- Czy Günter Grass to jeszcze pisarz czy już przedsiębiorstwo?
Potrafiła zaskakiwać pytaniami.
- Nie wiem – odpowiedziałem. Po namyśle dodałem: - Ale mogę Ci opisać parę chwil z życia innego pisarza. Z życia pisarza zwanego: JPK.
Zacznijmy od początku. Od rana.
JPK budzi się późno, tak gdzieś o 11:00 z przechyłem na 12:00.
Rozbudza się długo i leniwie, ale do końca nigdy nie wiadomo, czy jest jeszcze w sennych marzeniach, czy już w dziennych majakach?
Potem następują po sobie czynności zwyczajnie sympatyczne, miłe i zabawne: odlewanie moczu, parzenie herbaty, nabijanie fajki, fałszowanie melodii sprzed lat, wypluwanie wczorajszych fajek, nerwowe szukanie dobrego listu w porannej korespondencji, głaskanie zwierząt dużych i małych i czytanie listu od żony.
Właściwie nie tyleż listu, co listy próśb, zaleceń, błagań, sugestii, żądań i poleceń na dzień właściwy dla daty w kalendarzu wiecznie leżącym na parapecie.
Wszystko to dzieje się przy na w pół otwartych oczach, jeżeli patrzy się od dołu, lub zamkniętych do połowy, jeżeli patrzy się z góry na bohatera poranka pisarza.
O ziewaniu i drapaniu się tu i tam nie wspomnę, bo to rzecz zwyczajna również w poranku kowala.
Po trzydziestu minutach tego rytualnego zachowania, dwa metry kości zostaje złożone na krześle, noga stołu zostaje po raz setny przetrącona w tym samym, co zawsze miejscu i rozpoczyna się najcudowniejsza chwila każdego dnia: snucie planów na najbliższe kilkanaście godzin.
Plany są wyrafinowane, precyzyjne, ubrane w cudowną frazę, zdające się być dogłębnie przemyślane i mimo to... rozkosznie anulowane w momencie ich narodzin.
Marność nad marnościami, ino proch to wszystko i zachmurzony JPK wręcza listę zakupów gościowi a sam sadowi się w swojej świątyni dumania. WC.
Gość wraca, rozkłada zakupy po półkach i stepuje pod słowa refrenu wyciekające z łazienki: "nie mogę ci wiele dać”.
Po kilku minutach koścista postać wychodzi ze spokojnego zakątka, ryczy – ot tak tylko, dla przeczyszczenia - i wreszcie zaczyna tańczyć, osobiście, wokół swojej osi życia: maszyny do pisania.
Przymierzanie się, siadanie, wstawanie, chodzenie, odwlekanie, pretekstowanie ... zwierzęta duże i małe świetnie bawią się.
Ale miły czas ma się ku końcowi.
Żółte od nikotyny palce podnoszą się w górę, klawisze maszyny truchleją, zwierzęta uciekają pod stół, gość blednie, niebo zatrwożone ucieka wraz z wiatrem na wschód ... Wchodzi żona.
Właśnie wróciła z pracy.
Już wróciła z pracy.
Dlaczego do cholery już wróciła tak szybko bez sensu z pracy?
Na stół wjeżdża bardzo niedobry obiad, bo w lodówce były tylko niedobre rzeczy, potem JPK trzeba dopieścić, potem trzeba pokłócić się z TV i wyślizgać z domu nielubianych przyjaciół od serca.
Śpi dom.
Śpią Panewniki.
Z „dziupli” słychać słowa nagranej na magnetofon powieści i klekot maszyny do ich przepisania.
Gość wyciąga zza fotela „nie ma przyjęcia bez Okęcia” i jest bardzo szczęśliwy.
Ale przychodzi ten dzień, gdy rękopis pokonał gusta „ciot rewolucji”, cmokierów i klakierów, urzekł redaktorów i nakazał wydawcy uwierzyć w jego twórcę i został zatwierdzony jako przyszła książka.
W ten dzień maszynopis jedzie do cenzury i wraca ze światłymi nakazami.
Cenzor Grudziałek zmienił tytuł powieści „Kocia łapa” na „Ewa i Aneta” …
Nie, nie zmienił.
Chciał zmienić.
Chciał zmienić, ale po zaciekłych bojach autora i wydawcy odstąpił, na dzień … i nakazał wykreślić z powieści nazwy leków.
Była to decyzja, co najmniej dziwna zważywszy, że powieść zaludniały tabuny lekomanów.
JPK wstrząsnęło to wszystko i wpędziło w chwilowe pomieszanie zmysłów do tej pory zdrowych.
W głębokim bólu wydzwaniał do przypadkowych osób, brał do rąk rożek myśliwski i przeraźliwie trąbił w słuchawkę.
Chciał też trąbić z okazji mijanego radiowozu, komisariatu i zakonnic, ale zabrałem mu rożek.
Nie mógł się uspokoić.
Usiłowałem go za wszelką cenę rozweselić i w Katowicach zadzwoniłem do poety-prezesa Szczątkiewicza i jako redaktor TRYBUNY POETÓW Edmund Kocherko, przeprowadziłem wywiad na temat JPK.
JPK oczywiście słuchał z drugiego aparatu bełkotu prezesa-poety.
Czas płynął i cenzurę zlikwidował wolny rynek.
Wolny rynek zlikwidował wiele rzeczy, ale nie zdołał wyeliminować z życia pisarzy i czytelników.
Pisarz sam, we własnej swej pisarskiej osobie, poszedł do drukarni i za pieniądze żony wydrukował książkę.
Książka już jest w paczkach a paczki leżą w przedpokoju do dziupli mistrza.
JPK jest za mądry by czekać aż księgarze łaskawie odeślą jego powieść na przemiał.
Za radą Urbana czy Wałęsy, już nie pamiętam, wziął własne sprawy we własne ręce i jął jeździć po Polsce i handlować swoimi książkami.
To tylko się mówi: „handlować własnymi książkami”.
To był handel swoim sercem, umysłem, emocjami, myślami i ambicjami.
To było stanięcie twarzą w twarz z przypadkowym odbiorcą, który leciał po pietruszkę do zupy.
To była walka z własną nieśmiałością, nerwicą, depresją, gnuśnością i tym wszystkim, co pcha człowieka do pisania. Do tworzenia i odtwarzania. Co wpycha w szaleństwo ujrzenia własnego nazwiska w druku. To była odpowiedź na przedwieczny zew narcyzmu.
Z racji tego jeżdżenia po Polsce środowisko wysmakowanej frazy zaczęło zeń szydzić nazywając go Janem Pawłem III.
Jego trasę handlową mogę Ci podać w formie prasowych komunikatów z czynów gangu Stężałego Tryka.
„W mieście Brzeg, w bibliotece, JPK sterroryzował bibliotekarki, zmusił je do zakupu swoich książek i na koniec już podał im zatrutego ptysia; nazwał Lota Herba, grafomanem i mendą”.
Myślałem, że ten Lot to jakiś śląski, oświeceniowy filozof, ale okazało się, że to serdeczny przyjaciel po piórze.
„W mieście Oława, w lombardzie, JPK niezrażony napisem: „złoto i inne kosztowności”, podał na swoje książki takie ceny, że właścicielka usiłowała pozbyć się bezczelnego pisarza przy pomocy wyjątkowo agresywnych dobermanów”.
W ogóle Oławę nieszczególnie wspominam.
„W Oławie, w dobrej restauracji JPK zaproponował poezje, a zgodny chór ryknął: ”My tu pijemy wódkę”.
Jeszcze nigdy nie przeprowadzono tak wyraźnego rozdziału wódki od poezji.
Tak. Skończyły się czasy, gdy poeta JPK, w Gliwicach, na konfrontacjach literackich, poproszony o zabranie głosu zacytował kawałek – wyjątkowo maleńki kawałek - swojej twórczości: ”Anglik ziewnął głęboko”.
Podziękował, wziął tacę z pączkami i wyszedł.
To znaczy JPK wziął tacę z pączkami, jako że nie jadł od tygodnia, a miłośnicy poezji zgotowali mu owację na stojąco.
We Wrzoskach sprzedawaliśmy książki przy rożnie.
No i proszę. Niby tylko rożno, kapiący na płyty chodnika tłuszcz, pita z gwinta wiara, a tu, o dziwo wiele osób z przyjemnością nabyło kaszankę i tomik poezji: „Świeczka w oknie”.
W Opolu cudowna dziewczyna, kupując poezje JPK dla mamy powiedziała: „traktuję ten tomik jako ostrzeżenie przed zbytnim obnażaniem się”.
JPK trafił szlag.
Ona, ta …, mówiła o niestosowności obnażania się, w chwilę potem jak nas wywalono z ratusza gdzie usiłowaliśmy rozniecić kaganek oświaty wśród urzędników magistratu. A czymże jest literatura? No, czym? Właśnie obnażaniem się, czyli krzykiem: „Nie tylko wy! Ja też!”.
W kawiarni, w filharmonii opolskiej, JPK podchodzi do stolika i mówi: ”Jestem pisarzem…” pada błyskawiczna riposta: ”Nie robi to na nas wrażenia”.
Na mnie ta riposta zrobiła wrażenie i tarzałem się ze śmiechu aż do Wrocławia.
We Wrocławiu, w pubie „Pod Gryfami” JPK sprzedawał książki, ja dzwoniłem do Basi B. ze swoimi spóźnionym o 20 lat wyznaniami, barmanka rozlewała koktajl ZOMBIE [rum + cherry brandy] o zwalającej mocy, a dworzec wrocławski przypominał tłuste czasy Prus.
Byliśmy wykończeni.
I pisarz i ja byliśmy wypaleni do cna.
W hotelu, JPK nasrał do umywalki, następnie swoimi dłońmi pianisty wywalił ten produkt umysłu do kosza na śmieci i wyszedł z pokoju, bardzo, naprawdę bardzo z siebie zadowolony.
Ja też, nie wiedzieć czemu, byłem zadowolony.
.jpg)

Potrafiła zaskakiwać pytaniami.
- Nie wiem – odpowiedziałem. Po namyśle dodałem: - Ale mogę Ci opisać parę chwil z życia innego pisarza. Z życia pisarza zwanego: JPK.
Zacznijmy od początku. Od rana.
JPK budzi się późno, tak gdzieś o 11:00 z przechyłem na 12:00.
Rozbudza się długo i leniwie, ale do końca nigdy nie wiadomo, czy jest jeszcze w sennych marzeniach, czy już w dziennych majakach?
Potem następują po sobie czynności zwyczajnie sympatyczne, miłe i zabawne: odlewanie moczu, parzenie herbaty, nabijanie fajki, fałszowanie melodii sprzed lat, wypluwanie wczorajszych fajek, nerwowe szukanie dobrego listu w porannej korespondencji, głaskanie zwierząt dużych i małych i czytanie listu od żony.
Właściwie nie tyleż listu, co listy próśb, zaleceń, błagań, sugestii, żądań i poleceń na dzień właściwy dla daty w kalendarzu wiecznie leżącym na parapecie.
Wszystko to dzieje się przy na w pół otwartych oczach, jeżeli patrzy się od dołu, lub zamkniętych do połowy, jeżeli patrzy się z góry na bohatera poranka pisarza.
O ziewaniu i drapaniu się tu i tam nie wspomnę, bo to rzecz zwyczajna również w poranku kowala.
Po trzydziestu minutach tego rytualnego zachowania, dwa metry kości zostaje złożone na krześle, noga stołu zostaje po raz setny przetrącona w tym samym, co zawsze miejscu i rozpoczyna się najcudowniejsza chwila każdego dnia: snucie planów na najbliższe kilkanaście godzin.
Plany są wyrafinowane, precyzyjne, ubrane w cudowną frazę, zdające się być dogłębnie przemyślane i mimo to... rozkosznie anulowane w momencie ich narodzin.
Marność nad marnościami, ino proch to wszystko i zachmurzony JPK wręcza listę zakupów gościowi a sam sadowi się w swojej świątyni dumania. WC.
Gość wraca, rozkłada zakupy po półkach i stepuje pod słowa refrenu wyciekające z łazienki: "nie mogę ci wiele dać”.
Po kilku minutach koścista postać wychodzi ze spokojnego zakątka, ryczy – ot tak tylko, dla przeczyszczenia - i wreszcie zaczyna tańczyć, osobiście, wokół swojej osi życia: maszyny do pisania.
Przymierzanie się, siadanie, wstawanie, chodzenie, odwlekanie, pretekstowanie ... zwierzęta duże i małe świetnie bawią się.
Ale miły czas ma się ku końcowi.
Żółte od nikotyny palce podnoszą się w górę, klawisze maszyny truchleją, zwierzęta uciekają pod stół, gość blednie, niebo zatrwożone ucieka wraz z wiatrem na wschód ... Wchodzi żona.
Właśnie wróciła z pracy.
Już wróciła z pracy.
Dlaczego do cholery już wróciła tak szybko bez sensu z pracy?
Na stół wjeżdża bardzo niedobry obiad, bo w lodówce były tylko niedobre rzeczy, potem JPK trzeba dopieścić, potem trzeba pokłócić się z TV i wyślizgać z domu nielubianych przyjaciół od serca.
Śpi dom.
Śpią Panewniki.
Z „dziupli” słychać słowa nagranej na magnetofon powieści i klekot maszyny do ich przepisania.
Gość wyciąga zza fotela „nie ma przyjęcia bez Okęcia” i jest bardzo szczęśliwy.
Ale przychodzi ten dzień, gdy rękopis pokonał gusta „ciot rewolucji”, cmokierów i klakierów, urzekł redaktorów i nakazał wydawcy uwierzyć w jego twórcę i został zatwierdzony jako przyszła książka.
W ten dzień maszynopis jedzie do cenzury i wraca ze światłymi nakazami.
Cenzor Grudziałek zmienił tytuł powieści „Kocia łapa” na „Ewa i Aneta” …
Nie, nie zmienił.
Chciał zmienić.
Chciał zmienić, ale po zaciekłych bojach autora i wydawcy odstąpił, na dzień … i nakazał wykreślić z powieści nazwy leków.
Była to decyzja, co najmniej dziwna zważywszy, że powieść zaludniały tabuny lekomanów.
JPK wstrząsnęło to wszystko i wpędziło w chwilowe pomieszanie zmysłów do tej pory zdrowych.
W głębokim bólu wydzwaniał do przypadkowych osób, brał do rąk rożek myśliwski i przeraźliwie trąbił w słuchawkę.
Chciał też trąbić z okazji mijanego radiowozu, komisariatu i zakonnic, ale zabrałem mu rożek.
Nie mógł się uspokoić.
Usiłowałem go za wszelką cenę rozweselić i w Katowicach zadzwoniłem do poety-prezesa Szczątkiewicza i jako redaktor TRYBUNY POETÓW Edmund Kocherko, przeprowadziłem wywiad na temat JPK.
JPK oczywiście słuchał z drugiego aparatu bełkotu prezesa-poety.
Czas płynął i cenzurę zlikwidował wolny rynek.
Wolny rynek zlikwidował wiele rzeczy, ale nie zdołał wyeliminować z życia pisarzy i czytelników.
Pisarz sam, we własnej swej pisarskiej osobie, poszedł do drukarni i za pieniądze żony wydrukował książkę.
Książka już jest w paczkach a paczki leżą w przedpokoju do dziupli mistrza.
JPK jest za mądry by czekać aż księgarze łaskawie odeślą jego powieść na przemiał.
Za radą Urbana czy Wałęsy, już nie pamiętam, wziął własne sprawy we własne ręce i jął jeździć po Polsce i handlować swoimi książkami.
To tylko się mówi: „handlować własnymi książkami”.
To był handel swoim sercem, umysłem, emocjami, myślami i ambicjami.
To było stanięcie twarzą w twarz z przypadkowym odbiorcą, który leciał po pietruszkę do zupy.
To była walka z własną nieśmiałością, nerwicą, depresją, gnuśnością i tym wszystkim, co pcha człowieka do pisania. Do tworzenia i odtwarzania. Co wpycha w szaleństwo ujrzenia własnego nazwiska w druku. To była odpowiedź na przedwieczny zew narcyzmu.
Z racji tego jeżdżenia po Polsce środowisko wysmakowanej frazy zaczęło zeń szydzić nazywając go Janem Pawłem III.
Jego trasę handlową mogę Ci podać w formie prasowych komunikatów z czynów gangu Stężałego Tryka.
„W mieście Brzeg, w bibliotece, JPK sterroryzował bibliotekarki, zmusił je do zakupu swoich książek i na koniec już podał im zatrutego ptysia; nazwał Lota Herba, grafomanem i mendą”.
Myślałem, że ten Lot to jakiś śląski, oświeceniowy filozof, ale okazało się, że to serdeczny przyjaciel po piórze.
„W mieście Oława, w lombardzie, JPK niezrażony napisem: „złoto i inne kosztowności”, podał na swoje książki takie ceny, że właścicielka usiłowała pozbyć się bezczelnego pisarza przy pomocy wyjątkowo agresywnych dobermanów”.
W ogóle Oławę nieszczególnie wspominam.
„W Oławie, w dobrej restauracji JPK zaproponował poezje, a zgodny chór ryknął: ”My tu pijemy wódkę”.
Jeszcze nigdy nie przeprowadzono tak wyraźnego rozdziału wódki od poezji.
Tak. Skończyły się czasy, gdy poeta JPK, w Gliwicach, na konfrontacjach literackich, poproszony o zabranie głosu zacytował kawałek – wyjątkowo maleńki kawałek - swojej twórczości: ”Anglik ziewnął głęboko”.
Podziękował, wziął tacę z pączkami i wyszedł.
To znaczy JPK wziął tacę z pączkami, jako że nie jadł od tygodnia, a miłośnicy poezji zgotowali mu owację na stojąco.
We Wrzoskach sprzedawaliśmy książki przy rożnie.
No i proszę. Niby tylko rożno, kapiący na płyty chodnika tłuszcz, pita z gwinta wiara, a tu, o dziwo wiele osób z przyjemnością nabyło kaszankę i tomik poezji: „Świeczka w oknie”.
W Opolu cudowna dziewczyna, kupując poezje JPK dla mamy powiedziała: „traktuję ten tomik jako ostrzeżenie przed zbytnim obnażaniem się”.
JPK trafił szlag.
Ona, ta …, mówiła o niestosowności obnażania się, w chwilę potem jak nas wywalono z ratusza gdzie usiłowaliśmy rozniecić kaganek oświaty wśród urzędników magistratu. A czymże jest literatura? No, czym? Właśnie obnażaniem się, czyli krzykiem: „Nie tylko wy! Ja też!”.
W kawiarni, w filharmonii opolskiej, JPK podchodzi do stolika i mówi: ”Jestem pisarzem…” pada błyskawiczna riposta: ”Nie robi to na nas wrażenia”.
Na mnie ta riposta zrobiła wrażenie i tarzałem się ze śmiechu aż do Wrocławia.
We Wrocławiu, w pubie „Pod Gryfami” JPK sprzedawał książki, ja dzwoniłem do Basi B. ze swoimi spóźnionym o 20 lat wyznaniami, barmanka rozlewała koktajl ZOMBIE [rum + cherry brandy] o zwalającej mocy, a dworzec wrocławski przypominał tłuste czasy Prus.
Byliśmy wykończeni.
I pisarz i ja byliśmy wypaleni do cna.
W hotelu, JPK nasrał do umywalki, następnie swoimi dłońmi pianisty wywalił ten produkt umysłu do kosza na śmieci i wyszedł z pokoju, bardzo, naprawdę bardzo z siebie zadowolony.
Ja też, nie wiedzieć czemu, byłem zadowolony.
.jpg)




