Opowiem wam o Mago.
W Japonii „żywy pomnik kultury”; tak, to nie pomyłka, jak robisz coś z rzemiosła artystycznego, w sposób właściwy dla dawnych wieków, w sposób absolutnie mistrzowski to uzyskujesz status „żywego pomnika kultury” i państwo Ci płaci za to, że jesteś przedłużeniem tradycji.
Słucham, więc radio i słyszę jak ten „żywy pomnik kultury” mówi: „Jak kładę się spać to nie mogę doczekać się poranka. Nie mogę doczekać się tej chwili, w której wstanę i znowu będę farbować swoje płótna”.
„ Zupełnie jak ja” - pomyślałem. „Nie mogę doczekać się poranka, kiedy wstanę i pobiegnę po piwo”.
Pojechałem do Matsu, znajomego japońskiego dziennikarza, po jakąś broszurkę dla Mago.
Mago to imię mojej żony.
Właściwie to nie imię. Tak naprawdę to przezwisko. Mago znaczy wnuczka. Mago wyglądała tak młodo, że wszyscy ją brali za moją córkę. Denerwowałem się i pomyślałem, że niby, dlaczego nie za wnuczkę? Mnie jest wszystko jedno. Proszę bardzo, niech będzie wnuczka.
Córka czy wnuczka, ale i tak ciągle nie wiem, po latach małżeństwa, ile z tego, co doświadczam obcując z nią, jest w niej z Japonki a ile z kobiety, ile z samuraja a ile z emocji?
Czuję natomiast, że postanowiła wyrwać mnie ze słodkiej Nostalgie de la boue.
Mago i ja pod jednym dachem. Porządek geometryczny i porządek witalny obok siebie. Czytając w łóżku książki, leżąc na brzuchach, ona rusza głową z góry na dół i od prawej ku lewej, a ja od lewej do prawej.
Ona w zgodzie z zasadą: „ w domu tylko to, co potrzebne” i ja ze swoimi skarbami; druciki, papierki, koreczki, buteleczki. Wszystko potrzebne, bo wszystko kiedyś przydać się może.
I nagle wybuch. Eksplozja.
Szeroki zamach prawej dłoni i już mam wybity palec niedostrzegalnym dla oka uderzeniem lewej. Zwijam się z bólu, ale słyszę: - Największa twoja wada to absolutny brak poczucia wdzięczności. Gdybyś umiał być wdzięczny to żyłbyś spokojniej. Hai.
Moja żona uwielbia poranki. Dla niej każdy poranek to obietnica.
I dzisiaj, o poranku, do mnie, jak zwykle krzycząc, rzuciła obietnicę: - Nani! Sartre odróżniał alkoholików od pijaków mówiąc: „Istnieć to pić codziennie, choć nie ma się pragnienia. Baka yaro. On chory i ty chory. Idziesz! Idziesz do OTU.
Jakie OTU? O co jej chodzi? Przecież już tydzień nie buszowałem w winnicy.
Każdego dnia Japończycy spodziewają się wielkiego trzęsienia ziemi.
To się dopiero nazywa długotrwały stress, więc nie mam powodu by czuć się szczególnie pokrzywdzonym tymi ciągłymi krzykami Mago.
Zasięgam informacji o OTU.
Horror.
Mają sprawić, w tym OTU, że już nigdy nie napiję się koniaku. Nie napiję się wina. Nie napiję się piwa.
Nie pić do końca życia?
Za co? Dlaczego?
Ośrodek Terapii Uzależnień po to by było trzeźwo i nudno?
Postanowiłem nie poddać się terrorowi Mago.
Ale na jej widok moje mocne postanowienie straciło na mocy.
Waham się. Zwykła ludzka rzecz.
Moja żona, moja Mago widząc moje niezdecydowanie wpada w furię. Chwyta za tasak i biegnąc w moją stronę krzyczy: - Omae o korosu! Nie będzie hamletyzowania! Pić albo nie pić? Idziesz do OTU albo zabiję!
Cholercia. Mam problem. Kobiece więzienia w Japonii są przepełnione. A Mago, ostatni samuraj, nie zna się na żartobliwej nucie. Gotowa umrzeć ze śmiechu na widok nieczynnej windy, ale o żartach nie ma pojęcia.
Uciekając przed żoną z tasakiem widzę, że mam i drugi problem.
Bo jeżeli nawet na tę chwilę założę, że przerwę picie to i tak tylko z nadzieją, że po tym niewyobrażalnie dla mnie długim czasie abstynencji pierwszy kieliszek da mi to samo uczucie, co kieliszek najpierwszy – uczucie nie przynależności do rodzaju ludzkiego – tylko do Bogów.
Tym razem zaczęła słodko.
O ile murenę można nazwać słodkim stworzonkiem?
Właściwie to przywdziała słodki głosik, bo oczy skryła pod powiekami.
- No popatrz. Saitei-dayo. Musisz nauczyć się rozróżniać „kłamliwy sen” od „prawdziwego celu”. Chciałeś opisać stalinizm i co mówiłeś nie pisząc? „Gdybym miał czas to bym pisał” Miałeś i piłeś. Później mówiłeś: „Gdybym miał mieszkanie to bym pisał”. Miałeś dwa i piłeś. Ale jak wytrzeźwiałeś na chwilę to tylko po to by mi powiedzieć: „Gdybym miał spokój to bym pisał” Wyjechałam na Hawaje i miałeś wyłącznie spokój. I co? I piłeś! Ale zrozpaczony postawiłeś losowi najwyższe wymagania: „Gdybym miał pieniądze, czas, mieszkanie i spokój to….” Miałeś!!! Wszystko to miałeś! Omae o korosu!!!.
Jej uderzenie piętą w moje śródstopie, rzuciło mnie na podłogę. Jak ścierkę. Cholera! Znowu mnie zaskoczyła a czułem przecież, że nie mogę jej ufać.
Mago idąc do łazienki nie szła jak zwykła kobieta. Ona, nawet będąc naga, dumnie kroczyła. W jej małym pośladku było więcej dumy niż w całym naszym sejmie.
To było straszne.
Jak stworzyć sytuację intymną, kiedy kobieta dumnie kroczy?
Nie da się.
Ona kroczyła, ja obserwowałem jej odbicie w monitorze i z radością myślałem o trzydziestu minutach ciszy.
- Nani … - „Nie! Nie! Nie! Cholera. Odezwała się. Musiała coś powiedzieć”. - Nie jest się dojrzałym przez fakt osiągnięcia pięćdziesiątego roku życia, tylko poprzez wychowywanie dzieci. To dziecko pomaga ci stać się dojrzałym. Tak, pomogłoby Ci, ale uciekłeś od niego.
„Żeby Cię …” – pomyślałem mściwie i rozpłakałem się.
A myśli dopiero zaczęły swój szaleńczy wyścig w mojej głowie. „Czy ona musi, co chwilę mówić mi takie nieprzyjemne rzeczy? Czy nie mogłaby od czasu do czasu ze mną pobaraszkować bez żadnej złotej myśli. Czy nie mogłaby poprzewracać na mój widok oczami do znajomej sklepowej i podać mi obiad? Kim ona jest? Nemezis?
Roztrzęsiony wybiegłem z domu i nie wiedzieć, czemu pomyślałem o Adamie.
Adam urodzony w złotym wieku imperium, był zwykłym, dobrym człowiekiem dopóki imperium trwało.
„Brał” kolejne „zakłady pracy” i pił z innymi pracownikami, pod ogórkiem odnajdując swoje zagubione horyzonty.
W pracy bywał niezastąpiony i plasował się w hierarchii ważności tuż za palaczem, ale przed sprzątaczką.
Pewnego dnia stała się rzecz niewyobrażalna, imperium runęło, a gdy opadł kurz historii, Adam spostrzegł, że jest bez pracy – razem ze sprzątaczką i palaczem – że nie ma na wódkę, która w międzyczasie stała się niemodna, i że żona, jak ostatnia bladź astrachańska, przestała go szanować.
Zresztą żona szybko odjechała z mężczyzną ze złotym łańcuchem na torsie.
Adam z dnia na dzień przestał cokolwiek robić. Przestał też jeść, pić, mówić i słuchać. Od rana do wieczora, leżąc w łóżku, sufitował.
W Indiach uznano by go za świętego męża i miałby swoich wyznawców.
Niestety, na Ligocie, oceniono go jako już skończonego i kłaniano się tylko jego byłej żonie.
Niedługo po odejściu żony Adamem nie interesował się nikt. Ani urząd podatkowy ani policja. Czerwony Krzyż też nie.
Adam leżał w łóżku, pocił się i chciał umrzeć. Chciał umrzeć, bo nie wiedział jak żyć.
Jego mały szary świat rozbił się na milion kawałków, a nowy wspaniały świat nie interesował się nim.
Pewnego dnia wyniesiono Adama do karetki, oplątanego w kroplówki i zawieziono gdzieś gdzie drzwi były stalowe i pełne tabliczek z napisami mało, co wyjaśniającymi.
Leżał w małej salce, maszyny pompowały w niego życie, doktorzy kręcili nad nim głowami, konsultanci wzruszali ramionami i tylko serdeczne pielęgniarki zastanawiały się bez końca, co się też w głowie Adama dzieje?
A w jego głowie nic szczególnego się nie działo. Ani nic nadzwyczajnego. Ot, siedział w kotłowni razem ze sprzątaczką i palaczem i pyskował na dyrekcję. Palacz, co chwila kładł palec na wargach, syczał – Ciiiiiiiii – a pani Zosia rozlewała wódeczność.
Czas złotego cielca był jeszcze daleko.
O ile – w tej głowie – kiedykolwiek miał nadejść.
Bogusław kupił swojemu synowi narkotyki sam będąc w przeszłości alkoholikiem. Mój Boże, dla mnie jest człowiekiem heroicznym, szlachetnym, bohaterskim, ale ludzie tego nie widzą. Drażni ich tym, że „cacka” się z synem będącym na głodzie.
On się cacka?!
Cholerni hipokryci kupujący na Boże Narodzenie hektolitry najtwardszego z twardych narkotyków: wódkę.
Hipokryci i nieuki.
Dr Jekyll and Mr Hyde, to niby, o czym?
Czym jest największa tajemnica Stevensona?
Moim codziennym obrachunkiem moralnym jest moja maleńka żona węsząca za moimi niewinnymi kłamstewkami.
No niechby sobie węszyła, ale czy zaraz musi dawać znać całemu światu, że coś wywęszyła? Czy dzisiaj musiała krzyczeć przez okno tak głośno, że aż wędkarze znad Kokocińca wyjęli kije z wody?
Wychyliła się z okna, potrząsała moim projektem plakatu, który wykańczam od dwóch lat i punktowała moją ambicję: - Ten twój alkoholizm to skrzyżowanie nieróbstwa, próżniactwa, lenistwa i bylejakości z nieosiągalnymi marzeniami. Baka!
Jak ja mam dość tej japońskości mojej żony.
Ten jej jakiś dziwny i niewytłumaczalny przymus bycia racjonalnym i realnym to chyba jakiś rodzaj sadomasochizmu. Przecież taki stan bycia musi być tak bolesny, że aż się boję o tym myśleć.
Ona zdecydowanie była poza normą.
Na wystawę rysunków Tadeusza, Mago zrobiła ikebanę.
Na tych rysunkach kamienne latarnie były takie piękne, takie ciężkie, takie tajemnicze.
Potem był festiwal herbaty i kawy i ciast.
Jacobs i Lipton wręczyli nagrody mojej Mago.
Mój Boże! Gdybym ja dostał nagrodę Liptona to nosiłbym na rękach wszystkie dziewczyny. A gdybym jeszcze dostał nagrodę Jacobsa to i mężczyzn bym ponosił. Ale Mago? Jej te nagrody wcale nie udziewczęciły.
Wręcz przeciwnie.
Idąc z nagrodą, z wielkim pudłem, które przesłaniało jej widok na salę, odwróciła głowę żeby móc cokolwiek zobaczyć. Cokolwiek! I zobaczyła mnie.
Miała wokół siebie siedemset twarzy, ale zobaczyła tylko moją.
Zobaczyła i wysyczała: - Za karę, jako alkoholik, nie przeżyjesz andropauzy i umrzesz jako stuletni młodzieniec. Nie zaznasz spokoju, jaki ogarnia mężczyzn po andropauzie. Nigdy nie zaznasz spokoju.
Ja oszaleję! Przecież nie można żyć normalnie z wyrocznią.
Swoim istnieniem jako jej mąż burzę jakąś jej świata harmonię.
Szaleństwo.
Chodź, z drugiej strony, „stuletni młodzieniec” brzmi zachęcająco.
- Chee – zaczęła Mago – po co pijesz?
- Magusiu – kopniak przerwał mi odpowiedź – Nani Magusiu.? Baka – zaterkotała zajadle.
Zacząłem poprawnie: - Mago. Rozumiesz? Im bardziej beznadziejne chwile tym bardziej kusi wódka. Remedium doskonałe. Na wszystko i dla wszystkich. Gdyby alkohol działał z czterdziestogodzinnym opóźnieniem to by go nikt nie pił…
- Chikusho! Beznadziejne?! Beznadziejne?! – Jej stópka tylekroć obsypywana przeze mnie pocałunkami i masowana podniosła się szybko i wdzięcznie i wybiła mi dwie jedynki.
Cholera. Żeby jedną. Ale dwie?!
- Wieść gminna głosi, że alkoholicy mają dar dobierania sobie najwspanialszych kobiet na towarzyszki życia – mówił do mnie dentysta; drań wiedział, że mu nie mogę niczego wytłumaczyć mając usta pełne wacików – ale Panu chyba to się nie za bardzo udało?
- Każdy alkoholik, aby zacząć trzeźwieć, musi osiągnąć swoje dno. Musisz się wynieść do garażu – powiedziała Mago, mając przy tym wyjątkowo złośliwy wyraz twarzy.
Poprosiłem do siebie ciecia i zaczęliśmy dźwigać moje łóżko do garażu.
Ale twarz moja pojaśniała.
Osiągnąć dno. Ha! Jest w tym i stosowny pesymizm i nadzieja, że można, ba! trzeba jeszcze pociągnąć, i zbawcze światło w tunelu. Bo na samą myśl, że rozstanie z butelką ma być: na zawsze, wszystkich rycerzy kieliszkowych paraliżuje lęk.
Utracić ciepło psychiczne? Tę cudowną pewność siebie? Za nic! Nigdy!
Spałem w garażu. Łóżko postawiłem między mercedesem Mago a toyotą Mago. Nie miałem do niej żalu, że kazała mi spać między oznakami swojej zamożności a tylko tak się zastanawiałem skąd u niej taka dogłębna wiedza na tematy alkohologiczne? W czym ta wiedza tajemna jest zawarta, że każe mi spać w garażu?
Zagadkę wyjaśnił mi cieć.
Wyjął ze śmietnika maleńką broszurkę, tą samą, którą przywiozłem Mago, obwieszczając wszystkim: - Panie Marku. Tu stoi napisane krzaczkami. To chyba pan wyrzucił przez nieuwagę?
Wyrwałem mu ją z dłoni i przekartkowałem.
Cholera! Na trzydziestu dwóch stroniczkach zawarte były dobre rady dla japońskiej żony alkoholika.
Człowiek pije trzydzieści lat a tą traumę załatwiają na trzydziestu dwóch stroniczkach. Dusza opisana przez felczera.
Oczywiście postanowiłem się zemścić.
I oczywiście moja chęć została przez los zaspokojona.
Dostałem zamówienie od agencji reklamowej na fotografie kompletu kuchennego.
Mago miała zaaranżować plan.
Zaczęła zapełniać te szafki jakimiś przedmiotami, ja ziewałem, oświetleniowiec drzemał a Mago ciągłe coś tam upychała.
- Magusiu, tfu, Mago, przecież to tylko fotografia. Nie będziemy się w tej kuchni stołować. Daj sobie już spokój. – zapaliłem; a co myślicie? że zwracanie uwagi japonce jest bezpieczne? – I po co Mago wkładasz do tej porcelitowej maselniczki masło? Szyba jest matowa, maselniczka porcelitowa ….
- Kaeru! Baka!
To była jej cała odpowiedź.
A czekaj ty. Ja ci dam ropuchę. Ja ci dam spanie w garażu. Uuu żesz ty.
Wyjąłem to masło, gdy się odwróciła.
No i po co to zrobiłem?
Mago wkładając masło dała maselniczce duszę.
A co ja zrobiłem?
Leżę, kwitnę w łóżku, oglądam jakąś gazetę i czytam, że jest tylko dwoje winnych naszych cierpień: Adam i Ewa. A później to już tylko zadziałało prawo matrycy.
No i wszystko stało się dla mnie, w tym ułamku sekundy, jasne.
Oczywiście! To te cholerne prababki i babcie wszystkiemu są winne. Te poczciwiny co to przez wieki całe używały opium na rozwolnienie i spirytusu na dolegliwości żołądka. Niechcący zmutowały gen XY i miliony ludzi muszą pić.
Moje wnioskowanie było słuszne.
Prawidłowe.
Ale, po co zaraz pobiegłem do Mago podzielić się tym odkryciem?
- Chee! Idziesz! Idziesz, do OTU. Natychmiast.
Myłem szyby w mercedesie, Mago kontrolowała pracę zegarka, gdy podeszła do nas nobliwa babcia. Sześćdziesiąt lat miała jak nic. Podeszła i zaczęła: - Daj….
Nastąpiła eksplozja.
- Kuso! Co znaczy DAJ!!!??? Rób coś! Śpiewaj! Tańcz! Fikaj koziołki to wtedy ci zapłacę! Ale DAJ?! Jak ci raz dam, to zawsze później będę musiała dawać! Tobie i innym śmieciom i nierobom. Idziesz! Idziesz! Zaraz zawołam policję!
Babcię zamurowało.
Babcia struchlała.
Babcia nie wierzyła własnym uszom.
Ukraść babci emeryturę, w biały dzień na przystanku to rozumiała, ale fikać koziołki na emeryturze to już przekraczało granice jej zrozumienia.
Biedną Mago tak babina wyprowadziła z równowagi, że później ciągle usiłowała pogłośnić radio, mimo że to był tylko początek „Bolera”.
W zaprzyjaźnionym barku zjadłem temperę za 12 złotych, zjadłem kurczaka w sosie sojowym za 11 złotych, popiłem to wszystko rozpuszczalną kawą za 2 złote i wypiłem wódki za 350 złotych.
Niby nie drogo to wszystko wypadło, ale zrobiło mi się jakoś smutno.
Mnie było smutno.
Mojej żonie nie.
- Oni! Nie udawać! Smutek jest ekwiwalentem lenistwa. Nad rzeką Kwai, w obozie, nie było depresji, nerwic, psychoz, a jeśli były to szybko same się leczyły w skutek konfrontacji z nagą prawdą o życiu. Nie graj! Idziesz do OTU!
- Żeby te cholerne OTU piekło pochłonęło. Kto ci o nim nagadał? Co za idiota uczynił z mojego życia piekło?
- Temee! Nie użalaj się! Nie graj mazgaja. Użalanie się to socjotechnika.
- Mago! Cholera! Dlaczego potrafisz być miła dla ludzi, których nie znasz? Czemu uparłaś się być dla mnie, najbliższej sobie osoby, moją koroną ciernistą?
Leżę sobie w łóżeczku, w garażu, i czytam Suworowa.
Wyskoczył ze swoimi rewelacjami w momencie, kiedy CCCP był bezbronny. Wszyscy przeczytali, uwierzyli i przestraszyli się. Straszył w dalszym ciągu już za Rosji. Skutek był taki, że wszyscy przestraszyli się rosyjskiej mafii. Była to najfajniejsza przewała Rosjan od stu lat.
I najtańsza.
Naiwny świat. Tylko Yakuza należy się bać. Tam nie ma przywiązania do życia. Tam jest przywiązanie do honoru. Ostatni ludzie honoru.
Nie mogłem zasnąć. Czytałem, ziewałem, wstawałem by się położyć. Szaleństwo bezssenych nocy.
Telefon odezwał się nagle. Popatrzyłem na wskazówki zegarka. Trzecia rano. Podniosłem słuchawkę by usłyszeć szept: - Ja jestem niecierpliwy, a życie cierpliwie przecieka mi przez palce.
- To masz ADHD – odpowiadam.
- Alkoholizm jako uboczny skutek ucieczki od odpowiedzialności – szepcze jakaś nieznana mi dusza, zmaltretowana przeplatańcem pijackiej euforii i depresją kaca, starająca się pogrążyć mnie w beznadziei.
- Mago? – pytam ogłupiały. - Kocham cię. Żebyś ty wiedziała jak ja cię kocham.
- Jaka Mago?! Jurek! Co ci? To ja – Maciek.
To był Maciek, co miał fajne życie. Tata, patolog, zabierał go na miejsce zbrodni by go otrzaskać z życiem, a dziadek do knajpy by po tym otrzaskaniu się mógł do siebie przyjść.
- Aaa, Macieju, witaj.
- Jurku, przypominam ci, że tylko prawdziwie bogaci mogą zajmować się uczuciami.
- Dobrze. Będę pamiętał. Bierz połówkę i przyjeżdżaj.
- Sumimasen.
- Ależ Mago, wszystko ok. Ten garaż jest wygodny.
- Urusai!!! Odchodzę. Na pewno odchodzę. Ale nim odejdę pójdziesz do OTU. Jak wrócisz to wtedy odejdę. Będę miała pewność, że będziesz mógł wrócić na drogę życia a ja odzyskam spokój.
- Ależ Mago…
- Urusai! Jeżeli nie pójdziesz się leczyć to cię zabiję. Zabiję cię byś mógł odzyskać spokój.
- Sappari wakarana.
Ale właściwie, czego nie rozumiem. Przecież wszystko jest jasne. Jest Japonką. Jej kultura to kultura wstydu, a koroną tej kultury jest seppuku.
Patrzyłem przez okno garażu, gdy usłyszałem z tyłu jakiś miarowy stukot.
Odwróciłem się i co widzę? Widzę jak mój mały żółw, w przypływie namiętności, atakuje bezskutecznie kamień. Widzę i niemal słyszę jak klnie: - Dlaczego się schowałaś?
Postanowiłem pójść do tego OTU.
A co mi tam. Taki król Popiel, proszę, był alkoholikiem i te jego myszy, co go zjadły to były białe myszki, czyli delirium tremens.
Niezła tradycja. Tysiąc lat.
Dzisiaj moje życie gaśnie.
Mrok wokół mnie gęstnieje i jedyne, co go rozjaśnia to wspomnienie Mago.
Mago – ostatniego samuraja.
Zachowano oryginalną pisownię autora.
.jpg)
Foto. Aleksandra Szyszka




