Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka




reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Proza > Augustyniak Anna: Jej ciało

Augustyniak Anna: Jej ciało

– Wezmę kosz malin i ułożę cię na nich – powiedział Piotr. Poczuła się wtedy tak zmysłowo. Nawet przez chwilę wydawało się jej, że widzi jak po nagiej skórze płynie czerwony sok.
– Jesteś taka słodka – słyszała jego szept...
– Jestem, jestem, przecież wciąż jestem – mruczy Iza pod nosem. Patrzy w lustro i widzi utkwione w niej oczy. Oczy starej kobiety.

– Ile ona może mieć lat? – myślę. Widzę jej skulone plecy, pomarszczoną szyję. Czuję jak od czasu do czasu przekręca głowę i obserwuje mnie. Wiem jak bardzo jestem jej potrzebna. Gdy trzeba obciąć paznokcie u nóg. Siada wtedy na brzegu kanapy i opiera gołe stopy na butach. Nic nie mówi tylko patrzy jak to robię. Staram się zadawać jak najmniej bólu. Ale to wcale nie takie łatwe. Jej paznokcie są zgrubiałe, powykręcane, a palce nabrzmiałe od wody, która w niej wzbiera. Bo ona jest jak zbiornik przypływów. Dlatego ma takie obłe ciało. W niektórych tylko miejscach skóra zwisa jak fałd pogniecionego materiału.
Nie brzydzę się jej. Nawet, gdy czasem ślina cieknie jej z kącika miedzy wargami. Kocham w niej siebie. Była przecież kiedyś taka jak ja. W tamtym brązowym albumie ze zdjęć w niemodnych kapeluszach patrzą na mnie jej oczy.

Czasem myślę o niej jak o potężnym hipopotamie. Szczególnie w te dni, kiedy wypada kąpiel. Napuszczam do wanny bardzo niewiele wody. Potem pomagam jej wsunąć nogi pod kołdrę z błyszczącej piany. Ona nigdy nie kładzie się w wannie. Nie wstałaby potem. Siedzi więc i wodzi wzrokiem po całej łazience. Jakby tu była pierwszy raz. Gdy zaczynam cały rytuał kąpieli od pytania: – Już? – na jej twarzy pojawia się blady uśmiech. To wszystko. To cała wdzięczność jaką mi ofiarowuje.

Najpierw namydlam jej szyję. Dolewam płynu i sunę otwartą dłonią po piersi. Nie reaguje. A przecież kiedyś taki dotyk sprawiał, że kurczyła się od przyjemności. Od tych fal, które rozlewały się w całym ciele. Teraz nawet nie unosi głowy. Zresztą wciąż muszę ją strofować. Inaczej trudno mi dotrzeć do wszystkich zagłębień jej ciała.

Najbardziej lubi, gdy myję plecy. Próbuje się wtedy prostować. Raz nawet widziałam jak się przeciąga. Czeka na ten moment, kiedy zaczynam jej szorować kark i ramiona. Robię to tak mocno aż skóra czerwienieje. Gdy już nie mam siły i chcę przerwać, ona pomrukuje cicho. To znak rozpoznawczy. To znak, że jej dobrze. Tak jak kiedyś.

Jak wtedy, gdy Piotr niósł ją po schodach do łóżka i kładł na płatkach białych róż. Jej włosy pięknie pachniały po takiej nocy, gdy on szeptał: „Światłości moich oczu dobrze ci, dobrze?”. I dotykał jej skóry. Palcem obrysowywał bliznę. Raz, drugi, trzeci…

Jak chirurg, który przed operacją obrysowywał jej prawą pierś. Raz, drugi, trzeci…

Nikt jej wtedy nie powiedział, że może mieć nową pierś. Silikonowy implant. Dlatego do dziś z jednej strony jest płaska jak chłopiec. Pośrodku wije się blizna o perłowej barwie. Gdy słońce na nią pada, mieni się. I z każdym rokiem kurczy się coraz bardziej. Jakby chciała wniknąć w głąb i zatrzeć ślad, po tym co tu kiedyś było. Po pulchnej piersi z różową brodawką.

Jeszcze sama potrafi czesać swoje kręcone włosy. Siada na stołeczku naprzeciw trzech luster, bierze do ręki szczotkę i sunie nią po włosach. Czasem zastaję ją tak zatrzymaną w ruchu. Jakby ktoś rzucił zaklęcie. I dopiero ludzki głos ma moc uruchamiającą ją od nowa. Wypowiadam jej imię, a ona od nowa sunie szczotką po włosach. I patrzy w lustro. Kiedyś stroiła się przed nim. Wtedy, gdy wychodzili z Piotrem na proszone kolacje albo do kościoła. Zakładała odświętną sukienkę i buty na wysokim obcasie. Dziś już nie da rady tego zrobić. Żadne pantofle, poza sandałami, nie wejdą na jej, spuchnięte aż do kostek, stopy. Dlatego muszę być bardzo zręczna, żeby nie sprawiać bólu, gdy wkładam jej buty. Staram się to robić szybko, ale widzę że jest coraz gorzej. Ostatnio nie da się już nawet zapiąć sprzączek. Idziemy potem ulicą i ona dzwoni przy każdym kroku. Stawia je też dużo rozważniej i co chwilę przystaje. Łapie mnie konwulsyjnie za ramię, wpija się. Łagodnie odczepiam jej palce i ruszamy dalej.

– Ile ona może mieć lat? – myślę. – To chyba jednak nie ma znaczenia, choć ona wciąż chce się podobać. Czuje taką konieczność.
– Moja skóra ma zakamarki – Iza znów patrzy w lustro i pośród zmarszczek na szyi zdaje się szukać siebie. Tamtej dziewczyny sprzed lat. Czasem wydaje jej się, że to nie koniec. Że ciało jeszcze się obudzi. Ale nie ma już Piotra, a ona jest przecież starą kobietą. Nikt jej nie będzie dotykał. Żadna dłoń nie muśnie jej piersi. Nie zazna czułej pieszczoty. Jej wargi dawno już zresztą wyschły.

A jednak i tak zawsze jest coś do zrobienia przy niej. Ciągle jest do poprawki. Muszę znów ufarbować jej włosy, pomarszczoną skórę na udach wyklepać i wprowadzić nową dietę odchudzającą. Bo kobieta z ciałem musi walczyć do końca.





Anna Augustyniak - prozaiczka, dziennikarka, reporterka, wydawca programów dokumentalnych. Doktorantka PAN w Instytucie Badań Literackich. Jej opowiadania ukazały się w trzech antologiach wydanych przez Stowarzyszenie Korale. Jesienią pojawi się na rynku jej książka pt.: Hrabia, literat, dandys czyli rzecz o Antonim Sobańskim.









 

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry