Siedzimy głęboko pod ziemią w metalowym wagoniku. Szczury są bardzo mądre. Wykopały swoje tunele już dawno temu, teraz to już nawet nie kwestia przyzwyczajenia, ale rutyna. Łatwo swoimi długimi wąsiskami zbierają informacje potrzebne do tego żeby przetrwać. Wilgoć! Ciemność! Ciemnota. Szalony bieg po zawilgotniałych kablach wysokiego napięcia. Tam na końcu zawsze jest światło. Jakaś stacja, czy przystanek zamieniony w przystań. Przestraszona matka przytula szczurze dzieci. Błyszczą im oczy.
- Wszystko będzie dobrze – szepcze. Człowiek też ma duże zdolności adaptacyjne. Ale do szczurów, to nam jeszcze daleko. I wyjdzie, wyjdzie ten brak szczurzości z nas w najmniej nieoczekiwanym momencie. Ale póki co będziemy się oszukiwać dla dobra tak zwanej society.
Siedzimy głęboko pod ziemią w metalowym wagoniku. Tylko spokojnie. Zatrzymaliśmy się dopiero minutę temu, a ten i ów już nerwowo kciukiem stuka w oparcie, w poręcz, w kolano. Przestrzeń między siedzeniami jest mała. Nie ma szans na spacer. Rozprostujesz nogi? Zachaczysz o siędzącego na przeciw muzułamanina, tego co stuka, co nie lubi przestrzeni zamkniętych. Do szczurów nam jeszcze daleko. Pobudowaliśmy sobie tunele, oglądam ciągnący się za oknem czerwony kabel. Spocony i poskręcany. Podziemne DNA Londynu przebiega właśnie tutaj. Skręca się właśnie tutaj. Z każdego okna widać to samo. Czarna ściana, przepalone żarówki. Wzajemne zaufanie mierzone długością awarii metra. Pociąg utknął gdzieś pomiędzy dwoma stacjami. Victoria? Knightsbridge? Angel? Ziejąca klimatyzacja zdaje się lizać mnie wilgotnym językiem po karku. Przecież ta parszywa maszyna miała, do kurwy nędzy chłodzić! Migają markowe kombinezony z City. Nad nami dzieje się nasze życie. Nerwowo mrugają światła.
Spokojny głos maszynisty. Nie jest Anglikiem, od razu zdradził go twardy akcent i gardłowe „rrr”. Nie wielu zrozumiało co powiedział. Nadal stoimy. Coś się stało z pociągiem przed nami. Idioci! Zaczyna się już wkradać szybciuteńko nabyty oczopląs. Będziemy się obserwować. Tylko spokojnie, wszystko będzie dobrze. Czterech ludzi na jeden metr kwadratowy.
- Pan się na mnie nie pcha! – skrzeczy malutka blondynka.
- I’m so sorry! - Z otwartym podręcznikiem psychiatrii zaczynam wynotowywać objawy. Tylko spokojnie ludzie, tylko spokojnie. Przecież to takie naturalne. Szczury są bardzo mądre. Spoglądam na rozwieszone na ścianach reklamy, mapy, wskazówki. Kolorowe kreski biegnące w określonym kierunku. Pamiętam, że dwa końce prostych równowegłych nigdy się nie spotkają. Nigdy się nie spotkają. Dlaczego tutaj siedzimy? Coraz częściej, ukradkowe spojrzenia na zegarki. Która to kończy się era? To dopiero pięć minut. Gdyby to był bankiet, to można by było powariować. Szampan, krakersy, ser.
Zakładam nogę na nogę. Naprzeciw mnie siedziało dziecko. Teraz nie ma dziecka, siedzi matka. Przeciera jedwabną serwetką lusterko. Delikatnie przekrzywia głowę. Blada, wychudnięta kobieta stojąca tuż przy drzwiach zaczyna nucić piosenkę. Blond kręcone włosy opadają na ramiona. Ona gapi się w sufit, w migającą lampę. W dwóch kciukach ściska eco – torbę z Tesco. Tak jakby odmawiała różaniec. Gdzieś rozsypały się ziarenka
- Lalala – wydobywa się melancholijnie z jej gardła. Linia melodyjna odbija się o ściany trumienki. Co chwilę zanika. Kobieta ślepo patrzy w migającą lampę. Nawet nie zamyka ust, jedynie cichnie, jedynie coraz mocniej wyciąga uszy materiałowej torby. Powraca zapłakane dziecko, a przystojny Anglik w garniturze pochrząkuje wpatrując się w podłogę. Ściska rurkę, pręży nadgarstek jak grzbiet do skoku. Patrzy na zegarek. Ona ściska Torbę. Ma małe, bardzo małe, blade piersi. Jasne, błękitne oczy z czarnymi kropeczkami po środku. Ślepo, ślepo w sufit.
- Lalala – jeszcze chwila i wszyscy zaczna śpiewać. To dopiero dziesięć minut. Torba, pot, kable, suchy język zmęczonej klimatyzacji. Tylko spokojnie! Kurewsko spokojnie! Lalala i tory. Zapowiedź obietnicy.
Matka przytula zapłakane dziecko.
- Nie płacz, tylko nie płacz – głaszcze delikatnie jego włosy. Facet obok spoglada kątem oka. Drapie szyje, drapie udo. Druga ręka, drapie to samo. Zegarek, lampy, przepalone żarówki. Wskazówka, jedynie przypomina, że tam na górze dzieje się nasze życie. Gruba baba zaczyna się poważnie pocić. Nosi czerowną sukienkę w kwiatki. Dyskretnie odsłania dwie potężne piersi. Kropelki powoli pełzną pod sukienkę. Nie wyciera. Nawet nie drgnie. Jedynie dyszy. Jedynie ten wagonik. Pieprzona klimatyzacja, cholerne powietrze. Gapię się obojętnie w mapę metra, przecież to nie jest tak, że mogę sobie wybrać kierunek snów. Tak samo mogę oglądać plakat reklamujący pastę do zębów, albo karmę dla psów. Może gdzieś tam kiedyś podświadomie wybiorę. Ale nie teraz, jeszcze nie. Północ, południe i inne wyimaginowane kierunki przestały istnieć. Legenda dopisana do mapy to tylko baśń. Lalala, mdła skóra, barani wzrok, płacz dziecka. Wściekły facet spogląda na czasomierz. Chrząka. Już dawno się zorientowałem, że kobieta zaczyna śpiewać w równych odstępach czasowych. Dziecko jest bardziej spontaniczne, drze się cały czas.
„Trzech żołnierzy zginęło w Afganistanie” czytam gazetę kobiety, która siedzi obok. Ciekawe czy mnie zdzieli w pysk? W tym kraju czytanie gazety kobiety, której się nie zna to prawie gwałt. Właściwie nie zwracam na nią uwagi. Ja, gazeta. Pięćdziesięciu innych czytających i to tylko w tym wagonie. Wagoników jest o wiele więcej. I każdy szelest przewracanej strony oznacza podglądacza, lubieżnika. Jakby ktoś skradał się po suchych liściach, żeby podejrzeć tę kobietę w rogu. Powoli, powoli zerkamy.
- Lalala – nasza samotność podzielona wedle rytmu wybijanego przez chorobę psychiczną. Parszywy język klimatyzacji. Mam na szyi znaczące zygzaki. Za chwilę wszyscy zaczną nucić te parszywą piosenkę. A ona tępo, tępo w sufit. Otwarte usta, miętosi torbę z Tesco. Odmawia różaniec. Jasne oczy, delikatna skóra. Pory, ramiona, małe cycki. Jeszcze częściej. Jeszcze szybciej, ukradkowe spojrzenia znad gazet, książek. Biała sukienka. Telefony, odtwarzacze MP3. Lalala, lalala! No, komu odwali pierwszemu, szubrawcy?! Kto jest najbardziej podatny na hipnozę? Afganistan, kable, tunel, podobno szczury są bardzo mądre, im też się śnią różne rzeczy.
Minęło piętnaście minut. Klepsydra nadal pozostaje nastawiona na przesypywanie. Maleńkie ziarenka delikatnie tykają spadając na górkę piasku. Ciekawe na jak długo starczy nam zapasu powietrza? Minęła kolejna epoka.
- Przepraszam – odzywa się facet w garniturze – czy może pani uciszyć to dziecko? Przecież tu wytrzymać nie można!
- Nie dość, że stoimy, to jeszcze w hałasie!
- Pani ubierze to dziecko, dlaczego ono jest nagie?
- Pani ubierze to dziecko!
- Przecież to dziecko jest ubrane! – głaszcze syna po głowie kobieta. Śpiewanie narasta, błękitnooka wariatka uaktywnia się coraz częściej. Ciekawe kim była do tej pory? Przypomina mi się Tuwim ze swoją „Lokomotywą”. Gdyby wiedział, że ten pociąg tak właśnie się potoczy, pewnie by się tak nie rozpisywał. Gruba baba ociera czoło. Mały, blaszany wagonik ani drgnie.
- Czy ktoś wie czemu tyle stoimy?
- Maszynista coś mówił, ale nie rozumiałem
- Nikt nie rozumiał. Pieprzony Pakol! – odzywają się coraz to nowe głosy. Siedzę spocony. Mi też się ta próba nie podoba. Taką mamy society! Tunel, światła, przepalone żarówki. Trzeszczące głośniki (wspominałem, że nawaliła klimatyzacja?). Spoglądam na nagie dziecko, macha bezradnie nóżkami. Wtula się w ramiona matki. Chyba wie najlepiej, że coś tutaj jest nie tak. Reszta pasażerów już dawno zapomniała. Spoglądam na wariatkę, ona powoli zdejmuje sukienkę. Nie przerywa śpiewania. Ma delikatne piersi, sterczące sutki, mleczną cerę.
- Pani się ubierze – ktoś wrzeszczy
- I przestanie, do jasne cholery mamrotać, czy śpiewać!
- Przecież ja jestem ubrana – mówi spokojnym głosem kobieta. Spoglądam na nią. Niby jest ubrana. Widzę jej sutki, koronkowe, czerwone majtki. Czy można być bardziej nagim?
- Przecież ja jestem ubrana! – nalega powoli zasłaniając piersi. Milknie, zamyka usta. Przestaje śpiewać.
Minęła dwudziesta minuta. Zapalają się światła. Wagonik powoli zaczyna się poruszać. Szary krajobraz za oknem zaczyna się przesuwać. Kobieta w rogu poprawia makijaż. Starszy Anglik czyta The Times. Zginęło trzech żołnierzy w Afganistanie. Wszyscy o tym piszą. Zjednoczone społeczeństwo współczuje. Zjednoczone Królestwo będzie się jednoczyć. Gruba baba wyciąga kanapkę, sprawdza zawartość torebki. Spoglądam w dekolt siedzącej obok kobiety. Pal licho żołnierzy! Anglia to taki kraj, gdzie nie wypada się na siebie patrzeć. Ale odwróć bracie klepsydrę! Zacznij tykać. Tymczasem jakiś nudziarz łamie z nerwów ołówek, sudoku okazało się za trudne. Rozgląda się uważnie w około, nasuwa na nos grube okulary. Mijamy kolejne stacje. Podono szczury są bardzo mądre. Wsiadają kolejni podróżni. Pan doktor, hydraulik. Budowlaniec. Gruba baba maluje usta szminką. Ma bardzo ważne spotkanie, na które i tak już jest spóźniona. Lubię oglądać ich spokojne twarze. Tak, chociaż z innych powodów to ja również się cieszę, że to wszystko sprawnie działa.
Na którymś przystanku wysiada matka z dzieckiem. Dziecko nadal cichuteńko płacze. Kobieta okrywa jego nagie ciało czarnym płaszczem. Chłopiec panicznie ściąga odzienie. Ale nim zdąrzy się obronić, ten pociąg zatrzyma się ponownie. Nasza zdrowa society znowu zostanie wystawiona na próbę.
Paweł Gawroński (ur. 1982) - poeta, prozaik, dramaturg. Aktywnie działa w wielu organizacjach literackich w Polsce i na świecie. Redaktor londyńskiego Off Magazine. Obecnie mieszka w UK.
- Wszystko będzie dobrze – szepcze. Człowiek też ma duże zdolności adaptacyjne. Ale do szczurów, to nam jeszcze daleko. I wyjdzie, wyjdzie ten brak szczurzości z nas w najmniej nieoczekiwanym momencie. Ale póki co będziemy się oszukiwać dla dobra tak zwanej society.
Siedzimy głęboko pod ziemią w metalowym wagoniku. Tylko spokojnie. Zatrzymaliśmy się dopiero minutę temu, a ten i ów już nerwowo kciukiem stuka w oparcie, w poręcz, w kolano. Przestrzeń między siedzeniami jest mała. Nie ma szans na spacer. Rozprostujesz nogi? Zachaczysz o siędzącego na przeciw muzułamanina, tego co stuka, co nie lubi przestrzeni zamkniętych. Do szczurów nam jeszcze daleko. Pobudowaliśmy sobie tunele, oglądam ciągnący się za oknem czerwony kabel. Spocony i poskręcany. Podziemne DNA Londynu przebiega właśnie tutaj. Skręca się właśnie tutaj. Z każdego okna widać to samo. Czarna ściana, przepalone żarówki. Wzajemne zaufanie mierzone długością awarii metra. Pociąg utknął gdzieś pomiędzy dwoma stacjami. Victoria? Knightsbridge? Angel? Ziejąca klimatyzacja zdaje się lizać mnie wilgotnym językiem po karku. Przecież ta parszywa maszyna miała, do kurwy nędzy chłodzić! Migają markowe kombinezony z City. Nad nami dzieje się nasze życie. Nerwowo mrugają światła.
Spokojny głos maszynisty. Nie jest Anglikiem, od razu zdradził go twardy akcent i gardłowe „rrr”. Nie wielu zrozumiało co powiedział. Nadal stoimy. Coś się stało z pociągiem przed nami. Idioci! Zaczyna się już wkradać szybciuteńko nabyty oczopląs. Będziemy się obserwować. Tylko spokojnie, wszystko będzie dobrze. Czterech ludzi na jeden metr kwadratowy.
- Pan się na mnie nie pcha! – skrzeczy malutka blondynka.
- I’m so sorry! - Z otwartym podręcznikiem psychiatrii zaczynam wynotowywać objawy. Tylko spokojnie ludzie, tylko spokojnie. Przecież to takie naturalne. Szczury są bardzo mądre. Spoglądam na rozwieszone na ścianach reklamy, mapy, wskazówki. Kolorowe kreski biegnące w określonym kierunku. Pamiętam, że dwa końce prostych równowegłych nigdy się nie spotkają. Nigdy się nie spotkają. Dlaczego tutaj siedzimy? Coraz częściej, ukradkowe spojrzenia na zegarki. Która to kończy się era? To dopiero pięć minut. Gdyby to był bankiet, to można by było powariować. Szampan, krakersy, ser.
Zakładam nogę na nogę. Naprzeciw mnie siedziało dziecko. Teraz nie ma dziecka, siedzi matka. Przeciera jedwabną serwetką lusterko. Delikatnie przekrzywia głowę. Blada, wychudnięta kobieta stojąca tuż przy drzwiach zaczyna nucić piosenkę. Blond kręcone włosy opadają na ramiona. Ona gapi się w sufit, w migającą lampę. W dwóch kciukach ściska eco – torbę z Tesco. Tak jakby odmawiała różaniec. Gdzieś rozsypały się ziarenka
- Lalala – wydobywa się melancholijnie z jej gardła. Linia melodyjna odbija się o ściany trumienki. Co chwilę zanika. Kobieta ślepo patrzy w migającą lampę. Nawet nie zamyka ust, jedynie cichnie, jedynie coraz mocniej wyciąga uszy materiałowej torby. Powraca zapłakane dziecko, a przystojny Anglik w garniturze pochrząkuje wpatrując się w podłogę. Ściska rurkę, pręży nadgarstek jak grzbiet do skoku. Patrzy na zegarek. Ona ściska Torbę. Ma małe, bardzo małe, blade piersi. Jasne, błękitne oczy z czarnymi kropeczkami po środku. Ślepo, ślepo w sufit.
- Lalala – jeszcze chwila i wszyscy zaczna śpiewać. To dopiero dziesięć minut. Torba, pot, kable, suchy język zmęczonej klimatyzacji. Tylko spokojnie! Kurewsko spokojnie! Lalala i tory. Zapowiedź obietnicy.
Matka przytula zapłakane dziecko.
- Nie płacz, tylko nie płacz – głaszcze delikatnie jego włosy. Facet obok spoglada kątem oka. Drapie szyje, drapie udo. Druga ręka, drapie to samo. Zegarek, lampy, przepalone żarówki. Wskazówka, jedynie przypomina, że tam na górze dzieje się nasze życie. Gruba baba zaczyna się poważnie pocić. Nosi czerowną sukienkę w kwiatki. Dyskretnie odsłania dwie potężne piersi. Kropelki powoli pełzną pod sukienkę. Nie wyciera. Nawet nie drgnie. Jedynie dyszy. Jedynie ten wagonik. Pieprzona klimatyzacja, cholerne powietrze. Gapię się obojętnie w mapę metra, przecież to nie jest tak, że mogę sobie wybrać kierunek snów. Tak samo mogę oglądać plakat reklamujący pastę do zębów, albo karmę dla psów. Może gdzieś tam kiedyś podświadomie wybiorę. Ale nie teraz, jeszcze nie. Północ, południe i inne wyimaginowane kierunki przestały istnieć. Legenda dopisana do mapy to tylko baśń. Lalala, mdła skóra, barani wzrok, płacz dziecka. Wściekły facet spogląda na czasomierz. Chrząka. Już dawno się zorientowałem, że kobieta zaczyna śpiewać w równych odstępach czasowych. Dziecko jest bardziej spontaniczne, drze się cały czas.
„Trzech żołnierzy zginęło w Afganistanie” czytam gazetę kobiety, która siedzi obok. Ciekawe czy mnie zdzieli w pysk? W tym kraju czytanie gazety kobiety, której się nie zna to prawie gwałt. Właściwie nie zwracam na nią uwagi. Ja, gazeta. Pięćdziesięciu innych czytających i to tylko w tym wagonie. Wagoników jest o wiele więcej. I każdy szelest przewracanej strony oznacza podglądacza, lubieżnika. Jakby ktoś skradał się po suchych liściach, żeby podejrzeć tę kobietę w rogu. Powoli, powoli zerkamy.
- Lalala – nasza samotność podzielona wedle rytmu wybijanego przez chorobę psychiczną. Parszywy język klimatyzacji. Mam na szyi znaczące zygzaki. Za chwilę wszyscy zaczną nucić te parszywą piosenkę. A ona tępo, tępo w sufit. Otwarte usta, miętosi torbę z Tesco. Odmawia różaniec. Jasne oczy, delikatna skóra. Pory, ramiona, małe cycki. Jeszcze częściej. Jeszcze szybciej, ukradkowe spojrzenia znad gazet, książek. Biała sukienka. Telefony, odtwarzacze MP3. Lalala, lalala! No, komu odwali pierwszemu, szubrawcy?! Kto jest najbardziej podatny na hipnozę? Afganistan, kable, tunel, podobno szczury są bardzo mądre, im też się śnią różne rzeczy.
Minęło piętnaście minut. Klepsydra nadal pozostaje nastawiona na przesypywanie. Maleńkie ziarenka delikatnie tykają spadając na górkę piasku. Ciekawe na jak długo starczy nam zapasu powietrza? Minęła kolejna epoka.
- Przepraszam – odzywa się facet w garniturze – czy może pani uciszyć to dziecko? Przecież tu wytrzymać nie można!
- Nie dość, że stoimy, to jeszcze w hałasie!
- Pani ubierze to dziecko, dlaczego ono jest nagie?
- Pani ubierze to dziecko!
- Przecież to dziecko jest ubrane! – głaszcze syna po głowie kobieta. Śpiewanie narasta, błękitnooka wariatka uaktywnia się coraz częściej. Ciekawe kim była do tej pory? Przypomina mi się Tuwim ze swoją „Lokomotywą”. Gdyby wiedział, że ten pociąg tak właśnie się potoczy, pewnie by się tak nie rozpisywał. Gruba baba ociera czoło. Mały, blaszany wagonik ani drgnie.
- Czy ktoś wie czemu tyle stoimy?
- Maszynista coś mówił, ale nie rozumiałem
- Nikt nie rozumiał. Pieprzony Pakol! – odzywają się coraz to nowe głosy. Siedzę spocony. Mi też się ta próba nie podoba. Taką mamy society! Tunel, światła, przepalone żarówki. Trzeszczące głośniki (wspominałem, że nawaliła klimatyzacja?). Spoglądam na nagie dziecko, macha bezradnie nóżkami. Wtula się w ramiona matki. Chyba wie najlepiej, że coś tutaj jest nie tak. Reszta pasażerów już dawno zapomniała. Spoglądam na wariatkę, ona powoli zdejmuje sukienkę. Nie przerywa śpiewania. Ma delikatne piersi, sterczące sutki, mleczną cerę.
- Pani się ubierze – ktoś wrzeszczy
- I przestanie, do jasne cholery mamrotać, czy śpiewać!
- Przecież ja jestem ubrana – mówi spokojnym głosem kobieta. Spoglądam na nią. Niby jest ubrana. Widzę jej sutki, koronkowe, czerwone majtki. Czy można być bardziej nagim?
- Przecież ja jestem ubrana! – nalega powoli zasłaniając piersi. Milknie, zamyka usta. Przestaje śpiewać.
Minęła dwudziesta minuta. Zapalają się światła. Wagonik powoli zaczyna się poruszać. Szary krajobraz za oknem zaczyna się przesuwać. Kobieta w rogu poprawia makijaż. Starszy Anglik czyta The Times. Zginęło trzech żołnierzy w Afganistanie. Wszyscy o tym piszą. Zjednoczone społeczeństwo współczuje. Zjednoczone Królestwo będzie się jednoczyć. Gruba baba wyciąga kanapkę, sprawdza zawartość torebki. Spoglądam w dekolt siedzącej obok kobiety. Pal licho żołnierzy! Anglia to taki kraj, gdzie nie wypada się na siebie patrzeć. Ale odwróć bracie klepsydrę! Zacznij tykać. Tymczasem jakiś nudziarz łamie z nerwów ołówek, sudoku okazało się za trudne. Rozgląda się uważnie w około, nasuwa na nos grube okulary. Mijamy kolejne stacje. Podono szczury są bardzo mądre. Wsiadają kolejni podróżni. Pan doktor, hydraulik. Budowlaniec. Gruba baba maluje usta szminką. Ma bardzo ważne spotkanie, na które i tak już jest spóźniona. Lubię oglądać ich spokojne twarze. Tak, chociaż z innych powodów to ja również się cieszę, że to wszystko sprawnie działa.
Na którymś przystanku wysiada matka z dzieckiem. Dziecko nadal cichuteńko płacze. Kobieta okrywa jego nagie ciało czarnym płaszczem. Chłopiec panicznie ściąga odzienie. Ale nim zdąrzy się obronić, ten pociąg zatrzyma się ponownie. Nasza zdrowa society znowu zostanie wystawiona na próbę.
Paweł Gawroński (ur. 1982) - poeta, prozaik, dramaturg. Aktywnie działa w wielu organizacjach literackich w Polsce i na świecie. Redaktor londyńskiego Off Magazine. Obecnie mieszka w UK.



