Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka




reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Proza > Gołębiewski Łukasz: Mistrz kartofla

Gołębiewski Łukasz: Mistrz kartofla

Poznałem kiedyś człowieka, który obsesyjnie łapał muchy i komary. Rejestrował każdą ofiarę w osobnym grubym zeszycie. Starannie wykaligrafowanym pismem, wiecznym piórem stawiał swoje pochylone cyfry: 123271, 123272, 123273... Wpisywanym cyfrom towarzyszyły daty tej osobliwej ofiary, czy może raczej kolejnego pozbawionego materialnego bytu okazu w kolekcji – wpisu w rejestrze. Każda strona pożółkłego już brulionu w kratkę podzielona była na pięć rzędów kolumn od góry do dołu zapisanych cyframi, które ów człowiek wprowadzał najwyraźniej od wielu lat.

Znałem go zaledwie przez kilka letnich tygodni, wszystkie okna do jego dwupokojowego parterowego mieszkania nad Wisłą były otwarte, tak by owady mogły swobodnie wlatywać. Rejestrował jedynie zabite muchy i komary, nie ruszał ciem, sporadycznie wpadających os, a tym bardziej pająków, mrówek czy skorków, które wkradały się uporczywie po okalających starą elewację pnączach winorośli. Przy tym nie rozróżniał podgatunków, nie wyróżniał meszek, much domowych czy muszek owocowych, gzów, plujek, wujków, bedliszek, nie interesowało go komar to czy komarzyca, ofiara była za każdym razem taką samą pozycją w statystyce, tymi samymi pochylonymi cyframi starannie wpisywaną do zeszytu. Nie ważne – pożyteczne czy szkodnik, gryzące czy tylko brzęczące uciążliwie, wszystkie tępił z tą samą pasją kolekcjonera. Z satysfakcją otwierał zeszyt, śliniąc przedtem palec, długo szukał właściwej rubryki, a potem kaligrafował 123366.

Od wielu lat, od śmierci żony jak sądzę, mieszkał samotnie. Na pożółkłej ścianie nad niewielkim tapczanem wisiało zdjęcie ślubne – drobna czarnowłosa kobieta z włosami upiętymi z tyłu i opadającym na boki tiulowym welonem, wtula główkę w jego ramię. On postawny, z wąsem, w wojskowym mundurze, w rogatywce, z szarżą plutonowego. Nie wiem czy pasję buchalterską zdradzał już w tamtych czasach, czy narodziła się później, nie wiem czy może wcześniej rejestrował inne, ważniejsze rzeczy niż rozplaskane plastikową łapką owady, których truchła skrzętnie usuwał ze ścian i za każdym razem spłukiwał w sedesie. W tym krótki czasie, kiedy go znałem, nie rozmawialiśmy o czasach wcześniejszych, nie mówiliśmy też o przyszłości, ja nie zadawałem pytań, on nie rozpoczynał opowieści. Był już dobrze po siedemdziesiątce, kościsty, żeby nie powiedzieć wychudzony, z żywymi ciekawymi oczami, nad którymi wyrastały długie brwi, całkowicie białe, podobnie jak starannie zaczesana resztka włosów na jajowatej głowie. Codziennie rano schodził po nowe wydanie „Życia Warszawy”, po pachnące jeszcze piecem ciepłe bułeczki, mleko w butelce i kilka plastrów swojego ulubionego salcesonu brunszwickiego, które grubo pokrojone układał na miękkim pieczywie i smarował musztardą sarepską. Nigdy nie kupował niczego na dwa dni, nie licząc weekendów, kiedy nie wychodziło nowe wydanie „Życia Warszawy” i mój przypadkowy znajomy w ogóle nie ruszał się z domu. Nie miał rzecz jasna psa ani kota, ale długi, bardzo szeroki parapet jego przedwojennego mieszkania w całości zajęty był starannie pielęgnowanymi roślinami – były tam zarówno kwiaty, jak i pomidory czy samodzielnie wyhodowane od pestek cytrusy. Z tych ostatnich był szczególnie dumny, zwłaszcza odkąd na gałązkach pojawiły się karłowate owoce. Myślę, nie mam pewności bo o tym nie rozmawialiśmy, że te wszystkie rośliny wabić miały do jego mieszkania kolejne ofiary: 123797, 123798, kaligrafowane przy nowej dacie.

Nie rozmawialiśmy ze sobą, starszy pan sporadycznie wypowiadał jedynie opinie na temat przeczytanych artykułów, niezmiennie dotyczących wyłącznie spraw lokalnych, a to jakaś nowa inwestycja drogowa, a to gdzieś awaria kanalizacji, śmiertelny wypadek, włamanie, parada wojskowa, otwarcie nowej wystawy, z uwagą śledził też nekrologii, ale ich nie komentował, myślę, że po prostu wpatrywał się w czarne klepsydry nie w poszukiwaniu znajomych, tych chyba już nie miał, lecz by umiejscowić sobie samego siebie w czasie.

Naszą rozrywka była gra w „kartofla”. Tak ją nazywał, nigdy wcześniej ani później nie zetknąłem się z tą formą rozrywki, równie anachronicznej jak kaligrafowanie. Na kartce papieru, wydzieranej z innego zeszytu w kratkę, starszy pan stawiał cyfry, a następnie zamaszystymi okrążeniami zaznaczał jedynkę i łączył ją z kolejnym zakreślonym „kartoflem” przy liczbie dwa. Kolejny odcinek łączyłem do trójki i tak na zmianę, do końca wypisanych cyfr. Przy tym odcinki nie były proste lecz bardzo wymyślne, mój znajomy tworzył misterne labirynty i wąskie korytarze, w które zawsze potrafił wściubić jeszcze chybotliwą cieniutką kreskę prowadzącą do następnej cyfry. Przegrywał ten, kto częściej dotknął nową kreską tej, która powstała uprzednio. Za każdym razem przegrywałem ja, bo starszy pan pomimo drżących nieco dłoni perfekcyjnie i z lubością gmatwał esy i floresy na kartce formatu A5. Po skończonej grze rozpoczynaliśmy jeszcze raz, i jeszcze raz, a po upływie dwóch godzin życzliwie żegnaliśmy się do następnego dnia. Zachodziłem codziennie, codziennie przegrywałem w „kartofla” i codziennie obserwowałem jak rosną statystyki ofiar: 124008, 124009, 124010, wysmukłe zera i jedynki, pozostałe cyfry wypełniające niemal dokładnie krawędzie kratki w zeszycie.

Lato minęło, a ja wyjechałem. Nigdy więcej o starszym panu nie słyszałem, los zagnał mnie w inne strony i teraz dopiero sobie o nim przypomniałem, kiedy siedzę w upalne popołudnie i odganiam się od namolnej gzy. Chyba będę musiał ją zabić bo inaczej nie da mi spokoju, a nade wszystko w życiu cenię sobie urok ciszy. W tym celu sięgnąłem po zwinięty egzemplarz „Życia Warszawy”, który ktoś zostawił tu kilka dni temu. Co do starszego pana, to być może pasja rejestrowania kolejnych ofiar trwa nadal, może nawet rozpoczęty został już kolejny zeszyt pełen rubryk i ponurych statystyk. Nie wiem i w gruncie rzeczy mało mnie to obchodzi, ale rozplaskując tłustą gzę numer nie mam pojęcia który w moim życiu, czule pomyślałem o nim „Mistrz kartofla”.

21.10.2009



Łukasz Gołębiewski
(ur. 1971) - poeta, prozaik, dziennikarz, krytyk i wydawca. Wydał zbiór wierszy i opowiadań Naprzód. Symbole, kolory i rytmy (1990), jako współautor z Magdą Gołębiewską zbiór wierszy Ergo Sum (1991), minipowieść Franz i Aleksander (1993) i opowiadanie Franz i Aleksander 2: Ostatni lot (1996), zbiór opowiadań Alkohol (2000). W 2007 opublikował skandalizującą powieść Xenna - moja miłość. W tym samym roku ukazała się jego książka podróżnicza Meksyk - kraj kontrastów (ze zdjęciami Soni Dragi, wydanie albumowe), w 2008 powieść Melanże z Żyletką, a w 2009 roku - powieść Disorder i ja. W latach 1989-1994 związany z niezależnym pismem artystycznym Enigma Ludzie * Sztuka * Myśli. W 2008 r. otrzymał nadaną przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego odznakę "Zasłużony dla Kultury Polskiej". Strona autora.

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry