Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka


reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Proza > Skrzek Oktawiusz: Wakacje zielonego jamnika

Skrzek Oktawiusz: Wakacje zielonego jamnika

Szło to wtedy mniej-więcej tak:
-         Księżna jest dziś w fatalnym nastroju, nie radzę jej niepokoić na próżno– oznajmił lekko zaspany kanclerz.
-         Poradzę sobie.
-         Jest pan pewien?
-         Proszę nie zadawać głupich pytań– odparłem, gdyż pewność siebie od zawsze była w stosunkach z nią moją mocną stroną.
-         A zatem zapraszam.
Gdzieś w ścianach skrzypnęły mechanizmy i natychmiast otwarły się drzwi. Komnata tonęła w ciemnościach. Pośrodku stało ogromne łoże i wyłącznie ono oświetlone było szerokim, choć mglistym, snopem stłumionego światła. Zajmowała je władczyni. Była tak tłusta, że z pewnością ciężko jej było podnosić się z tego ociekającego przepychem barłogu. A jednak musiała to robić; przynajmniej raz na jakiś bliżej nieokreślony czas, pomyślałem, by pokazywać się poddanym.
-         Kwiatuszku, chodź do mnie – zaskomlała, ujrzawszy mnie.
Wcale nie była specjalnie rozgoryczona, zachowywała się i wyglądała jak zawsze. Całe jej gigantyczne cielsko oblepione było długimi włosami i zaschniętym potem. Drżało jak w delirium, wiecznie ogarnięte jakimiś chorymi majakami. Podszedłem bliżej.
Pod łóżkiem wylegiwała się chmara psów, wszędzie walały się na wpół opróżnione plastikowe miski z wodą, resztkami żarcia. Zwierzęta, liżąc się nawzajem, warczały, a nawet wyły.
-         Czemu nie mogę cię dostrzec? – zapytała.
-         Jest za ciemno.
-         Bliżej, bliżej!
-         Wystarczy.
-         Nie widzę cię!
Kotary były nisko opuszczone, ściśle otulały wielkie gotyckie okna, a jednak łuny pełnego księżyca przebijały się do wewnątrz, rzucając obcisłe plamy na błyszczący parkiet tuż przy ścianach.
-         Miałam dziś ciężki dzień. Ten dureń chrzanił od rzeczy o finansach księstwa.
-         Wiem, słyszałem w porannych wiadomościach. Jesteś na dnie.
-         To wszystko przez tę wojnę – sapnęła, po czym obficie ziewnęła – jak oni mnie wszyscy irytują tymi swoimi cholernymi bredniami. Palanci.
Wojna, jaką rozpętała za swojej młodości, trawiła rokrocznie resztki mdłego oporu stawianego przez kraj. Siły księstwa były na skraju wyczerpania, upadek pałacu, wszyscy wiedzieli, jest kwestią najbliższych miesięcy. Możliwe że tygodni.
-         Hmm... – zamyśliłem się, spoglądając na jej opuchniętą twarz. Brudną, zniszczoną twarz starej kobiety.
-         No chodź tutaj. Maleńki...
-         Wiesz, nie mam dziś chyba ochoty na nic więcej.
-         Przynajmniej ty mi tego nie rób!
Byłem u niej tydzień temu. Graliśmy w karty. W pokera. Wtedy wygrała.
-         Może zagramy w karty? – zmieniłem temat.
-         Nie, nie! Wskocz tutaj – mówiąc to, wskazała na rozszczekaną watahę: kłębowisko wyliniałej sierści, gówien i kości, turlających się przy łóżku.
Milczałem. Byłem zmęczony jej ciągłym niezaspokojeniem. Mój czas dobiegał końca. Będąc absolutnie pewnym, że będzie to najsensowniejsze rozwiązanie, mruknąłem:
-         Muszę już iść.
-         Nie wolno ci! Kategorycznie zabraniam! – piszczała – Straaaaaaż!!!
Ale nikt się nie zjawiał. Sama kazała wytłumić swoją sypialnię, aby żaden dźwięk nie wydostawał się na zewnątrz. Widocznie nie przyzwyczaiła się jeszcze do myśli, że jest właściwie całkowicie odizolowana od reszty świata, a ostatnim, co łączyło ją z ludźmi, jest ten niskawy gościu, anonsujący mnie za każdym razem, gdy przychodziłem; człowiek, którego nienawidziła najbardziej.
Psy od dłuższego czasu jej nie słuchały; zresztą gdyby nawet rozkazała im rzucić się na mnie, nic by nie zdziałały, zbyt były leniwe nieskończonym wylegiwaniem się u jej wezgłowia, a przede wszystkim za bardzo podobne do niej.
Więc teraz nie mogła nawet dobrze przyjrzeć się mojej twarzy, bo cały spowity byłem przez noc – później też nie, ponieważ odwróciłem się i wyszedłem, nie mówiąc już nic.
Przekraczając drzwi, sterowane za pomocą przycisku ukrytego w futrynie, słyszałem jeszcze obłędne wyzwiska, jakimi ciskała w moim kierunku.
-         Już?! – zawołała jakaś nadworna trzpiotka, gdy kroczyłem żwawo przez hol.
-         Ona nie jest dziś...
-         To chodź do mnie! – rozentuzjazmowana, przerwała mi wpół słowa.
-         Nie mam siły, kochanie.
-         Nigdy nie masz.
A ja wzruszyłem tylko ramionami i wycofałem się w kierunku bram.
Było chłodnawo. Twarz drętwiała przy opuszczaniu murów zamku. Na niebie błyskały czerwono-niebieskie światełka krążących helikopterów, podczas gdy sunące z wolna chmury co chwila przysłaniały tarczę księżyca, oplatając rezydencję księżnej coraz intensywniejszą czernią.
Minąłem fortyfikacje i wkroczyłem na teren metropolii. Było tu o wiele jaśniej, latarnie żarzyły się ciepłymi, pomarańczowymi poświatami. Po mieście włóczyły się bandy zalanych nastolatków, roiło się od nich szczególnie przy wyjściach z knajp. Kiedy zatrzymałem się, by zapalić, przyczepił się do mnie jakiś typek próbujący wysępić jednego. Odstąpiłem mu pół paczki, po czym skierowałem się w kierunku portu, gdzie stał jeden z moich ulubionych barów. Dobrze znałem to miejsce; co mi się podobało w nim najbardziej, to ludzie, którzy dobrze wiedzieli, czego się po mnie spodziewać. Mogłem być pewien, że o ile nie będę pragnął towarzystwa, resztę nocy spędzę w niezakłóconym przez nikogo spokoju. Tego mi właśnie było trzeba.
Lecz gdy natknąłem się na K., siedzącego przy stoliku zaraz obok wejścia, wszystko potoczyło się lawinowo. Wypiliśmy ze dwie kolejki, nim zdążył zadać pierwsze ze swoich niewygodnych pytań:
-         Po co ty się w to dalej pchasz?
Milczałem chwilę, a potem odpowiedziałem ze złudnym opanowaniem:
-         Sam nie wiem, ona daje mi możliwości, rozumiesz, samorealizacji.
-         Realizacji...
-         No wiesz, gdyby nie to, nie mógłbym żyć w ten sposób – podniosłem rękę i, zataczając półkole, wskazałem na wnętrze.
-         W porządku. To dobry argument.
-         Wiem.
Obaj parsknęliśmy. Podeszła do nas kelnerka i drobnymi usteczkami wymuskała swoje urocze: „podać coś?”. K. poprosił jasne pełne – ale żeby było schłodzone – ma się rozumieć, odparła tamta z niefrasobliwym uśmieszkiem. Ja wziąłem dwa, nie wiem, co mi strzeliło do głowy, i kiedy wróciła, trzymając w dłoni chybotającą się tacę z trzema szklankami, powiedziałem:
-         Proszę dopisać do rachunku pałacu.
Postawiła przed nami szkło, a myśmy siedzieli jak zamurowani, taka była rozkosznie dziewczęca ta panienka o długimi blond włosach, skręcających się w rozwlekłe łuki poniżej karku.
Pociągałem raz z jednej, raz z drugiej szklanki, myśląc o jednym: jak przestać tam chodzić, tylko to zaprzątało moje myśli, żadne tam wojny, żadne walki powstańcze na zachodzie – jak przestać głupawo rechotać do żartów księżnej, wdychać odór tego zgnuśniałego mięsa. Kiedy w końcu zbliżałem się do miejsca, w którym ma się dość, wtedy właśnie K. zaproponował łyknąć świeżego powietrza. Skinąłem na piwo:
-         Daj mi dokończyć.
-         Nie, to ty mi daj skończyć – wypalił – Jest robota, i to cała masa roboty, ale musimy stąd wyparować.
-         Ale co?
-         Poczekaj aż ci powiem. Jak byłem w kiblu – a był tam relatywnie niedawno – to gadałem z Prezesem. Odpłaci się sowicie.
-         No, zastrzel mnie.
-         Wszystko przez wojnę. On jest poważnym biznesmenem. Z powodu kryzysu w handlu chce skończyć z tym syfem. Trzeba mu kogoś, żeby podpalić to gówno – raptownie zamilkł i dodał po cichu – Sabotaż.
-         Pałac?
-         Tak, i to jeszcze dziś w nocy.
-         Pojebało cię do reszty.
Skoro jednak to powiedziałem, w głowie naraz zaświtała mi myśl, że ten pomysł jest tak nieprawdopodobnie szalony, że aż chciałoby się spróbować.
-         Będziemy mieli naprawdę przesrane, jak nas złapią – wycedziłem – spiskowcy idą u nas na krzesło elektryczne. Bez sądu.
-         Wiem, ale ryzyko jest warte stawki. Pomyśl tylko: koniec wszystkich zmartwień. Forsa będzie. Duża suma. Podzielimy się po połowie. A gość ma też znajomego pasera. Jak się zgodzimy, zaraz będziemy mieli lewe paszporty. Zresztą, po co nam, damy radę i bez. Wyjedziemy gdzieś. Tam jest inaczej.
-         A jak nas nie przepuszczą przez granicę?
-         Ciebie nie wypuszczą?
-         No tak. Tylko cały czas nie rozumiem.
-         No?
-         Czemu akurat my?
-         Bo myśmy się akurat nawinęli. Jakby nie to, wziąłby każdego.
-         Aż tak ci ufa?
-         On ufa każdemu, przecież ci mówię.
Wahałem się jeszcze moment, ale w końcu zdecydowałem się:
-         Więc chodźmy.
-         Nie tak szybko.
-         A co, jest w tym jakiś haczyk?
-         Tu nie o to idzie. Najpierw muszę ci opowiedzieć o zielonym jamniku.
-         Zielonym jamniku? – spytałem, zbity lekko z tropu – Co z nim?
-         Ale do tego musisz napić się czegoś mocniejszego.
-         Dobra.
Zamówiliśmy po setce czystej. Kiedy nam je przyniesiono, usiadłem wygodniej na krześle, głowę zwracając ku niemu; tkwiłem tak, skamieniały, z podbródkiem jakby przylepionym do blatu stolika.
Po pociągnięciu pierwszego łyka i przepiciu piwem on zaczął swoją nawijkę i jego słowa zlewały się ze ścianami i sufitem tej mordowni, z zamulającymi szeptami towarzystwa, które, już schlane, piło dalej, bełkocząc od rzeczy pod swoimi poobdzieranymi mordami. Wszystko było tam niemrawe jak jego głos:
-         No więc był sobie kiedyś zielony, rozumiesz, jamnik. I on wcale nie był jakiś niezwykły, prócz tej trawiastej sierści nie różnił się jakoś znacznie od innych psów swojego gatunku. Był niski i długi, zwykle ociągał się przy wchodzeniu do autobusów, no chyba że spał akurat w koszyku, przewieszonym przez ramię jego właścicielki, starszej kobiety krążącej bez celu po mieście. Był jej jedynym przyjacielem. Wiesz, pies, niby najwierniejszy przyjaciel człowieka, che, che.
Uśmiechnąłem się cierpko i na powrót wtopiłem usta w chłodne szkło literatki.
-         Pewnego pięknego lipcowego wieczora szedł sobie deptakiem, jak gdyby nigdy nic, z tą kobietą. No wiesz, raczej to ona z nim szła.
-         No...
-         I idą, spacerują, słońce świeci im w twarze. Pełne, letnie słońce. I nagle z bramy wynurza się facet, a musi być już późno, bo słońca nagle nie ma, a przed chwilą było. I on pochodzi, przykłada pistolet do jej skroni, jamnik wskakuje do koszyka, a tamten mówi, nie zauważając psa, oddawaj kasę, ty stara zdziro, a ona że nie ma, bo biedna raczej była, wiesz, babunia ciułająca z dnia na dzień z emerytury, dziewięć stów miesięcznie, co z tego życia masz, no nie? I zaczyna się tłumaczyć, gestykulować. On na to pełen wkurw, coraz bardziej poirytowany, cisza pustych ulic tonie we krzyku. W końcu nie wytrzymuje. Pociąga za spust. Rozpierdolił jej pół łba. Jak przyjechali karetką, nie mieli co zbierać. I jedyne, co zdążył jej zabrać, to koszyk z psem. A jamnik był jednym z tych lotniejszych, od raz zczaił, co się stało, ale nie dał nic po sobie, rozumiesz.
-         Rozumiem.
-         Wsiedli do tramwaju. Wyglądał jak skończony idiota z wiklinowym koszykiem, ten morderca. Zresztą:zabijać dla nijakiej kapuchy, co to znaczy, dla dzisiejszego człowieka nie ma rzeczy niemożliwych, dla dziewięciu stów, i to pewnie niecałych, bo zdążyła już wydać dwa pięćdziesiąt na bułki. Zajechali na pętlę, wysiedli i do niego: po schodach. Do góry. Na ostatnie piętro. Przekręcił klucz w zamku, uchylił drzwi, wszedł. Na szybkości wypierdala do dużego pokoju, rzuca wszystko, opuszcza żaluzje, koszyk na łóżko, otwiera wieko, a tam jamnik. I jak nie wyskoczy do gardła gościowi.
Zwiesił głos, a potem wyszeptał:
-         Gościu utonął w kałuży krwi. Mówię ci, zagryziony, śmierć na miejscu.
-         I to wszystko jamnik?
-         Jamnik.
-         Ja pierdolę.
-         I wiesz, co on na koniec zrobił, ten jamnik?
-         No co?
-         Zapomniał i wyjechał. Jak gdyby nigdy nic. Na wakacje nad Morze Czarne.
-         ...
Zapadła gęsta cisza. Wyraźnie rozróżnić można było słowa, jakimi posiłkowali się ostatni klienci, przeklinając wszystko dookoła.
-         To jak, idziemy? – wymsknęło się K.
-         Eee...
-         Czaisz, o co chodzi z tym jamnikiem, no nie?
-         Niby tak...
-         Jesteś pewien? – spytał z niepewnością w głosie.
-         Jasne.
Pociągnął jeszcze łyk. Jego literatka była pusta. Moja też.
-         To idziemy – zawyrokował, a następnie skinął na pierwszą lepszą panienkę i gdy zbliżyła się na odległość dłoni, szepnął jej do ucha:
-         Ja i mój kolega. Z tobą na górze.
Zachichotała. A to była ta sama, która wcześniej podawała nam browar, jak Boga kocham, najwspanialsza panienka globu, dojrzała i uświadomiona, zamknięta w ciele nastolatki. Teraz dostępna dla nas. Jak w jakiejś promocji. Bardzo spodobał mi się ten pomysł, bo była naprawdę niesamowita. Po miesiącach męczarń przy cielsku księżnej należało mi się zadośćuczynienie. W postaci tej laluni.
A jednak. Mimo uczucia niejakiego zachwytu jej dziewczęcością, coś w niej nie dawało mi spokoju. Wdrapując się po schodach, spytałem cicho, tak, by K. nie usłyszał:
-         Co ty tu właściwie robisz, dziecinko?
Lecz ona nie odpowiedziała. Przystanęła i rzuciła jedno figlarne spojrzenie w tył, zmierzyła mnie całego. Potem znów ruszyła przed siebie. Nic więcej.
Tyle tylko, że sekundę później, speszony i mocno czymś rozdygotany, wlepiałem już wzrok w jej jędrne pośladki, które miarowo unosiły się i opadały to w górę, to w dół.
 
(sierpień – wrzesień 2009)



Oktawiusz Skrzek (ur. 1986) – prozaik, przed debiutem książkowym, student polonistyki Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Mieszka na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.
 
 
 

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry