Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka




reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Proza > Chorabik Marek: Czarny pióropusz

Chorabik Marek: Czarny pióropusz

- KLAPS –

Czarne pióro. Po prostu. Leżąca elegancja. Ujmujesz je w dłonie. Unosisz. Odkręcasz.
Błysk złota. Przysuwasz bliżej papier listowy. Stawiasz kształtne litery. Dopiero teraz widać w pełni szyk i styl.

- CIĘCIE –

Przychodzisz do biura. Bierzesz zlecenie. Otwierasz, czytasz. Chowasz do kieszeni. Dobierasz filtry. Pakujesz się. Jedziesz przez zatłoczone miasto. Elegancka kamienica. Otwiera ci kobieta w firmowym kostiumie. Prowadzi cię przestronnym korytarzem. Na drzwiach po lewej i prawej złocone tabliczki z nazwiskami. Wchodzicie do Najważniejszego.
Jego twarz znasz z czołówek gazet. Solidne biurko. Zmieniasz na nim nieco ułożenie przedmiotów. Ustawiasz światło. On wchodzi uśmiechnięty. Podaje ci dłoń. Sięga dłonią do kieszeni marynarki. Wyjmuje czarne pióro.

- FLASH -

Ptak stoi w wodzie. Ma długie, cienkie nogi. Słońce dobrze oświetla go całego. Ale wy nadal nic nie robicie. Czekacie tak już drugi dzień. Powoli wszystko wrasta wam w siedzenie. Wokół cisza. Wczoraj w takiej ciszy zadzwonił telefon. Szef chciał się upewnić, czy to na pewno jest ibis. Ptak miał to gdzieś i odleciał. Ale dziś jak na razie macie szczęście. Nikt nie dzwoni. Ptak przekręca głowę pod pożądanym przez klienta kątem. Słońce opalizuje gdy muska dziobem dokładnie każde swoje czarne pióro.

- CIĘCIE –

Kobieta patrzy w okno. Krople deszczu powoli suną po październikowej szybie. Rozmywają cały widok po drugiej stronie. W ściekającej wodzie przenikają się drzewa, żółte liście i pusta aleja. Kobieta unosi dłoń. Opuszkami dotyka policzków. Zsuwa dłoń na usta. Zatrzymuje palce. Wokół cisza. Od sąsiada dobiega słaby płacz dziecka. Kobieta ani drgnie.
Dosięga ją czarne pióro smutku.

- FLASH –

Firmowe stoisko. Od lat w tym samym miejscu. Od lat, a właściwie odkąd sięgasz pamięcią. Twój nos spłaszczył się trwale na szybie tej firmowej gabloty. Leżą równo poukładane. Dokładnie podświetlone. Właściwie wyeksponowane. Precyzyjnie wykonane. Kropka w kropkę. Czarne pióro w czarne.

- CIĘCIE –

Chłopiec rozkłada zeszyty. Bierze do ręki kredki. Rysuje. Mozolnie stara się zakreślić kółko. Nie zamyka obwodu. Wstaje dotykając lekko dłońmi mebli. Po omacku przesuwa się wzdłuż nich do radia. Włącza je. Czajkowski. Chłopiec wraca tą samą drogą. Dochodzi do stołu, na którym leżą trzy różnokolorowe pióra. Dla chłopca wszystkie są czarne.

- FLASH –

Prawdziwy amerykański orzeł jest prawie cały czarny. Na dolarowych banknotach, bez względu czy jednym, dwóch, dziesięciu, dwudziestu orzeł jest jednak zielony. Za jedno dobre czarne pióro musisz dać wiele zielonych.

- CIĘCIE –

Tropiciel Sokole Oko z plemienia Siuksów przystanął. Chwilę nasłuchiwał. Zastygł. Jakby całym ciałem chłonął dźwięki. Minimalnie drgnęła mu powieka. Lekki, ledwo dostrzegalny uśmiech przebiegł mu przez pomalowaną twarz. Sokole Oko ruszył ku pobliskiemu wzgórzu. Doszedł pod rozłożystą sosnę. To na niej siedział biały kruk. Tylko skąd na spalonej przez słońce ziemi u stóp drzewa wzięło się czarne pióro?

- FLASH –

Weszła do mrocznego pokoju. Włącznik światła nie działał. Jej oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Ostrożnie ruszyła do przodu. Wiedziała, że skórzana kanapa stoi po lewej. Regały z książkami na prawo, a biurko z tyłu w głębi pokoju. Środek pomieszczenia był pusty. Szła więc śmiało do przodu. I nagle potknęła się o coś podłużnego i miękkiego. Serce skoczyło jej do gardła. W popłochu dopadła do biurka. Zapaliła stojącą na nim lampkę. Obróciła się. Krzyknęła przerażona. To był on. Leżał na podłodze, na wznak. Rozchylona marynarka odsłaniała śnieżnobiałą koszulę z zastygającą czerwoną plamą na piersi. W środku plamy tkwiło wbite czarne pióro.

- CIĘCIE –

Na antypodach wszystko jest odwrotnie. Z naszego punktu widzenia ludzie chodzą do góry nogami. Jak u nas jest lato, to tam zima. Jak u nas choinka, to tam biegają w bikini.
Nawet torby nosi się na brzuchu, a nie na plecach lub w rękach. Co prawda dotyczy to zwierząt, ale zawsze. Nasz łabędź byłby uznany tam za wioskowego głupka. Bo któż zamieniłby swoje piękne czarne pióra, na takie coś białego.

- HIP HOP –

A kiedy życie swoje zaczynasz
Czy jesteś ostrym chłopakiem
Czy jesteś miłą dziewczyną,
To wtedy ci się maluje na twarzy
To co najbardziej się marzy,

Marzenia, marzenia, to od nich świat się zmienia
Od nich pięknieje i pulsuje,
To przez marzenia lepiej się czujesz,
Nie wstydź się marzeń absolutnie
Czy jesteś w Paryżu, Pradze, Kutnie,

Marzenia miej nieustannie
Chwytaj je co dzień zachłannie,
Wyśnij, wyśpiewaj je koncertowo
Śpiewaj je solo albo chórem
I zapisz koniecznie czarnym piórem


- CIĘCIE -

W Czyśćcu Dantego wielka gmatwanina. Pod osłoną trwającej wiecznie nocy, czyli cały okrutny czas zadośćuczynienia, rodzi się nadzieja. Dla kogo? I z jakim atrybutem
biegnie ku tęsknej Filomeli? Krzepko dzierży w dłoni dopiero co wyrwane nocy - czarne pióro. Tak przynajmniej chce Alina Świderska.

- FLASH –

Daleko za miastem. Ale jednak nie za daleko. Zgodnie z ekonomią i ekologią. Nie widać, bo jest dobrze schowane. Przy południowym wietrze /jednak rzadkość/, latem może czasem jest je czuć. Jedyne drogowskazy, to pękate, czkające ciężarówki i szybujący padlinożercy. A na miejscu kompaktory /na chwilę oderwij się od tekstu i sprawdź w słowniku co to jest/ i wszystko wymieszane, w bezładzie, chaosie. W nachalnej fragmentacji, destabilizacji i fetorze. I czujesz już, jak coraz bardziej smaga cię czarne pióro wstrętu.

- CIĘCIE –

Spokojny nurt rzeki rozlewał się szeroko. Sielski krajobraz z harmonijnie rosnącymi drzewami na łagodnych wzgórzach wypełniał całą przestrzeń. Soczysta zieleń odbijała się w wodzie. Słońce doświetlało dobrze całą okolicę. W ciszę wtapiało się jedynie łagodne, miarowe nawoływanie kukułki. I wtedy zobaczyłeś ich. Było ich dwóch. Rytmicznie, równo i miarowo wykonywali wszystkie ruchy. Naprzemienne zamachy ramion, pochylenia do przodu i głębokie wdechy. W żółtych koszulkach i niebieskich czapeczkach. Wtopieni w ciało czerwonego kajaka. Kolorowi jak papugi. Raz po raz nad wodą śmigały czarne pióra ich wioseł.

- FLASH –

Nie był to byle chłopek roztropek. Pedantycznie, nienagannie ubrany. Trochę jakby z innej epoki. Do czarnego surduta, założył białą koszulę z muszką. Czarne, odprasowane wełniane spodnie i lakierki prawie dopełniały całości. Prawie, bo jeszcze były dwie części ruchome. Kapelusz, czarny wysoki cylinder i dobrze wypolerowana laska, którą chyba nosił bardziej od parady niż z potrzeby. Nie utykał przecież, ani nie musiał się na niej wspierać, bo tryskał zdrowiem i dopiero co wyszedł z domu. W parku spotkał podobnie ubranego gentelmana. Ukłonił mu się lekko uchylając kapelusza. Po czym przedstawił się.
- Tadeusz Pióro. Niektórzy mówią o mnie – Tadeusz Czarny Pióro.

- CIĘCIE –

Krukowate. Niesłusznie mówią - czarna jak wrona, bo wrona wcale nie jest cała czarna. Więcej w niej siwizny, przywleczonej z rodzimego północnego-wschodu. Gawron, też niby czarny, ale z niebieskawym nalotem. Kroczy dumnie jak policjant po skrzyżowaniu. Kawka, mała czarna i lekko szpakowata. Kawka zaczepialska, ciekawska. Nawet jak ją odganiasz, to wraca jak czkawka. I tak „czkająco” się odzywa. Kruk. Czarny jak smoła. Majestat i wyniosłość. Moc i powaga. Jak trzeba przywali dziobem aż niemiło. Machnie skrzydłami jakby huragan zaszalał. A i tak najbardziej liczy się biały. Sroka. Podwójna agentka. Czarno-biała. Szpieg i szperacz. Krzyczy jak zacięty karabin. I z krukowatych ma najpiękniejszy, długi, smukły ogon. Słusznie zatem każda sroka swój ogon chwali. Ogon cały z czarnych piór.

- FLASH –

Tak. Przyznaję się. To ja doprowadziłem do śmierci Kajetana Bileckiego. Ale po kolei. Zaczęło się wszystko w ubiegły piątek. Spotkaliśmy się przy drzwiach do naszego domu. Tam niedawno powiesili taką skrzyneczkę, do której posłańcy wkładają reklamy. Różne reklamy. Hipermarketów, pożyczek, szkół językowych, wymiany okien. No różne, zresztą tak jak wszędzie. Zatem spotkaliśmy się właśnie tam. Świętej pamięci Kajetan schodził od siebie z drugiego piętra. A że jest, to znaczy Kajetan był słusznej postury, to znaczy gruby był, to zawsze taki jakiś niedopięty chodził. Często mu brzuch na wierzch wychodził. I tak spotkaliśmy się przy tej skrzynce, a on do mnie, że ja mu reklamy pizzy podbieram, przez co on nie wie co na rynku w tej kwestii nowego się pojawi. Na to ja do niego, że gdzieżbym ja Kajetanku miał czelność. Przecież znam Twoje upodobania. A on mnie wtedy, nie wiedzieć czemu tak mocno schwycił, aż mi oczy z orbit zaczęły wychodzić. I już tak nóżkami zacząłem majtać, tak niezbyt estetycznie. I już, już myślałem, że mnie chłopina zadusi, ale wtedy dostrzegłem ten jego odsłonięty brzuch, co się ze spodni wylewał. A że napatoczyło się gdzieś z powietrza czarne piórko, to je schwyciłem ostatkiem sił i połaskotałem po tym brzusiu. Skąd mogłem wiedzieć, że Kajetan z łaskotek pęknie. Tak to było. Wszystko przez to czarne piórko.

- CIĘCIE –

Kicha Panie, kicha. A tak ładnie miało być. Samolot miał polecieć. Hotel miał czekać. Morze miało szumieć i palmy zresztą też. Pogoda murowana, tak jak na tym zdjęciu w folderze. To się na to nastawiliśmy. Znaczy ja i Hela. Ona to nawet do sklepu poleciała i chciała sobie bikini na tę okazję kupić. Ale jej powiedzieli, że sznurek do baleronów sprzedają dwie ulice dalej. Więc wzięła ten jednoczęściowy. Wyglądała w nim jak w stroju nurka, ale niech tam. Te palmy i morze miały nam wszystko wynagrodzić. I już byliśmy spakowani. I już taksówka była zamówiona. Gaz zakręcony. Pies oddany do sąsiadów. I wtedy nasz gwarek, co go 10 lat już mamy i uczymy mówić zawołał nieoczekiwanie
– Czarne pióro po piórze z tyłka sobie powyrywam jak pojedziecie.
Co mieliśmy robić? Zostaliśmy. Czarne pióro i już.

- FLASH –

- A psik! – A psik! Krystyna zasłaniając usta, aż zatoczyła się od kichnięć. W fartuszku i chusteczce na głowie krzątała się po salonie. Ciemne ciężkie meble wypełniały pokój. Szafy kryjące książki, sofa, fotele, stół na którym regularnie grywano w szachy, przykryte były teraz szczelnie białym płótnem. Krystyna zdejmowała je delikatnie, a mimo to kurz łaskotał wnętrze jej kształtnego noska. Otworzyła okna. Do salonu wpadło więcej powietrza, światła i odgłosów ogrodu. Krystyna spojrzała uważnie po pokoju i dostrzegłszy chyba jakiś pył na stole starła go skurzawką z czarnych piór.

- CIĘCIE –

Bezwietrzna pogoda. Jasne, ale nie jaskrawe niebo. Kolorowe tarcze rozstawione na zielonym trawniku. Do linii podchodzi kilka kobiet. Wszystkie ubrane na biało, z daszkami niewielkich czapek nad oczami. Na plecach każdej z nich kołczan. W ręku duże, smukłe łuki.
Każda z nich zajmuje swoje stanowisko. Ta najbliżej wysuwa lewą stopę do przodu. Staje ukosem do tarczy. Ma blond włosy upięte w kitkę opadającą równo po szyi na plecy. Wyjmuję strzałę. Opiera ją na drzewcu łuku. Prawą dłonią chwyta końcówkę strzały. Odwodząc łokieć w bok naciąga cięciwę ze strzałą. Między koralowe wargi wsuwa się czarne pióro lotki.

- FLASH –

Nie możesz oderwać oczu. Wielobarwnie oświetlone schody. Zza nich dobiega muzyka. Niezwykle żywa muzyka zwiastująca finał. I w końcu pojawiają się one. Skąpo odziane tancerki. Patrzysz jak ich długie nogi, równo i rytmicznie schodzą w dół. A z tyłu błyszczących kostiumów, zaczynających się nieco powyżej linii piersi i kończących się nieco powyżej linii bioder, sterczą długie i puszyste czarne pióra.

- CIĘCIE –

Szef mnie wezwał. Nie było wyjścia. Musiałem przyjść. Tak jak chciał, nawet z lekkim pięciominutowym wyprzedzeniem. Trudno, żeby to on na mnie czekał. Jego asystentka robiła jakieś niezobowiązujące miny. Pewnie ćwiczyła na mnie uśmiechy od numeru 73 do 86. Po chwili poprosiła mnie do gabinetu Szefa. Przeglądał przy biurku jakieś papiery. Wstał i przywitał się. Przyznał, że trochę ze mną eksperymentował. Zawsze uwielbiałem go za szczerość. Podziękował i wręczył mi kopertę. W środku był czek. Wypisany czarnym piórem. W tej sytuacji nawet nie liczyłem zer.

- FLASH –

- Zbieramy się! - Zbieramy! - Pora już na nas. – Ty tam w kącie nie śpij!
To było wyraźnie do mnie. Ścierpły mi uda. Wstając, starałem się je rozmasować. Poprawiając włosy zauważyłem, że ktoś wpiął mi w nie małe czarne piórko.




Marek Chorabik (ur. 1962) – poeta. Autor tomiku „Blisko prawdy” (Wydawnictwo Marabut – Gdańsk 1997). Wiersze publikował m.in. w: „Akcencie”, „Czasie Kultury”, „Frazie”, „Kresach”, „Opcjach”, „Res Publice”, „Toposie”, „Tytule” i „Więzi” oraz antologiach: „Antologia nowej poezji polskiej 1990-2000” (Zielona Sowa Kraków 2004), „Pięć wieków poezji o Lublinie” (Wydawnictwo UMCS Lublin 2006), „Przeciw Poetom” /Offmax Sosnowiec 2007/. Laureat Nagrody Literackiej Miasta Gdańska (1994) oraz wielu konkursów literackich. Mieszka w Gdyni.

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry