pewnością.
- Zbieram kasę od godziny, za następną godzinę mam pociąg do Poznania, potrzebuję 37 zł, mam ledwie dwanaście.
- Cóż, nie będę w stanie pomóc – powiedziałem bardziej zdecydowanie.
- Ale fajki masz – spojrzał na papierosa, którego właśnie wkładałem do ust.
- Ano mam, weź dwie.
- Dzięki – powiedział z uśmiechem – nie bardzo wiem, co z tą kasą zrobić, będę chyba musiał skroić coś na mieście. Przedwczoraj odwiesili mi warunkowe, kurwa. Mam dwadzieścia siedem lat, z czego siedem w kryminale.
- Oj, niedobrze, niedobrze – powiedziałem z jednej strony zaciekawiony, z drugiej zastanawiając się już, czy najlepszym rozwiązaniem nie będzie przerwanie rozmowy.
- Niedobrze? Co za pojebany kraj, jak ukradniesz gruszkę, wsadzą cię na dziesięć lat, a pedofila wypuszczą po roku.
- A tak, to prawda, coś w tym jest. Mawiają, że jak kraść to miliony.
Stażysta zakładów karnych zaciągnął się tylko, wstał i wyszedł. Ja tymczasem dokończyłem piwo, odczekałem jeszcze i poszedłem na dworzec, gdzie już bez wielkich niespodzianek, za to z niewielkim spóźnieniem, podjechał autobus relacji Jelenia Góra – Szczecin. Wsiałem zatem, a nawet usiadłem i zacząłem lekko przysypiać.
- Nie śpij, bo cię okradną – szturchnął mnie nagle Janek wyrywając z realistycznego snu.
- A tak, tak, trudno nie zdrzemnąć się nawet na chwilę, kiedy całą noc przychodzi jechać pociągiem – rzuciłem na pół przytomny.
- Prawda to panie, prawda. Nie chciałem budzić, ale na wszelki wypadek, miło się z panem gadało, ten morderca to musi być ciekawy człowiek, negatywnie ciekawy, można by powiedzieć. A ja zaraz wychodzę w Kędzierzynie i nie chcę, żebyś się tu pan śpiąc na jakiego zbira napatoczył.
- No tak, dziękuję, ale i nie sądzę, żeby ten morderca jechał z nami jednym pociągiem – uśmiechnęliśmy się do siebie.
- A wie pan, u nas w Kędzierzynie to taki spokój, nie ma strachu spać nawet całą noc na ulicy. Nikt nie da w gębę, nie okradnie, nawet obcych, co dopiero mówić o jakimś mordowaniu – powiedział z dumą Janek.
- Nawet obcego pan powiada.
- Nawet. Ale u nas w ogóle jest dziwna ta cała okolica. Wie pan, że Kędzierzyn Koźle jest większy od Opola? Tylko mieszkańców znacznie mniej, bo to zbitek dwóch miasteczek, a jeszcze więcej wsi. Wymyślili, żeby tak zrobić, żeby miasto miało ponad sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców i mogło wybrać prezydenta, ale tak naprawdę to jesteś pan dajmy we właściwym Kędzierzynie i żeby się dostać do właściwego Koźla, w obrębie miasta przecie, to pan musisz jechać drogą, która po obu stronach ma pola, i tymi polami to parę kilometrów. A na Azoty, panie, to jeszcze inna historia, tam jest taki Hotel – Zacisze, to pod tym hotelem nawet las się zaczyna, ale mówię, miłe to miasto, rozległe, a jednak takie małe jakoś, przytulne.
- A widzi pan, brzmi ciekawie, może kiedy będzie po drodze, to i zatrzymam się na parę godzin, albo i na noc do tego Zacisza, lubię miejsca.
- No, to zapraszam, tymczasem, spokojnej drogi – rzucił na zakończenie.
- Tymczasem, i niech pan, panie Janku, czyta te gazety, może się czegoś więcej o tym mordercy kiedy dowiemy – uśmiechnęliśmy się jeszcze raz do siebie.
Janek machnął jeszcze ręką na pożegnanie i poszedł w swoją stronę, pociąg ruszył, a ja w przedziale zostałem sam i spodziewałem się, że sam zostanę już do Katowic, bo i w Gliwicach o tej porze ruch na dworcu raczej niewielki. Zacząłem się zastanawiać nad końcem rozmowy z Jankiem i nad lubieniem miejsc. Bo właściwie może to nie ludzie lubią miejsca, ale te miejsca lubią ludzi i dlatego ich przyciągają? Przecież to od miejsc zależy, jak one wyglądają, a nie od ludzi, którzy do nich jadą. Więc to miejsca stoją na wygranej pozycji, we własnym miejscu. I przede wszystkim to człowiek idzie do miejsce, a nie miejsce do człowieka, więc tak, to nie ja lubię miejsca, to raczej one mnie lubią.
Znowu się zdrzemnąłem. Świetne są chwile w nocnych podróżach, kiedy tak człowiek przez kilka godzin jest gdzieś na granicy i sam nie wiem czy, a jeśli tak, to ile spał, a że, jak wspomniałem, zegarka nie noszę, czasem kończy się to poszukiwaniem w nocnej mgle napisów na kolejnych stacjach, co bywa dość trudne. Ale mniejsza. Dojeżdżamy do wspomnianych Katowic, więc i dobrze, że czuję się teraz dość wyspany, bo mimo, że mamy środek nocy, więc czas na sen dość naturalny, w tłoku może być o niego trudniej. Oho.
- Dzień dobry, wolne? – zapytała młoda naturalna blondynka, jak to się zwykle z grzeczności pyta nawet przy siedmiu na osiem wolnych miejscach.
- Jasne – powiedziałem lekko tylko spoglądając w jej kierunku i skręcając głowę znów w szybę, bo przecież nie tylko dzieci zawsze w pociągach chcą siedzieć przy oknie, czego kolejnym dowodem była moja nowa współpasażerka, która wyjąwszy z plecaka laptop usiadła naprzeciwko mnie mimo, że przecież nie miała zamiaru razem z laptopem patrzeć wspólnie przez okno. A i miejsce zabrała nam obojgu. Miejsce przecież nie nasze, ale jednak nasze, dzierżawione od państwowej firmy na to, ażeby móc chociaż trochę prostować czasem nogi, kiedy nie ma nikogo naprzeciwko. Ale nie, siedzimy więc twarzą twarz, to znaczy ja twarzą w szybę, a ona twarzą w ekran.
Po dwudziestu minutach zacząłem wyczuwać jakąś dziwną sytuację. Było to jakieś nietypowe uczucie, jakby z innego wymiaru, jakby coś w tym przedziale było jeszcze poza dwójką ludzi, ale nie mogłem odgadnąć co to jest. Coś wysokiego z pewnością i łagodnego, nic, co przychodzi mi do głowy nie będzie bliższe, niż właśnie te słowa – wysokość, a nawet wysoka ulotność i jakaś piękna łagodność. Zacząłem więc powoli, ale intensywnie poszukiwać czegoś – oczami, węchem i jakimiś odczuciami, które do zmysłów nie są zaliczane. Ciągle jednak bez rezultatu. W akcie desperacji zacząłem się ukradkiem przyglądać dziewczynie i dopiero teraz zacząłem zauważać, jakie to dziewcze piękne, anielskie, można by powiedzieć, a nieczęsto można tak nazwać kobietę. Na twarzy była ta łagodność, subtelność, tak, subtelność bardziej niż łagodność, chociaż i łagodność z pewnością. Pełna czystość, harmonia, piękne. Jeśliby coś teraz mówił, musiałbym napisać, że zaniemówiłem, ale nic nie mówiłem i nie miałem zamiaru, szkoda burzyć to coś tak pięknie delikatnie wiszącego, co spoglądało na nas oboje. Tymczasem zacząłem zauważać, że i ona, równie dyskretnie, zaczęła zerkać, zupełnie, jakby poczuła to samo. Po kilku minutach zacząłem odczuwać wręcz pewien podniosły nastrój, uroczysty, o ile może być uroczyście w środku nocy w pociągu pospiesznym z metalicznie widocznym, tak, widocznym, zapachem. W każdym razie nadal zerkałem i chłonąłem to piękne uczucie, nie wiem, czy ona zerkała nadal, ale i mojego zerkania chyba nie widziała, więc albo oboje robiliśmy to na tyle umiejętnie, albo może żadne z nas nie patrzyło. Ja jednak z pewnością patrzyłem. Ale tylko przelotnie, delikatnie, spokojnie, najważniejszym było nie burzyć, więc jednak prawie cały czas patrzyłem w szybę, a że w szybie odbijała się jej twarz, był to najlepszy sposób, bo i tak, zupełnie niezauważenie, bez choćby ruchy głową, można było patrzeć i na slajdy krajobrazów i na nią, pomyślałem, że takie lustro musiało być wymysłem nie narcyza, a romantyka, właśnie dla takich sytuacji. Patrzę więc w jej lustrzane, a właściwie szybowe odbicie i w pewnym momencie widzę w nim, jak odkłada laptopa i również zaczyna patrzeć przez szybę, co więcej, jej odbicie w pewnym momencie zaczyna patrzeć na mnie i zastyga w tym patrzeniu, a ja nie przerywając patrzenia czuję znowu jakieś dziwy, jakieś ciepło, jakąś niepewność i zakłopotanie, jakąś radość i nie wiem, odchodząc od romantyzmu, co na to nauki ścisłe. A konkretnie fizyka, bo jak to jest? W odbiciu obraz nie jest te sam, co rzeczywiście, weźmy jeszcze dwa kąty patrzenia – jej i mój oraz nas dwoje rzeczywistych. I kto mi teraz powie, czy jeśli ja patrzę na nią odbitą, a to odbicie patrzy na mnie, to ona rzeczywiście patrzy na mnie? Czy może równie rzeczywiście tylko to odbicie mnie widzi, a ona patrzy gdzieś tam, daleko za okno? Nie mam pojęcia, więc teraz ja patrzę i ona patrzy, ale może nie patrzy i może też się zastanawia, czy ja patrzę albo ma większą wiedzę ode mnie i wie, jak to jest z tymi odbiciami, ale może przecież wcale nie patrzy, więc nawet nie zastanawia się, czy moje odbicie również ją widzi, skoro wtedy mojego odbicia sama w ogóle nie zauważa. Sam się w tym gubię, ale patrzę, bo i trudno tak nagle przestać patrzeć. Szukam podobieństw bardziej i teraz już widzę, że odłożyła laptopa na dłużej, że teraz oboje słuchamy muzyki i oboje miewamy dziwne ruchy gałek ocznych, związanych pewnie z jakimiś uczuciami wyższymi związanymi z muzyką, a może z czymkolwiek innym. Mi w każdym razie uciekają gałki oczne, kiedy słucham „Persephone” Dead Can Dance, a przy czym jej? Albo przy kim, bo przecież, jak wiemy, a właściwie nie wiemy, może u niej nie jest to kwestia muzyki? Schodząc nieco na ziemię, dość nawet dosłownie, a nawet bardziej dosłownie, niż metaforycznie, trzeba zauważyć, że ta muzyka, a może zmęczenie pozycji jest powodem minimalnych poruszeń nóg z obu stron przedziału. Nie muszę mówić, że na tak małej przestrzeni wszelki ruch musi prowadzić do dość delikatnych spotkań i kiedy ona w końcu zastyga swoją lewą nogą przy mojej prawie na tyle blisko, że ruszając nią w rytm muzyki minimalnie przesuwam się po jej nodze, znowu zaczynam się zastanawiać, co to może znaczyć. Musi przecież czuć te minimalne muśnięcia i może sprawia jej to przyjemność jak mi, wzniecając już do granic to, co tak naprawdę może w ogóle nie istnieje, a może jest dla niej zupełnie obojętne. Ale jak może być obojętne wchodzenie w ciało innej osoby, choćby tak powierzchowne, tak delikatne, a może szczególnie takie. Więc ona tu jest, z tą anielską twarzą i z doskonałym wyrazem twarzy, właśnie tak, gdyby mi ktoś kiedyś kazał opisać doskonała twarz, z pewnością przypomniałbym sobie właśnie te kilkanaście, może kilkadziesiąt minut. Ach jakże bym chciał, żeby pobyła tu ze mną jeszcze trochę. Jedziemy jednak dalej, a przecież i ja nie będę jechał tym składem całą wieczność, więc każda chwila i każde kolejne muśnięcie jest jakimś wielkim prozaicznym i może nic nieznaczącym świętem. Jak to dobrze, że nikt więcej nie dosiadł do nas w Katowicach, byłoby to straszne zburzenie tej harmonii, bez której cała przyjemność błyskawicznie musiałaby zniknąć, ba – nawet nie udałoby się jej rozpocząć. Myśląc o tym wszystkim i chłonąc w siebie nieopatrznie przestałem ruszać nogą, zatrzymałem ją w jednym miejscu. I co teraz zrobić? Znowu zacząć, udając, że to rytm przerwał, a teraz zaczął się nowy? Ale czy to będzie ten sam rytm? I jaki on w ogóle był? A jeśli ona poczuje, że tym razem będę już dążył do kontaktu, wycofa się? Co wtedy? Ucieknie, zabierze nogę, a może zabierze ją ot tak, bo przecież nie wiem nic o tym, co jest w niej i czy w ogóle jest to cokolwiek związanego z przedziałem? Więc nogę mam zastygłą i wręcz bronię się przed ruchem, tak będzie najlepiej, tak myślę, kiedy one są teraz centymetr od siebie, a dokładniej, właściwie dżins w sztruks są zupełnie razem. I z całą pewnością, mimo kolejnych minut, nikomu to nie przeszkadza, bo przecież miejsca ogrom, można spokojnie wygodnie wyciągnąć nogi, ale nikt nie chce ich sobie wyciągać, uciekać, bo może jeszcze coś się zdarzy, może te nasze nogi jeszcze się do czegoś przydadzą. Tymczasem ona opiera się o stolik, więc jest to jakiś krok, albo może wcale nie jest, ale pytać nie będę, więc założę, że jest, bo tylko to mogę przecież założyć. Więc ona na stolik, to ja na szybę, ciut bliżej, opierając głowę o wystającą końcówkę oparcia, co daje jakieś kilkanaście, przynajmniej, centymetrów bliskości. Oczywiście nie natychmiast, po odczekaniu stosownej chwili, żeby znowu nie spłoszyć, nie przestraszyć, nie przerwać, więc znowu, a właściwie ciągle w szybę i teraz dopiero poczułem jakąś niezręczną ciszę, którą chciałbym jakoś przerwać, ale jak? Co jej powiem, czym zainteresuję, mógłbym ją zainteresować setką tematów, nawet tych rzuconych niby od niechcenia, ale przecież może żadnym z tych tematów bym jej nie zainteresował, bo i tak może być, więc nie, albo raczej jeszcze nie. Ale kiedy, ale kiedy? Nagle z myśli wyciągnęła mnie brutalnie komórka wibrująca z kieszeni, więc naturalnym odruchem sięgam do kieszeni i wyciągam i dopiero wtedy widzę, że przez ten ułamek sekundy, może nie ułamek, ale pół sekundy, więc jednak ułamek, kiedy nie patrzyłem, ona też właśnie teraz wyjęła telefon z torebki i uśmiechnęła się do niej, jakby był sens uśmiechania się do przedmiotów martwych, więc kto to był, do kogo się uśmiechnęła? Czy to jej chłop, jakieś świetne chłopiszcze z poczuciem humoru, które wywołuje tak szybki uśmiech? Więc co dalej w tej sytuacji? Bo jeśli jest zajęta? Ale nawet jeśli jest zajęta to czy ja mam czuć się winny z powodu tej atmosfery i tych delikatnych ruchów tektonicznych nóg? Po chwili poczułem, że sam też się do komórki uśmiechnąłem, a nie była to przecież moja dziewczyna, której nie miałem, chociaż może i miałem, ale nie czas ani miejsce na to. Nawet koleżanka to nie była, a zwyczajnie, albo i niezwyczajnie, bo kobiety jednak częściej piszą, ot, znajomy z Krakowa, którego nie widziałem od wieków, a dokładnie od paru miesięcy, który miał mnie odebrać z dworca, żebym się po nocach, a właściwie po nocy, po mieście nie włóczył. Czuję, więc, że i ona jest usprawiedliwiona, że jednak ta sytuacja niczego nie zmienia, a my po chwili wyrwania wracamy do stanu sprzed chwili i zaczynamy mieć potrzebę, by jednak te nogi rozciągnąć, jakby w strachu, żeby już nie zostały takie pokurczone, na zawsze, więc ja prostuję, odsuwając z konieczności prawą, jakbym zamykał jej drogę ucieczki, a ona szachuje mnie swoją lewą ustawiając przy mojej, ale i pomiędzy moimi obiema, więc ja lewą między jej i ona prawą pod oknem. To dopiero musi komicznie wyglądać, ale wyglądać może jak chce, skoro przedłuża tak przyjemną chwilę między czymś mistycznym, a być może niczym zupełnie. Znowu oddech, jakbyśmy nabierali sił i odwagi na nowe pomysły, albo jakbyśmy w ogóle nie przywiązywali do tego wagi. I kiedy wyładowała mi się bateria, co brutalnie przerwało „Bolero” Ravela, bo i takich rzeczy słucha się w pociągu, ona znowu do torebki, ja wymieniam baterie i zużytą wrzucam do śmietnika, chociaż mówią, żeby tego nie robić, ale kto by się teraz przejmował jedną baterią, z której później zrobi się dziesięć, sto, tysiąc, a niechże i milion. Więc ona sięga do torebki, wyjmuje kanapkę, otwiera sok, je kanapkę, popija sokiem, wyrzuca woreczek zahaczając dłonią o moje kolano i wyjmuje z torebki tabletki antykoncepcyjne. Nienachalnie, niby w ukryciu, ale dobrze widzę i widzę, że ona dobrze wie, że ja tak dobrze widzę. Połyka tabletkę, popija, nie odwrotnie, chowa tabletki i sok, a ja już wiem, że musi mieć chłopa, bo i bez chłopa nie brałaby tabletek, chociaż może to jakieś problemy hormonalne, bo i tak może być, ale przecież wszyscy doskonale wiemy, że tak nie jest. Więc ten chłop faktycznie istnieje, ale i przecież nikt nie bierze tabletek antykoncepcyjnych w nocy, bo co dobę, nikt nie jest na nogach każdej nocy, nikt, więc wiem, że jest chłop, albo prawie wiem, ale równie wiem, albo tylko mam nadzieję, ale rozsądnie podchodząc wiem, że to też musi być jakiś znak, a jeśli znak, to do mnie, bo i przecież do kogo? A może zwyczajnie zapomniała w dzień. Może bierze o 22, ale że akurat, jak sądzę, musiała się w tym czasie pakować, zapomniała i wzięła teraz, więc to nie musi być znak. Ale może być. I teraz może to być zaproszenie do dalszego ciągu, chociaż ciągle nie wiem czego, bo i czego? Albo i wręcz przeciwnie, i teraz wszystko, co zrobię, może się skończyć dobrze, ale i równie dobrze, może i bardzo źle. W każdym razie, jakby się miało kończyć albo i zaczynać nadal nie wiem, jak miałbym się do niej odezwać, napomknąć się, albo jak poprowadzić apostrofę. Jeśli powiedziałbym:
- Cześć, Karol jestem – byłoby to sztuczne i niezbyt zachęcające.
Mógłbym też powiedzieć:
- Dziewczyno bez imienia, nazwiska, z lekko przybliżoną datą urodzenia. Dziewczyno bez rodziny, szkoły, pieniędzy i wierszy. Dziewczyno w czarnych włosach i szarej sukience. Odezwij się choć słowem, żebym cię usłyszał, albo otwórz ręce tak szeroko, jak tylko potrafisz – z pewnością uznałaby mnie za szaleńca i czym prędzej uciekła z przedziału, a tego nikt by nie chciał. Może ona, wtedy, kiedy chciałaby uciec, z pewnością, ale tak, nikt by nie chciał. Więc co? Nic.
Nagle jak nie trzaśnie, nie szurnie, nie pęknie, nie pociemnieje.
- Jezu – nie spodziewałem się, że tak właśnie będzie brzmiało jej pierwsze słowo, jakby się właśnie narodziła i rzekła – niech to szlag.
- Oho, nie ma tu jak pękające świetlówki, zawsze pękają w nocy – powiedziałem bez namysłu, w pierwszej chwili myśląc, cóż za przypadkowe i trafne spostrzeżenie, wszak rzeczywiście świetlówki zazwyczaj, może nie pękają, ale przestają działać nocą, po czym uświadomiłem sobie, że dość oczywistym jest, że coś się psuje wtedy właśnie, kiedy się tego używa, a nie wtedy, kiedy się nie używa.
- Tak, teraz już na laptopie nie popracuję.
- Ale przecież już pani nie pracuje tak czy inaczej, a tak, chociaż zewnętrze lepiej widać, skoro już patrzymy za okno.
- Nie żadna pani, Aśka jestem – powiedziała dokładnie to, co chciałem usłyszeć – musiałam odpocząć od ekranu i zamyśliłam się tylko dłuższą chwilę, oj, mocno dłuższą – w tym momencie spojrzała na zegarek.
- No tak, teraz nawet od takich cudów techniki się odpoczywa – uśmiechnąłem się lekko – Karol, miło poznać.
Uśmiechnęła się i podając rękę dodała:
- Może nie tylko od techniki, co od ludzi. Od rana jestem w podróży i czytam o tym Wampirze z Gorzowa, słyszałeś o tym?
- Najwidoczniej mam dzisiaj szczęście do tych, którzy słyszeli – uśmiechnąłem się znowu wstając z miejsca i przekopując w kąt resztki rozsypanej na podłodze żarówki – coś tam słyszałem, ale nie wiedziałem, że już dorobił się ksywki, dość banalnej zresztą.
- No tak, mnie od dziecka interesują mordercy, zwłaszcza seryjni, a to morderstwo wyglądało wystarczająco przypadkowo, żeby sądzić, że znowu uderzy. Jestem psychologiem na ujot, zajmuję się też medycyną sądową, chcę jutro porozmawiać o tym ze studentami, dlatego od rana czytam wszystko na ten temat.
- I co tam piszą? Znaleźli go już? – rzuciłem od niechcenia.
- Ciągle nic, wciąż szukają jakichś śladów, ale na razie nic – odparła z fascynacją Joanna.
Oboje spojrzeliśmy w okno na lepiej teraz widoczną noc za szybą. Właściwie i przed szybą była noc, ale za nią, zdawała się być bardziej. Zwłaszcza kiedy przejeżdżaliśmy przez kolejne małe, zazwyczaj opustoszałe stacyjki. Zdaje się, że na niektórych stacjach są już tylko bezdomni, jakby ludzie na nich nie czekali już na pociągi, tylko na śmierć. Ale dość śmierci na dzisiaj, dwie żywe, przypadkowe osoby mówią do mnie o jednej śmierci. Jakby tej było więcej od żywych. Tymczasem konduktor wszedł niemal niezauważenie do przedziału, spojrzał na miejsce po świetlówce, na podłogę, pokręcił głową i bez słowa wyszedł. Tymczasem Joanna wyszła do toalety, wróciła po około minucie, również spojrzała w sufit, jakby upewniając się, że światło będzie już połowiczne do końca podróży, usiadła i niemal szeptem powiedziała:
- Co za paskudna złośliwość, akurat teraz, kiedy mam jeszcze robotę.
- A widzisz, skoro miała pęknąć, kiedy by tego nie zrobiła, komuś na złość musiała wpłynąć.
- Tak, już nie tylko ludzie, nawet przedmioty nas nienawidzą – rzuciła bez namysłu, jakby w pewnym momencie uznając, że nie do końca stosowne jest to, co mówi, jakby chciała się zatrzymać, ale nie zatrzymała.
- Na szczęście przedmioty nie czują, gdyby było inaczej, faktycznie musiałyby nas nienawidzić – odparłem nie chcąc, żeby źle się poczuła swoimi słowami – hmmm, widzisz, wczoraj byłem akurat w kinie i pewna nienawiść strasznie mnie uderzyła. Byłem na „Generale Nilu”, wiesz, o tym Fieldorfie z AK – Joanna skinęła głową – cały film, jeśli niesie jakiś przekaz, to taki, że nikt nie ma moralnego prawa niszczyć, oględnie mówiąc, normalnych ludzi, a nawet tych pozytywnie wybijających się, dla jakichś chorych idei, a i nie stosować nigdy zbiorowej odpowiedzialności. Było za to dużo o fanatykach, o źródle tamtejszego zła – faszyzmie i dalej o życiu Fieldorfa za komuny, krótkim niestety. W każdym razie na filmie były trzy osoby, poza mną jakiś młody chłopak i mocno starsza kobieta. Więc światło się włącza, ona zapłakana, ja się zbieram, chłopak podchodzi do niej, obejmuje, pociesza, ona na to:
- Przepraszam, młody jesteś, nie pamiętasz czasów, kiedy rządziły te czerwone świnie.
Prawda czy nie prawda, w większości pewno prawda, sam nie bardzo pamiętam, ale jakieś to niechrześcijańskie, niemiłe po takim wzruszającym filmie jednak. On do niej, że rozumie, że wie, że było ciężko i takie rzeczy, a ona na odchodne:
- Wiesz chłopcze, jestem katoliczką, pamiętam tamte czasy i dlatego tak bardzo mnie denerwuje, że te komuniści i żydy nadal rządzą.
Byłem w szoku, raz, że katoliczka mówi takie słowa w jednym zdaniu z tym, że właśnie jest katoliczką, a dwa, że po takim filmie, gdzie tyle było o nienawiści, gdzie tak dobrze pokazano, do czego nienawiść i chora ideologia jest wykorzystana, ona czuje jeszcze większą nienawiść do komunistów, poniekąd uzasadnioną jeszcze, ale do Żydów?
- Niestety Karolu, tak to już jest, skoro kościół uczy nienawiści, zamiast Biblii, mamy znowu coraz więcej rasistów, którzy o chrześcijaństwie nie mają pojęcia, a to przecież ci, którzy najmocniej deklarują wiarę. To straszne jest, ale nie wierzę już, że polski kościół będzie jeszcze kiedyś kościołem katolickim, nie tylko polski zresztą przecież. Coraz mniej Boga, coraz więcej kłamstwa, tylko tyłek sobie Bogiem podcierają.
- A, prawda niestety, i ci mordercy głównie z takich zakłamanych rodzin podobno się biorą, często właśnie niby wierzących.
Dojeżdżaliśmy powoli do Krakowa i mimo, że nie było już tego nastroju, który towarzyszył nam, a na pewno mi, wcześniej, nie chciałem się z Joanną rozstawać, ale co zrobić, tak to już jest, że czasem choćby się bardzo nie chciało, rozstać się trzeba, co zrobić. Dziwne to uczucie jednak, kiedy ma się sentyment do kogoś, z kim ciągle się przebywa, a na dodatek zna się ledwie kilkadziesiąt minut, z czego większość wyłącznie ze wspólnego przebywania. Tak czy inaczej, czas się pakować.
- No, czas się pakować – rzuciła Joanna, jakby właśnie czytała mi w myślach.
- Oho, czas czas, też wysiadasz w Krakowie? – uśmiechnąłem się.
- Tak – odpowiedziała lekko pochylając się przed lustrem przyczepionym do ściany – mieszkasz w Krakowie?
- Niestety nie.
- Dlaczego niestety? To ja zapraszam na herbatę, niedaleko dworca jest fajna knajpka czynna całą dobę – powiedziała niespodziewanie, gwałtownie odwracając się w moją stronę.
Byłem nieco zaskoczony, a właściwie mocno zaskoczony, na tyle, na ile może być zaskoczony facet, któremu atrakcyjna kobieta po kilku minutach znajomości proponuje herbatę w środku nocy.
- Chętnie – wydusiłem z siebie, zapominając zupełnie o pierwszej części pytania. Albo uznając, że to zbyt oczywiste, jak mógłbym przecież nie chcieć mieszkać w tym mieście, o ile oczywiście w jakimkolwiek chciałbym mieszkać na stałe, ale to dość oczywiste, że większość ludzi mieszka gdzieś na stałe, więc pytanie było jednak dość zwyczajne, może nawet bardzo zwyczajne, ale jednak nie dla mnie. Pozbieraliśmy resztę rzeczy, stanęliśmy na równych nogach, a kiedy pociąg hamował żadne z nas nie wpadło na to drugie. Joanna otworzyła drzwi przedziału, odwróciła się lekko, wyszliśmy.
- Mamy jeszcze całą godzinę panie Karolu - powiedział dziwnie znajomy głos.
- Tak, całą piękną, spokojną godzinę - odparłem sam sobie i poszedłem po fajki.
Fajki zawsze kończą się w podróży, gdzie by człowiek nie jechał, zawsze musi wyskoczyć do jakiegoś przydworcowego kiosku, choćby pociąg miał w tym czasie odjechać z całym bagażem, a choćby z psem, kotem, albo własną żoną. Na szczęście pies ze mną nie jeździ, kota i żony brak, a ja pięknie czekam na dworcu, więc kiosk nie był tym razem walką o powodzenie podróży, a nawet pozwalał, jak to się strasznie mówi, zabić czas, a w każdym razie jego kawałek.
- No to co? Zapalimy?
- Zapalimy.
Pięknie się pali z bagażem na plecach w ciepły wieczór z perspektywą całonocnej podróży, wszak do Krakowa jedzie się długo, a właściwie nie długo, a stanowczo zbyt długo. Ale że chociaż nocą, to dobrze, to bardzo dobrze.
- Panie, a Pan to co, Duch Święty? - usłyszałem zza rogu, nie widząc jeszcze postaci, jakby ktoś mówił właśnie do mnie, nie wiedząc jeszcze, że tu jestem.
- Czasem jak duch, oj, czasem jak duch, ale dlaczego święty? - odparłem do właściciela postaci, lekko już wynurzonej powolnym krokiem zza budynku dworca, co gorsza, nieco odblaskowej, ni to policyjnej, ni chroniącej koleje.
- Tu się nie pali, nie widzisz Pan tabliczki?
- Aj, widzę, teraz widzę, ale ona musi być dość młoda, nigdy jej tu nie było - próbowałem się ratować - a właściwie z jakiej Pan firmy?
- Panie, młoda, nie młoda. Jak Pan weźmie za młodą babę to jeszcze gorzej Pan na tym wyjdziesz, więc tak czy inaczej, będzie mandacik - uśmiechnął się delikatnie, ale przyjaźnie.
- Więc może honoruje Pan zniżki studenckie? Albo tułacze? Czy jakiekolwiek inne?
- Honoruję poczucie humoru, jako że obaj mamy dziś widzę dobre samopoczucie, papierosik będzie kosztował 50 zł - wydusił powoli i spojrzał badawczo, jakby chciał zapytać, czy to dużo dla mnie, czy mało.
- No, cóż ja mogę, można od ręki?
- Można, trzeba było tak od razu, to bym papierka nie wypisywał.
- Ach, można było... Więc gdzie mogę tu zapalić bez dodatkowych opłat? - znowu lekko się uśmiechnąłem.
- Tam, tam przy toaletach - rzucił na odchodne zabierając niebieski papierek.
Dobrze, że przy toaletach chociaż, to w końcu jeden z kluczowych reliktów każdego dworca, więc i zapalić można, i skorzystać prawie od razu, zapłaciwszy wcześniej obowiązkowe dwa złote tej samej, co zwykle kobiecinie w średnim wieku. Ale to już przelotna rzecz, ostatni dymek, szybka wizyta w toalecie i na peron, na peron trzeba powoli pędzić, jak to mówią niektórzy. Więc pędzę.
Pociąg przyjechał ze zwyczajowym opóźnieniem piętnastu minut. Zawsze mnie zastanawiało, czy gdyby w końcu przestawić planowany przyjazd pociągu o te piętnaście minut, czy spóźniłby się o kolejny kwadrans, czy przyjechał na czas. Teraz to bez znaczenia. Wszedłem do trzeciego wagonu, znalazłem pusty przedział, tak, puste przedziały mają w sobie coś wyjątkowego, jakby nikt ich nie chciał, jakby nikt nie chciał usiąść właśnie tu, a siedzi się w przedziałach przed nim i po nim, teraz i w tym się siedzi, włącza się światło i bierze do ręki książkę. Nie byle jaką książkę, bylejaka nie nadaje się na podróż, zwłaszcza pociągową, nocną, zwłaszcza, kiedy noc taka piękna, a 50 zł poszło, łagodnie mówiąc, na stronę. Więc może to była "Siekierezada", może "Dzienniki" Virginii Wolf. W każdym razie w pociągu przede wszystkim trzeba umieć czytać, więc czytam partiami, odkładając książkę już po trzydziestu minutach, gdzieś w okolicach Wronek i wklejam twarz w szybę, a uszy w odgłosy pociągu. Krajobraz jest dość typowy – drapane mury. Dworce, jak domy, powoli umierają bez ludzi. Coraz mniej ludzi, coraz więcej zabudowanych lub wybitych okien, jakby z uczuciem niepotrzebności popełniały zbiorowe samobójstwa. Między dworcami szelest wczesnego zboża albo późnej wiosny, w każdym razie wiatr. Coraz wcześniej rośnie to zboże, więcej teraz odmian niż rolników, więcej maszyn niż rolników, wszystkiego więcej, tylko ludzie pouciekali. No i czarny kot, jakby każdy kot w drodze i na drodze musiał być czarny, ale właśnie chyba jest, bóg jeden wie, skąd się wziął, idzie wzdłuż torów i czeka na pociąg. Nagle hop, między szyny, i tylko zapiszczy, jakby chciał wejść w pamięć, odcisnąć się w wierszu lub piosence wiejskiej. Co można więcej osiągnąć, no co? Ale nawet tego pisku zza stukotu nie słychać, więc może wcale nie wskoczył, tylko zniknął gdzieś na krawędzi, albo jakimś cudem przeżył, a nas jadących czeka teraz pech? Dziwne są te przesądy, jakim prawem i z jakiego nadania ten kot miałby mnie, ba, nas wszystkich narażać teraz na nieszczęście? Z samego faktu przecięcia drugi, jak i my jemu przecinamy?
- Bileciki proszę - z lekkim zaśpiewem poinformowała urocza konduktorka w uroczym konduktorskim odzieniu. Urocza może nie, na pewno nie z wyglądu, bo tu wręcz przeciwnie, urocza raczej, jak uroczy jest każdy pracownik kolei, który gdzieś przecież mieszka, a jeździ i jeździ, jakby domu nie miał, rodziny, a przecież ma rodzinę jak wszyscy. Jak wszyscy.
- Kiedy będziemy w Poznaniu? - zapytałem ciekawy, ile wolności zostało, ile jeszcze samotności, bo samotność na trasie Gorzów Wlkp. - Kraków kończy się zawsze najpóźniej w właśnie tu, tu i tylko tu.
- Planowo za dziesięć minut - odpowiedziała nie patrząc nawet na mnie nawet i zamknęła drzwi przedziału.
Planowo, to z pewnością jedno z ważniejszych kolejarskich słów, można stworzyć słownik takich słów, planowość będzie tam z pewnością z różnych względów poza alfabetem. W każdym razie jesteśmy blisko, co zresztą pokazują unoszące się coraz wyżej światła miasta. Istne oczy bloków. I kiedy oczy rosną, zwalniamy, jeszcze tunel, jeszcze pisk hamulców i już, już wlewa się poznański lud całą Wartą.
- Dzień dobry, wolne? - zapytał zdjąwszy kapelusz facet ni to młody, ni stary, z wąsem ni to siwym, ni czarnym.
- Dobry wieczór, jasne - odpowiedziałem spoglądając jak zawsze gdzieś w oklice twarzy, ale niekoniecznie w oczy.
- Masz Pan rację, wieczór już, wieczór.
Skinąłem tylko głową twierdząco, bo o ile przez przypadek, zwłaszcza w podróży, można spotkać najciekawszych ludzi, to nie zawsze ma się jednak na to ochotę, zwłaszcza, kiedy nie śpi się poprzedniej nocy, co było moim udziałem. Na szczęście gazeta na razie zaspokoiła jego chęć rozmowy, która wisiała w powietrzu. I tak obyło się dość szczęśliwie. Poznań rzadko kończy się poniżej czterech osób w przedziale. Nie chcąc prowokować rozmowy założyłem na uszy słuchawki i znowu spojrzałem za okno, żeby stało się zadość zwyczajowemu rekonesansowi przed końcem dnia, a raczej już po dniu, ale jeszcze przed drzemką. A działo się sporo, zwłaszcza, że od ostatniego snu minęło nie osiemnaście godzin, jak to jest zazwyczaj, ale już blisko czterdzieści. Pomyślałem więc, jaki piękny był wczoraj dzień, a był to jeden z tych dni, kiedy światło zmienia wszystkie kolory na brązy, może poza jaskrawoniebieskim, ciemnym niebem, poza tym było mniej pięknie, ale jeszcze za wcześnie, żeby głębiej myśleć o rozstaniu z kolejną kobietą. Nie ma nic gorszego, niż myśli, kiedy emocje jeszcze są w locie, zanim spadną i rozbiją się, a właściwie roztrzaskają o ziemię. Zresztą, kłóciliśmy się strasznie przez pół dnia, a jak mówiłem, był to piękny dzień, zresztą i ona pięknie wyglądała, a nie każdej kobiecie do twarzy w sari koloru ultramaryny. Cóż później, spacer, herbata i przypadkowe wtargnięcie, bo wejście nie może być przypadkowe, na wystawę świetnych czarno-białych zdjęć, nie wiem nawet, czyje to zdjęcia, ale czy to ważne? Czy autor w ogóle jest ważny? Ot człowiek, jak każdy, tyle, że nie rąbie drzewa, nie pracuje w fabryce, a najzwyczajniej, robi zdjęcia. Ale jakie zdjęcia! Ach, jakie zdjęcia, szczególnie jedno, przy ścince drzew właśnie - czarne spocone kroplami wody plecy zginające się, by ręce sięgnęły leżącej na ziemi siekiery. I dlaczego w ogóle siekiera leży na ziemi, skoro plecy spocone, więc człowiek w czasie pracy, a jakiej pracy, skoro drzewa, skoro siekiera, skoro jeszcze widoczne resztki śniegu walczące z silnym, zbyt silnym już dla niego słońcem? Może to dobywanie siekiery to zwiastun krótkiej tylko przerwy, ale na co, talerz zupy, kanapka, papieros, rozmowa z kompanem, którego rozmazany kontur widać kilka kroków dalej? Nikt, absolutnie nikt z nas nie może tego wiedzieć, nie może wiedzieć dokładnie, co przedstawia ta sztuka w tym konkretnym egzemplarzu, więc czy można nazwać coś sztuką, skoro się tego nie rozumie? I ten podpis pod zdjęciem - "Janek Pradera ścina swoją gałązkę jabłoni". Jakby ta gałązka była faktycznie jego, może to nie z odpoczynku sięgał po siekierę, a z wahania, czy faktycznie ściąć tę gałązkę, skoro daje mi powietrze, skoro pójdzie na opał, meble albo kartkę papieru? Moja gałązką, ta, która zależy ode mnie i od której zależę, czy dać ją na tę kartkę, na której przecież nie ja będę pisał? A może właśnie wcale nie chodzi o to i ja nie mogę wiedzieć o co? Tak czy inaczej, piękna rzecz.
- Janek jestem - krzyknął nagle zza gazety przedziałowy sąsiad, wyrywając mnie z miejsca, a nawet z zamyślenia głosem tak głośnym, że ani Republika, której chciałem teraz słuchać, ani nawet Acid Drinkers nie byliby go w stanie stłumić.
- Karol - powiedziałem sucho.
- Panie, co to teraz się dzieje, czytał Pan dzisiaj gazetę?
- Nie, nie czytałem, właściwie od dwóch dni jestem nieco poza światem, a co się stało? - odparłem udając lekkie zainteresowanie, dobrze już wiedząc, że ta rozmowa musi się odbyć.
- No, nie słyszał Pan o tym morderstwie na gorzowskim bulwarze?
- No proszę, nie słyszałem, a kiedy mordowali? - zapytałem już z rzeczywistym zainteresowaniem.
- No, z środy na czwartek, znaczy się zeszłej nocy, około drugiej, podają.
- Co Pan powie, ja właśnie z Gorzowa jadę i całą noc w mieście spędziłem, na bulwarze też byłem, ale nie wiem właściwie o której.
- To może coś Pan tam słyszał? A co Pan tak w mieście w nocy, nie wygląda Pan na bezdomnego, ani innego degenerata.
- Rozmyślałem, ehhh, dużo by gadać - powiedziałem ospałym tonem dającym do zrozumienia, że nie jest to ciekawy temat do rozmowy - ale co oni tam piszą w tej gazecie?
- Słuchaj Pan - wziął gazetę do ręki i z wielkim zaciekawieniem, jakby to był co najmniej dobry kryminał, zaczął czytać.
- Dziennikarz tak opisuje „Z przebiegu zdarzeń ustalonego przez policję wynika, że mogło to wyglądać tak – człowiek siedzi w na przedostatnim ze stopni prowadzących prosto do wody, pali papierosa i patrzy spokojnie na rzekę. Słyszy ciche kroki, nie zwraca jednak na nie uwagi, po kolejnym zaciągnięciu się zostaje z przysiadu poderwany mocnym szarpnięciem na równe nogi i w ciszy otrzymuje kilka mocnych uderzeń tępym narzędziem. Istne wyrwanie z zadumy, po ciężkim dniu pracy w fabryce telewizorów - jak nieoficjalnie dowiedzieliśmy się od jednego z policjantów - po wcześniejszych naukach, wszystkich rodzinnych spotkaniach, wreszcie dziewięciomiesięcznym oczekiwaniu na narodziny córki i niezliczonych innych oczekiwaniach, dniach i miesiącach przeróżnych wrażeń i spraw, kilka sekund walki, koniec.”
W pierwszej chwili pomyślałem, że opisuje historię naszego tu spotkania, kiedy mnie właśnie podobnie brutalnie wyrwał z patrzenia za okno, podobnie brutalnie, ale jednak inna to brutalność, pozostawiająca mnie przy życiu, więc jednak jestem w lepszej sytuacji, zdaje mi się, że jestem w tej perspektywie nawet w zupełnie dobrych położeniu.
- Jak to dziennikarze panie, dodali od siebie trochę dramatyzmu, no, wiesz Pan, żeby się lepiej czytało - dodał Janek.
- Dodali dramatyzmu powiada Pan? A czym tam jeszcze coś można z dramatyzmu dodawać? Chyba już nic więcej.
- No wiesz Pan, niby nie, ale jednak.
- Ale jednak - powtórzyłem.
- Wiesz Pan, dalej piszą, że nic nie ukradli, zabili człowieka i już, że pewno przypadkowy był, nic osobistego.
- Może być coś bardziej osobistego niż zabicie człowieka? - rzuciłem co ślina przyniosła.
- No nie, właściwie nie, ale wiesz Pan, o czym mówię, Pan tam byłeś, tam gdzieś, w okolicy, mogło paść różnie.
- Ano mogło, mogło, na szczęście dla mnie, jeśli można tu o szczęściu, na mnie akurat nie padło. Ale mogło, ale mogło. Obaj zamyśliliśmy się i ucichliśmy, ale nie było to cisza zwana niezręczną, ba, była nawet dość zręczna, właściwie brzmiało to, jakbyśmy uczcili ofiarę minutą ciszy. Jak zwykle bywa w podobnych sytuacjach była to minuta dość krótka a do przedziału znowu zawitała mocnym szarpnięciem drzwi konduktorka, spojrzała na mnie i poprosiła o bilet Janka. Ja tym razem miałem kilka chwil, żeby lepiej się przyjrzeć tej kobiecie i pomyślałem, że musi być nieszczęśliwa, bo źle, na prawdę źle wyglądała, ale chłopa pewno ma, zresztą, która teraz nie ma chłopa? Która kiedykolwiek nie miała? Zawsze się jakiś, jakaś znajdzie. Mniejsza, co innego mnie tu zaciekawiło, mianowicie, że jak konduktor jaki, to przystojny, zawsze ogolony, w miarę wysoki, większość w każdym razie prezentowała się jak najlepiej, ale jak kobieta jaka, nie zawsze przecież, bo nie, ale najczęściej, to twarz jakaś zniszczona, jakieś kurzajki, ogólnie strach aż i ciarki po plecach, że może w tych pociągach dzieje się coś złego, że z nich już wychodzi się takim właśnie, zużytym przez czas i miejsce, nieprzyjemnym z wyglądu, ale przecież nie można powiedzieć, że wchodziło się młodym i zaraz było starym, bo nie.
Janek, zdaje się, nie palił, więc i ja nie paliłem przy nim, ale w okolicach drugiej nocnej godziny poszedłem do toalety zapalić, czas był najwyższy, a że tu nie chciałem, musiałem iść, chociaż właściwie nie musiałem, bo nikt nikomu nie może kazać czegoś do końca, ale jednak szedłem, bo tak chyba powinno być, a jeśli nawet nie powinno, to i zmieniając zdanie i wracając szedłbym przecież, więc idę. Kiedy wróciłem, szybko, ale dokładnie przyjrzałem się Jankowi, wyglądał na mądrego człowieka, mądrego raczej życiowo, niż z książek. Był ubrany raczej praktycznie na tę porę roku i dnia, niż dobrze. Długie spodnie z materiału, koszula zapinana na dwanaście guzików i letnia, jak to się ładnie mówi, kurtka, nie wiosenna, ale letnia właśnie. Niewielki bagaż, raczej podręczny bagaż, kapelusz i gazeta, po chwili znałem już nawet większą część tego bagażu.
- Piwka?
- A daj pan, panie Janku, piwo dobre na sen. Wracając do tego morderstwa, faktycznie, mogłem mieć mniej szczęścia. Ze zbiegami okoliczności i czasu nie ma żartów, jest tak, jak i ty jesteś, nie ma go bez ciebie a ciebie bez niego, a jednak możecie współpracować albo siłować się na rękę, ale z tego siłowania nikt jeszcze nie wyszedł żywy. Nikt jeszcze czasu nie oswoił, można brać jego drobiny mocno do ręki, a i połknąć je nieraz, ale te drobiny, to jak wygrana bitwa, nigdy wojna, takie pyrrusowe zwycięstwo panie, bo ten czas to zbyt wielka rzecz, żeby z nim wygrywać w poważniejszych starciach, albo chociaż mocno za łeb złapać - Janek spojrzał lekko przytakując, jakby nie do końca zrozumiał moje myśli.
- Młodzi robią teraz wszystko, żeby wypełnić czas, a przecież chodzi właśnie o to, żeby pracować, żeby pracować i znaleźć w dobie taką chwilę przed snem dla samego siebie i świętego spokoju, a później ze spokojem zasnąć.
- Tak, właśnie tak, wie pan, czasem łatwo i dość jeszcze nieświadomie można zejść na złą drogę - ciągnąłem dalej - czy to marnując czas, czy samego siebie. Przypomniało mi się, jak jeszcze będąc brzdącem ukradłem ze straganu dwie pomarańcze i banana, chociaż bananów nigdy nie lubiłem, a nawet nie jadłem, i potem gonili mnie, albo nawet nie mnie, ale te pomarańcze właśnie. Parę jeszcze razy jako szczeniaka mnie ganiano, ale zawsze miałem wątpliwości, czy to faktycznie mnie właśnie gonią, czy nie, a jednak uciekałem.
- Wiesz pan, nie ma człowieka bez grzechu, ale żeby tak mordować, przypadkowego człowieka, bez powodu, ot tak, kto to widział.
- Prawda to, prawda, ale zawsze jest jakiś powód, wybór jakiś - dodałem.
- Nie ma nic gorszego, niż możliwość wyboru, ja to bym wolał mieć coś dane, zasłużyć na to jaką ciężką pracą, ale mieć to coś, jednego, a teraz, wszystkiego tyle i domyśl się pan, co tu lepsze co gorsze.
Znowu nastała dłuższa chwila ciszy, ale nie była to cisza z tych niezręcznych, ba, była nawet bardzo zręczna i raczej pełna zrozumienia, niż nieporozumienia. Zacząłem rozglądać się po przedziale i po raz nie wiem już który w życiu zastanowiła mnie numeracja siedzeń. Jakby nie mogła być prosta – 64, 65, 66, 67 i tak dalej, to przypadkowe, zapewne nieprzypadkowe, ale dla mnie jednak przypadkowe ułożenie jest dość znamienne. Osiem numerów w każdym przedziale, osiem miejsc i osiem numerów, które nie są przypadkowe zupełnie, bo przecież jeśli wziąć wszystkie z przedziału, można je ułożyć kolejno, ale wcale nie wiszą kolejno, więc wiszą przypadkowo, jak przypadkowe głowy siedzą pod tym, co wisi, niemal każdy z innej parafii, a nierzadko nawet diecezji. Może dlatego właśnie tak jest z tymi numerami, żeby przypomnieć podróżnym, że ta podróż, jak wszystko w życiu jest przypadkowa. I może nawet ma jakiś sens, na pewno ma zresztą. I sens ma i cel, ale ile w tym przypadku. I jak bardzo taki przypadek może zmienić całą podróż, czy to na lepsze, czy gorsze. Pamiętam, jak kiedyś wracając z Wrocławia pociągiem postanowiłem zatrzymać się w Zielonej Górze, żeby obejrzeć miasto. Pamiętam też, że była to sobota, o wbrew pozorem było rzeczą dość ważną. Pozwiedzałem więc, poszwędałem się, zjadłem, wypiłem i poszedłem na dworzec PKS wiedząc, że o 21 odjeżdża autobus do Gorzowa Wlkp., gdzie to miałem wrócić. Więc przychodzę na dworzec, na peron, upewniam się, jest pięknie, zostaje 30 minut do autobusu, płacę więc dwa złote za toaletę, zupełnie już za darmo dostaję okrzyki od pani pobierającej opłatę, która właśnie odłożyła mopa i wiaderko, że też nie miałem kiedy przyjść, ale przyszedłem akurat teraz, kiedy ona sprzątnęła, a ja pobrudzę, ale skoro już jestem to niech idę. Więc poszedłem, wyszedłem, zapaliłem i czekam piękne dziesięć minut na autobus. Ale czekam i dwadzieścia i dwadzieścia pięć i przestaje być pięknie, oczywiście w międzyczasie sprawdzając dwukrotnie, czy aby na pewno dobrze patrzę, czy aby te wszystkie duże „W”, duże „M” i małe „n” oznaczają w legendzie dokładnie to, co chcę, aby oznaczały, żeby pojechać do domu. I zdaje mi się, że oznaczają, bo przecież zawsze jest tak, że jeśli przy kursie jest zaznaczone, że kursuje w niedzielę, oznacza to zwyczajnie, że kursuje „również w niedzielę”, a nie „tylko w niedzielę”. Przynajmniej do tego dnia wszystko wskazywało, że tak właśnie jest. Ale tak nie było. Było tak, że faktycznie autobus jedzie tylko w niedzielę, a mi zostało zostać w obcym mieście bez dachu, poza tym dworcowym, który też przestaje być dachem o 23, pociągów nie ma tym bardziej, więc stoję między dworcem a Biedronką (nawet Biedronkę zamknęli) i myślę, co dalej, ale nic wymyślić nie mogę, więc biorę plecak i idę przed siebie wiedząc już, że autobus dopiero przed pierwszą w nocy. Tylko przydrożny bar, kilkanaście metrów od dworca, nic więcej w najbliższej zziębniętej okolicy, więc ja do baru, że autobus, że trzeba czekać, że piwo, więc piwo i czekam zziębnięty, przy otwartych drzwiach, bo:
- Pan usiądzie przy drzwiach, bo o drugiej zamykamy, więc podłogę zaczynam myć.
Spojrzałbym na zegarek, gdybym nosił, ale nie noszę, więc spojrzałem na komórkę.
- O drugiej? Toż jeszcze do północy kawał, do drugiej to tu jeszcze i naniosą, i huragan będzie i jakiś rząd zdążą w Afryce obalić.
- W Afryce to może i zdążą, tutaj już o tej porze nawet flaszki się nie obala, w domach to i pewnie tak, ale tutaj już nie. Gdyby nie, że tu PKS i PKP i szwędający się podróżni, albo i ci, którzy mieli być podróżni, ale nie mają czym, dawno bym zamknęła bareczek. Tu tylko obcy, albo element.
Przytaknąłem tylko i przez chwilę zapatrzyłem się na niby typową nocną barmankę, nocną nie z klubu nocnego, ale właśnie z baru i pomyślałem, że też się nie boi, utarg w kasie, ona jeszcze zupełnie z urodą przeciw biegowi czasu, który dawałby jej około czterdziestu jeden lat na tym padole, ale i ładna całkiem, zadbana, więc to, jednak na lekkim odludziu, kiedy nie ma już dziennego ruchu przybyłych i wybywających, jednak trochę liche na dłuższą metę. Ale i jakże ciekawe środowisko można poznać, dowiedziałem się za moment, kiedy bo baru wszedł dość młody, ale widocznie zmęczony życiem i alkoholem chłop.
- Zbieram kasę na bilet, dorzucisz dwa złote?
- Raczej nie – odpowiedziałem dość niejasno, chociaż równie jasno wiedziałem, że nie dorzucę się z całą pewnością.
- Zbieram kasę od godziny, za następną godzinę mam pociąg do Poznania, potrzebuję 37 zł, mam ledwie dwanaście.
- Cóż, nie będę w stanie pomóc – powiedziałem bardziej zdecydowanie.
- Ale fajki masz – spojrzał na papierosa, którego właśnie wkładałem do ust.
- Ano mam, weź dwie.
- Dzięki – powiedział z uśmiechem – nie bardzo wiem, co z tą kasą zrobić, będę chyba musiał skroić coś na mieście. Przedwczoraj odwiesili mi warunkowe, kurwa. Mam dwadzieścia siedem lat, z czego siedem w kryminale.
- Oj, niedobrze, niedobrze – powiedziałem z jednej strony zaciekawiony, z drugiej zastanawiając się już, czy najlepszym rozwiązaniem nie będzie przerwanie rozmowy.
- Niedobrze? Co za pojebany kraj, jak ukradniesz gruszkę, wsadzą cię na dziesięć lat, a pedofila wypuszczą po roku.
- A tak, to prawda, coś w tym jest. Mawiają, że jak kraść to miliony.
Stażysta zakładów karnych zaciągnął się tylko, wstał i wyszedł. Ja tymczasem dokończyłem piwo, odczekałem jeszcze i poszedłem na dworzec, gdzie już bez wielkich niespodzianek, za to z niewielkim spóźnieniem, podjechał autobus relacji Jelenia Góra – Szczecin. Wsiałem zatem, a nawet usiadłem i zacząłem lekko przysypiać.
- Nie śpij, bo cię okradną – szturchnął mnie nagle Janek wyrywając z realistycznego snu.
- A tak, tak, trudno nie zdrzemnąć się nawet na chwilę, kiedy całą noc przychodzi jechać pociągiem – rzuciłem na pół przytomny.
- Prawda to panie, prawda. Nie chciałem budzić, ale na wszelki wypadek, miło się z panem gadało, ten morderca to musi być ciekawy człowiek, negatywnie ciekawy, można by powiedzieć. A ja zaraz wychodzę w Kędzierzynie i nie chcę, żebyś się tu pan śpiąc na jakiego zbira napatoczył.
- No tak, dziękuję, ale i nie sądzę, żeby ten morderca jechał z nami jednym pociągiem – uśmiechnęliśmy się do siebie.
- A wie pan, u nas w Kędzierzynie to taki spokój, nie ma strachu spać nawet całą noc na ulicy. Nikt nie da w gębę, nie okradnie, nawet obcych, co dopiero mówić o jakimś mordowaniu – powiedział z dumą Janek.
- Nawet obcego pan powiada.
- Nawet. Ale u nas w ogóle jest dziwna ta cała okolica. Wie pan, że Kędzierzyn Koźle jest większy od Opola? Tylko mieszkańców znacznie mniej, bo to zbitek dwóch miasteczek, a jeszcze więcej wsi. Wymyślili, żeby tak zrobić, żeby miasto miało ponad sześćdziesiąt tysięcy mieszkańców i mogło wybrać prezydenta, ale tak naprawdę to jesteś pan dajmy we właściwym Kędzierzynie i żeby się dostać do właściwego Koźla, w obrębie miasta przecie, to pan musisz jechać drogą, która po obu stronach ma pola, i tymi polami to parę kilometrów. A na Azoty, panie, to jeszcze inna historia, tam jest taki Hotel – Zacisze, to pod tym hotelem nawet las się zaczyna, ale mówię, miłe to miasto, rozległe, a jednak takie małe jakoś, przytulne.
- A widzi pan, brzmi ciekawie, może kiedy będzie po drodze, to i zatrzymam się na parę godzin, albo i na noc do tego Zacisza, lubię miejsca.
- No, to zapraszam, tymczasem, spokojnej drogi – rzucił na zakończenie.
- Tymczasem, i niech pan, panie Janku, czyta te gazety, może się czegoś więcej o tym mordercy kiedy dowiemy – uśmiechnęliśmy się jeszcze raz do siebie.
Janek machnął jeszcze ręką na pożegnanie i poszedł w swoją stronę, pociąg ruszył, a ja w przedziale zostałem sam i spodziewałem się, że sam zostanę już do Katowic, bo i w Gliwicach o tej porze ruch na dworcu raczej niewielki. Zacząłem się zastanawiać nad końcem rozmowy z Jankiem i nad lubieniem miejsc. Bo właściwie może to nie ludzie lubią miejsca, ale te miejsca lubią ludzi i dlatego ich przyciągają? Przecież to od miejsc zależy, jak one wyglądają, a nie od ludzi, którzy do nich jadą. Więc to miejsca stoją na wygranej pozycji, we własnym miejscu. I przede wszystkim to człowiek idzie do miejsce, a nie miejsce do człowieka, więc tak, to nie ja lubię miejsca, to raczej one mnie lubią.
Znowu się zdrzemnąłem. Świetne są chwile w nocnych podróżach, kiedy tak człowiek przez kilka godzin jest gdzieś na granicy i sam nie wiem czy, a jeśli tak, to ile spał, a że, jak wspomniałem, zegarka nie noszę, czasem kończy się to poszukiwaniem w nocnej mgle napisów na kolejnych stacjach, co bywa dość trudne. Ale mniejsza. Dojeżdżamy do wspomnianych Katowic, więc i dobrze, że czuję się teraz dość wyspany, bo mimo, że mamy środek nocy, więc czas na sen dość naturalny, w tłoku może być o niego trudniej. Oho.
- Dzień dobry, wolne? – zapytała młoda naturalna blondynka, jak to się zwykle z grzeczności pyta nawet przy siedmiu na osiem wolnych miejscach.
- Jasne – powiedziałem lekko tylko spoglądając w jej kierunku i skręcając głowę znów w szybę, bo przecież nie tylko dzieci zawsze w pociągach chcą siedzieć przy oknie, czego kolejnym dowodem była moja nowa współpasażerka, która wyjąwszy z plecaka laptop usiadła naprzeciwko mnie mimo, że przecież nie miała zamiaru razem z laptopem patrzeć wspólnie przez okno. A i miejsce zabrała nam obojgu. Miejsce przecież nie nasze, ale jednak nasze, dzierżawione od państwowej firmy na to, ażeby móc chociaż trochę prostować czasem nogi, kiedy nie ma nikogo naprzeciwko. Ale nie, siedzimy więc twarzą twarz, to znaczy ja twarzą w szybę, a ona twarzą w ekran.
Po dwudziestu minutach zacząłem wyczuwać jakąś dziwną sytuację. Było to jakieś nietypowe uczucie, jakby z innego wymiaru, jakby coś w tym przedziale było jeszcze poza dwójką ludzi, ale nie mogłem odgadnąć co to jest. Coś wysokiego z pewnością i łagodnego, nic, co przychodzi mi do głowy nie będzie bliższe, niż właśnie te słowa – wysokość, a nawet wysoka ulotność i jakaś piękna łagodność. Zacząłem więc powoli, ale intensywnie poszukiwać czegoś – oczami, węchem i jakimiś odczuciami, które do zmysłów nie są zaliczane. Ciągle jednak bez rezultatu. W akcie desperacji zacząłem się ukradkiem przyglądać dziewczynie i dopiero teraz zacząłem zauważać, jakie to dziewcze piękne, anielskie, można by powiedzieć, a nieczęsto można tak nazwać kobietę. Na twarzy była ta łagodność, subtelność, tak, subtelność bardziej niż łagodność, chociaż i łagodność z pewnością. Pełna czystość, harmonia, piękne. Jeśliby coś teraz mówił, musiałbym napisać, że zaniemówiłem, ale nic nie mówiłem i nie miałem zamiaru, szkoda burzyć to coś tak pięknie delikatnie wiszącego, co spoglądało na nas oboje. Tymczasem zacząłem zauważać, że i ona, równie dyskretnie, zaczęła zerkać, zupełnie, jakby poczuła to samo. Po kilku minutach zacząłem odczuwać wręcz pewien podniosły nastrój, uroczysty, o ile może być uroczyście w środku nocy w pociągu pospiesznym z metalicznie widocznym, tak, widocznym, zapachem. W każdym razie nadal zerkałem i chłonąłem to piękne uczucie, nie wiem, czy ona zerkała nadal, ale i mojego zerkania chyba nie widziała, więc albo oboje robiliśmy to na tyle umiejętnie, albo może żadne z nas nie patrzyło. Ja jednak z pewnością patrzyłem. Ale tylko przelotnie, delikatnie, spokojnie, najważniejszym było nie burzyć, więc jednak prawie cały czas patrzyłem w szybę, a że w szybie odbijała się jej twarz, był to najlepszy sposób, bo i tak, zupełnie niezauważenie, bez choćby ruchy głową, można było patrzeć i na slajdy krajobrazów i na nią, pomyślałem, że takie lustro musiało być wymysłem nie narcyza, a romantyka, właśnie dla takich sytuacji. Patrzę więc w jej lustrzane, a właściwie szybowe odbicie i w pewnym momencie widzę w nim, jak odkłada laptopa i również zaczyna patrzeć przez szybę, co więcej, jej odbicie w pewnym momencie zaczyna patrzeć na mnie i zastyga w tym patrzeniu, a ja nie przerywając patrzenia czuję znowu jakieś dziwy, jakieś ciepło, jakąś niepewność i zakłopotanie, jakąś radość i nie wiem, odchodząc od romantyzmu, co na to nauki ścisłe. A konkretnie fizyka, bo jak to jest? W odbiciu obraz nie jest te sam, co rzeczywiście, weźmy jeszcze dwa kąty patrzenia – jej i mój oraz nas dwoje rzeczywistych. I kto mi teraz powie, czy jeśli ja patrzę na nią odbitą, a to odbicie patrzy na mnie, to ona rzeczywiście patrzy na mnie? Czy może równie rzeczywiście tylko to odbicie mnie widzi, a ona patrzy gdzieś tam, daleko za okno? Nie mam pojęcia, więc teraz ja patrzę i ona patrzy, ale może nie patrzy i może też się zastanawia, czy ja patrzę albo ma większą wiedzę ode mnie i wie, jak to jest z tymi odbiciami, ale może przecież wcale nie patrzy, więc nawet nie zastanawia się, czy moje odbicie również ją widzi, skoro wtedy mojego odbicia sama w ogóle nie zauważa. Sam się w tym gubię, ale patrzę, bo i trudno tak nagle przestać patrzeć. Szukam podobieństw bardziej i teraz już widzę, że odłożyła laptopa na dłużej, że teraz oboje słuchamy muzyki i oboje miewamy dziwne ruchy gałek ocznych, związanych pewnie z jakimiś uczuciami wyższymi związanymi z muzyką, a może z czymkolwiek innym. Mi w każdym razie uciekają gałki oczne, kiedy słucham „Persephone” Dead Can Dance, a przy czym jej? Albo przy kim, bo przecież, jak wiemy, a właściwie nie wiemy, może u niej nie jest to kwestia muzyki? Schodząc nieco na ziemię, dość nawet dosłownie, a nawet bardziej dosłownie, niż metaforycznie, trzeba zauważyć, że ta muzyka, a może zmęczenie pozycji jest powodem minimalnych poruszeń nóg z obu stron przedziału. Nie muszę mówić, że na tak małej przestrzeni wszelki ruch musi prowadzić do dość delikatnych spotkań i kiedy ona w końcu zastyga swoją lewą nogą przy mojej prawie na tyle blisko, że ruszając nią w rytm muzyki minimalnie przesuwam się po jej nodze, znowu zaczynam się zastanawiać, co to może znaczyć. Musi przecież czuć te minimalne muśnięcia i może sprawia jej to przyjemność jak mi, wzniecając już do granic to, co tak naprawdę może w ogóle nie istnieje, a może jest dla niej zupełnie obojętne. Ale jak może być obojętne wchodzenie w ciało innej osoby, choćby tak powierzchowne, tak delikatne, a może szczególnie takie. Więc ona tu jest, z tą anielską twarzą i z doskonałym wyrazem twarzy, właśnie tak, gdyby mi ktoś kiedyś kazał opisać doskonała twarz, z pewnością przypomniałbym sobie właśnie te kilkanaście, może kilkadziesiąt minut. Ach jakże bym chciał, żeby pobyła tu ze mną jeszcze trochę. Jedziemy jednak dalej, a przecież i ja nie będę jechał tym składem całą wieczność, więc każda chwila i każde kolejne muśnięcie jest jakimś wielkim prozaicznym i może nic nieznaczącym świętem. Jak to dobrze, że nikt więcej nie dosiadł do nas w Katowicach, byłoby to straszne zburzenie tej harmonii, bez której cała przyjemność błyskawicznie musiałaby zniknąć, ba – nawet nie udałoby się jej rozpocząć. Myśląc o tym wszystkim i chłonąc w siebie nieopatrznie przestałem ruszać nogą, zatrzymałem ją w jednym miejscu. I co teraz zrobić? Znowu zacząć, udając, że to rytm przerwał, a teraz zaczął się nowy? Ale czy to będzie ten sam rytm? I jaki on w ogóle był? A jeśli ona poczuje, że tym razem będę już dążył do kontaktu, wycofa się? Co wtedy? Ucieknie, zabierze nogę, a może zabierze ją ot tak, bo przecież nie wiem nic o tym, co jest w niej i czy w ogóle jest to cokolwiek związanego z przedziałem? Więc nogę mam zastygłą i wręcz bronię się przed ruchem, tak będzie najlepiej, tak myślę, kiedy one są teraz centymetr od siebie, a dokładniej, właściwie dżins w sztruks są zupełnie razem. I z całą pewnością, mimo kolejnych minut, nikomu to nie przeszkadza, bo przecież miejsca ogrom, można spokojnie wygodnie wyciągnąć nogi, ale nikt nie chce ich sobie wyciągać, uciekać, bo może jeszcze coś się zdarzy, może te nasze nogi jeszcze się do czegoś przydadzą. Tymczasem ona opiera się o stolik, więc jest to jakiś krok, albo może wcale nie jest, ale pytać nie będę, więc założę, że jest, bo tylko to mogę przecież założyć. Więc ona na stolik, to ja na szybę, ciut bliżej, opierając głowę o wystającą końcówkę oparcia, co daje jakieś kilkanaście, przynajmniej, centymetrów bliskości. Oczywiście nie natychmiast, po odczekaniu stosownej chwili, żeby znowu nie spłoszyć, nie przestraszyć, nie przerwać, więc znowu, a właściwie ciągle w szybę i teraz dopiero poczułem jakąś niezręczną ciszę, którą chciałbym jakoś przerwać, ale jak? Co jej powiem, czym zainteresuję, mógłbym ją zainteresować setką tematów, nawet tych rzuconych niby od niechcenia, ale przecież może żadnym z tych tematów bym jej nie zainteresował, bo i tak może być, więc nie, albo raczej jeszcze nie. Ale kiedy, ale kiedy? Nagle z myśli wyciągnęła mnie brutalnie komórka wibrująca z kieszeni, więc naturalnym odruchem sięgam do kieszeni i wyciągam i dopiero wtedy widzę, że przez ten ułamek sekundy, może nie ułamek, ale pół sekundy, więc jednak ułamek, kiedy nie patrzyłem, ona też właśnie teraz wyjęła telefon z torebki i uśmiechnęła się do niej, jakby był sens uśmiechania się do przedmiotów martwych, więc kto to był, do kogo się uśmiechnęła? Czy to jej chłop, jakieś świetne chłopiszcze z poczuciem humoru, które wywołuje tak szybki uśmiech? Więc co dalej w tej sytuacji? Bo jeśli jest zajęta? Ale nawet jeśli jest zajęta to czy ja mam czuć się winny z powodu tej atmosfery i tych delikatnych ruchów tektonicznych nóg? Po chwili poczułem, że sam też się do komórki uśmiechnąłem, a nie była to przecież moja dziewczyna, której nie miałem, chociaż może i miałem, ale nie czas ani miejsce na to. Nawet koleżanka to nie była, a zwyczajnie, albo i niezwyczajnie, bo kobiety jednak częściej piszą, ot, znajomy z Krakowa, którego nie widziałem od wieków, a dokładnie od paru miesięcy, który miał mnie odebrać z dworca, żebym się po nocach, a właściwie po nocy, po mieście nie włóczył. Czuję, więc, że i ona jest usprawiedliwiona, że jednak ta sytuacja niczego nie zmienia, a my po chwili wyrwania wracamy do stanu sprzed chwili i zaczynamy mieć potrzebę, by jednak te nogi rozciągnąć, jakby w strachu, żeby już nie zostały takie pokurczone, na zawsze, więc ja prostuję, odsuwając z konieczności prawą, jakbym zamykał jej drogę ucieczki, a ona szachuje mnie swoją lewą ustawiając przy mojej, ale i pomiędzy moimi obiema, więc ja lewą między jej i ona prawą pod oknem. To dopiero musi komicznie wyglądać, ale wyglądać może jak chce, skoro przedłuża tak przyjemną chwilę między czymś mistycznym, a być może niczym zupełnie. Znowu oddech, jakbyśmy nabierali sił i odwagi na nowe pomysły, albo jakbyśmy w ogóle nie przywiązywali do tego wagi. I kiedy wyładowała mi się bateria, co brutalnie przerwało „Bolero” Ravela, bo i takich rzeczy słucha się w pociągu, ona znowu do torebki, ja wymieniam baterie i zużytą wrzucam do śmietnika, chociaż mówią, żeby tego nie robić, ale kto by się teraz przejmował jedną baterią, z której później zrobi się dziesięć, sto, tysiąc, a niechże i milion. Więc ona sięga do torebki, wyjmuje kanapkę, otwiera sok, je kanapkę, popija sokiem, wyrzuca woreczek zahaczając dłonią o moje kolano i wyjmuje z torebki tabletki antykoncepcyjne. Nienachalnie, niby w ukryciu, ale dobrze widzę i widzę, że ona dobrze wie, że ja tak dobrze widzę. Połyka tabletkę, popija, nie odwrotnie, chowa tabletki i sok, a ja już wiem, że musi mieć chłopa, bo i bez chłopa nie brałaby tabletek, chociaż może to jakieś problemy hormonalne, bo i tak może być, ale przecież wszyscy doskonale wiemy, że tak nie jest. Więc ten chłop faktycznie istnieje, ale i przecież nikt nie bierze tabletek antykoncepcyjnych w nocy, bo co dobę, nikt nie jest na nogach każdej nocy, nikt, więc wiem, że jest chłop, albo prawie wiem, ale równie wiem, albo tylko mam nadzieję, ale rozsądnie podchodząc wiem, że to też musi być jakiś znak, a jeśli znak, to do mnie, bo i przecież do kogo? A może zwyczajnie zapomniała w dzień. Może bierze o 22, ale że akurat, jak sądzę, musiała się w tym czasie pakować, zapomniała i wzięła teraz, więc to nie musi być znak. Ale może być. I teraz może to być zaproszenie do dalszego ciągu, chociaż ciągle nie wiem czego, bo i czego? Albo i wręcz przeciwnie, i teraz wszystko, co zrobię, może się skończyć dobrze, ale i równie dobrze, może i bardzo źle. W każdym razie, jakby się miało kończyć albo i zaczynać nadal nie wiem, jak miałbym się do niej odezwać, napomknąć się, albo jak poprowadzić apostrofę. Jeśli powiedziałbym:
- Cześć, Karol jestem – byłoby to sztuczne i niezbyt zachęcające.
Mógłbym też powiedzieć:
- Dziewczyno bez imienia, nazwiska, z lekko przybliżoną datą urodzenia. Dziewczyno bez rodziny, szkoły, pieniędzy i wierszy. Dziewczyno w czarnych włosach i szarej sukience. Odezwij się choć słowem, żebym cię usłyszał, albo otwórz ręce tak szeroko, jak tylko potrafisz – z pewnością uznałaby mnie za szaleńca i czym prędzej uciekła z przedziału, a tego nikt by nie chciał. Może ona, wtedy, kiedy chciałaby uciec, z pewnością, ale tak, nikt by nie chciał. Więc co? Nic.
Nagle jak nie trzaśnie, nie szurnie, nie pęknie, nie pociemnieje.
- Jezu – nie spodziewałem się, że tak właśnie będzie brzmiało jej pierwsze słowo, jakby się właśnie narodziła i rzekła – niech to szlag.
- Oho, nie ma tu jak pękające świetlówki, zawsze pękają w nocy – powiedziałem bez namysłu, w pierwszej chwili myśląc, cóż za przypadkowe i trafne spostrzeżenie, wszak rzeczywiście świetlówki zazwyczaj, może nie pękają, ale przestają działać nocą, po czym uświadomiłem sobie, że dość oczywistym jest, że coś się psuje wtedy właśnie, kiedy się tego używa, a nie wtedy, kiedy się nie używa.
- Tak, teraz już na laptopie nie popracuję.
- Ale przecież już pani nie pracuje tak czy inaczej, a tak, chociaż zewnętrze lepiej widać, skoro już patrzymy za okno.
- Nie żadna pani, Aśka jestem – powiedziała dokładnie to, co chciałem usłyszeć – musiałam odpocząć od ekranu i zamyśliłam się tylko dłuższą chwilę, oj, mocno dłuższą – w tym momencie spojrzała na zegarek.
- No tak, teraz nawet od takich cudów techniki się odpoczywa – uśmiechnąłem się lekko – Karol, miło poznać.
Uśmiechnęła się i podając rękę dodała:
- Może nie tylko od techniki, co od ludzi. Od rana jestem w podróży i czytam o tym Wampirze z Gorzowa, słyszałeś o tym?
- Najwidoczniej mam dzisiaj szczęście do tych, którzy słyszeli – uśmiechnąłem się znowu wstając z miejsca i przekopując w kąt resztki rozsypanej na podłodze żarówki – coś tam słyszałem, ale nie wiedziałem, że już dorobił się ksywki, dość banalnej zresztą.
- No tak, mnie od dziecka interesują mordercy, zwłaszcza seryjni, a to morderstwo wyglądało wystarczająco przypadkowo, żeby sądzić, że znowu uderzy. Jestem psychologiem na ujot, zajmuję się też medycyną sądową, chcę jutro porozmawiać o tym ze studentami, dlatego od rana czytam wszystko na ten temat.
- I co tam piszą? Znaleźli go już? – rzuciłem od niechcenia.
- Ciągle nic, wciąż szukają jakichś śladów, ale na razie nic – odparła z fascynacją Joanna.
Oboje spojrzeliśmy w okno na lepiej teraz widoczną noc za szybą. Właściwie i przed szybą była noc, ale za nią, zdawała się być bardziej. Zwłaszcza kiedy przejeżdżaliśmy przez kolejne małe, zazwyczaj opustoszałe stacyjki. Zdaje się, że na niektórych stacjach są już tylko bezdomni, jakby ludzie na nich nie czekali już na pociągi, tylko na śmierć. Ale dość śmierci na dzisiaj, dwie żywe, przypadkowe osoby mówią do mnie o jednej śmierci. Jakby tej było więcej od żywych. Tymczasem konduktor wszedł niemal niezauważenie do przedziału, spojrzał na miejsce po świetlówce, na podłogę, pokręcił głową i bez słowa wyszedł. Tymczasem Joanna wyszła do toalety, wróciła po około minucie, również spojrzała w sufit, jakby upewniając się, że światło będzie już połowiczne do końca podróży, usiadła i niemal szeptem powiedziała:
- Co za paskudna złośliwość, akurat teraz, kiedy mam jeszcze robotę.
- A widzisz, skoro miała pęknąć, kiedy by tego nie zrobiła, komuś na złość musiała wpłynąć.
- Tak, już nie tylko ludzie, nawet przedmioty nas nienawidzą – rzuciła bez namysłu, jakby w pewnym momencie uznając, że nie do końca stosowne jest to, co mówi, jakby chciała się zatrzymać, ale nie zatrzymała.
- Na szczęście przedmioty nie czują, gdyby było inaczej, faktycznie musiałyby nas nienawidzić – odparłem nie chcąc, żeby źle się poczuła swoimi słowami – hmmm, widzisz, wczoraj byłem akurat w kinie i pewna nienawiść strasznie mnie uderzyła. Byłem na „Generale Nilu”, wiesz, o tym Fieldorfie z AK – Joanna skinęła głową – cały film, jeśli niesie jakiś przekaz, to taki, że nikt nie ma moralnego prawa niszczyć, oględnie mówiąc, normalnych ludzi, a nawet tych pozytywnie wybijających się, dla jakichś chorych idei, a i nie stosować nigdy zbiorowej odpowiedzialności. Było za to dużo o fanatykach, o źródle tamtejszego zła – faszyzmie i dalej o życiu Fieldorfa za komuny, krótkim niestety. W każdym razie na filmie były trzy osoby, poza mną jakiś młody chłopak i mocno starsza kobieta. Więc światło się włącza, ona zapłakana, ja się zbieram, chłopak podchodzi do niej, obejmuje, pociesza, ona na to:
- Przepraszam, młody jesteś, nie pamiętasz czasów, kiedy rządziły te czerwone świnie.
Prawda czy nie prawda, w większości pewno prawda, sam nie bardzo pamiętam, ale jakieś to niechrześcijańskie, niemiłe po takim wzruszającym filmie jednak. On do niej, że rozumie, że wie, że było ciężko i takie rzeczy, a ona na odchodne:
- Wiesz chłopcze, jestem katoliczką, pamiętam tamte czasy i dlatego tak bardzo mnie denerwuje, że te komuniści i żydy nadal rządzą.
Byłem w szoku, raz, że katoliczka mówi takie słowa w jednym zdaniu z tym, że właśnie jest katoliczką, a dwa, że po takim filmie, gdzie tyle było o nienawiści, gdzie tak dobrze pokazano, do czego nienawiść i chora ideologia jest wykorzystana, ona czuje jeszcze większą nienawiść do komunistów, poniekąd uzasadnioną jeszcze, ale do Żydów?
- Niestety Karolu, tak to już jest, skoro kościół uczy nienawiści, zamiast Biblii, mamy znowu coraz więcej rasistów, którzy o chrześcijaństwie nie mają pojęcia, a to przecież ci, którzy najmocniej deklarują wiarę. To straszne jest, ale nie wierzę już, że polski kościół będzie jeszcze kiedyś kościołem katolickim, nie tylko polski zresztą przecież. Coraz mniej Boga, coraz więcej kłamstwa, tylko tyłek sobie Bogiem podcierają.
- A, prawda niestety, i ci mordercy głównie z takich zakłamanych rodzin podobno się biorą, często właśnie niby wierzących.
Dojeżdżaliśmy powoli do Krakowa i mimo, że nie było już tego nastroju, który towarzyszył nam, a na pewno mi, wcześniej, nie chciałem się z Joanną rozstawać, ale co zrobić, tak to już jest, że czasem choćby się bardzo nie chciało, rozstać się trzeba, co zrobić. Dziwne to uczucie jednak, kiedy ma się sentyment do kogoś, z kim ciągle się przebywa, a na dodatek zna się ledwie kilkadziesiąt minut, z czego większość wyłącznie ze wspólnego przebywania. Tak czy inaczej, czas się pakować.
- No, czas się pakować – rzuciła Joanna, jakby właśnie czytała mi w myślach.
- Oho, czas czas, też wysiadasz w Krakowie? – uśmiechnąłem się.
- Tak – odpowiedziała lekko pochylając się przed lustrem przyczepionym do ściany – mieszkasz w Krakowie?
- Niestety nie.
- Dlaczego niestety? To ja zapraszam na herbatę, niedaleko dworca jest fajna knajpka czynna całą dobę – powiedziała niespodziewanie, gwałtownie odwracając się w moją stronę.
Byłem nieco zaskoczony, a właściwie mocno zaskoczony, na tyle, na ile może być zaskoczony facet, któremu atrakcyjna kobieta po kilku minutach znajomości proponuje herbatę w środku nocy.
- Chętnie – wydusiłem z siebie, zapominając zupełnie o pierwszej części pytania. Albo uznając, że to zbyt oczywiste, jak mógłbym przecież nie chcieć mieszkać w tym mieście, o ile oczywiście w jakimkolwiek chciałbym mieszkać na stałe, ale to dość oczywiste, że większość ludzi mieszka gdzieś na stałe, więc pytanie było jednak dość zwyczajne, może nawet bardzo zwyczajne, ale jednak nie dla mnie. Pozbieraliśmy resztę rzeczy, stanęliśmy na równych nogach, a kiedy pociąg hamował żadne z nas nie wpadło na to drugie. Joanna otworzyła drzwi przedziału, odwróciła się lekko, wyszliśmy.
Fragment opowiadania




