- Witajcie, kochani! Jak tu ślicznie! Tatuś, daj pyska! Mamusiu najmilsza! Bracia i siostry! Rany, co za oaza! – Aga w króciutkiej spódniczce i białych adidasach nie kryła zachwytu.
Artur nosił drzewo do kominka. Dni były już bardzo długie.
- Cześć, siostra! – warknął.
- Co za przemiana! Nie poznałabym cię!
- Tak bywa!
- Chodż, Ewa, nie krępuj się! Jestem z przyjaciółką. Rodzina uwiła sobie tutaj gniazdko. Ale wszyscy opaleni! Ale gdzie tatuś zniknął?
_ - Teraz bez przerwy gdzieś biega. Jak nieprzytomny.
Pojechali do kogoś z Antonim. Antoni zajmuje się ogrodem i będzie mężem cioci, mojej siostry, Hanki.
- O rany! Świetna sprawa! Ewuś, chodż kochana!
Wysoka dziewczyna wyszła z samochodu.
- Dobry wieczór! – powiedziała.
- Zaraz zrobimy coś do picia – oznajmiła Danuta i zniknęła w domu.
- Nie znam cię! – odezwał się Damian.
- O, syn Tomka, poznaję ze zdjęcia. Poznasz mnie jeszcze. Jestem siostrą twojego taty.
- Aha! A ona? – wskazał na dziewczynę.
- Nie, to nie siostra. To moja serdeczna kumpela.
- No, to może być! – stwierdził chłopiec.
- Tomek, zbóju kochany! – Aga wtuliła się w brata. – Twoja robota, nie? Poznajcie się!
- Tak, kochana siostrzyczko…
- Ewa – powiedziała dziewczyna i wyciągnęła szczupłą dłoń.
Tomek czuł, że blednie. To była ta dziewczyna z domu schadzek, właścicielka…
- Tomasz – wykrztusił.
- Jak twoje górskie schroniska? – spytała Ewa i patrzyła na niego przenikliwie.
- Nie rób mi tego! – powiedział.
- A wy się już znacie! – stwierdziła Aga.
- Przelotnie – odparła Ewa.
- Lecę obejrzeć, jak tam jest w środku! I mamie pomogę.
- Nie miałem czasu, Ewa! – powiedział Tomek.
- Przestań! Nikt nic nie wie, piękny mężczyzno! – dziewczyna zapaliła papierosa. – Ślicznie tu! – stwierdziła. – A twoja siostra to moja wielka miłość!
- Rozumiem – powiedział.
Jakiś samochód zatrzymał się przed wjazdową furtką.
Z taksówki wyskoczył Wojtek.
- Tomek, parę słów! Proszę!
= Przepraszam cię, Ewa! To braciszek!
- Rozumiem, królewiczu!
- Słuchaj! – mówił Wojtek. Wydawał się dziwnie podniecony. - Sprzedałem mieszkanie. Tu masz część kasy, którą mi dałeś! – podał dużą, wypchaną kopertę. – I zdecydowałem się na ten Berlin, jeśli nie zmieniłeś zdania.
- Wszystko jest w porządku! Spokojnie, bracie. Zaraz dam ci klucze i takie przewodniki – uśmiechnął się. – Oczywiście adres. Samochodem jedziesz?
- Nie, pociągiem. W nocy chciałem wyjechać…
- Rozumiem. Tam zafunduj sobie taksówkę. Zaraz wracam!
- Tomek! Ależ tu pięknie!
- Tak. Szlifuj język, jakąś pracę ci załatwię, po roku wracaj. Eluś, zajmij się Wojtkiem, to brat, wynajmiemy mu mieszkanie…
- Chodż, zrobię ci herbaty!
- Nie, dzięki! Jadę stąd prosto na dworzec…
- A co to za podejrzany osobnik? – spytał Damian. Opierał się o wojskowy szpadelek, z którym rzadko się rozstawał.
- Damianku! To nasz synek, sam rozumiesz, różne pomysły…- powiedziała Ela. – Świetnie, że zamieszkasz u nas. Spodoba ci się, tak myślę.
- Żartowałem! – powiedział Damian. – Ale jesteś bladą twarzą!
- A ty dzielnym Indianinem!
-Jestem Płowa Głowa!
Zbliżał się Tomek, szedł z Agą, obejmował ją i śmiali się oboje.
- Masz! – podał Wojtkowi obszerną teczkę. – Tam wszystko znajdziesz. – Zadzwonię za parę dni. I trzymaj się, braciszku!
- Dziękuję ci! Chyba uratowałeś mi…życie…
- Bez sentymentów! Działaj, chłopie! A potem będziesz tutaj, mam nadzieję!
- Tak! Cześć wam! – porwał teczkę, pobiegł do czekającego samochodu.
- Wszystko z nim w porządku? – zapytała Aga.
- Mniej więcej – powiedział Tomek.
- Rany! Koty na drzewach! Ale to wspaniałe! – zawołała.
- Tak, szaleją sobie. I pies szczęśliwy. Zwierzaki cioci Hani.
- A gdzie pies i ciocia? Latami ją nie widziałam.
- Poszła na spacer. Niebawem powinna przyjść.
- Chodźcie do środka! – powiedziała Danka. – Kolacja czeka, a w kominku ogień…
Taksówka odjechała.
- Chodźmy na wyżerkę, wielkie żarcie w Królestwie Jabłoni – Aga pocałowała Ewę w usta.
------------------------------------
- Słuchajcie, kochani, tylko się nie denerwujcie! – powiedział Tomek. Cała rodzina zebrała się w mieszkaniu rodziców. – Jest taka sprawa, ze musimy zastanowić się, co robicie ze swoimi mieszkaniami. Czy jesteście zdecydowani, że będziecie tutaj mieszkać już na stałe. W takim przypadku trzymanie pustych mieszkań i te wysokie opłaty wydają mi się bezsensowne.
- Tak, synu, absolutnie! – wykrzyknął Czesław. – Pozbyć się wszystkiego i to jak najszybciej!
- Czesiu, nie denerwuj się! – odezwała się Danuta.
- Bo ja tam nie wrócę! Tu jest moje miejsce i tutaj kiedyś umrę! To wszystko!
- Ja też mam dość tego bloku i siódmego piętra – powiedziała Danka. – I nigdy nie opuszczę Czesia.
- Więc jeden zero! – stwierdził Tomek. – Na rynku nieruchomości nie jest najlepszy okres, ale czekanie wydaje mi się bez sensu.
- Jak najbardziej! Wynajmowanie też nie wchodzi w grę! Muszę jechać! Jeszcze coś, Tomek?
- Jeszcze chwila, tato! Cierpliwości. Z tobą nie ma problemu – spojrzał na Arka.
- Obronię pracę i pójdę do pracy. Nie będę na waszym garnuszku razem z Jagą.
- Arturku, jak możesz tak mówić… - odezwała się Danka.
- A ty ciociu? – spytał Tomek.
- Co na to powiesz, Anteczku? – Hanna chwyciła dłoń siedzącego obok mężczyzny.
- Jeśli mamy być mężem i żoną…
- Antoni!...
- Ja wynajmuję jeden pokój, albo całość przyjacielowi, który wrócił z Australii. Ty, Haniu, powinnaś to sprzedać, tak uważam.
- Więc tak będzie – powiedziała Hanna.
- Dwa mieszkania – powiedział Tomek.
- Przecież muszą zwrócić ci się koszty, synu! – powiedział Czesław.
- Daj spokój, tato! Wsadzicie pieniądze do banku z niezłym oprocentowaniem. Tak…- coś notował. – Wojtek już ma to za sobą, a Aga podejmie decyzję w tym tygodniu, ale prawdopodobnie zachowa mieszkanie. Wasza decyzja, ciociu i Antoni, wydaje mi się bardzo sensowna.
- To ja lecę! – poderwał się Czesław.
- Tak, tatku, jesteś wolny i szybki jak strzała. Ja znajdę jakieś dobre biuro pośrednictwa, w każdym razie tym się zajmę.
- Wszystko na twojej głowie, synku! – powiedziała Danusia.
- Ale dobrze mi z tym, mateczko – wstał i pocałował kobietę w czoło. – No, uporaliśmy się z tym błyskawicznie!
- Antek, chodż z nami, tam odkryłam taką piękną aleję, Buszi jest szczęśliwa…
- Oczywiście, Haneczko, oczywiście…
- Patrzcie, jak te jabłonie pylą! Jakby to był śnieg – powiedziała Ela.
- To jest śnieg, droga Elu! Mogę ci to filozoficznie wytłumaczyć! – odezwał się Artur. – O 19,00 pierwsza lekcja!
- Nie dajcie się zbałamucić, to hochsztapler! – ze śmiechem powiedziała Jaga.
====================
= Cześć, moja miłości! Stęskniłem się za tobą, Eluś!
- Tak, Ben.
- Jak ci tam, kochanie, w tej Polsce i z tyranem mężem?
- Może być.
- Możesz swobodnie rozmawiać?
- Tak, właśnie tak…
- Będę w Polsce, wiesz? Bardzo chciałbym spotkać się z tobą i pieścić cię, miła, pieścić…
- Przestań, Ben! Ja też za tobą tęsknię…
- Cudownie! Jest dwudziestolecie matury, fajna sprawa nawet, ale chciałbym być z tobą cały tydzień, albo przynajmniej trzy dni, kochana! Pamiętasz nasze Góry Stołowe?
- Tak… Ale kiedy to było, Ben?
- Właśnie! Wynająłem pensjonat w magicznym mieście Bardo. Miasto cudów, tak o nim piszą. I co ty na to?
- Tęsknię za Kłodzkiem, Stroniem Śląskim, Srebrną Górą, i tymi jaskiniami. Jesteś wspaniały! Ale jak ja się wyrwę?
- Właśnie! Żeby to było wiarygodne dla Tomka.
- Tak, Ben. Nie chciałabym go skrzywdzić…
- Coś trzeba wymyślić. Ja prosto z tego maturalnego zjazdu będę wracał do Berlina, taka będzie oficjalna wersja. A ty…Słuchaj, Eluś, a ta twoja stara ciotka we Wrocławiu…?
- No…Umarła, Ben.
- To ją wskrzesimy, Eluś! Byłaby zadowolona, nie?
- Chyba tak…To była dobra ciotka…Najbardziej wiarygodny byłby telegram, czy depesza…
- Tak. Ale już chyba nie ma telegramów. Dowiem się. A telefon? Mam taką pielęgniarkę z przepalonym głosem…
- Najlepsza byłaby pora kolacji…
- Więc o której, kochana?
- Siódma. Siódma dwadzieścia.
- W porządku! A kiedy?
- Dzisiaj, Ben! I na telefon Tomka…Tak będzie lepiej.
- Jesteś wspaniała spryciara! Nie mogę się doczekać!
- A kiedy będziesz?
- 24 czerwca. O północy będę miał pilny telefon z Berlina i odbiorę cię…Może na dworcu?
- Tak. Pojadę do cioci pociągiem. Będę w poczekalni, Ben!
- To już cię ściskam na odległość i pieszczę, najdroższa!
= Pamiętaj, żeby ta ciotka zadzwoniła na numer Tomka!
- Tak, tak! Siódma dwadzieścia.
- Niech poprosi Elunię!
- Tak, Eluniu! Rany, jak się cieszę!
- A ja…Wspaniale, że ciebie mam, Ben. Przyjaciela i kochanka!
- Muszę kończyć, Eluś! Bardo, miasto cudów… Pa, kochana! Na razie!
- Pa, kochany! Na razie!...
- Aha, złotko! A jak ta ciotka ma na imię?
- Właśnie! Maryla. Nie zapomnij!
- Całuję!
- Cześć, miły!
- Mamusiu, mamusiu, z kim tak romansujesz? – przytulił się do niej Damian, z nieodłączną saperką i bardzo umorusamy.
- Wykopałeś jakieś skarby, syneczku?
- Żebyś wiedziała! Pojęcia nie masz! Jaki kamień, ech, nic nie mówię! Schowałem! Nikt nie znajdzie. Jak będzie choinka i święta, to będzie prezent! Rany! Może się ze mną bawić, to znaczy pracować w moich wykopaliskach, taka Ala? Mieszka dwa domy dalej. Podoba mi się. Ma tyle piegów…
- Świetnie, oczywiście, że może, synku kochany. Ja być może będę musiała wyjechać na parę dni do ciotki, bo bardzo choruje, co ty na to?
- No, będzie mi ciebie brakowało, ale rozumiem…
- Na razie to między nami!
- Jasne! Zrób mi dwie bułki, dla mnie i tej Ali Piegowatej, tak będzie?
- Tak będzie! Przyniosę wam na srebrnej tacy!
- Ani się waż! Tak normalnie przynieś, w ręce…
- Dobrze, moje kochane dziecko!
- Lecę!...
- Jutro zaczyna się lato, to astronomiczne – powiedział Artur. – Jeśli to kogoś interesuje, to jeszcze mamy najdłużej dni, a potem…Buszi! Kiełbacha!
- Nie dawaj jej ciągle pyskówek, Arturku! – powiedziała Hanna.
- Tak, cioteczko! No, smakowało, smakowało…Od dzisiaj nie jem mięsa! Pełen wegetarianizm! Mamusiu, pamiętaj!
- Synku, taki szczuplutki jesteś…
- On wie co robi – powiedziała Jaga.
- Pochwalam taką decyzję! – oznajmił Czesiek.
- Muszę oczyścić umysł ze wszystkich złogów. Ja i moja wartość w Świecie Nic. Taką pracę piszę. Nic…Chyba nawet nic nie będę jadł. Profesor Jerzy Szynka, mój promotor…Szynka, rozumiecie, powiedział, że mam szansę na doktorat, stypendium. Szynka Babuni. Takiego macie zdolnego synka, brata i kogo tam chcecie. Chyba nikt we mnie nie wierzył.
- Ja w ciebie zawsze wierzyłam! – powiedziała Jaga.
- Ja też! – krzyknął Damian. – Bo jesteś z gatunku Indian. Lecę! O, jesteś Porąbane Drzewo!
- Świetnie!
- Z plemienia… - chłopczyk zastanowił się. – Jutro ci powiem. To nie takie proste!
- Jasne, że nie!
Damian wybiegł z kuchni, gdzie wszyscy jedli kolację, po chwili pojawił się z powrotem.
- Z plemienia Zdechłych Jabłoni! – krzyknął.
- Ben dzwonił – powiedział Tomek. – W środę mamy dwudziestolecie matury w Koperniku. Pójdziesz ze mną, Eluś?
- Chyba…Jak chcesz…Nie wiem…Nie ciągnie mnie do ludzi, tak mi tu dobrze!
- Hm…
- Ja dziękuje! – Czesław wstał. – Antek, jedziesz ze mną do tego Sylwka?
- Haneczko, mogę? – spytał Antoni.
- Jeszcze nie przywiązałam cię do łańcucha, kochany! – zaśmiała się Hania.
- Och, ciociu, zapomniałem! Jutro przyjedzie wydawca. Jest zinteresowany.
- Niemożliwe!
- Jak to było? Cioteczko, zapomniałem tytułu, wybacz! Powiedział, że przejmujące.
- Przejmujące…Może „Urlop z zgadywanym świecie”. Nie wiem co dla kogo jest przejmujące.
- Tak! Właśnie ten tytuł!
- Zobaczymy! Może mi nawet zapłacą!
- Chyba tak! Ktoś idzie!
- Poczta Polska – powiedział Artur. – Ciociu, pewnie twoje honorarium!
Tomek wyszedł przed dom.
- Telegram. Pani Elżbieta…
- Tak, to tutaj.
- Krążył po Berlinie. Proszę podpisać! Dziękuję!
- Eluś, jakaś depesza do ciebie! Z Berlina przesłał tu Wojtek. Musimy powysyłać ludziom nasz nowy adres…
- Przeczytaj mi, kochany! Telegramów boję się jak ognia!...
- Hm…Twoja ciotka! Myślałem, że nie żyje…O, przepraszam!
- Chorowała…Czytaj!
- Eluniu najdroższa i jedyna istoto bliska. Kropka. Jestem w domu opieki, Święta Katarzyna, przyjedź kochanie, mój czas się kończy, muszę przekazać ci nasze tajemnice. Kropka. Pilne. Kropka. Twoja ciotka Maryla. Kropka.
- Rany! Biedna ciocia! – zawołała Ela. – Tak ją zaniedbałam! Smutne to…Będę musiała jechać…
- Mogę cię zawieźć, kochanie! – Tomek pocałował żonę w policzek.
- Nie, nie…
- W każdym razie nie masz sobie nic do zarzucenia!
- Pójdę się przejść…Biedna Marylka! Była jak matka…
- Mamusiu! Mamusiu! – usłyszała.
- Póżniej, Damianku, kochany mój! Boże, chyba oszaleję! powiedziała do siebie.
Wielka czarna limuzyna zatrzymała się przy furtce. Potężny mężczyzna w ciemnych okularach bacznie rozejrzał się.
Otworzył drzwi od strony pasażera.
- Tak – powiedział.
Wysiadł brodaty młody człowiek w czarnym garniturze, kapeluszu, na dłoniach miał rękawiczki. Trzymał dużą szarą kopertę. Nacisnął dzwonek przy furtce.
- Kogo niesie!? – podszedł Artur z siekierą. – Cebea?
- Nie otwieraj! Poproś Jagę!
- Skądś się znamy! Koloratka…
- Milczeć! – ochroniarz trzymał w ręce rewolwer.
- Niezła zadyma! Jaga! – zawołał Artur i wrócił do wielkiego pnia.
- Nie mam czasu! – odezwała się dziewczyna.
- Jak chcesz! To chyba pilne!
Dziewczyna leniwie podchodziła.
- Stefan?
- Nie wymawiaj mojego imienia! Przeczytaj to i sprytnie załatw! Musisz załatwić! Nikomu nic nie grozi! Chłopak będzie bezpieczny! Dostaniesz pięć tysięcy euro! – podał szarą kopertę. – Nie nawal! – uśmiechnał się. – Idziemy!
- Radzę posłuchać! – powiedział potężny facet.
- Pierdol się! – powiedziała.
Samochód odjeżdżał. Nie miał tablic rejestracyjnych.
- Co tam, moja piękna? – spytał Artur. – Nie wplątaj się w coś!
- Spokojnie!
Weszła do mieszkania, usiadła w fotelu. Rozerwała kopertę. Ukazała się jeszcze jedna, mniejsza koperta. W niej mała, biała. Wyciętymi z gazet literami pisało:
- Trzyletni chłopczyk, sesja zdjęciowa, 24 czerwca, 18,00.
Darła bilecik na strzępy.
- Czego ten pajac chciał? – w drzwiach stał Artur.
- Ech, już nieaktualne! Wynajęcie mieszkania..
Wyminęła Artura i wyszła do sadu. Ułożyła się w hamaku i na założonej stronie otworzyła książkę „Sekrety Króla Ognia” Kim Edwards.
Artur nosił drzewo do kominka. Dni były już bardzo długie.
- Cześć, siostra! – warknął.
- Co za przemiana! Nie poznałabym cię!
- Tak bywa!
- Chodż, Ewa, nie krępuj się! Jestem z przyjaciółką. Rodzina uwiła sobie tutaj gniazdko. Ale wszyscy opaleni! Ale gdzie tatuś zniknął?
_ - Teraz bez przerwy gdzieś biega. Jak nieprzytomny.
Pojechali do kogoś z Antonim. Antoni zajmuje się ogrodem i będzie mężem cioci, mojej siostry, Hanki.
- O rany! Świetna sprawa! Ewuś, chodż kochana!
Wysoka dziewczyna wyszła z samochodu.
- Dobry wieczór! – powiedziała.
- Zaraz zrobimy coś do picia – oznajmiła Danuta i zniknęła w domu.
- Nie znam cię! – odezwał się Damian.
- O, syn Tomka, poznaję ze zdjęcia. Poznasz mnie jeszcze. Jestem siostrą twojego taty.
- Aha! A ona? – wskazał na dziewczynę.
- Nie, to nie siostra. To moja serdeczna kumpela.
- No, to może być! – stwierdził chłopiec.
- Tomek, zbóju kochany! – Aga wtuliła się w brata. – Twoja robota, nie? Poznajcie się!
- Tak, kochana siostrzyczko…
- Ewa – powiedziała dziewczyna i wyciągnęła szczupłą dłoń.
Tomek czuł, że blednie. To była ta dziewczyna z domu schadzek, właścicielka…
- Tomasz – wykrztusił.
- Jak twoje górskie schroniska? – spytała Ewa i patrzyła na niego przenikliwie.
- Nie rób mi tego! – powiedział.
- A wy się już znacie! – stwierdziła Aga.
- Przelotnie – odparła Ewa.
- Lecę obejrzeć, jak tam jest w środku! I mamie pomogę.
- Nie miałem czasu, Ewa! – powiedział Tomek.
- Przestań! Nikt nic nie wie, piękny mężczyzno! – dziewczyna zapaliła papierosa. – Ślicznie tu! – stwierdziła. – A twoja siostra to moja wielka miłość!
- Rozumiem – powiedział.
Jakiś samochód zatrzymał się przed wjazdową furtką.
Z taksówki wyskoczył Wojtek.
- Tomek, parę słów! Proszę!
= Przepraszam cię, Ewa! To braciszek!
- Rozumiem, królewiczu!
- Słuchaj! – mówił Wojtek. Wydawał się dziwnie podniecony. - Sprzedałem mieszkanie. Tu masz część kasy, którą mi dałeś! – podał dużą, wypchaną kopertę. – I zdecydowałem się na ten Berlin, jeśli nie zmieniłeś zdania.
- Wszystko jest w porządku! Spokojnie, bracie. Zaraz dam ci klucze i takie przewodniki – uśmiechnął się. – Oczywiście adres. Samochodem jedziesz?
- Nie, pociągiem. W nocy chciałem wyjechać…
- Rozumiem. Tam zafunduj sobie taksówkę. Zaraz wracam!
- Tomek! Ależ tu pięknie!
- Tak. Szlifuj język, jakąś pracę ci załatwię, po roku wracaj. Eluś, zajmij się Wojtkiem, to brat, wynajmiemy mu mieszkanie…
- Chodż, zrobię ci herbaty!
- Nie, dzięki! Jadę stąd prosto na dworzec…
- A co to za podejrzany osobnik? – spytał Damian. Opierał się o wojskowy szpadelek, z którym rzadko się rozstawał.
- Damianku! To nasz synek, sam rozumiesz, różne pomysły…- powiedziała Ela. – Świetnie, że zamieszkasz u nas. Spodoba ci się, tak myślę.
- Żartowałem! – powiedział Damian. – Ale jesteś bladą twarzą!
- A ty dzielnym Indianinem!
-Jestem Płowa Głowa!
Zbliżał się Tomek, szedł z Agą, obejmował ją i śmiali się oboje.
- Masz! – podał Wojtkowi obszerną teczkę. – Tam wszystko znajdziesz. – Zadzwonię za parę dni. I trzymaj się, braciszku!
- Dziękuję ci! Chyba uratowałeś mi…życie…
- Bez sentymentów! Działaj, chłopie! A potem będziesz tutaj, mam nadzieję!
- Tak! Cześć wam! – porwał teczkę, pobiegł do czekającego samochodu.
- Wszystko z nim w porządku? – zapytała Aga.
- Mniej więcej – powiedział Tomek.
- Rany! Koty na drzewach! Ale to wspaniałe! – zawołała.
- Tak, szaleją sobie. I pies szczęśliwy. Zwierzaki cioci Hani.
- A gdzie pies i ciocia? Latami ją nie widziałam.
- Poszła na spacer. Niebawem powinna przyjść.
- Chodźcie do środka! – powiedziała Danka. – Kolacja czeka, a w kominku ogień…
Taksówka odjechała.
- Chodźmy na wyżerkę, wielkie żarcie w Królestwie Jabłoni – Aga pocałowała Ewę w usta.
------------------------------------
- Słuchajcie, kochani, tylko się nie denerwujcie! – powiedział Tomek. Cała rodzina zebrała się w mieszkaniu rodziców. – Jest taka sprawa, ze musimy zastanowić się, co robicie ze swoimi mieszkaniami. Czy jesteście zdecydowani, że będziecie tutaj mieszkać już na stałe. W takim przypadku trzymanie pustych mieszkań i te wysokie opłaty wydają mi się bezsensowne.
- Tak, synu, absolutnie! – wykrzyknął Czesław. – Pozbyć się wszystkiego i to jak najszybciej!
- Czesiu, nie denerwuj się! – odezwała się Danuta.
- Bo ja tam nie wrócę! Tu jest moje miejsce i tutaj kiedyś umrę! To wszystko!
- Ja też mam dość tego bloku i siódmego piętra – powiedziała Danka. – I nigdy nie opuszczę Czesia.
- Więc jeden zero! – stwierdził Tomek. – Na rynku nieruchomości nie jest najlepszy okres, ale czekanie wydaje mi się bez sensu.
- Jak najbardziej! Wynajmowanie też nie wchodzi w grę! Muszę jechać! Jeszcze coś, Tomek?
- Jeszcze chwila, tato! Cierpliwości. Z tobą nie ma problemu – spojrzał na Arka.
- Obronię pracę i pójdę do pracy. Nie będę na waszym garnuszku razem z Jagą.
- Arturku, jak możesz tak mówić… - odezwała się Danka.
- A ty ciociu? – spytał Tomek.
- Co na to powiesz, Anteczku? – Hanna chwyciła dłoń siedzącego obok mężczyzny.
- Jeśli mamy być mężem i żoną…
- Antoni!...
- Ja wynajmuję jeden pokój, albo całość przyjacielowi, który wrócił z Australii. Ty, Haniu, powinnaś to sprzedać, tak uważam.
- Więc tak będzie – powiedziała Hanna.
- Dwa mieszkania – powiedział Tomek.
- Przecież muszą zwrócić ci się koszty, synu! – powiedział Czesław.
- Daj spokój, tato! Wsadzicie pieniądze do banku z niezłym oprocentowaniem. Tak…- coś notował. – Wojtek już ma to za sobą, a Aga podejmie decyzję w tym tygodniu, ale prawdopodobnie zachowa mieszkanie. Wasza decyzja, ciociu i Antoni, wydaje mi się bardzo sensowna.
- To ja lecę! – poderwał się Czesław.
- Tak, tatku, jesteś wolny i szybki jak strzała. Ja znajdę jakieś dobre biuro pośrednictwa, w każdym razie tym się zajmę.
- Wszystko na twojej głowie, synku! – powiedziała Danusia.
- Ale dobrze mi z tym, mateczko – wstał i pocałował kobietę w czoło. – No, uporaliśmy się z tym błyskawicznie!
- Antek, chodż z nami, tam odkryłam taką piękną aleję, Buszi jest szczęśliwa…
- Oczywiście, Haneczko, oczywiście…
- Patrzcie, jak te jabłonie pylą! Jakby to był śnieg – powiedziała Ela.
- To jest śnieg, droga Elu! Mogę ci to filozoficznie wytłumaczyć! – odezwał się Artur. – O 19,00 pierwsza lekcja!
- Nie dajcie się zbałamucić, to hochsztapler! – ze śmiechem powiedziała Jaga.
====================
= Cześć, moja miłości! Stęskniłem się za tobą, Eluś!
- Tak, Ben.
- Jak ci tam, kochanie, w tej Polsce i z tyranem mężem?
- Może być.
- Możesz swobodnie rozmawiać?
- Tak, właśnie tak…
- Będę w Polsce, wiesz? Bardzo chciałbym spotkać się z tobą i pieścić cię, miła, pieścić…
- Przestań, Ben! Ja też za tobą tęsknię…
- Cudownie! Jest dwudziestolecie matury, fajna sprawa nawet, ale chciałbym być z tobą cały tydzień, albo przynajmniej trzy dni, kochana! Pamiętasz nasze Góry Stołowe?
- Tak… Ale kiedy to było, Ben?
- Właśnie! Wynająłem pensjonat w magicznym mieście Bardo. Miasto cudów, tak o nim piszą. I co ty na to?
- Tęsknię za Kłodzkiem, Stroniem Śląskim, Srebrną Górą, i tymi jaskiniami. Jesteś wspaniały! Ale jak ja się wyrwę?
- Właśnie! Żeby to było wiarygodne dla Tomka.
- Tak, Ben. Nie chciałabym go skrzywdzić…
- Coś trzeba wymyślić. Ja prosto z tego maturalnego zjazdu będę wracał do Berlina, taka będzie oficjalna wersja. A ty…Słuchaj, Eluś, a ta twoja stara ciotka we Wrocławiu…?
- No…Umarła, Ben.
- To ją wskrzesimy, Eluś! Byłaby zadowolona, nie?
- Chyba tak…To była dobra ciotka…Najbardziej wiarygodny byłby telegram, czy depesza…
- Tak. Ale już chyba nie ma telegramów. Dowiem się. A telefon? Mam taką pielęgniarkę z przepalonym głosem…
- Najlepsza byłaby pora kolacji…
- Więc o której, kochana?
- Siódma. Siódma dwadzieścia.
- W porządku! A kiedy?
- Dzisiaj, Ben! I na telefon Tomka…Tak będzie lepiej.
- Jesteś wspaniała spryciara! Nie mogę się doczekać!
- A kiedy będziesz?
- 24 czerwca. O północy będę miał pilny telefon z Berlina i odbiorę cię…Może na dworcu?
- Tak. Pojadę do cioci pociągiem. Będę w poczekalni, Ben!
- To już cię ściskam na odległość i pieszczę, najdroższa!
= Pamiętaj, żeby ta ciotka zadzwoniła na numer Tomka!
- Tak, tak! Siódma dwadzieścia.
- Niech poprosi Elunię!
- Tak, Eluniu! Rany, jak się cieszę!
- A ja…Wspaniale, że ciebie mam, Ben. Przyjaciela i kochanka!
- Muszę kończyć, Eluś! Bardo, miasto cudów… Pa, kochana! Na razie!
- Pa, kochany! Na razie!...
- Aha, złotko! A jak ta ciotka ma na imię?
- Właśnie! Maryla. Nie zapomnij!
- Całuję!
- Cześć, miły!
- Mamusiu, mamusiu, z kim tak romansujesz? – przytulił się do niej Damian, z nieodłączną saperką i bardzo umorusamy.
- Wykopałeś jakieś skarby, syneczku?
- Żebyś wiedziała! Pojęcia nie masz! Jaki kamień, ech, nic nie mówię! Schowałem! Nikt nie znajdzie. Jak będzie choinka i święta, to będzie prezent! Rany! Może się ze mną bawić, to znaczy pracować w moich wykopaliskach, taka Ala? Mieszka dwa domy dalej. Podoba mi się. Ma tyle piegów…
- Świetnie, oczywiście, że może, synku kochany. Ja być może będę musiała wyjechać na parę dni do ciotki, bo bardzo choruje, co ty na to?
- No, będzie mi ciebie brakowało, ale rozumiem…
- Na razie to między nami!
- Jasne! Zrób mi dwie bułki, dla mnie i tej Ali Piegowatej, tak będzie?
- Tak będzie! Przyniosę wam na srebrnej tacy!
- Ani się waż! Tak normalnie przynieś, w ręce…
- Dobrze, moje kochane dziecko!
- Lecę!...
- Jutro zaczyna się lato, to astronomiczne – powiedział Artur. – Jeśli to kogoś interesuje, to jeszcze mamy najdłużej dni, a potem…Buszi! Kiełbacha!
- Nie dawaj jej ciągle pyskówek, Arturku! – powiedziała Hanna.
- Tak, cioteczko! No, smakowało, smakowało…Od dzisiaj nie jem mięsa! Pełen wegetarianizm! Mamusiu, pamiętaj!
- Synku, taki szczuplutki jesteś…
- On wie co robi – powiedziała Jaga.
- Pochwalam taką decyzję! – oznajmił Czesiek.
- Muszę oczyścić umysł ze wszystkich złogów. Ja i moja wartość w Świecie Nic. Taką pracę piszę. Nic…Chyba nawet nic nie będę jadł. Profesor Jerzy Szynka, mój promotor…Szynka, rozumiecie, powiedział, że mam szansę na doktorat, stypendium. Szynka Babuni. Takiego macie zdolnego synka, brata i kogo tam chcecie. Chyba nikt we mnie nie wierzył.
- Ja w ciebie zawsze wierzyłam! – powiedziała Jaga.
- Ja też! – krzyknął Damian. – Bo jesteś z gatunku Indian. Lecę! O, jesteś Porąbane Drzewo!
- Świetnie!
- Z plemienia… - chłopczyk zastanowił się. – Jutro ci powiem. To nie takie proste!
- Jasne, że nie!
Damian wybiegł z kuchni, gdzie wszyscy jedli kolację, po chwili pojawił się z powrotem.
- Z plemienia Zdechłych Jabłoni! – krzyknął.
- Ben dzwonił – powiedział Tomek. – W środę mamy dwudziestolecie matury w Koperniku. Pójdziesz ze mną, Eluś?
- Chyba…Jak chcesz…Nie wiem…Nie ciągnie mnie do ludzi, tak mi tu dobrze!
- Hm…
- Ja dziękuje! – Czesław wstał. – Antek, jedziesz ze mną do tego Sylwka?
- Haneczko, mogę? – spytał Antoni.
- Jeszcze nie przywiązałam cię do łańcucha, kochany! – zaśmiała się Hania.
- Och, ciociu, zapomniałem! Jutro przyjedzie wydawca. Jest zinteresowany.
- Niemożliwe!
- Jak to było? Cioteczko, zapomniałem tytułu, wybacz! Powiedział, że przejmujące.
- Przejmujące…Może „Urlop z zgadywanym świecie”. Nie wiem co dla kogo jest przejmujące.
- Tak! Właśnie ten tytuł!
- Zobaczymy! Może mi nawet zapłacą!
- Chyba tak! Ktoś idzie!
- Poczta Polska – powiedział Artur. – Ciociu, pewnie twoje honorarium!
Tomek wyszedł przed dom.
- Telegram. Pani Elżbieta…
- Tak, to tutaj.
- Krążył po Berlinie. Proszę podpisać! Dziękuję!
- Eluś, jakaś depesza do ciebie! Z Berlina przesłał tu Wojtek. Musimy powysyłać ludziom nasz nowy adres…
- Przeczytaj mi, kochany! Telegramów boję się jak ognia!...
- Hm…Twoja ciotka! Myślałem, że nie żyje…O, przepraszam!
- Chorowała…Czytaj!
- Eluniu najdroższa i jedyna istoto bliska. Kropka. Jestem w domu opieki, Święta Katarzyna, przyjedź kochanie, mój czas się kończy, muszę przekazać ci nasze tajemnice. Kropka. Pilne. Kropka. Twoja ciotka Maryla. Kropka.
- Rany! Biedna ciocia! – zawołała Ela. – Tak ją zaniedbałam! Smutne to…Będę musiała jechać…
- Mogę cię zawieźć, kochanie! – Tomek pocałował żonę w policzek.
- Nie, nie…
- W każdym razie nie masz sobie nic do zarzucenia!
- Pójdę się przejść…Biedna Marylka! Była jak matka…
- Mamusiu! Mamusiu! – usłyszała.
- Póżniej, Damianku, kochany mój! Boże, chyba oszaleję! powiedziała do siebie.
Wielka czarna limuzyna zatrzymała się przy furtce. Potężny mężczyzna w ciemnych okularach bacznie rozejrzał się.
Otworzył drzwi od strony pasażera.
- Tak – powiedział.
Wysiadł brodaty młody człowiek w czarnym garniturze, kapeluszu, na dłoniach miał rękawiczki. Trzymał dużą szarą kopertę. Nacisnął dzwonek przy furtce.
- Kogo niesie!? – podszedł Artur z siekierą. – Cebea?
- Nie otwieraj! Poproś Jagę!
- Skądś się znamy! Koloratka…
- Milczeć! – ochroniarz trzymał w ręce rewolwer.
- Niezła zadyma! Jaga! – zawołał Artur i wrócił do wielkiego pnia.
- Nie mam czasu! – odezwała się dziewczyna.
- Jak chcesz! To chyba pilne!
Dziewczyna leniwie podchodziła.
- Stefan?
- Nie wymawiaj mojego imienia! Przeczytaj to i sprytnie załatw! Musisz załatwić! Nikomu nic nie grozi! Chłopak będzie bezpieczny! Dostaniesz pięć tysięcy euro! – podał szarą kopertę. – Nie nawal! – uśmiechnał się. – Idziemy!
- Radzę posłuchać! – powiedział potężny facet.
- Pierdol się! – powiedziała.
Samochód odjeżdżał. Nie miał tablic rejestracyjnych.
- Co tam, moja piękna? – spytał Artur. – Nie wplątaj się w coś!
- Spokojnie!
Weszła do mieszkania, usiadła w fotelu. Rozerwała kopertę. Ukazała się jeszcze jedna, mniejsza koperta. W niej mała, biała. Wyciętymi z gazet literami pisało:
- Trzyletni chłopczyk, sesja zdjęciowa, 24 czerwca, 18,00.
Darła bilecik na strzępy.
- Czego ten pajac chciał? – w drzwiach stał Artur.
- Ech, już nieaktualne! Wynajęcie mieszkania..
Wyminęła Artura i wyszła do sadu. Ułożyła się w hamaku i na założonej stronie otworzyła książkę „Sekrety Króla Ognia” Kim Edwards.
Fragment powieści „Taniec borderline”
Fot. Marek Kołakowski



