Wieczór. Robotnicy wychodzą z fabryk i zakładów, niknąc gdzieś w przestrzeni. Chłód zgniłych liści powoli zagarnia wszystko. Przed nami znów rozgrywa się wielka lub całkiem nieistotna tajemnica życia – powoli przenikając wszystko.
Chłodna cisza, czerń, opuszczone drzewa, szare puste parki, puste ulice, zapach dymu z kominów, zapomniane dogasające alejki usłane liśćmi, chłodne już światło, które powoli odchodzi, już nie to, które w pełni rozgrzewa nas w lipcu. Teraz trzeba włożyć ciepły sweter, wełniany szal i najlepiej zaszyć się gdzieś na odludziu. Czytając książki, paląc w piecu, chodząc na wieczorne spacery opuszczonymi parkami, przypatrując się powolnemu i cichemu prowincjonalnemu życiu, małym kobietkom sunącym gdzieś w mroku po pracy, zaciekawionym nami sklepikarzom, którzy jakimś ledwo dostrzegalnym gestem dają znać o tej samej melancholii i zimnym, starym smutku, pomimo swojej ustawicznej rubaszności. To zimno w te wieczorne chwile otula nas sobą tak, że przechodzą ciarki. Myślimy wtedy o pierzynie w ciepłym domu, o herbacie, o papierosie. Siadamy na ławce i niczym zahipnotyzowani patrzymy w dal, ćmiąc peta w mroku parku. Rozpoznać można nas jedynie po żarzącym się papierosie, reszta zlewa się z otoczeniem. Stajemy się zimnem, mrokiem, wilgocią – jesienią. Jeszcze biegają dzieci, jeszcze życie toczy się niby swoim tempem, lecz wszystko jest już jakby za szybą, jakby w niemym filmie, w odjeżdżającym pociągu, jakby oddalało się coraz dalej i dalej. Jakby dźwięk starej, szumiącej płyty winylowej, która przez cały czas odtwarza ten sam motyw jakiejś nieznanej melodii. Pod którym z czasem słyszymy inne dźwięki, których na płycie nie ma, otwiera się przed nami “podświat” – jakaś inna rzeczywistość, ta z zapomnianego, zakurzonego strychu, która opada na wszystko dookoła: sklepy, parki samochody, billboardy. Wszystko jest jak w tej zaciętej, winylowej, szumiącej płycie. Zagarniając nas, wciąga do równoległego świata, w którym gramy rolę samotnego człowieka chodzącego parkami i czytającego wieczorami przy świetle świecy książki o magii. To byłem ja.
Są tam domy pełne świateł w nocy, opuszczone ulice. Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie, jakby to miasto nigdy nie istniało, jakby było poza czasem. Dopiero kiedy jesteś daleko zaczynasz dostrzegać ich przytulność i to, że chciałbyś zatopić się w ich mieszczańskiej miękkości. Dopiero kiedy stoisz wieczorem na pustej „wylotówce” jednego z takich miast, gdzie oprócz Ciebie jest tylko zapadający zmrok i sunące, ciepłe światłem i ludźmi auta. Gdy czujesz kłucie i ulgę w żołądku na widok stacji benzynowej, na widok przejeżdżającego samochodu – obecności. Kiedy widzisz opuszczone, prowincjonalne stacje kolejowe i pędzących gdzieś podróżnych, dobrze ubranych studentów, kobiety, mężczyzn zmierzających w ściśle określonym kierunku. A Ty po prostu zacierając ręce z zimna i paląc papierosa, wdychasz zapach jesiennych jabłek. Jesteś w tłumie z nimi, ale jesteś tez oddzielnie. To tak jak te momenty na lotniskach, gdy po wyjściu z samolotu wszyscy się witają, ściskają i odjeżdżają razem do domów. Nagle w tym zgiełku robi się pusto i cicho, zostajesz sam, wstydząc się tej pustej otwartej przestrzeni dworca, swojej samotności. Zapalasz papierosa. Tak samo jest z dworcami PKP, ale tutaj tak tego nie widać. Jest mróz, jest papieros, jest stacja, zapach pociągów i ten specyficzny chłód. Dokąd jechać z Bydgoszczy w zimne jesienne popołudnie?
Na szosie jest już pusto. Zaczynasz widzieć, że jesteś poza, dla świata jesteś całkowicie obojętny, zdychając tu – nikogo to nie obejdzie, jesteś bezdomnym, wyszedłeś poza bezpieczne ramy i tęsknisz – dużo byś dał, wiele oddał za kołderkę, herbatę i dobre słowo. Najlepiej tej jedynej, z którą mógłbyś zostać nawet na tym zadupiu do końca życia. Cały ten farmazon wojażu, drogi, przygody pomija zawsze to, co najważniejsze: że droga to nic przyjemnego, to konieczność, że ci którzy byli “ludźmi drogi” zazwyczaj wcale nie chcieli nimi być, zupełnie jak szamani. Po prostu nie mieli wyjścia. Ciągłe wędrowanie wydawało się jedynym wyjściem na brak możliwości zaadoptowania się gdziekolwiek. Ciągły ruch pozwalał żyć.
Te wszystkie godzimy na zimnych dworcach, opuszczonych poczekalniach prowincjonalnych miasteczek. Te wszystkie puste „czekania”: na coś, na pociąg, na dziewczynę, na radość, na szczęście. W zimnych pociągach, brudnych przejściach podziemnych, małych klitach bloków, niewygodnych krzesłach uniwersytetów, w pięknych parkach. Te wszystkie momenty czekania na to, co ma się zdarzyć na – spełnienie wielkiej potrzeby, na zapełnienie tej pochłaniającej Cię dziury. Te wszystkie puste miejsca, w których czekasz, które nie są niczym innym niż Tobą – Twoim wewnętrznym odbiciem. Te wszystkie idiotyczne gadki, gesty, grania… Z każdą sekundą na rękach jest coraz więcej zmarszczek. Te wszystkie niepotrzebne relacje; cześć, co u Ciebie, co słychać, jak leci? Puste przyjaźnie, słowa, sekundy, minuty lata, życia.
Kobieta robi herbatę przy oknie w kuchni, jest już zimno, jesień, idę w brązowej sztruksowej marynarce, patrzę w okna rozświetlających się powoli domów. Lubię te spacery, lubię, jak ciarki przechodzą mi po skórze od tego starego, jesiennego chłodu, lubię wtedy palić i chłonąć fizycznie, tak fizycznie chłonąć jesień, zapach, chłód powietrza – stapiać się z nią. Wilgotne drzewa, budynki, powolny chłód i zastój wieczoru wszystko jakby zwalnia. Samochody wydają się jechać wolniej jak gdyby jakaś siła, jakiś składnik powietrza niepostrzeżenie hamował ich szybkość. Oznaki obecności, bycia ludzi dają schronienie, rozgrzewają Cię.
Chodzę pustymi ulicami, wpatruję się w okna i wyobrażam sobie a raczej wchodzę w nie i łaknę ich ciepła, ciepła bijącego od tych okien, zazdroszcząc ludziom bezpieczeństwa i normalności.
Lubię te proste gesty, picie ciepłej herbaty, palenie papierosów, wszystko zmienia jakby swój sens, działa inaczej. Jest bardziej intymne, ciche, to zimno na zewnątrz sprawia, że zbliżamy się do siebie mimowolnie w tym wszechogarniającym chłodzie, smutku i konaniu na zewnątrz. Okna domów kontrastują z przyrodą z czernią drzew, z wiatrem, ze słabymi liśćmi tańczącymi w konarach. Dwa światy, dwa przenikające się. W takich chwilach można poczuć prawdziwe opuszczenie, samotność, gdy całe życie ucieka do domów a na ulicach i w parkach stopniowo zaczyna szaleć zimno.
W środku robi się miejsce, ten nowy, mroźny już powiew życia wchodzi i wypełnia mnie całego. Światło odbija się od kufli i kieliszków w knajpie, drewniane stoły, krzesła, drewniany wystrój, kieliszki, kufle, ciepłe światło, ta cała „ciepła manifestacja” wylewa się na zewnątrz i miesza z zimnym, jesiennym wieczorem, wieczorem pełnym życia i nostalgii. W takich chwilach lubię siadać w jednej z knajpek i wypijać grzane wino. Wiem, że za drzwiami jest zimno i wyjdę na pustą ulicę, na której o 3 w nocy nie będzie już nikogo. Tutaj jednak są ludzie, schodzą się powoli w miarę jak noc staje się starsza, tutaj możemy się schować, zniknąć dla zimna, dla drżenia ciała. Tutaj możemy się zespolić w jedno, jak w dawnych plemieniach przy ognisku. Ludzie bezwiednie w takie wieczory ciągną ku sobie, ku ciepłu, przy ogniu można siedzieć godzinami, delektując się ciepłem rozgrzewającego Cię od wewnątrz grzanego wina. Delektować się obecnością ludzi, gwarem, istnieniem po prostu. To co się wtedy mówi ma znaczenie drugorzędne, liczy się to, że jesteś, liczy się obecność, śmiech, zapach, pragnienie.
Pamiętam poranki na Isle of Man, gdy co rano wstawałem do pracy, ciemne i chłodne poranki w malutkich pokojach czynszowych kamienic lub tanich hoteli, gdzie w środku stoi jedynie łóżko, umywalka i telewizor, ściany zdobi stara tapeta, a pokój ma 10 metrów. To zimno i ciarki które odczuwasz po wstaniu z ciepłej, miłej pościeli do chłodu, wilgoci, pustki, wiatru z deszczem – to jak codzienny poród. Wstajesz i wychodzisz na zewnątrz – to ten najgorszy moment. Przeszywające zimno wiatru wdziera się pod kurtkę, niezależnie od tego, jak pieczołowicie nie byłaby zapięta. Wiatr z deszczem kłują w oczy i idziesz opuszczonymi rano ulicami, gdy miasto jeszcze śpi, gdzie każda ściana, każdy obraz emanuje chłodem i szarością, gdzie oprócz Ciebie są tylko cienie śmieciarzy i ich głosy słyszane w oddali, gdzie wszystko toczy się automatycznie, jak w obozie pracy… W tym momencie nikt nie może tego przed Tobą ukryć – na ulicach nie ma nikogo, nie możesz się okłamywać.
Nocne, opuszczone ulica pełne mętów, z rzadka przejeżdża jeszcze jakaś taksówka, wiatr lekko muska Twoją twarz i zabawia się liśćmi.
Zimne, nocne dworce, wielkie kwadratowe hale na obrzeżach miast – gdzie w ukryciu setki ludzi codziennie oddają swoją krew i czas.
Wieczór. Kobieta z zapiekanek tępo wpatruje się w dal, czeka żeby zamknąć budę i jechać do domu na przedmieściach, gdzie czeka syn i ojciec. Jedno z tych dzieci MTV, których jedyną bronią przed światem jest coraz grubsza skóra, które bawią się w naśladowanie swoich idoli – tych, którzy w 1 dzień zarabiają tyle, ile oni nie zarobią przez całe życie. Noszą czapeczki z daszkiem, spodenki. Wszyscy wyglądają bardzo podobnie, tak jakby zupełnie brakowało im fantazji, jakby istniała jakaś niewidzialna linia, której nie mogą przekroczyć, linia w głowie, odgradzająca ich od pedałów, frajerów, studentów – tych synonimów słabości. Spotykają się z tymi małymi, tandetnie ubranymi dziewczynkami z przedmieść – przyszłymi gwiazdami kas Tesco, Lewiatana, przyszłymi babami zapiekankowymi.
Teraz jesteśmy tutaj na obszarach Wielkiego Zakładu Hodowli Ludzi Bez Kategorii. Są hodowani dobrze, mają sklepy pod domami, wykarmieni na najtańszych produktach przydomowego hipermarketu. Niepostrzeżenie tuczącego ich tak, jak tuczy się gęsi – wkładając gumowy wąż prosto do gardła. Tam w mieście jest dużo tych, którzy z tym walczą, ale oni nie wydostają się poza bezpieczną strefę B. Strefa A jest oddzielona na pozór niewidzialnym murem. Dla tych, którym zostało jeszcze trochę uważności, i których percepcji nie stępił jeszcze codzienny stukot tramwaju, jest to aż nadto widoczne. Stopniowo krajobraz się zmienia z ładnych kamienic miasta na brzydkie, bardziej szare. Ludzie stopniowo robią się jacyś inni, bardziej zużyci, zmięci, cichsi, jest coraz mniej ładnych okazów – te zostały w strefie A. Powoli wchodzimy w nieuchwytną sieć biedy, mozołu, tępoty. Mówią Ci o tym budynki, ludzie. Reklamy i billboardy już Cię nie chronią. Tu się nie udaje, bo to po prostu nie wyjdzie. Rubaszne ekspedientki są zużytymi, zdeformowanymi modelami, starającymi się być zabawnymi w tej pycho – farsie biedy i wyrobnictwa. Być może jest to ich performance, o którym wiedzą tylko wtajemniczeni? Rachityczne dzieci z matkami karmiącymi je kiełbasą z grilla, w najtańszych ubraniach. Ich dzieci śmieją się tym bezwstydnym, pusto – tępym śmiechem esesmanów. Ten śmiech, budzi lęk – nie jest miłym wyrazem radości, lecz czymś zupełnie innym, jak gdyby wypustem nadmiaru agresji, jak gdyby śmiechem z okradania pijanego człowieka, jest bezduszny jak automat. Tylko pozornie mają jakiś wybór – ich świadomość celowo zawężana jest do bardzo małej perspektywy. Ich portfele również. Czy jest jakaś ucieczka, jakieś wyjście – może w zagranicznych myjniach, zmywakach? Może w zagranicznych fabrykach, w których znajdziesz wszystko: saunę, siłownię, stołówkę. Które są tak komfortowe i tak blisko domu, że bezpiecznie możesz już zacząć umierać?
Tak zdecydowanie jesteśmy tutaj. W niskich małych klitkach produkowani są przyszli reklamobiorcy, klienci banków, przyszli abonenci. Ci chronieni przez najlepszych specjalistów od wizerunku, ci, których wspierają najlepsze banki. Migające światełka bloków, setki klitek, jest cicho, musi być cicho – wszystko, co zakazane jest tutaj skondensowane na optymalnie najmniejszej przestrzeni, tak, aby się nie pozabijać. Tylko pozornie zwierzęta laboratoryjne lub te przeznaczone na rzeź są jedynymi ofiarami, my sami powielamy ich los. Wszystko przypomina żart lub podrzędny kabaret. Grube zdeformowane lub rachityczne ciała przechadzają się po chodnikach z jamnikami – osobistymi manifestacjami swojej stłumionej zwierzęcości. Wszystko to przypomina wielką obskurną fabrykę, gdzie codziennie odbywa się proces reprodukcji mięsa w mięso. Nie ma tu żadnej magii albo nas ona przerasta i nie jesteśmy w stanie na nią patrzeć – tak jak nie można usłyszeć bicia serca w zgiełku miasta. Podświadomość tego miejsca jest jak blokowe piwnice, w których małe dziewczynki trafiają na miłych, spoconych panów z lizakami. Nie docierają tu artyści, performerzy, turyści – wszystko dzieje się w dobrze określonym tempie. Pewnym tego, że i tak nikt go nie zakłóci.
To nawet blisko centrum: po prostu wejdziesz za garaże, miniesz parę tych opuszczonych ruder, przejdziesz przez tory i spotkasz je: drobne kobiecinki w szarych kitlach, w szarych halach, kombinatach, w ciemnych zakątkach przytorowych budynków, robiące czekoladę. To stąd pochodzą te specjały, które osładzają nam życie. To tu, w obdrapanych szarych murach walących się hal, oddają najcenniejszy towar, jaki mają – swój czas. Wszystko tutaj zatrzymało się – to tak, jakbyś cofnął się 30 lat wstecz. To cały czas istnieje, jak obozy koncentracyjne, które niby już nie działają, a po wyjściu turystów tak naprawdę znów gazują ludzi.
“Zakłady Pracy Chronionej”.
Idziemy dalej w stronę centrum. Widzimy łysych facetów, o twarzach tępych i agresywnych psów, prowadzą swoje kobiety w stronę miasta, trzymając je za karki, jak nieposłuszne suki. Wszystko opływa potem i spermą, centrum jest dziś wielkim burdelem. Teraz wszystko wydarza się jednocześnie, jak na ostatnich stronach pism dla kobiet, gdzie miniaturki zdjęć dzieci z misiami mieszają się ze zdjęciami kutasów ssanych przez 3 pary ust.
Sobota.
We krwi mamy MDMA, przeszliśmy już 15 kilometrów po mieście i jego obrzeżach paląc jednego za drugim i rozmawiając. Samotna staruszka w mroku pali ognisko z suchych gałęzi i liści w swoim ogrodzie, patykiem rozgarniając pryskający ogień dający poczucie ruchu, obecności i ciepła, bezwiednie nas tam ciągnie. Wszystko zatapia się w czerni. Rzeczywistość jest zimna i odrętwiała jakby na wpół zamarznięta. Domy, ulice, budynki, parki odchodzą jak umierająca lodź podwodna schodząca coraz głębiej i głębiej w ciemną, zimną, nieprzeniknioną otchłań, skrzypiąc z przeszywającym smutkiem zahaczając metalem o skały.
Konrad Stachnio (ur. 1980.) – prozaik. Niegdyś studiował religioznawstwo i był miłośnikiem przesiadywania na krakowskich plantach. Obecnie uparcie skłotuje w Londynie.
Chłodna cisza, czerń, opuszczone drzewa, szare puste parki, puste ulice, zapach dymu z kominów, zapomniane dogasające alejki usłane liśćmi, chłodne już światło, które powoli odchodzi, już nie to, które w pełni rozgrzewa nas w lipcu. Teraz trzeba włożyć ciepły sweter, wełniany szal i najlepiej zaszyć się gdzieś na odludziu. Czytając książki, paląc w piecu, chodząc na wieczorne spacery opuszczonymi parkami, przypatrując się powolnemu i cichemu prowincjonalnemu życiu, małym kobietkom sunącym gdzieś w mroku po pracy, zaciekawionym nami sklepikarzom, którzy jakimś ledwo dostrzegalnym gestem dają znać o tej samej melancholii i zimnym, starym smutku, pomimo swojej ustawicznej rubaszności. To zimno w te wieczorne chwile otula nas sobą tak, że przechodzą ciarki. Myślimy wtedy o pierzynie w ciepłym domu, o herbacie, o papierosie. Siadamy na ławce i niczym zahipnotyzowani patrzymy w dal, ćmiąc peta w mroku parku. Rozpoznać można nas jedynie po żarzącym się papierosie, reszta zlewa się z otoczeniem. Stajemy się zimnem, mrokiem, wilgocią – jesienią. Jeszcze biegają dzieci, jeszcze życie toczy się niby swoim tempem, lecz wszystko jest już jakby za szybą, jakby w niemym filmie, w odjeżdżającym pociągu, jakby oddalało się coraz dalej i dalej. Jakby dźwięk starej, szumiącej płyty winylowej, która przez cały czas odtwarza ten sam motyw jakiejś nieznanej melodii. Pod którym z czasem słyszymy inne dźwięki, których na płycie nie ma, otwiera się przed nami “podświat” – jakaś inna rzeczywistość, ta z zapomnianego, zakurzonego strychu, która opada na wszystko dookoła: sklepy, parki samochody, billboardy. Wszystko jest jak w tej zaciętej, winylowej, szumiącej płycie. Zagarniając nas, wciąga do równoległego świata, w którym gramy rolę samotnego człowieka chodzącego parkami i czytającego wieczorami przy świetle świecy książki o magii. To byłem ja.
Są tam domy pełne świateł w nocy, opuszczone ulice. Wszystko dzieje się jakby w zwolnionym tempie, jakby to miasto nigdy nie istniało, jakby było poza czasem. Dopiero kiedy jesteś daleko zaczynasz dostrzegać ich przytulność i to, że chciałbyś zatopić się w ich mieszczańskiej miękkości. Dopiero kiedy stoisz wieczorem na pustej „wylotówce” jednego z takich miast, gdzie oprócz Ciebie jest tylko zapadający zmrok i sunące, ciepłe światłem i ludźmi auta. Gdy czujesz kłucie i ulgę w żołądku na widok stacji benzynowej, na widok przejeżdżającego samochodu – obecności. Kiedy widzisz opuszczone, prowincjonalne stacje kolejowe i pędzących gdzieś podróżnych, dobrze ubranych studentów, kobiety, mężczyzn zmierzających w ściśle określonym kierunku. A Ty po prostu zacierając ręce z zimna i paląc papierosa, wdychasz zapach jesiennych jabłek. Jesteś w tłumie z nimi, ale jesteś tez oddzielnie. To tak jak te momenty na lotniskach, gdy po wyjściu z samolotu wszyscy się witają, ściskają i odjeżdżają razem do domów. Nagle w tym zgiełku robi się pusto i cicho, zostajesz sam, wstydząc się tej pustej otwartej przestrzeni dworca, swojej samotności. Zapalasz papierosa. Tak samo jest z dworcami PKP, ale tutaj tak tego nie widać. Jest mróz, jest papieros, jest stacja, zapach pociągów i ten specyficzny chłód. Dokąd jechać z Bydgoszczy w zimne jesienne popołudnie?
Na szosie jest już pusto. Zaczynasz widzieć, że jesteś poza, dla świata jesteś całkowicie obojętny, zdychając tu – nikogo to nie obejdzie, jesteś bezdomnym, wyszedłeś poza bezpieczne ramy i tęsknisz – dużo byś dał, wiele oddał za kołderkę, herbatę i dobre słowo. Najlepiej tej jedynej, z którą mógłbyś zostać nawet na tym zadupiu do końca życia. Cały ten farmazon wojażu, drogi, przygody pomija zawsze to, co najważniejsze: że droga to nic przyjemnego, to konieczność, że ci którzy byli “ludźmi drogi” zazwyczaj wcale nie chcieli nimi być, zupełnie jak szamani. Po prostu nie mieli wyjścia. Ciągłe wędrowanie wydawało się jedynym wyjściem na brak możliwości zaadoptowania się gdziekolwiek. Ciągły ruch pozwalał żyć.
Te wszystkie godzimy na zimnych dworcach, opuszczonych poczekalniach prowincjonalnych miasteczek. Te wszystkie puste „czekania”: na coś, na pociąg, na dziewczynę, na radość, na szczęście. W zimnych pociągach, brudnych przejściach podziemnych, małych klitach bloków, niewygodnych krzesłach uniwersytetów, w pięknych parkach. Te wszystkie momenty czekania na to, co ma się zdarzyć na – spełnienie wielkiej potrzeby, na zapełnienie tej pochłaniającej Cię dziury. Te wszystkie puste miejsca, w których czekasz, które nie są niczym innym niż Tobą – Twoim wewnętrznym odbiciem. Te wszystkie idiotyczne gadki, gesty, grania… Z każdą sekundą na rękach jest coraz więcej zmarszczek. Te wszystkie niepotrzebne relacje; cześć, co u Ciebie, co słychać, jak leci? Puste przyjaźnie, słowa, sekundy, minuty lata, życia.
Kobieta robi herbatę przy oknie w kuchni, jest już zimno, jesień, idę w brązowej sztruksowej marynarce, patrzę w okna rozświetlających się powoli domów. Lubię te spacery, lubię, jak ciarki przechodzą mi po skórze od tego starego, jesiennego chłodu, lubię wtedy palić i chłonąć fizycznie, tak fizycznie chłonąć jesień, zapach, chłód powietrza – stapiać się z nią. Wilgotne drzewa, budynki, powolny chłód i zastój wieczoru wszystko jakby zwalnia. Samochody wydają się jechać wolniej jak gdyby jakaś siła, jakiś składnik powietrza niepostrzeżenie hamował ich szybkość. Oznaki obecności, bycia ludzi dają schronienie, rozgrzewają Cię.
Chodzę pustymi ulicami, wpatruję się w okna i wyobrażam sobie a raczej wchodzę w nie i łaknę ich ciepła, ciepła bijącego od tych okien, zazdroszcząc ludziom bezpieczeństwa i normalności.
Lubię te proste gesty, picie ciepłej herbaty, palenie papierosów, wszystko zmienia jakby swój sens, działa inaczej. Jest bardziej intymne, ciche, to zimno na zewnątrz sprawia, że zbliżamy się do siebie mimowolnie w tym wszechogarniającym chłodzie, smutku i konaniu na zewnątrz. Okna domów kontrastują z przyrodą z czernią drzew, z wiatrem, ze słabymi liśćmi tańczącymi w konarach. Dwa światy, dwa przenikające się. W takich chwilach można poczuć prawdziwe opuszczenie, samotność, gdy całe życie ucieka do domów a na ulicach i w parkach stopniowo zaczyna szaleć zimno.
W środku robi się miejsce, ten nowy, mroźny już powiew życia wchodzi i wypełnia mnie całego. Światło odbija się od kufli i kieliszków w knajpie, drewniane stoły, krzesła, drewniany wystrój, kieliszki, kufle, ciepłe światło, ta cała „ciepła manifestacja” wylewa się na zewnątrz i miesza z zimnym, jesiennym wieczorem, wieczorem pełnym życia i nostalgii. W takich chwilach lubię siadać w jednej z knajpek i wypijać grzane wino. Wiem, że za drzwiami jest zimno i wyjdę na pustą ulicę, na której o 3 w nocy nie będzie już nikogo. Tutaj jednak są ludzie, schodzą się powoli w miarę jak noc staje się starsza, tutaj możemy się schować, zniknąć dla zimna, dla drżenia ciała. Tutaj możemy się zespolić w jedno, jak w dawnych plemieniach przy ognisku. Ludzie bezwiednie w takie wieczory ciągną ku sobie, ku ciepłu, przy ogniu można siedzieć godzinami, delektując się ciepłem rozgrzewającego Cię od wewnątrz grzanego wina. Delektować się obecnością ludzi, gwarem, istnieniem po prostu. To co się wtedy mówi ma znaczenie drugorzędne, liczy się to, że jesteś, liczy się obecność, śmiech, zapach, pragnienie.
Pamiętam poranki na Isle of Man, gdy co rano wstawałem do pracy, ciemne i chłodne poranki w malutkich pokojach czynszowych kamienic lub tanich hoteli, gdzie w środku stoi jedynie łóżko, umywalka i telewizor, ściany zdobi stara tapeta, a pokój ma 10 metrów. To zimno i ciarki które odczuwasz po wstaniu z ciepłej, miłej pościeli do chłodu, wilgoci, pustki, wiatru z deszczem – to jak codzienny poród. Wstajesz i wychodzisz na zewnątrz – to ten najgorszy moment. Przeszywające zimno wiatru wdziera się pod kurtkę, niezależnie od tego, jak pieczołowicie nie byłaby zapięta. Wiatr z deszczem kłują w oczy i idziesz opuszczonymi rano ulicami, gdy miasto jeszcze śpi, gdzie każda ściana, każdy obraz emanuje chłodem i szarością, gdzie oprócz Ciebie są tylko cienie śmieciarzy i ich głosy słyszane w oddali, gdzie wszystko toczy się automatycznie, jak w obozie pracy… W tym momencie nikt nie może tego przed Tobą ukryć – na ulicach nie ma nikogo, nie możesz się okłamywać.
Nocne, opuszczone ulica pełne mętów, z rzadka przejeżdża jeszcze jakaś taksówka, wiatr lekko muska Twoją twarz i zabawia się liśćmi.
Zimne, nocne dworce, wielkie kwadratowe hale na obrzeżach miast – gdzie w ukryciu setki ludzi codziennie oddają swoją krew i czas.
Wieczór. Kobieta z zapiekanek tępo wpatruje się w dal, czeka żeby zamknąć budę i jechać do domu na przedmieściach, gdzie czeka syn i ojciec. Jedno z tych dzieci MTV, których jedyną bronią przed światem jest coraz grubsza skóra, które bawią się w naśladowanie swoich idoli – tych, którzy w 1 dzień zarabiają tyle, ile oni nie zarobią przez całe życie. Noszą czapeczki z daszkiem, spodenki. Wszyscy wyglądają bardzo podobnie, tak jakby zupełnie brakowało im fantazji, jakby istniała jakaś niewidzialna linia, której nie mogą przekroczyć, linia w głowie, odgradzająca ich od pedałów, frajerów, studentów – tych synonimów słabości. Spotykają się z tymi małymi, tandetnie ubranymi dziewczynkami z przedmieść – przyszłymi gwiazdami kas Tesco, Lewiatana, przyszłymi babami zapiekankowymi.
Teraz jesteśmy tutaj na obszarach Wielkiego Zakładu Hodowli Ludzi Bez Kategorii. Są hodowani dobrze, mają sklepy pod domami, wykarmieni na najtańszych produktach przydomowego hipermarketu. Niepostrzeżenie tuczącego ich tak, jak tuczy się gęsi – wkładając gumowy wąż prosto do gardła. Tam w mieście jest dużo tych, którzy z tym walczą, ale oni nie wydostają się poza bezpieczną strefę B. Strefa A jest oddzielona na pozór niewidzialnym murem. Dla tych, którym zostało jeszcze trochę uważności, i których percepcji nie stępił jeszcze codzienny stukot tramwaju, jest to aż nadto widoczne. Stopniowo krajobraz się zmienia z ładnych kamienic miasta na brzydkie, bardziej szare. Ludzie stopniowo robią się jacyś inni, bardziej zużyci, zmięci, cichsi, jest coraz mniej ładnych okazów – te zostały w strefie A. Powoli wchodzimy w nieuchwytną sieć biedy, mozołu, tępoty. Mówią Ci o tym budynki, ludzie. Reklamy i billboardy już Cię nie chronią. Tu się nie udaje, bo to po prostu nie wyjdzie. Rubaszne ekspedientki są zużytymi, zdeformowanymi modelami, starającymi się być zabawnymi w tej pycho – farsie biedy i wyrobnictwa. Być może jest to ich performance, o którym wiedzą tylko wtajemniczeni? Rachityczne dzieci z matkami karmiącymi je kiełbasą z grilla, w najtańszych ubraniach. Ich dzieci śmieją się tym bezwstydnym, pusto – tępym śmiechem esesmanów. Ten śmiech, budzi lęk – nie jest miłym wyrazem radości, lecz czymś zupełnie innym, jak gdyby wypustem nadmiaru agresji, jak gdyby śmiechem z okradania pijanego człowieka, jest bezduszny jak automat. Tylko pozornie mają jakiś wybór – ich świadomość celowo zawężana jest do bardzo małej perspektywy. Ich portfele również. Czy jest jakaś ucieczka, jakieś wyjście – może w zagranicznych myjniach, zmywakach? Może w zagranicznych fabrykach, w których znajdziesz wszystko: saunę, siłownię, stołówkę. Które są tak komfortowe i tak blisko domu, że bezpiecznie możesz już zacząć umierać?
Tak zdecydowanie jesteśmy tutaj. W niskich małych klitkach produkowani są przyszli reklamobiorcy, klienci banków, przyszli abonenci. Ci chronieni przez najlepszych specjalistów od wizerunku, ci, których wspierają najlepsze banki. Migające światełka bloków, setki klitek, jest cicho, musi być cicho – wszystko, co zakazane jest tutaj skondensowane na optymalnie najmniejszej przestrzeni, tak, aby się nie pozabijać. Tylko pozornie zwierzęta laboratoryjne lub te przeznaczone na rzeź są jedynymi ofiarami, my sami powielamy ich los. Wszystko przypomina żart lub podrzędny kabaret. Grube zdeformowane lub rachityczne ciała przechadzają się po chodnikach z jamnikami – osobistymi manifestacjami swojej stłumionej zwierzęcości. Wszystko to przypomina wielką obskurną fabrykę, gdzie codziennie odbywa się proces reprodukcji mięsa w mięso. Nie ma tu żadnej magii albo nas ona przerasta i nie jesteśmy w stanie na nią patrzeć – tak jak nie można usłyszeć bicia serca w zgiełku miasta. Podświadomość tego miejsca jest jak blokowe piwnice, w których małe dziewczynki trafiają na miłych, spoconych panów z lizakami. Nie docierają tu artyści, performerzy, turyści – wszystko dzieje się w dobrze określonym tempie. Pewnym tego, że i tak nikt go nie zakłóci.
To nawet blisko centrum: po prostu wejdziesz za garaże, miniesz parę tych opuszczonych ruder, przejdziesz przez tory i spotkasz je: drobne kobiecinki w szarych kitlach, w szarych halach, kombinatach, w ciemnych zakątkach przytorowych budynków, robiące czekoladę. To stąd pochodzą te specjały, które osładzają nam życie. To tu, w obdrapanych szarych murach walących się hal, oddają najcenniejszy towar, jaki mają – swój czas. Wszystko tutaj zatrzymało się – to tak, jakbyś cofnął się 30 lat wstecz. To cały czas istnieje, jak obozy koncentracyjne, które niby już nie działają, a po wyjściu turystów tak naprawdę znów gazują ludzi.
“Zakłady Pracy Chronionej”.
Idziemy dalej w stronę centrum. Widzimy łysych facetów, o twarzach tępych i agresywnych psów, prowadzą swoje kobiety w stronę miasta, trzymając je za karki, jak nieposłuszne suki. Wszystko opływa potem i spermą, centrum jest dziś wielkim burdelem. Teraz wszystko wydarza się jednocześnie, jak na ostatnich stronach pism dla kobiet, gdzie miniaturki zdjęć dzieci z misiami mieszają się ze zdjęciami kutasów ssanych przez 3 pary ust.
Sobota.
We krwi mamy MDMA, przeszliśmy już 15 kilometrów po mieście i jego obrzeżach paląc jednego za drugim i rozmawiając. Samotna staruszka w mroku pali ognisko z suchych gałęzi i liści w swoim ogrodzie, patykiem rozgarniając pryskający ogień dający poczucie ruchu, obecności i ciepła, bezwiednie nas tam ciągnie. Wszystko zatapia się w czerni. Rzeczywistość jest zimna i odrętwiała jakby na wpół zamarznięta. Domy, ulice, budynki, parki odchodzą jak umierająca lodź podwodna schodząca coraz głębiej i głębiej w ciemną, zimną, nieprzeniknioną otchłań, skrzypiąc z przeszywającym smutkiem zahaczając metalem o skały.




