- Cześć, kochani! – powiedział Wojtek. – Wróciłem. Widocznie nie ma dla mnie nigdzie miejsca.
- Zaraz ci przygotuję obiad, syneczku, wymordowałeś się…- Danuta przytuliła go.
- Wszędzie jest dla ciebie miejsce – powiedział Tomek. – Wracaj na studia i będziesz dorabiał u mnie. Na górze jest wolne mieszkanie, albo dwa, pogubiłem się już, wybierz sobie jakieś, i głowa do góry, bracie!
- Dzięki!
- Już daje obiad…
- Mamusiu, dziękuję, naprawdę dziękuję. Marzę o kawie, a potem chciałbym iść do kościoła, do tej Bazyliki…
- Przynajmniej niemiecki Berlin nawrócił cię na polski kościół – powiedział Artur.
- Dałbyś sobie, bałwanie, spokój z tymi docinkami! – ofuknęła go Aga.
- Tak jest, siostro! Królowo seksu i łez!
- Idę – powiedział Wojtek. – Tomek, chcę ci to przekazać. Ten twój kolega, psychiatra, zastrzelił się.
- Tak, wiem, straszna historia! – powiedział Tomek. – Ben chorował i zapewne nie chciał cierpieć. Ela jest zatrudniona w tej klinice, rozmawialiśmy wczoraj.
- Boże! – powiedziała Danuta.
- Oj, żeby ten Wojtek się całkiem nie pogubił – powiedział Antoni. – Musimy być dla niego czuli.
- Właśnie! – przytaknęła Danuta.
- To powiedz mamo temu bęcwałowi, żeby chował swoje złote myśli dla siebie! Ja jestem gotowy go huknąć!
- On tu jest. Powiedz mu to sam. Jako starszy brat – odezwał się Czesiu.
Buszi znienacka zawarczała.
- Huknę cię, kiedyś! – oświadczył Tomek.
- Jestem przygotowany – odparł Artur. – Zresztą, rodzinko droga, zamykam się w swoim świecie i będzie święty spokój wokół opadających jabłek. Tylko komputer mi potrzebny.
- Znowu będzie grał! – powiedziała Aga.
Ślicznie wyglądała w króciutkiej spódniczce, odsłaniającej piersi białej bluzeczce i czerwonych sandałkach na szpilce.
- Będę pracował. A jeśli przeszkadzam rodzinie, to Uniwerek da mi jakąś dziuplę w Domu Asystenta.
- Dajcie już spokój! – ostro powiedziała Hanka. – Artur jest w porządku. Możesz wziąć mój komputer. Co prawda coś tam piszę, ale poradzę sobie.
- Dzięki, droga ciotko! A ten wasz ślub to już był?
- Dziewiątego września. Zmieniliśmy datę.
- Fatalnie. 9.9.09. Cierpliwość czyni lżejszym to, czemu nie można zaradzić. To Horacy. No, nie wiem…
- Do dobre liczby – powiedziała Aga.
- Ale, cioteczko, przeczytałbym wreszcie jakąś twoją książkę.
- Lada moment się ukaże.
- Coś mi podpowiada, że znajdę w niej coś z tej Kosmicznej Świadomości zamieniającej się w Nic.
- Znowu swoje! – zirytował się Tomek.
- Najlepsza data waszego ślubu to drugiego lutego.
- Skąd wiesz?
- O czym, cioteczko? Wiem.
- Drugiego lutego mam urodziny!
- To oczywiste! Wystarczy nic nie myśleć i być w Nic i każda data nie ma tajemnic. Tomek dwudziestego szóstego lutego.
- Chyba kiedyś ci wspominałem!
- Nigdy w życiu! Tatuś to trzeci styczeń, mamusia jedenasty czerwiec. Zgadza się?
- Niebywałe! – powiedziała Danuta.
- A ja, mądralo? – spytała Aga.
- Ty…moment. Tak, ty jesteś pierwszomajowa.
- Przeglądasz rodzinne dokumenty! – lekko się zaczerwieniła.
- Teraz ty przyhamuj, siostro! Jedynie Antoni…ty jesteś zagadką. Ale chwila. Grudzień…To pewne. Jedenasty.
- Blisko. Dziesiąty grudzień. 1935.
- Ale naprawdę nie wiem kiedy ja się urodziłem. Jeszcze się nie urodziłem…
- Jesteś porąbany! – stwierdził Czesiu. – Naukowcem może zostaniesz, ale żebyś nie wylądował…
- Stop! – przerwała Danusia. – Jak wasze skoki, chłopcy? – spytała.
- Cztery próby zaliczone. Jeszcze jedna i egzamin – powiedział Czesiu. – Z tym komandosem to nie zginę – poklepał Antoniego po ramieniu.
- Ale jesteście zgredy! – odezwał się Damian.
- To ty, Płowa Głowa, jeszcze tu jesteś?
- A, tak. Ukryłem się, żeby posłuchać tego bełkotu. Mam problem. Ania idzie do zerówki i będę sam tutaj… - rozpłakał się.
-Kochanie! – Danusia wzięła chłopca na ręce. – Przecież jest fajnie, śpisz z tatą w namiocie…
- A mama już uciekła…
- Mamusia przyjedzie na Święta – powiedział Tomek. – Zaczęła pracować w Berlinie.
- Ja rozumiem, że depresja to depresja, ale…- chłopczyk ponownie szlochał.
- Posłuchaj starej ciotki. Co urwała się ze szczotki – odezwała się Hanna. – Jutro obejrzę twoje wykopaliska. A Ania na pewno będzie zaglądać.
- Właśnie taki problem, że gdzieś mają ją wywieźć, do miasta chyba.
- Pójdę do jej rodziców i porozmawiam o tym – oświadczył Tomek. – Może to jeszcze nie jest ostateczna decyzja.
- Ciebie to naprawdę lubię – Damian otarł oczy. – Dziwię się, że na ciebie krzyczą.
- Mają prawo.
- Ciotka Klotka, a żaden kot się nie odnalazł?
- Wybrały wolność, Dzielna Płowa Głowo!
- Może i lepiej – stwierdził chłopczyk.
- Też tak myślę. Tylko wierna Buszi mi została.
- Tak. Ale nie jest kotem.
- Właśnie. A Płowa Głowa żadnych tajemnic nie chowa?
- Dzięki, Kloteczko! Przecież Ania czeka. Mamy iść do lasu, tylko mówię o tym w tajemnicy, żadnych sprzeciwów…- chłopiec wybiegł z kuchni.
- Jest świetny! – powiedział Artur. – Będą z niego ludzie, a nie manekiny.
- Anarchiści! – powiedział Tomek.
- Jesteś starszym bratem, biedny pracoholiku, ale chyba wyzwę cię na pojedynek. Każdy ma po dwadzieścia jabłek i stoimy pięć kroków od siebie. Jutro o świcie. Punkt piąta!
- Możesz sobie pomarzyć.
- Oboje jesteście jak mali chłopcy – powiedziała Danusia. – Tomek, musisz go wreszcie zaakceptować takim jakim jest.
- Nie mogę tych paplanin słuchać! – poderwał się Czesiu.
- Poczekaj, tato. Może mi doradzisz!
- To mów jakos do rzeczy!
- Nie wiem jak zrobić z tym basenem. Jutro będzie ekipa i mamy to ostatecznie przygotować na wykończenie.
- Ten basen to jeden wielki twój błąd! Od tego powinno się zacząć.
- Dlaczego, Czesiu? Uważam, że świetny pomysł – powiedziała Danuta.
- Dobra, dobra, więc o co chodzi?
- Myślę, żeby podzielić go. Na płytki odcinek dla Damianka i ten na metr osiemdziesiąt, powiedzmy, dla mnie. Problem jest w tym jak to podzielić.
- Ścianką działową.
- Już wolę nic nie mówić, ale chłopiec może wybrać sobie właśnie twój odcinek, a ty będziesz pluskał się w bajorku – powiedział Artur.
- Ja nie rozumiem, żeby basen budować na zimę. Jaki w tym sens? – zniecierpliwiła się Aga.
- Taki, siostrzyczko, że zamierzam prosto z łóżeczka wskakiwać do zimnej wody. Zrozumiała dziewczynka?
- Na te jesienne liście, które już opadają?
- Właśnie.
- A zimą? Jak lód chwyci? Co braciszek zrobi?
- Lodowisko. Do tego czasu odpowiednio się zahartuję. A wiosną puści się podgrzewaną wodę, filtrację i tak dalej.
- Ach, taak! Wszystko pojęłam. Łącznie z ostrym zapaleniem płuc.
- Dalibyście już spokój! – Danusia uderzyła patelnią o kuchenkę.
- To już musisz sam rozwiązać, synu! – powiedział Czesiu i wstał. – Antek, idziesz się przejść? Potem czeka cię miodowy miesiąc.
- Miodowy chleb w domu! – powiedział Tomek.
- Jedżmy na ten stawik, co chciałeś go obejrzeć – zaproponował Antoni.
- Tosieczku, naprawdę nie będę cię ograniczała po ślubie. Jeśli chodzi o ryby, oczywiście – powiedziała Hanka.
- Jutro będzie trochę hałasu, muszę skosić trawę – powiedział Antoni.
- Taką prawdziwą kosą, jakie kiedyś były? – zapytał Artur.
- Idiota! Jest specjalna kosiarka do tego! – zdenerwował się Tomek.
- Ale hałasuje, przedsiębiorco od basenu!
- Trzeba to zrobić – powtórzył Antoni. – Kiedyś były tylko rowery i konne wozy, a teraz hałasują samochody. Chodż, Czesiu!
- Kochani! – powiedziała Danuta. – I jak to przeleciało! Sierpień się kończy. Nie rozumiem jak to przeleciało... Jak błyskawica. Jesień, zima, wiosna…
- Mamusiu kochana, to cały urok świata, którego i tak przecież nie ma – powiedział Artur. – Idę rozejrzeć się w świecie baśni, walecznych zdobywców, zabójczych kobiet i kolczastej roślinności. Ciociu, to przegraj z tego komputera to co ważne, jeśli mi go dajesz, bo on już pozostanie u mnie.
- Dobrze, dziecko. Idę z tobą.
- Ciekawy jestem tej twojej powieści. Czuję, że będzie mi trochę bliska…
- Opinia nie może być kłamliwa!
- To na pewno, cioteczko!
- A dlaczego, Arturku, twoja dziewczyna tak znienacka wyjechała. Cala w czerni?
- Ech, ciociu! Powiem. Jest w ciąży. Podobno ze mną. Powiedziała, że wróci na Boże Narodzenie. Smutno mi trochę. Przyzwyczaiłem się, że jest.
- Rozumiem to. Niepotrzebnie pytałam. Wybacz starej ciotce!
- Nie ma sprawy! Jesteś kochana i kropka. Bez Kredensu, Kropka, cioteczko! Z Antonim!– zaśmiał się, a po chwili jego śmiech udzielił się kobiecie.
Jaga stała przed Bazyliką, zapadał zmierzch. Wyjęła słoiczek z grzybami i wygrzebała palcami dwa. Pogryzła czując kojący smak utrwalonego jeszcze soku, połknęła. Ubrała czarne rękawiczki, a na twarz narzuciła welonik, którego czubek przypięła agrafką do włosów. Energicznie weszła do świątyni i zakonnikowi w furcie poleciła przywołanie księdza Stefana. - Chodzi o śmierć w rodzinie – powiedziała.
Stefan pojawił się szybko, na białą koszulę narzucał habit.
- Co się dzieje? – spytał.
- Mam propozycję. Nawet kilka – powiedziała. – Odpraw tego pajaca – wskazała na furtę.
Zostali sami.
- Chcę się z tobą kochać! – powiedziała. – Teraz. Natychmiast!
- Jaga, co cię napadło?
- Za pół godziny możesz tu mieć dwadzieścia pięknych maleńkich chłopców!
- Daj spokój. Przecież nie tutaj…
- Gdzie tylko zechcesz!
- Jaga…Mam tutaj obowiązki…
- Ja też! – wyciągnęła długi sztylet. – Zabiję cię!
- Zwariowałaś?! Każę wezwać ochronę!
- Nie zdążysz! Słuchaj, pajacu! Sto tysięcy. Euro, oczywiście. Masz na to dziesięć minut.
- Dałem ci pięć!
-Nie bądź śmieszny! Masz telefon, dzwoń po kasę i będziesz miał święty spokój! – podała mu aparat.
- Przyjdż jutro – powiedział.
- Jestem teraz. Posłuchaj, mam pięknie skonstruowany granat, jakakolwiek interwencja i poleci cała Bazylika. Nie zatruję! Słuchaj dalej, jesteś dokładnie nagrany, jak na dłoni widać, jak ten twój łysy ochroniarz bierze chłopca, podaje ci, a ty go przytulasz – wyjęła drugi telefon. – Tutaj wszystko jest. I twój głos, gdy dajesz mi pieniądze – schowała telefon.- Aha, zapomniałam – nagle z całej siły uderzyła go w twarz.
Zatoczył się lekko.
- Jak możesz!...- wystękał.
- Zrobiłeś mi dziecko, szatańskie dziecko. Szósty miesiąc. Zostało ci około ośmiu minut – powiedziała.
- Matko Boska Przenajświętsza…
- Zamknij dziub! Pamiętasz wtedy u mnie? Przyszedł gruby właściciel i nas wyrzucił. Ale był też policjant z żoną, którzy czekali na to mieszkanie, on dokładnie cię zapamiętał. Tak, cwaniaczku! Jesteś synem szatana! A ja jestem córką szatana! Dziecko będzie…Sześć, sześć, jeden- mówi ci to coś?
Pobladł.
- Fidela, Fidela… Wystarczy?! A pieniądze masz w obrazku Pana Jezusa, koło krzyża przy drzwiach. Drugie piętro.
- Chryste! Skąd ty to wszystko wiesz? – był blady jak ściana.
- Wiem wszystko i więcej niż możesz sobie wyobrazić! Do roboty, draniu! Może mam z tobą iść?
- Nie możesz!
- Więc dzwoń do kogoś, myślę że zostało ci pięć minut. Mam ustawiony zapalnik.
- Jaga! Proszę, jutro! Nie oszukam cię, przysięgam na…- ukląkł.
Kopnęła go w pierś. Wstał.
- Nie ze mną takie numery, Upadły Aniele! Trzy minuty!
- Tak! – wykręcał numer w telefonie. – Odnajdę cię, suko!
- Powodzenia!
- Bracie, jest u mnie obraz Jezusa w Gaju Oliwnym. Niewielki. Blisko krzyża. Przynieś go na dół! I szybko!
- Dwie minuty! Nie wiem, czy zdąży – powiedziała Jaga. _ Czy Oliwny Gaj też nie uleci w powietrze!
- Zginiesz szybciej niż się spodziewasz! W męczarniach!
- Cudownie! Oglądaj sobie śliwę przy oku!
Drzwi uchyliły się. Stefan porwał obraz, rozerwał go, wykładał paczki banknotów.
- Sto – powiedział.
- Wierzę ci. Jeśli skłamałeś, zginiesz!
- Ty zginiesz pierwsza! Równe sto…
Schowała paczuszkę za dekolt.
- Chodżmy do krypty, gdzie się poznaliśmy. Zapalnik został przesunięty o pięć minut! Ruszaj!
Szedł niezgrabnie, otworzył drzwi pustej krypty.
- Ten aparat z nagraniem! – powiedział.
- Dostaniesz go! Więc wszystko mamy załatwione, Sebastianie Deko?
- Skąd wiesz?
- Wszystko załatwione?!
- Tak…Za…załatwione…
- Do konfesjonału! Chciałam się wyspowiadać!
- Tak…
- Będę stała. Więcej grzechów nie pamiętam. Wybaczam ci. To ja ci wybaczam, bracie…Masz telefon z nagraniami i masz od mnie cudowny, magiczny kryształek, którego dotknięcie ustami uchroni cię z każdej opresji…- zdjęła z szyi rzemyczek z małym przezroczystym szkiełkiem i podała mu wraz z telefonem.
- Ty…ty jesteś taka piękna…- powiedział.
- Żegnaj! – biegła do wyjścia.
Stefan obejrzał telefon. To była dziecinna zabawka, nie prawdziwy aparat. Odruchowo przybliżył usta do kryształka, wysunął język, dotknął. I znieruchomiał.
Jaga zerwała welon, wsiadła do czekającego samochodu, kazała się zawieżć na lotnisko, skąd miała samolot do otoczonego górami Grazu, w dolnej Austrii. Sztylet wyrzuciła przez okno pędzącego przez ciemności auta. Już nie była Jagą. Nazywała się Aniela Bocian ,wszystkie dokumenty opiewały na to nazwisko.
- Jesteś bardzo piękna, siostrzyczko! – Tomek chwycił Agę za rękę.
Stali przy basenie.
- A ty? Taki facet to każdą może powalić! Ewa też tak mówiła.
- Ewa…Sypiacie ze sobą?
- Niekiedy. Zapraszam do mnie brata Tomka na trójkąt! – zaśmiała się.
- To pięknie, gdy ma się tak piękną siostrę!
- I pięknie, gdy siostra ma takiego brata!
- Nie pleć już! Koniec. Patrz i doradż mi. Basen ma dwadzieścia metrów na czternaście. Sto osiemdziesiąt centymetrów głębokości. Wystarczy?
- Zdecydowanie! Co dalej?
- Jutro albo wlewamy wodę ze źródła…
- Źródło wyschnie przy takiej objętości…
- Nie wyschnie. To wieczne źródło. Wlewamy wodę na całe sto osiemdziesiąt i koniec, albo zabezpieczamy Damianka i z tamtej strony robimy mu takie ciapu-ciapu do pluskania.
- Byłabym za ciapu-ciapu, bo ładnie się nazywa. Ale to nierealne. Wasz Damian to rozsądny chłopak. Właściwie już powinien umieć pływać. Tylko nie w takiej lodowatej wodzie, jak szalony tatuś.
- Tak…- powiedział. – Antoni posadzi tu szybko rosnące sosny i będzie pięknie…
- Będzie pięknie.
- Tylko trzeba zrobić schodki do wody, prawda?
- Prawda. Ci fachowcy na pewno o wszystkim dobrze wiedzą. A kiedy będzie jacuzzi?
- Nie wiem, siostrzyczko, jeszcze tego nie przemyślałem.
- Sauna…
- O, mądra jesteś!
- Będzie pięknie – patrzyła na niego przenikliwie. – Ale upal! Ale pięknie… – zamknęła oczy i rozerwała bluzkę. Gołe piersi pulsowały. – Bierz mnie, braciszku, mój mężczyzno, chodż tam, za kukurydze, nikt nas nie zobaczy! Szybko! – ciągnęła go za rękę.
- Aga! Jesteśmy…
- Nie szkodzi! Szybko!
Rzuciła go na ziemie między wysokim groszkiem i kukurydzą.
Rozerwała mu koszulę, rozpinała spodnie. Ściągnęła je.
- Aga!...
- Nikt nas tu nie zobaczy! Szybko, bierz mnie, rżnij mnie, jak szalony ogier, kochanku, możesz mnie zabić swoja miłością!...
- To cudzołóstwo… - powiedział, lecz już był w niej, jej usta lizały jego podniebienie, wiła się, jęczała.
- Mocniej! Głębiej! – wrzasnęła.
Czuł jaki staje się wielki, potężny. Oddał się temu całym sobą. Niczego nie kontrolował.
- Jezu! Rozerwałeś mnie! Jeszcze!...
-Dopiero cię rozerwę – teraz on wpijał się w jej usta.
- Chryste! Zalałeś mnie!... Nikt nigdy…
- Milcz!
Kochał ją rytmicznie, przesuwali się na bok, potem ona była na nim, położył rękę na jej twarzy i przytrzymywał przy trawie, wchodził w nią taki wielki, jęczała, gryzła palce, drapała jego plecy. Ponownie wytrysnął. Rzucała się konwulsyjnie, próbowała krzyczeć lecz zasłonił jej usta, pomyślał, że z nikim nigdy nie było mu tak dobrze…
- Zróbmy maleńką przerwę… - wycharczała.
- O, nie!
- Boże, jak ty pięknie pachniesz…
Znowu był w niej, teraz delikatniej, potem nieco mocniej, coraz mocniej, gwałtownie, wiła się pod nim, uderzał całym sobą zasłaniając jej twarz, wielki dreszcz przebiegł po nim, ale jeszcze, to nie był ten największy dreszcz, Aga szlochała, ponownie odczuł wielki wytrysk i prąd na całym ciele. Delikatnie zsunął się z dziewczyny.
- Daj mi go! – zawołała. – Daj mi go całego! Błagam!
Lizała, ssała gwałtownie, ponownie poczuł podniecenie, uderzył ja w twarz,
- Tak, bij mnie! Skatuj mnie!
- Kiedy indziej – powiedział i wstał. Przygniótł stopą jej brzuch, wyciągnął rękę, którą pochwyciła.
Stała z trudem. Ubierała bluzkę, przytrzymywał ją, gdy wciągała spódniczkę.
- Jezu! Nie sadziłam, że taki jesteś!
- Zgrzeszyliśmy!
- Teraz nie będę mogła bez ciebie żyć!
- To był jednorazowy grzech! A życia masz wiele przed sobą.
- Nie, to musi się kiedyś powtórzyć!
- Idż już!
- Kochany braciszku!
- Kochana siostro! Dziękuję ci!
- To ja ci dziękuję, Tomek!
- Przejdż przez ten płot i idż naokoło. Żeby nikt cię nie zobaczył.
- Dobrze, że Pan Bóg to widział. Zrozumiał nas. Jest wyrozumiały.
- Bywaj, siostrzyczko!
- Pocałuj mnie jeszcze.
Dotknął ustami jej warg.
- Bywaj, braciszku! Nie zapominaj o porannych kąpielach – przeskoczyła płotek i biegła przed siebie.
Był blisko domu, gdy usłyszał warkot jej samochodu…
- Zaraz ci przygotuję obiad, syneczku, wymordowałeś się…- Danuta przytuliła go.
- Wszędzie jest dla ciebie miejsce – powiedział Tomek. – Wracaj na studia i będziesz dorabiał u mnie. Na górze jest wolne mieszkanie, albo dwa, pogubiłem się już, wybierz sobie jakieś, i głowa do góry, bracie!
- Dzięki!
- Już daje obiad…
- Mamusiu, dziękuję, naprawdę dziękuję. Marzę o kawie, a potem chciałbym iść do kościoła, do tej Bazyliki…
- Przynajmniej niemiecki Berlin nawrócił cię na polski kościół – powiedział Artur.
- Dałbyś sobie, bałwanie, spokój z tymi docinkami! – ofuknęła go Aga.
- Tak jest, siostro! Królowo seksu i łez!
- Idę – powiedział Wojtek. – Tomek, chcę ci to przekazać. Ten twój kolega, psychiatra, zastrzelił się.
- Tak, wiem, straszna historia! – powiedział Tomek. – Ben chorował i zapewne nie chciał cierpieć. Ela jest zatrudniona w tej klinice, rozmawialiśmy wczoraj.
- Boże! – powiedziała Danuta.
- Oj, żeby ten Wojtek się całkiem nie pogubił – powiedział Antoni. – Musimy być dla niego czuli.
- Właśnie! – przytaknęła Danuta.
- To powiedz mamo temu bęcwałowi, żeby chował swoje złote myśli dla siebie! Ja jestem gotowy go huknąć!
- On tu jest. Powiedz mu to sam. Jako starszy brat – odezwał się Czesiu.
Buszi znienacka zawarczała.
- Huknę cię, kiedyś! – oświadczył Tomek.
- Jestem przygotowany – odparł Artur. – Zresztą, rodzinko droga, zamykam się w swoim świecie i będzie święty spokój wokół opadających jabłek. Tylko komputer mi potrzebny.
- Znowu będzie grał! – powiedziała Aga.
Ślicznie wyglądała w króciutkiej spódniczce, odsłaniającej piersi białej bluzeczce i czerwonych sandałkach na szpilce.
- Będę pracował. A jeśli przeszkadzam rodzinie, to Uniwerek da mi jakąś dziuplę w Domu Asystenta.
- Dajcie już spokój! – ostro powiedziała Hanka. – Artur jest w porządku. Możesz wziąć mój komputer. Co prawda coś tam piszę, ale poradzę sobie.
- Dzięki, droga ciotko! A ten wasz ślub to już był?
- Dziewiątego września. Zmieniliśmy datę.
- Fatalnie. 9.9.09. Cierpliwość czyni lżejszym to, czemu nie można zaradzić. To Horacy. No, nie wiem…
- Do dobre liczby – powiedziała Aga.
- Ale, cioteczko, przeczytałbym wreszcie jakąś twoją książkę.
- Lada moment się ukaże.
- Coś mi podpowiada, że znajdę w niej coś z tej Kosmicznej Świadomości zamieniającej się w Nic.
- Znowu swoje! – zirytował się Tomek.
- Najlepsza data waszego ślubu to drugiego lutego.
- Skąd wiesz?
- O czym, cioteczko? Wiem.
- Drugiego lutego mam urodziny!
- To oczywiste! Wystarczy nic nie myśleć i być w Nic i każda data nie ma tajemnic. Tomek dwudziestego szóstego lutego.
- Chyba kiedyś ci wspominałem!
- Nigdy w życiu! Tatuś to trzeci styczeń, mamusia jedenasty czerwiec. Zgadza się?
- Niebywałe! – powiedziała Danuta.
- A ja, mądralo? – spytała Aga.
- Ty…moment. Tak, ty jesteś pierwszomajowa.
- Przeglądasz rodzinne dokumenty! – lekko się zaczerwieniła.
- Teraz ty przyhamuj, siostro! Jedynie Antoni…ty jesteś zagadką. Ale chwila. Grudzień…To pewne. Jedenasty.
- Blisko. Dziesiąty grudzień. 1935.
- Ale naprawdę nie wiem kiedy ja się urodziłem. Jeszcze się nie urodziłem…
- Jesteś porąbany! – stwierdził Czesiu. – Naukowcem może zostaniesz, ale żebyś nie wylądował…
- Stop! – przerwała Danusia. – Jak wasze skoki, chłopcy? – spytała.
- Cztery próby zaliczone. Jeszcze jedna i egzamin – powiedział Czesiu. – Z tym komandosem to nie zginę – poklepał Antoniego po ramieniu.
- Ale jesteście zgredy! – odezwał się Damian.
- To ty, Płowa Głowa, jeszcze tu jesteś?
- A, tak. Ukryłem się, żeby posłuchać tego bełkotu. Mam problem. Ania idzie do zerówki i będę sam tutaj… - rozpłakał się.
-Kochanie! – Danusia wzięła chłopca na ręce. – Przecież jest fajnie, śpisz z tatą w namiocie…
- A mama już uciekła…
- Mamusia przyjedzie na Święta – powiedział Tomek. – Zaczęła pracować w Berlinie.
- Ja rozumiem, że depresja to depresja, ale…- chłopczyk ponownie szlochał.
- Posłuchaj starej ciotki. Co urwała się ze szczotki – odezwała się Hanna. – Jutro obejrzę twoje wykopaliska. A Ania na pewno będzie zaglądać.
- Właśnie taki problem, że gdzieś mają ją wywieźć, do miasta chyba.
- Pójdę do jej rodziców i porozmawiam o tym – oświadczył Tomek. – Może to jeszcze nie jest ostateczna decyzja.
- Ciebie to naprawdę lubię – Damian otarł oczy. – Dziwię się, że na ciebie krzyczą.
- Mają prawo.
- Ciotka Klotka, a żaden kot się nie odnalazł?
- Wybrały wolność, Dzielna Płowa Głowo!
- Może i lepiej – stwierdził chłopczyk.
- Też tak myślę. Tylko wierna Buszi mi została.
- Tak. Ale nie jest kotem.
- Właśnie. A Płowa Głowa żadnych tajemnic nie chowa?
- Dzięki, Kloteczko! Przecież Ania czeka. Mamy iść do lasu, tylko mówię o tym w tajemnicy, żadnych sprzeciwów…- chłopiec wybiegł z kuchni.
- Jest świetny! – powiedział Artur. – Będą z niego ludzie, a nie manekiny.
- Anarchiści! – powiedział Tomek.
- Jesteś starszym bratem, biedny pracoholiku, ale chyba wyzwę cię na pojedynek. Każdy ma po dwadzieścia jabłek i stoimy pięć kroków od siebie. Jutro o świcie. Punkt piąta!
- Możesz sobie pomarzyć.
- Oboje jesteście jak mali chłopcy – powiedziała Danusia. – Tomek, musisz go wreszcie zaakceptować takim jakim jest.
- Nie mogę tych paplanin słuchać! – poderwał się Czesiu.
- Poczekaj, tato. Może mi doradzisz!
- To mów jakos do rzeczy!
- Nie wiem jak zrobić z tym basenem. Jutro będzie ekipa i mamy to ostatecznie przygotować na wykończenie.
- Ten basen to jeden wielki twój błąd! Od tego powinno się zacząć.
- Dlaczego, Czesiu? Uważam, że świetny pomysł – powiedziała Danuta.
- Dobra, dobra, więc o co chodzi?
- Myślę, żeby podzielić go. Na płytki odcinek dla Damianka i ten na metr osiemdziesiąt, powiedzmy, dla mnie. Problem jest w tym jak to podzielić.
- Ścianką działową.
- Już wolę nic nie mówić, ale chłopiec może wybrać sobie właśnie twój odcinek, a ty będziesz pluskał się w bajorku – powiedział Artur.
- Ja nie rozumiem, żeby basen budować na zimę. Jaki w tym sens? – zniecierpliwiła się Aga.
- Taki, siostrzyczko, że zamierzam prosto z łóżeczka wskakiwać do zimnej wody. Zrozumiała dziewczynka?
- Na te jesienne liście, które już opadają?
- Właśnie.
- A zimą? Jak lód chwyci? Co braciszek zrobi?
- Lodowisko. Do tego czasu odpowiednio się zahartuję. A wiosną puści się podgrzewaną wodę, filtrację i tak dalej.
- Ach, taak! Wszystko pojęłam. Łącznie z ostrym zapaleniem płuc.
- Dalibyście już spokój! – Danusia uderzyła patelnią o kuchenkę.
- To już musisz sam rozwiązać, synu! – powiedział Czesiu i wstał. – Antek, idziesz się przejść? Potem czeka cię miodowy miesiąc.
- Miodowy chleb w domu! – powiedział Tomek.
- Jedżmy na ten stawik, co chciałeś go obejrzeć – zaproponował Antoni.
- Tosieczku, naprawdę nie będę cię ograniczała po ślubie. Jeśli chodzi o ryby, oczywiście – powiedziała Hanka.
- Jutro będzie trochę hałasu, muszę skosić trawę – powiedział Antoni.
- Taką prawdziwą kosą, jakie kiedyś były? – zapytał Artur.
- Idiota! Jest specjalna kosiarka do tego! – zdenerwował się Tomek.
- Ale hałasuje, przedsiębiorco od basenu!
- Trzeba to zrobić – powtórzył Antoni. – Kiedyś były tylko rowery i konne wozy, a teraz hałasują samochody. Chodż, Czesiu!
- Kochani! – powiedziała Danuta. – I jak to przeleciało! Sierpień się kończy. Nie rozumiem jak to przeleciało... Jak błyskawica. Jesień, zima, wiosna…
- Mamusiu kochana, to cały urok świata, którego i tak przecież nie ma – powiedział Artur. – Idę rozejrzeć się w świecie baśni, walecznych zdobywców, zabójczych kobiet i kolczastej roślinności. Ciociu, to przegraj z tego komputera to co ważne, jeśli mi go dajesz, bo on już pozostanie u mnie.
- Dobrze, dziecko. Idę z tobą.
- Ciekawy jestem tej twojej powieści. Czuję, że będzie mi trochę bliska…
- Opinia nie może być kłamliwa!
- To na pewno, cioteczko!
- A dlaczego, Arturku, twoja dziewczyna tak znienacka wyjechała. Cala w czerni?
- Ech, ciociu! Powiem. Jest w ciąży. Podobno ze mną. Powiedziała, że wróci na Boże Narodzenie. Smutno mi trochę. Przyzwyczaiłem się, że jest.
- Rozumiem to. Niepotrzebnie pytałam. Wybacz starej ciotce!
- Nie ma sprawy! Jesteś kochana i kropka. Bez Kredensu, Kropka, cioteczko! Z Antonim!– zaśmiał się, a po chwili jego śmiech udzielił się kobiecie.
Jaga stała przed Bazyliką, zapadał zmierzch. Wyjęła słoiczek z grzybami i wygrzebała palcami dwa. Pogryzła czując kojący smak utrwalonego jeszcze soku, połknęła. Ubrała czarne rękawiczki, a na twarz narzuciła welonik, którego czubek przypięła agrafką do włosów. Energicznie weszła do świątyni i zakonnikowi w furcie poleciła przywołanie księdza Stefana. - Chodzi o śmierć w rodzinie – powiedziała.
Stefan pojawił się szybko, na białą koszulę narzucał habit.
- Co się dzieje? – spytał.
- Mam propozycję. Nawet kilka – powiedziała. – Odpraw tego pajaca – wskazała na furtę.
Zostali sami.
- Chcę się z tobą kochać! – powiedziała. – Teraz. Natychmiast!
- Jaga, co cię napadło?
- Za pół godziny możesz tu mieć dwadzieścia pięknych maleńkich chłopców!
- Daj spokój. Przecież nie tutaj…
- Gdzie tylko zechcesz!
- Jaga…Mam tutaj obowiązki…
- Ja też! – wyciągnęła długi sztylet. – Zabiję cię!
- Zwariowałaś?! Każę wezwać ochronę!
- Nie zdążysz! Słuchaj, pajacu! Sto tysięcy. Euro, oczywiście. Masz na to dziesięć minut.
- Dałem ci pięć!
-Nie bądź śmieszny! Masz telefon, dzwoń po kasę i będziesz miał święty spokój! – podała mu aparat.
- Przyjdż jutro – powiedział.
- Jestem teraz. Posłuchaj, mam pięknie skonstruowany granat, jakakolwiek interwencja i poleci cała Bazylika. Nie zatruję! Słuchaj dalej, jesteś dokładnie nagrany, jak na dłoni widać, jak ten twój łysy ochroniarz bierze chłopca, podaje ci, a ty go przytulasz – wyjęła drugi telefon. – Tutaj wszystko jest. I twój głos, gdy dajesz mi pieniądze – schowała telefon.- Aha, zapomniałam – nagle z całej siły uderzyła go w twarz.
Zatoczył się lekko.
- Jak możesz!...- wystękał.
- Zrobiłeś mi dziecko, szatańskie dziecko. Szósty miesiąc. Zostało ci około ośmiu minut – powiedziała.
- Matko Boska Przenajświętsza…
- Zamknij dziub! Pamiętasz wtedy u mnie? Przyszedł gruby właściciel i nas wyrzucił. Ale był też policjant z żoną, którzy czekali na to mieszkanie, on dokładnie cię zapamiętał. Tak, cwaniaczku! Jesteś synem szatana! A ja jestem córką szatana! Dziecko będzie…Sześć, sześć, jeden- mówi ci to coś?
Pobladł.
- Fidela, Fidela… Wystarczy?! A pieniądze masz w obrazku Pana Jezusa, koło krzyża przy drzwiach. Drugie piętro.
- Chryste! Skąd ty to wszystko wiesz? – był blady jak ściana.
- Wiem wszystko i więcej niż możesz sobie wyobrazić! Do roboty, draniu! Może mam z tobą iść?
- Nie możesz!
- Więc dzwoń do kogoś, myślę że zostało ci pięć minut. Mam ustawiony zapalnik.
- Jaga! Proszę, jutro! Nie oszukam cię, przysięgam na…- ukląkł.
Kopnęła go w pierś. Wstał.
- Nie ze mną takie numery, Upadły Aniele! Trzy minuty!
- Tak! – wykręcał numer w telefonie. – Odnajdę cię, suko!
- Powodzenia!
- Bracie, jest u mnie obraz Jezusa w Gaju Oliwnym. Niewielki. Blisko krzyża. Przynieś go na dół! I szybko!
- Dwie minuty! Nie wiem, czy zdąży – powiedziała Jaga. _ Czy Oliwny Gaj też nie uleci w powietrze!
- Zginiesz szybciej niż się spodziewasz! W męczarniach!
- Cudownie! Oglądaj sobie śliwę przy oku!
Drzwi uchyliły się. Stefan porwał obraz, rozerwał go, wykładał paczki banknotów.
- Sto – powiedział.
- Wierzę ci. Jeśli skłamałeś, zginiesz!
- Ty zginiesz pierwsza! Równe sto…
Schowała paczuszkę za dekolt.
- Chodżmy do krypty, gdzie się poznaliśmy. Zapalnik został przesunięty o pięć minut! Ruszaj!
Szedł niezgrabnie, otworzył drzwi pustej krypty.
- Ten aparat z nagraniem! – powiedział.
- Dostaniesz go! Więc wszystko mamy załatwione, Sebastianie Deko?
- Skąd wiesz?
- Wszystko załatwione?!
- Tak…Za…załatwione…
- Do konfesjonału! Chciałam się wyspowiadać!
- Tak…
- Będę stała. Więcej grzechów nie pamiętam. Wybaczam ci. To ja ci wybaczam, bracie…Masz telefon z nagraniami i masz od mnie cudowny, magiczny kryształek, którego dotknięcie ustami uchroni cię z każdej opresji…- zdjęła z szyi rzemyczek z małym przezroczystym szkiełkiem i podała mu wraz z telefonem.
- Ty…ty jesteś taka piękna…- powiedział.
- Żegnaj! – biegła do wyjścia.
Stefan obejrzał telefon. To była dziecinna zabawka, nie prawdziwy aparat. Odruchowo przybliżył usta do kryształka, wysunął język, dotknął. I znieruchomiał.
Jaga zerwała welon, wsiadła do czekającego samochodu, kazała się zawieżć na lotnisko, skąd miała samolot do otoczonego górami Grazu, w dolnej Austrii. Sztylet wyrzuciła przez okno pędzącego przez ciemności auta. Już nie była Jagą. Nazywała się Aniela Bocian ,wszystkie dokumenty opiewały na to nazwisko.
- Jesteś bardzo piękna, siostrzyczko! – Tomek chwycił Agę za rękę.
Stali przy basenie.
- A ty? Taki facet to każdą może powalić! Ewa też tak mówiła.
- Ewa…Sypiacie ze sobą?
- Niekiedy. Zapraszam do mnie brata Tomka na trójkąt! – zaśmiała się.
- To pięknie, gdy ma się tak piękną siostrę!
- I pięknie, gdy siostra ma takiego brata!
- Nie pleć już! Koniec. Patrz i doradż mi. Basen ma dwadzieścia metrów na czternaście. Sto osiemdziesiąt centymetrów głębokości. Wystarczy?
- Zdecydowanie! Co dalej?
- Jutro albo wlewamy wodę ze źródła…
- Źródło wyschnie przy takiej objętości…
- Nie wyschnie. To wieczne źródło. Wlewamy wodę na całe sto osiemdziesiąt i koniec, albo zabezpieczamy Damianka i z tamtej strony robimy mu takie ciapu-ciapu do pluskania.
- Byłabym za ciapu-ciapu, bo ładnie się nazywa. Ale to nierealne. Wasz Damian to rozsądny chłopak. Właściwie już powinien umieć pływać. Tylko nie w takiej lodowatej wodzie, jak szalony tatuś.
- Tak…- powiedział. – Antoni posadzi tu szybko rosnące sosny i będzie pięknie…
- Będzie pięknie.
- Tylko trzeba zrobić schodki do wody, prawda?
- Prawda. Ci fachowcy na pewno o wszystkim dobrze wiedzą. A kiedy będzie jacuzzi?
- Nie wiem, siostrzyczko, jeszcze tego nie przemyślałem.
- Sauna…
- O, mądra jesteś!
- Będzie pięknie – patrzyła na niego przenikliwie. – Ale upal! Ale pięknie… – zamknęła oczy i rozerwała bluzkę. Gołe piersi pulsowały. – Bierz mnie, braciszku, mój mężczyzno, chodż tam, za kukurydze, nikt nas nie zobaczy! Szybko! – ciągnęła go za rękę.
- Aga! Jesteśmy…
- Nie szkodzi! Szybko!
Rzuciła go na ziemie między wysokim groszkiem i kukurydzą.
Rozerwała mu koszulę, rozpinała spodnie. Ściągnęła je.
- Aga!...
- Nikt nas tu nie zobaczy! Szybko, bierz mnie, rżnij mnie, jak szalony ogier, kochanku, możesz mnie zabić swoja miłością!...
- To cudzołóstwo… - powiedział, lecz już był w niej, jej usta lizały jego podniebienie, wiła się, jęczała.
- Mocniej! Głębiej! – wrzasnęła.
Czuł jaki staje się wielki, potężny. Oddał się temu całym sobą. Niczego nie kontrolował.
- Jezu! Rozerwałeś mnie! Jeszcze!...
-Dopiero cię rozerwę – teraz on wpijał się w jej usta.
- Chryste! Zalałeś mnie!... Nikt nigdy…
- Milcz!
Kochał ją rytmicznie, przesuwali się na bok, potem ona była na nim, położył rękę na jej twarzy i przytrzymywał przy trawie, wchodził w nią taki wielki, jęczała, gryzła palce, drapała jego plecy. Ponownie wytrysnął. Rzucała się konwulsyjnie, próbowała krzyczeć lecz zasłonił jej usta, pomyślał, że z nikim nigdy nie było mu tak dobrze…
- Zróbmy maleńką przerwę… - wycharczała.
- O, nie!
- Boże, jak ty pięknie pachniesz…
Znowu był w niej, teraz delikatniej, potem nieco mocniej, coraz mocniej, gwałtownie, wiła się pod nim, uderzał całym sobą zasłaniając jej twarz, wielki dreszcz przebiegł po nim, ale jeszcze, to nie był ten największy dreszcz, Aga szlochała, ponownie odczuł wielki wytrysk i prąd na całym ciele. Delikatnie zsunął się z dziewczyny.
- Daj mi go! – zawołała. – Daj mi go całego! Błagam!
Lizała, ssała gwałtownie, ponownie poczuł podniecenie, uderzył ja w twarz,
- Tak, bij mnie! Skatuj mnie!
- Kiedy indziej – powiedział i wstał. Przygniótł stopą jej brzuch, wyciągnął rękę, którą pochwyciła.
Stała z trudem. Ubierała bluzkę, przytrzymywał ją, gdy wciągała spódniczkę.
- Jezu! Nie sadziłam, że taki jesteś!
- Zgrzeszyliśmy!
- Teraz nie będę mogła bez ciebie żyć!
- To był jednorazowy grzech! A życia masz wiele przed sobą.
- Nie, to musi się kiedyś powtórzyć!
- Idż już!
- Kochany braciszku!
- Kochana siostro! Dziękuję ci!
- To ja ci dziękuję, Tomek!
- Przejdż przez ten płot i idż naokoło. Żeby nikt cię nie zobaczył.
- Dobrze, że Pan Bóg to widział. Zrozumiał nas. Jest wyrozumiały.
- Bywaj, siostrzyczko!
- Pocałuj mnie jeszcze.
Dotknął ustami jej warg.
- Bywaj, braciszku! Nie zapominaj o porannych kąpielach – przeskoczyła płotek i biegła przed siebie.
Był blisko domu, gdy usłyszał warkot jej samochodu…
Fragment powieści „Taniec borderline”.
Foto: Marek Kołakowski.





