konrad to osoba prologu/epilogu, jednorazowa
Odleję się w stronę zachodzącego słońca, mówi Konrad a ja dodaję, że jest ono teraz takie piękne. Że mogłoby trwać wiecznie, nie topić się w tej śmierdzącej rzece i żałośnie niskich-błagających o litość górach, z których śnieg uchodzi w pierwszej kolejności. Śnieg schodzi w dół, spływa i teraz musimy w nim brnąć, dreptać, z zasady przeklinać, gdy przedziera się przez cienkie warstwy czarnych butów. Idziemy prostą drogą, otoczeni przez karłowate, pochylone od niewiadomo czego drzewa, one chyba roddzą się takie pochylone, są takie naturalnie, tak jest tak jest, za nami płynie wartka rzeka Soła, podąża na północ, wszystkie rzeki podążają na północ, będzie jej lepiej, myślę, na północy nie może być inaczej, płyń leć biegnij. Dryj. Gdybym był na północy, mógłbym spokojnie olewać tego typu eskapaday, w ogóle jakie to eskapady, to walka na śmierć i życie, spinanie wszystkich mięśni, brodzenie w błocie i mrozie. Zbieram chłód i chrust w policzków, oblizuję wargi. Odwracam się w stronę słońca, które ginie powoli za mokrym szczytem Wołku, tworzy aureolę, obejmuje nas, chciałoby się powiedzieć. Konrad leje. Kurwa, jak pomyślę, że to wszystko: mój płaszcz, jego puste kieszenie, cienkie rękawiczki, zmierzwione włosy, samochodzik, rowerek, kajecik, nawet te szczyny, co odchodzą teraz triumfalnie od Konrada i od nas w ogóle, znikną, dostaję niemożebnej kurwicy serca, chcę wyjść na jakiś najwyższy szczyt i wywrzeszczeć długie i bezpardonowe kurwaaaaaaa, stać się głosem. To nie jest nawet rozczarowanie, nie na tym rzecz polega; za każdym razem, kiedy o tym myślę, oburzam się tak samo, chociaż wiem, że jest to rzecz oczywista fundamentalna i wszyscy o tym wiedzą, nawet te głupie dupy z Kopera z różowymi tipsami i tandetnymi torebkami, nawet jakiś Chińczyk-Koreańczyk po drugiej stronie globu, no, szczerze mówiąc to oni mają jeszcze bardziej przejebane, żyją krócej, więcej stresu, nie jestem pewny, ale o coś tam musi chodzić. Oburzam się nawet, kiedy wydaje mi się, że jestem najbardziej świadomy swojego przemijania, zmarnowanych na pijaństwie i lenistwie godzin, których już nijak nie odzyskam, nawet żadnych ich namiastek, nie nadrobię nie naprawię, to znaczy niby mógłbym je odzyskać wrócić, ale kim był wtedy był, chyba nikim, przecież nie mogę być nikim, nie chcę być nikim, nie jestem nikim, nawet pomimo tego, że deszcz, śnieg, za chwilę ciemności i grad i kara boska za tą próżność, za ten marazm. Ktoś nas ostro wydymał. Konrad leje, odwraca się w moją stronę i dopiero wtedy zapina rozporek, strasznie tego nie lubię, brzydzę się, to tak jakby chciał podejść i pokazać mi co za tymi spodniami ma, a raczej co w NICH ma, węża czy chuj wie co, jeża. To niemiłe, na pewno niemiłe. Mogłoby być miłe, ale na pewno nie w przypadku, kiedy mam do czynienia z Konradem, nie jestem ciotą, znowu się oburzam, ale nie daję po sobie poznać. Idziemy dalej. Droga ciągnie sie jak walec prowadzony przez pijanego kierowcę: ten sam szczyt, te same drzewa, niektóre pochylone pod mniejszym kątem, drugie pod większym, żadnych ptaszków, których odgłosy moglibyśmy odgadywać gdybyśmy tylko się na tym znali i gdyby sprawiało nam to frajdę. W gruncie rzeczy nie znamy się na niczym, nie posiedliśmy żadnych pożytecznych umiejętności, specjalizacji, nawet zawodów. Nie znamy sie nawet na sobie: chociaż mam do czynienia z Konradem jakieś osiemnaście lat, nie jestem w stanie powiedzieć o nim niczego konkretnego. Taki sobie koleś, trochę frajer jak ja. Zastanawia mnie czy on dałby radę streścić komuś mnie, moją osobowość, charakter, poglądy polityczne, zboczenia seksualne, no ogółem cały kształt mojego ego. Ciszę przerywa wiatr, który dostaje się wszędzie; mam wiatr we włosach, mam wiatr w uszach. Dostając się do oczu, wyciska z nich daremne, ciężkie łzy. Słońce zachodzi, Soła zwalnia swój bieg, jest jakoś spokojnie i szacuję ile jescze jest do przejścia.
- Wiesz co zrobię, jak wrócę do domu? -mówi Konrad, zerkając w moją stronę.
Nie wiem. Co?
- Wysram się.
Z tego mostu można by było robić zdjęcia na pocztówki. Widok Soły, kamienna plaża, co prawda pokryta teraz grubą warstwą niezmordowanego śniegu, który przecież też ma swój urok, sceneria więc zimowa, chłodna, ale jakaś przyjazna, zachęcająca, w tej zimowej scenerii majaczące w oddali sylwetki gór Beskidu, Żar, Wołek, Kozubnik, Trzonka, gdzieś tam dalej, w świadomości potencjalnego odbiorcy, perspektywa ich dziewiczości, która tylko czeka na ostrą deflorację, do tego słynna zapora w Porąbce, gdzie przebywały takie gwiazdy jak Pilch, ogółem cała otoczona zewsząd górami Porąbka, małe miasteczko w dolinie, ładny rynek i tandetne sklepy, wiejsko-górskie klimaty i wiejsko-górscy ludzie, gościnni gospodarze, włodzireje z wieczną słomą w ustach i skórzanym kapeluszem na głowie, czekający przed wejściem do każdego z domów, chałupnicy, których męskie, owłosione ręce wyciągnięte są w przyjaznym geście powitania, bo wszak nie ma pomiędzy nami żadnych różnic, więc witajcie witojcie. Na takim zdjęciu musiałyby znaleźć się łabędzie, szykujące się do lotu do ciepłych krajów, do ucieczki z tego miłego, ale zawsze zadupia cywilizowanej Europy, w końcu coś musi być niecywilizowane, żeby coś innego było cywilizowane, jakby wyglądał świat, gdyby było inaczej, a skoro padło na nas to nic, powiedzmy sobie, to nic nic. Jeżeli nie łabędzie to jakieś rybitwy krążące nad rzeką, albo dla większej nostalgii nad wyschniętym zakolem tej rzeki, jestem pewny, że odbiorca niemal słyszałby pisk tych rybitw i burczenie ich pustych żołądków. Tak, rybitwy też byłyby dobre. A jeżeli nie łabędzie i nie rybitwy to chociaż jakiś gówniany wróbelek sroka wrona, o, tak - wrona czy kruk dodawałyby miejscu jakiejś tajemniczej, skandynawskiej albo słowiańskiej atmosfery, nieskalanej globalizacją dziczy, raj dla niedzielnych wypadów poza mordercze, kapitalistyczne miasto. Cokolwiek latającego, żeby zapełnić pustkę tych niebios, gdzie przecież nie ma żadnego Boga ani choćby wieżowców, a jedynie puste połacie powietrza, których nie da się skroić żadnym mieczem. Zdjęcie mogłoby objąć po prawej stronie odcinek wałów ochronnych, tak, świadomość bezpieczeństwa i stabilizacji, kawałek wiejskich zabudowań; przy odpowiednim świetle i filtrze pokryte śniegiem chatki wyglądałyby naprawdę uroczo, w momencie ich obserwacji ewentualny odbiorca miałby wrażenie, że są zamieszkane przez prostych, uczciwych ludzi, nie mających żadnych kłopotów z papierami rozwodowymi czy naburmuszoną demokracją. Przecież tylko tacy ludzie mogą zamieszkiwać tą okolicę, inni tutaj nie istnieją, dostaliby obłędu, żadnych pionierów lat pięćdziesiątych, chociaż w gruncie rzeczy duch komuny widoczny w każdym szczególe, ale to już zupełnie inna sprawa i takie szczegóły nie odnalazłyby pokoju na tych zdjęciach, nie można mącić harmonii polskiej wewsi. Gotowe zdjęcie należałoby oprawić w stosowną ramkę i wydrukować w odpowiednim formacie. Każdy frajer zapomniałby o swoich problemach.
Od osiemdziesątegodziewiątego nie dociera tutaj żadna władza. Kolejny plus. To znaczy władza jest, błyszczy na ekranach telewizorów, jesteśmy na nią w jakiś tam sposób skazani, ale wszystko, co formalnie się z nią wiąże, nie ma tutaj znaczenia. Główną, biegnącą w stronę Krakowa, drogę oblepia żałość budek z hamburgerami, z których nikt nie je, przystanki (kierunek Kęty, kierunek Oświęcim) śmierdzą moczem i nie chronią przed deszczem. Pobocze usiane jest szpeczącymi billboardami: nowy sklep C&A Bielsko Sfera, Bielsko-Biała kolekcja zimowa, jakiś pedał z puszką coca-coli w ręce. Nikt tutaj nie jest po radosnej stronie życia, a nawet gdy komuś się wydaje, że właśnie na tą stronę przechodzi, nie znajduje nikogo, kto mógłby go w niej przywitać i oprowadzić. Za południowym choryzontem wznoszą się rachitycznie kominy kęckiego ZMLu, szyby GK i chciałoby się powiedzieć, że nasz świat ogranicza się tylko do ich wysokości. Do wysyłanego przez nich w nieskalane powietrze dymu.
Konrad mówi, że wcale nie jest mu przykro, on to nawet lubi, może pójść do konika, spokojnie kupić browara i wypić go nad sołą na pełnej. Ocipiałeś, znowu jestem oburzony, życie spierdala ci sprzed nóg gdy siedzisz nad tym browarem. Siedź w chuj, ja spierdalam, mówię. Nigdzie nie spierdalam, w zasadzie nie mam żadnego wyboru i ostatnio zajmuję się jedynie gniciem, gnicie wypełnia mnie i już nawet nie odczuwam frustracji. Bo gdzie mógłbym pójść? W sumie zazdroszczę takim kolesiom jak Żadan, Wilk czy Dyl. O tym ostatnim będzie później, może. No chodzi o to, że niby istnieje taka możliwość jak ucieczka, można realnie spierdolić i żyć gdzieś, gdzieś tam. Walać się autostopem, przejeżdżać przez cudze miasta, z których w naszej pamięci pozostaje tylko dworzec, nie czuć do nich żadnego sentymentu, jeść tanie żarcie z ulicznych bud i barów w stylu 'bar max, bar relax, bar pub, bar gastrometeo', wdychać powietrze i zawsze mieć fajki w kieszeni, chociaż puste paczki po nich, też jakiś symbol. Krótki przystanek i przesiadka, żadnego zwiedzania i aparatu na szyi, czysty, surowy rokendrol, jakieś piwo czy nawet wino, oczywiście z tych tańszych, ciepłe, ale tandetne ubrania. Pysio nazwałby to pysioprzygodą, ale problem w tym, że ja wcale nie chcę żyć w dwudziestoczterogodzinnej pysioprzygodzie. Nie chcę oszukiwać siebie i wmawiać sobie, że Tyskie, brudne buty i Dżem w słuchawkach sprawiają, że wszystko, absolutnie wszystko jest ok i nie ma czego zmieniać, bo jeżeli coś się zmieni, to na gorsze. No, brakuje mi jakiegoś pociągu, do którego mógłbym się władować z całym swoim dobytkiem i spierdolić, ale spierdolić gdzieś, do jakiegoś konkretnego miejsca, gdzie czekałaby na mnie inna mentalność, ludzie o obcych rysach, jakieś wyraźniejsze, szersze kontury materii, nie do nigdzie. Podziwiam więc na pewien sposób ludzi, którzy stawiają sobie krótkie cele i budząc się o niekontrolowanych, przypadkowych godzinach są w stanie wykrzyczeć swoją radość, żyję i jest mi tak dobrze, jest tornister, jest zabawa. Czasami brakuje mi jakiejś niezamierzonej spontaniczności, bodźca, który pozwoliłby mi rzucić wszystko, co mam, a mam przecież tak niewiele i muszę przebrnąć przez to niewiele, aby mieć wiele, ale nie chodzi tu o jakieś tornistry, złote łańcuchy czy nawet bogate mieszkania, ale wolną, pozbawioną jakichś głupich mitów perspektywę tych rzeczy, świadome posiadanie możliwości, wolność wyboru pomiędzy czymś, co pozwoli ci na stawianie celów krótkich bądź długich i podejmowanie dzialań służących osiąganiu tych celów, zależnie od okoliczności i humoru, niezależnie od ludzi, jakichkolwiek ludzi. Chcę mieć inny widok za oknem. Chcę mieć czas, nie, czas mam, ale chcę zapełnić ten czas czymś pożytecznym, nie mam na myśli jakiejś komercyjnej pracy nad sobą, ale samą świadomość tej pracy, rozumiecie, chciałbym powiedzieć, że nie mogę poświęcić tego czasu na zgłębianie poezji świetlnej, na jakieś pierdolenie o szopenie. Moje ręce pachną tytoniem. Konrad bierze portfel i wychodzi z domu, niczego nie słyszał, ja też niczego nie słyszałem. Chcę to wszystko usłyszeć.
Pure morning. Droga jest podobna, obowiązkowa, nie stykam się z innymi, nie zostawiam na nich żadnego śladu, niczego, co mogłoby przetrwać w tych miejscach chociaż trochę dłużej niż ja sam, to moje odbicie dla matczynej ziemi, mija tyle lat, że aż nic się nie zmienia, dochodzę do kresów, by stwierdzić, że pomimo upływu czasu wszystko jest takie samo, każdy cień pada pod jednakowym kątem, każda ściana ma te same dziury, każda jest ozdobiona identycznymi napisami, nie zmienia się nawet kolor, nie schodzi, nie odpada. Tak długo mnie nie było, że wszystko zostało na tym samym miejscu. Myślę, że to czasami ważne - odwiedzać stare symbole i miejscówki, nie łudzić się, że znajdziesz jakichś starych kumpli z ich słowami i śliną, starzy kumple albo poumierali albo wyjechali i wszystko było niby ok; ostatnie spotkania, ostatnie piwo, ostatnia rozmowa, bogate wnioski końcowe, ale pomimo tego pozostała przecież jakaś niezręczna niejasność, cichy podstęp. Jeżeli kiedyś tutaj wrócą, to na pewno nie w te miejsca, kipiące niegdyś naszym małym życiem. Widzę taką scenę: wchodzę na najwyższy szczyt, mam w czym wybierać, tutaj jest ich naprawdę dużo, wchodzę więc na ten szczyt, pogoda i aura jest nieskalana, szczyt to płaski odcinek ziemi, pozbawiony drzew, krzaków i ogółem wszelkiej niepożądanej na ten moment roślinności i obcego życia. Stoisz nad samym urwiskiem, niebo jest nader spokojne, żadnej chmurki, nic nie mąci tej chwili, spoglądasz w dół, pod niebiosami wznoszą się smukłe kominy fabryk, za wcześnie, żeby pracować, malutkie mieszkania i kamienice, może nawet jakiś delikatny smog nad tym cmentarzem. Powietrze, niezależnie od pory, jest zimne i przynosi drgania. Obserwujesz to wszystko i wiesz, że tutaj zdarzyło się całe twoje życie, nigdy nie wyjechałeś dalej, tutaj zaczyna się i kończy świat i historia, nie masz nawet żadnego powiązania z tym, co za kominami i nad nimi, unosisz ręce, prostujesz je i zaczyna się twoja zabawa. Jesteś tutaj zupełnie sam, a przecież pamiętasz, gdy pierwszy raz tutaj wchodziłeś, dokładnie na ten szczyt, podziwiałeś panoramę z Dylem czy Przemkiem, piłeś piwo i jadłeś jajecznicę, wzrok był przelotny i urywany, rejestrował wszystko i nie przepuszczał obrazów przez żaden głupi filtr, szkoda było nerwów. W rzeczywistości żaden filtr nie był potrzebny. I teraz, po latach, zauważasz, że coś sie zmieniło, że kurwa, to ja nauczyłem się filtrować tą rzeczywistość, której już w żaden sposób nie kształtuję, która wymknęła się spod kontroli i żaden chuj, żadna pizda nie może tego zmienić. Powiewa silniejszy wiatr, czujesz jego szum, gdybyś był tutaj choćby trzy lata temu, powiedziałbyś, że ogół jest idealny, albo po prostu, jest zajebiście. Zabawa kończy się na katharsis, rozkładasz te ręce jak do pajacyka, obraz przestaje cię interesować, trwasz w tym kilka sekund, jak pojara, jebać to wszystko, otwierasz oczy. Katharsis było, ale chwilowe. Śmierć jest, ale tylko dla chłopców. Schodzenie.
II.
Wiktor, pierdolnij mi aurę, no, mam jakiś kiepski dzień, pomóż kumplowi, mówię, leżąc na kanapie, wszystko mnie dzisiaj boli, brzuch, nogi i ramiona, nie mogę się ruszać, więc leżę na tej kanapie i poruszam tylko żuchwą. Wiktor, czyli Dylu krząta się po kuchni, rozmawiam z nim przez otwarte drzwi. Słyszę jego kroki, otwieranie lodówki, wyciąganie sztućców. Albo robi sobie śniadanie, albo szuka noża, żeby mnie pochlastać. Może jednak śniadanie. Tkwimy na drugim piętrze gównianej kamienicy, to składające się z sypialni połączonej z salonem, kuchni i łazienki mieszkanie należy do Wiktora i chociaż rzadko w nim bywa, czasami służy mi jako azyl/schron. Jest piątek, może sobota, nie jestem pewny. Wszystko mi się miesza. Wiktor wchodzi do pokoju, ma na sobie gruby, zielony szlafrok i papucie na nogach, w jednej ręce trzyma talerz z jakimiś kanapkami. Siada przy stole, nie odzywa się. Chyba działam mu na nerwy z tą jego magią, może nie powinienem tak z niego drwić, może coś naprawdę w tym jest a ja wychodzę na wielkiego laika ignoranta. To znaczy ok, ja szanuję to, czym się zajmuje, nie naśmiewam się z niego za każdym razem, gdy wspomina o jakichś rytuałach, do których zbiera siły, ale przyznajcie sami: w ezoteryce jest coś dziwnego. Zapalam papierosa. Podobno w tym pokoju umieszczonych jest piętnaście sigili, cokolwiek to znaczy, aura jest jak najbardziej sprzyjająca, pozytywna. Tak mówi Wiktor. Wiktor teraz je swoje śniadanie a ja próbuję wyczuć aurę. Nic z tego. Dzielę sie tym spostrzeżeniem z kolegą. Może masz rozpierdolone czakry, przypuszcza. Może mam, to nawet możliwe. Prawdopodobnie wszystko mam rozpierdolone, jestem cały zjebany od stóp aż po głowę, zawsze coś mi dolegało, nie tylko psychicznie, nie, przede wszystkim fizycznie, urodziłem się zajebiście niedoskonały i myślę, że jednak to wporządku. Wiktor, ulecz mnie, głowa mi pęka a ty jesz śniadanie, jak możesz tak spokojnie jeść swoje śniadanie, chleb z dżemem cię nie uratuje, uratuje mnie nieboląca głowa. Przecież twoje ręce leczą. Wiktor nie zwraca uwagi na moje myśli, ciekawe, czy on już potrafi w nich czytać, zastanawiam się, Jezu, przy nim nie jestem bezpieczny. Boję się własnych myśli. Dżem ścieka Wiktorowi po brodzie. Jego mlaskanie przebija cieszę mieszkania. Wyjebali mnie z roboty. - mówi po chwili. Co? Kiedy? - Wczoraj. Koleś powiedział, że przyszły zmiany i trzeba uszczuplić obsługę, padło na mnie. Pierdolenie, wiesz. - dodaje. - Koniec ochroniarskiej kariery w Auchan, możemy wychodzić, wpizdu. Jutro jadę po kasę i już się tam nie pojawiam. Będzie ciężko. Spoko, coś wymyślimy, pierdolić Auchan i całą globalizację, przecież świat to nie tylko hipermarkety i ser z promocji, pocieszam Wiktora. No nie wiem, ten nie daje za wygraną, chujowo mi i nie wiem co teraz zrobię. Wieczorem przywalę sobie nowego sigila. Wychodzimy?
Wychodzimy w deszcz, wychodzimy w miasto, wychodzimy, ale nadal tu jesteśmy, w gruncie rzeczy całkowicie sobie obcy. W ogóle po co wyszliśmy, przecież jest zimno, połowa Lutego a mi nie chce się ganiać po kałużach i uliczkach, nie jara mnie to, zresztą już o tym mówiłem. Gdzie ty mnie prowadzisz, wampirze energetyczny z rozpierdoloną aurą, gdzie. Wiktor mówi, że ma coś do załatwienia i mam iść z nim, nie pytaj o nic, będzie zabawnie. Wsiadamy do szesnastki, kierunek Auchan. Patrz: oszustwo, podstęp. Autobus jest pusty, boję się, co on kombinuje, w zasadzie już wiem, znam go na tyle dobrze, żeby móc obawiać się o nasze kolejne wspólne dziesięć minut, coś jest nie tak. Wiktor siedzi przy oknie, tępo wpatruje się w krajobraz na zewnątrz, który, jak przystało na Bielsko-Białe standardy, nie jest zbyt ciekawy, nerwowo obgryza paznokcie, wyraźnie jest zdenerwowany, w sumie nie dziwię mu się, niecodziennie traci się pracę. Może po prostu chce teraz odebrać należną mu ostatnią pensję, ostatnie pieniądze wyciągnięte uczciwie z rąk chciwych łap kapitalistycznych biznesmenów, kto wie. A może w wewnętrznej kieszeni swojego płaszcza trzyma schowany pistolet automatyczny i ze złości ma zamiar poćwiartować wszystkich ocalałych pracowników hipermarketu, albo co gorsza, może w tej kieszeni wcale nie ma pistoletu, tylko swoją magiczną różdżkę, może chce wpaść do środka i wszystkich zaczarować, rzucać jakieś krucjo czy avada kedavra, znęcać się nad swoimi byłymi szefami i przełożonymi, naruszając fundamentalne prawo nieużywania magii w miejscach publicznych, narażając wszystkich na rychłą śmierć z rąk magików z ministerstwa, chuj wie. Mam gęsią skórkę. Po kilkunastu minutach wspólnego milczenia wysiadamy. Jest wcześnie, dopiero jedenasta rano, piątek albo sobota, ale parking przed centrum handlowy zapełniony, tak, rodzinne zakupy, gdybym był Bogiem, wypierdoliłbym z miejsca połowę ludzi do piekła. Wchodzimy, miła muzyczka wydobywająca się z głośników, ona działa, to jasne: tutaj jest o wiele lepiej niż na zewnątrz, na zewnątrz jest mokro i zimno, wiatr wieje w twarz, wieje we wszystko, w środku natomiast działa klimatyzacja, pachnie tym charakterystycznym plastkiem, plastik, plastik, jakby świat zbudowany był z białego, higienicznego plastiku, do tego ta grzeczna muzyka, ustawiona na idealną głośność, nie wpierdala się w uszy, to ważne, pamiętam jedną restaurację na mieście, gdzie kiedyś wstąpiłem na kolację, tam też była muzyka, odpowiednio wyciszona, ale w kiblu można bylo sobie dyskotekę zrobić, była taka głośna, no gdybym chciał tam pocisnąć klocka, chyba nie dałbym przez nią rady, do tego przecież też trzeba się skupić, pozbywając się fekaliów, wcale nie chcę tańczyć. Na szczęście chciałem się tylko odlać. Nie wiem dlaczego, ale nie wytrzymuję w takich miejscach jak Auchan więcej niż piętnaście minut. Wszystkie te kosze, uśmiechnięte rodzinki, bary szybkiej obsługi, spożywczaki, gdzie cały czas masz wrażenie, że w każdej półce kryje się jakaś ukryta strategia mająca na celu zrobienie z ciebie frajera. Przykład: w tego typu miejscach pieczywo zawsze jest ustawione na samym końcu sklepu, trzeba przejść przez cały korytarz, by do niego dojść, przez wszystkie regały. Kto z szanownych konsumentów nie kupi niczego dodatkowego po drodze? O, mleczko do bułeczki. Przecież masełko, jak mogłem zapomnieć, dżemik, miodzik. Jogurt naturalny, tak - bułka i jogurt naturalny. Nie ma w tym podstępu?
Jesteśmy na to w miarę odporni. Wiktor prowadzi, sunie przez korytarz jak radziecka lokomotywa przez śniegi Syberii, nie ogląda się na nic. Nie nadążam. Jest tak naładowany energią, że widocznie nie wie, co ze sobą zrobić. Popycha przechodzących obok klientów, zostawia za sobą pożogę, dym i śmierć. Przepraszam wszystkich za jego zachowanie, tak, bardzo mi przykro, kolega ma zły dzień. W pewnym momencie, przy jakims zakręcie, tracę go z oczu. Staję w miejscu, rozglądam się. Nic. Ani śladu Wiktora. Po dosłownie kilku sekundach słyszę wrzask dochodzący gdzieś z oddali, przede mną 'WYPIERDALAĆ!'. Wzdrygam się. To głos Wiktora. Uciekać? Nie przyznać się do niego? Już wiem, co on kombinuje. Biegnę w stronę, z której dochodzi głos. Po chwili widzę taką scenę: Wiktor trzyma za kołnierz jakiegoś kolesia w garniturze, przypycha go do ściany, gość już ma posiniaczoną twarz, ale jeszcze da się z niej odczytać morze strachu. Wiktor napina wszystkie mięśnie, drży z wściekłości, widocznie nie panuje nad sobą. Czasami ma takie napady, raczej rzadko, ale jak już mu się to przydarzy, lepiej nie wchodzić mu w drogę. Ludzie gromadzą się wokół i tworzą koło, otaczają go i z wyrazem szoku przypatrują się powstałej sytuacji. Dołączam do nich. Pierdolę to, nie będę bohaterem, mam dość bycia bohaterem, nie będę narażał swojej dupy w obronie jakiegoś fagasa w krawacie, nie. Poza tym to nie moja sprawa. Wiktor często mi powtarzał, że najgorsze jest wpierdalanie się pomiędzy olej a patelnię. Stoję z boku i obserwuję, jestem przerażony, ale z drugiej strony ciekaw jak potoczy się ta scena. Póki co Wiktor trzyma tego kolesia za kołnierz, unosi w powietrzu, podejrzewam, że koleś to jego były szef czy coś w tym stylu, nie jest dobrze. Ty chuju, ty śmieciu, wrzeszczy Wiktor. Jakiś gość z tłumu próbuje go podejść, zbliża się powoli w jego kierunku, tak, zawsze znajdzie sie frajer, który w takich sytuacjach widzi szansę dla siebie. Tani bohater. Gdy jest blisko Wiktora, ten rzuca szefem o ziemię i zgrabnym ciosem uderza w twarz bohatera. Krzyk, więcej krzyków, ogólne oburzenie gapiów i śmiałek leży z zakrwawionym głosem, nie kontaktuje. Dobrze, że to nie byłem ja. Teraz już nikt mu nie podskoczy, nikt się nie odważy. Wiktor przez chwilę patrzy na znokautowanego bohatera, potem przemierza tłum wzrokiem, w jego oczach widać obłęd, słyszę obok siebie szept: to jakiś pojeb. Następnie podchodzi do szefa, pochyla się nad nim i wrzeszcząc coś w nieznanym nikomu języku okłada go pięściami. Ludzie zaczynają się naprawdę bać, ktoś wola o pomoc. Nagle trzech kolesi z tłumu podchodzą do Wiktora i próbują go unieruchomić. Ten, opanowany szałem bojowym, nie zauważa, gdy tamci podchodzą blisko i rzucają się na niego. Wiktor próbuje się bronić, ale ten wysiłek jest daremny. Po chwili do akcji wkracza ochrona, tak, oni zawsze pojawiają się w odpowiednim czasie. Koniec. Tym razem przesadził. Muzyka z głośników już nie uspokaja. Spierdalam.
Jadę z powrotem, teraz autobus jest zapełniony, mam do swojej dyspozycji jakieś dziesięć centymetrów kwadratowych, stoję. Ktoś z tyłu mizia mnie po pośladkach, mam nadzieję, że to tylko z tego ścisku. Zupełnie tego nie rozumiem. Utrata pracy to jedno, ale opierdalanie swojego szefa to drugie. Może on nie mógł zrobić niczego innego, może naprawdę musiał kogoś wywalić i trafiło akurat na mojego kumpla. Przecież on nie jest głupi, powinien zdać sobie sprawę, że istnieje coś takiego jak siły wyższe, z którymi za nic w świecie nie pogadasz. Nie wierzę w to, musi chodzić o coś poważniejszego. Nie wiem co się teraz z Wiktorem stanie, chłopak przejebał, trochę szkoda, pewnie długo nie wyjdzie na prostą. Zapewne już czeka go sprawa, kurwa, może nawet jakiś kryminał, co to za zresztą za sprawa, skoro na jego zryw jest setka światków, no ewidentne huligaństwo, żadnych szans. On zawsze potrafił nieźle się wpakować, miał niefarta. Pamiętam pewien wieczór, to zdarzyło się jakieś dwa lata temu, szliśmy ulicą i trafiliśmy na grupkę łysych, było ich trzech, niezłe byśki, pięć metrów szerokości, metr wysokości. Przechodziliśmy spokojnie a jeden mówi: kasa. Jaka kasa, co kasa, pyskuje Wiktor. Idiota. No, talent do wpierdalania się w gówno to on naprawdę ma. Już myślałem, żeby uciekać, w takich sytuacjach nie ma się nad czym zastanawiać, wszystko jest przewidziane z góry i żadnego zmiłuj. Ciągnę Wiktora za rękaw, daję mu sygnały, chłopie, w nogi, chcesz żyć, biegnij, ale on nic. Stoi i patrzy na drechów. Nagle podchodzi do jednego, wymierza mu cios prosto w nos i dopiero wtedy rzuca się do ucieczki. Dresy za nami. Gdy już myśleliśmy, że ich zgubiliśmy, zza zakrętu wyłonili się oni i radiowóz policji. Nie było gdzie umknąć. Panie władzo, to oni, uderzył mnie bezpodstawnie w twarz, mówi ten, którego dorwał Wiktor. Mam dwóch świadków, dodaje i zerka na swoich towarzyszy. Obyło się na szczęście tylko na mandacie, gliniarz widocznie sympatyzował łysych albo najzwyczajniej w świecie się ich bał. Gdy odjechał, zostaliśmy z byśkami sam na sam. Wszyscy wiedzą, co dalej. Nie pamiętam, co działo się ze mną tej nocy i jakim cudem obudziłem się nad ranem w swoim łóżku, brudny od zaschniętej krwi, posiniaczony, poobijany, bez komórki. Zyskaliśmy mandat i bezkarny, wolny od konsekwencji łomot od łysych. Jak później się okazało, Wiktor skończył w szpitalu ze złamaną ręką i żebrem.
Wysiadam. Omal nie udusiłem się w tej puszce. Jestem na ulicy, próbuję ochłonąć. Wyciągam komórkę i dzwonię do Wiktora. Brak sygnału. Pewnie już pozbył się telefonu. Nie mam na to wpływu, już nie. Dowiem się wszystkiego jutro, teraz to ponad moje siły, chcę wracać. Przechodzę przez obcy rynek, obce kamienice, obce fontanny, restauracje, przez obce wszystko. Mijam obcych ludzi, słońce już zaszło, na zagwieżdżonym niebie pojawia się księżyc. Parę dni do pełni, przypuszczam, przyglądając się mu, ale w gruncie rzeczy jebać to. Miasto o tej porze jest takie ciche, wręcz nienaturalnie ciche, nie nadaje sie zupełnie do niczego. Nie znajdziesz tutaj żadnych sensownych klubów czy magicznych, niepowtarzalnych miejsc. Kolejne zadupie, ale w trochę innym wydaniu. Tam, gdzie mieszkam, martwota jest naturalną wypadkową otoczenia, które wcale nie obiecuje ci wielkich możliwości i rozrywek, natomiast tutaj wszystkie światła, neony z pozoru wodzące duszę na pokuszenie w rzeczywistości mają zupełnie inne przeznaczenie: udawanie. Ogromny zegar na kościelnej wieży wybija dwudziestątrzecią i stanowi jedyną opozycję do krępującej ciszy, która panuje w okolicy. Miasto nie żyje, miasto udaje życie. Pozbywa się wszystkiego, z czego się składa, ropieje. Miasto traci wnętrzności. Wypluwa mnie z dworca w stronę odległych, powiedzielibyście, rubieży. Odpadam i to nie jest dziwne.
Muszę wyjechać. Pozbyć się tego ciężaru, wyrzucić komórkę, zdjąć ubrania, no, zostawić majtki, wejść do lasu, zbudować szałas i straszyć spacerujące dzieci. Nie liczę na wiele. Oglądam telewizję, bawię się pilotem. Dłubię w nosie. Spędzam czas, który mi dano. Nadal żadnych sygnałów od Wiktora, telefon milczy, byłem w kilku miejscach, pytałem, o niczym nie wiedzieli, nie wiem, może nie umiem szukać. Konkluzja jest w każdym bądź razie jedna: ani śladu. Wiktor był, Wiktor zniknął. Szczerze mówiąc nie zależy mi aż tak bardzo na nawiązaniu kontaktu. Chłopak przecholował i nie chcę go póki co widzieć, zmalał w moich oczach tak, jak maleją jądra na widok nagiej Katie Morgan. Może to trochę egoistyczne podejście, ale jak widzę, co on wyczynia, nie daję rady. Nie zostałem stworzony do agresji, brzydzę się agresją, a jego zachowanie nie mogę pod nic innego podpiąć. W gruncie rzeczy Wiktor mógłby przestać istnieć. Co prawda szanuję go jako osobę, poza odchyłami jest inteligentny, to mój jedyny czytający kumpel, poza tym lubię go za to, że ma podobny do mojego stosunek do religii. Wszelakiej maści i obciągłości, bez względu na imię czy historię Boga. Szczerze mówiąc denerwuję się na samą o nim myśl, nie wiem na czym to polega, nienawiść to złe słowo, niedojrzałe. Mówiąc bardzo ogólnie, Bóg, niezależnie jakie oferuje prawa, działa mi na nerwy. Nie warto o tym wspominać; zmieniam kanał. Jedynka, dwójka. Polsat. Cały naród w pudełku, naród cały. To zadziwiające do ilu rzeczy jesteśmy zmuszeni i na ile rzeczy jesteśmy skazani. Pomyśl tutaj o ucieczce. Niezależnie od tego, kim jesteś, ile masz lat, jaką masz pracę, jakiej muzyki sluchasz, jakiej nienawidzisz, w co wierzysz, naprawdę, pomyśl, nawet niezależnie od tego, czy jesteś chrześcijańskim konserwatystą, czy mógłbyś rzucić wszystko i uciec, pójść za głosem serca, rozumu bądź kutasa do miejsca, o którym zawsze marzyłeś albo do nigdzie, o którym zawsze marzyłeś. Jesteś wolny? Spakuj się, zamknij drzwi od mieszkania na klucz, wsiądź do pierwszego lepszego pociągu. Nadal tu jesteś? Nie próbuj sobie wmawiać, że wcale tego nie potrzebujesz, bo właśnie ta praca, ta rodzina, płacenie podatków i wyrzucanie śmieci - że to wszystko daje ci wolność. Błąd. Jako statystyczni obywatele, Kowalscy i Nowaki, walczymy na dwóch frontach, bezradnie oscylujemy między tym, co nam wmawiają a tym, czego naprawdę chcemy. Można w sumie pomyśleć, że to brzmi romantycznie i ma swój urok, można pokusić się o przypuszczenie, że w pewnym stopniu jesteśmy jak Wokulski czy ten drugi, no, nie pamiętam nazwiska, ten z chciwą żoną, Makbet. Nasze polskie rozdarcie wewnętrzne sprawia, że na żadnym z tych frontów nie możemy żyć w pełni, więc wyglądamy, jak wyglądamy. Więc nie możemy sobie z niczym poradzić, więc szukamy zaczepek, więc lądujemy w szpitalach, więc zdrowiejemy, więc tak brzydko zdychamy. Wyłączam telewizor. Wychodzę.
Pamiętam, że nigdy nie miałem kasy. W sumie nadal nie mam. Nie mogę wspominać swojej młodości, bo przecież jestem młody i formalnie cały czas ją przeżywam, dlatego mam teraz na myśli po prostu te wcześniejsze lata, kiedy byłem jeszcze bardziej zależny i, jak miało się później okazać, bezradny. Więc nigdy nie miałem kasy. Nie przesadzam. Niemalże każdy grosz, jaki dostał się w moje ręce, był rezultatem kompromitujących przekrętów. A przecież nie byliśmy biedni. Mieliśmy telewizor, ba, nawet dwa, jedna plazma, czterdzieścidwa cale, kominek, wieżę stereo i tego typu bajery. Moi starzy pracowali, wiodło nam się całkiem nieźle, ojciec zawsze wyjeżdżał na narty w Alpy, często kupowali z mamą nowe ciuchy, i to nie jakąś gównianą odzież na wagę z lumpeksu, ale nieużywane, porządne spodnie, bluzy, koszule z firmowych sklepów. Pomimo tego nigdy nie miałem pieniędzy dla siebie, przez dłuższy czas uważałem, że to calkiem normalne, że taka jest naturalna kolej rzeczy. W sumie nie mam zastrzeżeń do matki; zawsze poratowała jakimś groszem, z jej pieniędzmi czasami mogłem sobie pozwolić na swoje młodzieńcze zrywy. Tak, moja matka jest spoko. Ten pernamentny problem braku środków na cokolwiek zdecydowanie bardziej wiązał się z ojcem. Chodzi o to, że zostałem wychowany w tradycyjnej rodzinie, w której musieliśmy tolerować jego despotyczne rządy. Nie było buntu, nie mogliśmy sobie na to pozwolić, w tamtych czasach przeciwstawienie się mu oznaczało obdarcie ze skóry, kastrację, patrz dalej: przejebane. Nie mieliśmy jaj, zresztą jak je mieć, gdy jest się czternastoletnim frajerem? Pamiętam jak bardzo nienawidziłem wtedy ojca, gdy otaczając się nowymi sprzętami, zupełnie nie dbał o potrzeby moje i Konrada. Bałem się prosić go o cokolwiek. Problem w tym, że z mojego ojca był straszny skąpiec. To znaczy skąpił kasy na nas, na siebie jej nie żałował. Bywało tak, że zabraniał matce dawania nam swoich groszy. Kurwa, nigdy nie miałem na swoje zachcianki, nie, nie mogłem iść do lodziarni na deser, na szejka czy co tam jeszcze, bo najzwyczajniej w świecie nie było czym płacić. I nijak nie można było temu zaradzić. I pamiętam dobrze jeden dzień, dzień jakiegoś mentalnego przełomu. Otóż pojechaliśmy ze szkoły na wycieczkę do Budapesztu, zwiedzaliśmy miasto, spędziliśmy w nim cały weekend. I wtedy, patrząc na te wszystkie budynku, place, kamienice, zamki, pałace, uświadomiłem sobie, że przecież świat jest taki piekny, że może być taki piękny, a my żyjemy w takim syfie. W takiej budzie. Na takim zadupiu. Pamiętam zazdrość, jaka ze mnie biła na widok dzieci jedzących ogromne lody, na widok ich nowych, porządnych ubrań, zadbanych, wygietych w beztroskim uśmiechu twarzy. Doszło do mnie, że młodość, dorastanie, ale także czekająca mnie dorosłość, ogółem całe życie może być zupełnie inne niż moje, o wiele łatwiejsze, o wiele ładniejsze, przyjemniejsze. Do tej pory nie docierała do mnie taka możliwość, że można odbywać się zupełnie inaczej niż do tej pory, nadawać na innych, wyższych falach. Dotąd myślałem, że z racji swojego wieku muszę przeboleć to wszystko, wytrzymać, poczekać. Nie mogłem pracować, przecież nikt nie przyjmie na czarno nieletniego gówniarza, zresztą kiepsko to sobie wyobrażałem. Żyłem więc i dorastałem dalej ze świadomością, że gdzieś tam, gdzieś daleko ode mnie toczy się zupełnie inne życie i perspektywa tego niedosięgalnego życia prześladowała mnie tak, jak cień babyjagi prześladuje małe dzieci. Czułem, że to wszystko jest nie-fair, zresztą nadal tak czuję, bo nadal nie stać mnie na bunt, który od tamtego czasu tli się w mojej głowie i nie pozwala przyjmować wszystko po epikurejsku, po kurewsku. Ojciec nigdy nie widział problemu. On reprezentował typ ludzi, do których zawsze czułem największą niechęć, jakąś niepozwalającą na zbliżenie barierę. Był wyjątkowy. Wiecie. To ta wyjątkowość, która zupełnie odrzuca jakieś racjonalne przyjmowanie siebie, która mówi: jestem wyjątkowy, bo to ja, to ja, to ja, moje palce, moje paznokcie, mój kaszel, moja ślina. I podążając z tropem takiego myślenia życie nie może potoczyć się inaczej, bo to moje życie, moje plany, nikogo innego. Mój ojciec nie dostrzegł, że przyjęcie takiej postawy nie pozwala na odkrycie wydającej się brzmieć banalnie prawdy: jestem bezpodstawnie wyjątkowy, z perspektywy otoczenia nie wyróżniam się niczym innym, chodzę z podniesioną głową, ale nie mam ku temu żadnych realnych powodów, nie dokonałem niczego nadzwyczajnego. Patrz: superego, patrz: nadosobowość. Mój ojciec szedł właśnie tą drogą i gdy przyznałem się przed sobą, do czego mnie to zmusza, przysiągłem sobie, że nigdy nie będę taki jak on. Nigdy nie pójdę w jego ślady.
Jeżeli spędzasz wieczór w domu przed telewizorem, radiem, internetem, popijając bezsensowną, dziesiątą z rzędu kawę, do tego jeżeli całym sobą czujesz swoje rozpierdolone na strzępy aury i czakry, łudząc się, że na coś czekasz i wszystko jest tylko stanem przejściowym pomiędy jedną a drugą przygodą - każda minuta trwa wieki. Komórka Wiktora nadal milczy, to więcej niż pewne, że stracił ją na dobre, nie wiem co z nim samym się dzieje, Konrad też nie wie, dzwoniliśmy do niego przez te dwa dni chyba setki razy, nic z tego. Cisza. Wybieram opcję numer jeden i tym sposobem, siedząc przed telewizorem, popijając ktorąś z kolei kawę, mając czakry i aury wymięte jak gazeta wyciągnięta z krowiej dupy, zostaję w domu. Nie mam zamiaru wychodzić, chociaż jak na końcówkę lutego pogoda jest nader przychylna. Podchodzę do okna, patrzę na zewnątrz. Ulica Centralna tonie w gęstej mgle, zresztą to może nie mgła, tylko dym z kominów, łatwo jest dać się nabrać. Jak przystało na porządną polską wieś, żaden dom w okolicy nie dysponuje ogrzewaniem na gaz, wszystkie mają piece węglowe, centralne. I jak przystało na porządnych polskich wieśniaków, wszyscy wrzucamy do tych piecy plastikowe butelki, świecące magazyny, kolorowe pudełka i jednorazowe reklamówki, przez co dym unoszący się z kominów jest jeszcze gęstszy i śmierdzący. Zazwyczaj cała Centralna, ba, cała okolica pachnie jak Gruzja czy Palestyna, szczególnie w zimowe wieczory. Sami skazujemy się na gnicie. Szkoda zdrowia, by w takie pory wychodzić na dwór. Powietrze śmierdzi, cała okolica jebie jak gówno, czasami aż ciężko oddychać. Patrząc przez okno uświadamiam sobie, że mgła/dym ograniczają moje możliwości poznawcze, prawie niczego nie widzę. Kawałek płotu, niedziałająca od zawsze latarnia, po drugiej stronie piętrowy dom, w którym ktoś włączył wszystkie światła. One wszystkie, włącznie z moim, przypominają niedoskonałe sześciany. Zero ruchu, pustki, żadnych ludzi, żadnych złudzeń. Wracam na kanapę. Walk down the right back alley in Sin City, and you can find anything. Wybieram ludzi, wybieram ślady, w które mogłem kiedyś pójść.
Wiktora znajduję na następny dzień. W rowie. Leży koło wałów, przykryty śniegiem, który jak na złość spadł poprzedniej nocy, wygląda jak większy kamień czy krzak. Wracałem akurat do domu i dopiero będąc w odległości dwóch metrów od niego, zdałem sobie sprawę, że to leżące coś to mój kumpel. A raczej to, co z niego zostało. Dylu? pytam, podchodząc bliżej. Dylu. Musi tu już leżeć jakiś czas, przypuszczam w myślach, nie rusza się, jest zimny jak głaz. Leży na brzuchu, odwracam go więc na plecy. Z trudem powstrzymuję odruch wymiotny. Jego twarz pokryta jest niezliczonymi sińcami i obrzękami, brudna od zaschniętej krwi i jakiegoś innego syfu, może ziemi. Cera, której nie dosięgnęły cudze pięści i pazury, jest blada jak u trupa. Szok, nie wiem co robić. Stoję nad nim i powtarzam bezsensowne 'kurwa kurwa kurwa'. Mój kumpel wygląda jakby przejechał go walec, stanowi teraz płaską, niczym nie wyróżniającą się od przyrody kupkę ziemi, kopiec. Sprawdzam puls. Jest, ale słaby. Ledwo wyczuwalny. Stoję jak wryty. Próbuję go ocucić, ale gość zupełnie nie kontaktuje. Zero reakcji. Nie jest dobrze. Wyciągam komórkę, dzwonię na pogotowie. Gdzie się pan znajduje, mówi głos po drugiej stronie. Nie wiem, w lesie. Pół godziny później przyjeżdża karetka, która bierze go do szpitala. Ja zostaję.
Odwiedzam Wiktora, czasami przychodzi też Konrad, powoli dochodzi do siebie, gdy go przywieźli, stan był ciężki, wpadł w coś podobnego do śpiączki, musieli wykonać parę zabiegów, jego życiu już nie zagraża niebezieczeństwo, jak mówi doktorek. Złamane żebro, trzy wybite palce lewej ręki, zwichnięta lewa noga, sińce, zadrapania. Stracił trochę krwi, jest słaby, trzeba karmić go jakiś czas przez rurkę i czekać aż wydobrzeje. W gruncie rzeczy wygląda teraz jak roślinka, zawsze, gdy wchodzę do jego sali, czuję się jakoś dziwnie, jest podłączony do maszyn, na usta nałożoną ma maskę, która ułatwia mu oddychanie, z rąk odchodzą kable, twarz wygląda jak ogromny wyciśnięty pryszcz albo dorodny burak, cała czerwona, z trudem rozpoznaję gdzie ma oczy, nos. Póki co nadal jest w fazie śpiączki, pewnie nawet nie zdaje sobie sprawę z tego, że ktoś go odwiedza. Może to nawet lepiej dla niego, niech póki co śpi i zdrowieje w ten sposób. Nie chciałbym widzieć siebie w takim stanie. Mówię 'siema' i siadam obok jego łóżka. Zastanawiam się co takiego mogło się wydarzyć. Ojebali go i wyrzucili jak śmiecia? Nie, to zbyt nieżyciowe, nie wierzę. Może po prostu bezpośrednio po incydencie w markecie ochroniarze zaprowadzili go do dyżurki, zbutowali i wypchnęli za drzwi, a on nie miał siły dojść do domu i pierdolnął do rowu. Nie, też odpada. Przecież wszystko zdarzyło się trzy dni temu. Musiałby leżeć w tym rowie dwie noce. To śmieszne. Nikt nie ma szans tego przeżyć, nawet naładowany energią i dobrą aurą wampir energetyczny. Właśnie. Na co zdała się jego magia, przecież gdyby to naprawdę działało, Dylu nie wyglądałby tak, jak wygląda. Jezu, przecież on jest doszczętnie rozpierdolony, musieli nieźle się na nim wyżyć. Lekarz mówi, że posiedzi tu jeszcze przynajmniej miesiąc od chwili, gdy odzyska przytomność. Mogą wystąpić jakies powikłania, chuju muju. Najgorsze, że na tym się na pewno sprawa nie skończy, to byłoby za proste. Że niby wpierdol, drugi wpierdol i po sprawie? To nie Fight Club, Wiktor to nie Tyler Durden. Wyżej chuja nie podskoczysz. Czekam aż wampirek odzyska przytomność, przychodzę tu prawie codziennie, jego relacja to jedyny sposób na dowiedzenie się, co się stało.
Czwartek. Wstać, żreć, pić, spać. No, ewentualnie bez tego picia, mam dość picia, spożywania napojów wyskokowych, dość. Ogółem żadnych wyraźniejszych stanów przejściowych, regularne, bezsensowne posiłki średnio co trzy godziny. Za sześć godzin każdy z tych posiłków będzie już prawie gotowy, za jakieś dziesięć godzin poczuję go w dupie, będzie się domagał ucieczki, a ja pomyślę: nie tak szybko, panie kupo, spokojnie, muszę dojść do ubikacji, ojej, nie ma papieru, trzeba iść po papier, siedź spokojnie, panie wielki, kupo. Papier, bris mini sprej, przyjemne zapachy, chciałbym czuć, że tak naprawdę pachną ludzkie fekalia, że można się w nich zanurzyć, to znaczy w ich zapachu, woni, która opanowałaby całą łazienkę, robiąc z niej ulubiony i najchętniej odwiedzany kawałek mieszkania, tak, życie byłoby lepsze, gdzie telewizor, gdzie pilot, nie musiałbym w gruncie rzeczy już niczego robić. Potrzeby fizjologiczne są bardzo ważne, zdradzę wam pewien pisarski sekret: bohaterowie książek też srają, też szczają, też podcierają się papierem rumiankowym lub tym tańszym z makulatury. No bo weźmy takiego Wokulskiego. Ikona polskiej literatury, czołowy przedstawiciel romantycznego pozytywizmu bądź jak kto woli - pozytywistycznego romantyzmu. Wydaje się, że zamieszanie wokół panny Izabeli (która, na marginesie, była niezłą szmatą), sklepu, spółki z rosją i czym tam jeszcze, sprawiło, iż Stachu, jak mawiał o nim mój osobiście ulubiony bohater Rzecki, zapomniał o najprostszych czynnościach fizjologicznych. Jak taka ikona, ten szanowny gość może mieć tego typu 'problemy', jak on by śmiał. Czytając 'Lalkę' oczekiwałem takiej sceny: Wokulski siedzi na klopie. Panna Łęcka sika. Rzecki podciera się papierem toaletowym (jeśli wtedy istniało coś takiego jak papier toaletowy). Wokulskiego swędzi odbyt w towarzystwie Izabeli. Izabela czuje nieprzyjemnie podchodzącą pod gardłą substancję wymiotną, oralne fekalia, wymioty i wszystko to w obecności Wokulskiego. Rzecki drapie się po jądrach w niczyjej obecności, bo przecież nikt poważny nie chce z nim siedzieć i naturalnie - starzeje się. Koniec o lalce. Tylko kiedy zasypiam, kiedy przychodzi odpowiednia godzina, kiedy leżę w łóżku, zadając sobie jednak jakieś wewnętrzne, nieodparte pytanie: to już, jak to, koniec dnia - czuję się w miarę spokojny, jakiś optymalny, zapadam w ten pierdolony, legalny niebyt, tak, banalne słowo, grafomańskie wręcz, ale co zrobić. Nie dręczę się niewygodnymi myślami, nie dręczę się niczym, co mogło pójść inaczej, a przecież tak wiele mogło potoczyć się inaczej i mogło mnie tu w ogóle wcale nie być, mogłem być gdzie indziej, miałem taką samą szansę. Wracam i szukam taksówki, no, chociażby autobusu czy roweru, który przewozi mnie na drugą stronę tej fikcji i ona sama w sobie, sama sobie pozostawiona przynajmniej nie jest dziwna, bo już nie oddycha, nie wydaje dźwięków, ślady zostawia ulotne, nietrwałe, łatwo o nich zapomnieć. Kiedy widzisz ją po raz pierwszy, nie chcesz uwierzyć. Potem jest jakieś zażenowanie, rozczarowanie. Zanim zdążysz pomyśleć o czymś sensownym, jesteś daleko, wpizdu i chuj z tym wszystkim. Bełkot, ale duchowy. Katharsis, ale przejściowe. W gruncie rzeczy mam tego zajebiście dosyć, przesiąkam, gniję. Mindfucking, pokurwistyka, pochuizm, czytaj: bezpodstawne, wewnętrzne rozpierdolenie. czytaj dalej: postwerteryzm, młodzież emocjonalna. Udaję wyjątkowość z zajawką na obiecującą przyszłość. Bełkot. Chciałbym (bełkot), żeby (bełkot) wszystko (bełkot), co jest i sprawia, że (bełkot) jestem (bełkot) głodny, (bełkot) napalony i jaki tam jeszcze, było (bełkot) do zdmuchnięcia.
W zasadzie nic się nie dzieje, nic godnego uwagi, takie tam, pierdoły życia codziennego, życie dotyka mnie tyłkiem, smyra po pośladku. Jak można mówić o alternatywach, innych drogach, skoro wszystkie zaczynają się nigdy i kończą jeszcze gdzie indziej? Gdzie ten błyszczący ZML, ja się pytam, gdzie. Wstawanie, krojenie, smarowanie, wracanie, picie, czasami gadam do siebie, skoro nie mogę do nikogo innego, słucham siebie najuważniej jak mogę, na ile pozwala zmysł, umiejętność koncentracji na daną chwilę, nie, nie jestem wtedy pijany, jestem trzeźwy jak świnia wieprz kurczak. W takich sytuacjach trudno prosić o jakąś satysfakcję, trudno jej żądać zarówno od wołającego o serotoninę świata wewnętrznego jak i od rzygającego kolorami świata zewnętrznego, zawsze obcego, nie pomaga nawet masturbacja, wszystko fermentuje i jest kurewsko dziwne, oczywiste, rzeczywiste, realne, namacalne, ale inaczej. Niegodne uwagi.
Gdybym mógł śpiewać o zbawieniu, śpiewałbym ponuro, mówi Konrad. Jest chwilowa cisza, przynajmniej tak mi się wydaje. Krajobrazy zupełnie obce; noc z brakiem perspektyw w tle. Nie wiem która godzina, komórka wyładowana, zegarka nie posiadamy, kto normalny nosi teraz zegarek, kiedy godzinę można sprawdzić na telefonie bądź błagać o nią przed nieznajomymi. Których teraz nie ma. Żadnych osób trzecich. Błądzimy w jakichś badylach, fajne badyle, rosną wokół i wchodzą wszędzie. Naruszamy ich strefę. Zabłądziliśmy, nie? pytam Konrada, który odpowiada ciszą i zaciąga się fajką. Żar dziurawi ciemność ziemi, ściółki, chodnika, nieba. Zabłądziliśmy. Już nie wnikam w przyczynę tej bezsensownej wycieczki, tych prostych skrótów. Zawsze milczę i idzie nam to na rękę. Milczymy. Luty dobiega końca, nareszcie jakieś ciepłe prądy, byle do przodu i siać, siać na całego. Chciałbym coś opisać, ale niczego konkretnego przed sobą nie widzę. Tym razem brodzimy w patykach, chociaż sam do końca nie jestem tego pewien, równie dobrze moglibyśmy stąpać po ludzkich kościach. Jebać to. Niczego nie widzę, już na pewno nie przed sobą, zdechnę w tym lesie i takie jest moje przeznaczenie, sceneria trochę przypomina motyw z blair witch, z tą tylko różnicą, że nam jest wcale dobrze, spokojnie. Śpiewaj o zbawieniu, myślę, spoglądając na Konrada, którego rozpoznaje po fajkowym żarze. Patos. W każdym bądź razie to lepsze niż błądzenie pomiędzy dwunastką i trzynastką gdzieś na obcym zupełnie dworcu głównym czy pobocznym, nerwowe zaciskanie pięści. Moje pięści są słabe i bezużyteczne, nie ma gniewu, który mógłby przez nie przeciekać, który mógłby przez nie bić i miażdżyć niewidzialnych wrogów, dzielić niebiosa. Pomimo tego palce zaciskają się automatycznie, są szybsze niż język, niż wszystko inne. Chcę wyjechać. Chcę wyjechać, nie chcę śpiewać o zbawieniu ani ponuro ani radośnie, brodzić w strzępach ubrań, palców, zmarnowanych, pełnych odcisków i obrzęków stóp. Chcę wyjechać, ale najpierw dojść do domu, jakikolwiek on by nie był. Pierdolę przeznaczenie.
Siema, stary, nareszcie kontaktujesz, mówię do Wiktora na powitanie. Godzinę temu Konrad zadzwonił do mnie, że odzyskałeś przytomność, więc jestem więc jestem więc jestem.
Wiktor wygląda tragicznie. Nie jest już co prawda roślinką, ale do zdrowego okazu wampira energetycznego też mu dużo brakuje. Twarz nareszcie nabrała jakichś kształtów, o, to nos, masz taki dziwny nosek, o, i usta takie małe, nijakie, ale nie martw się, ogółem jest postęp. Jedno oko zakryte jakimś bandażem o żółtawym zabarwieniu, nie, nie wygląda to smacznie, do tego ten lecący z gęby syf, jakieś rury, kable, dzikie węże. Gips, noga uniesiona do góry, przewieszona, unieruchomiona. Ręka podobnie. Gipsowiec. Mówiący, drgający gipsowiec. Basenik już zapełniony. Siadam na krześle obok jego łóżka. Pomimo jego tragicznego wyglądu, no, pomimo jego zewnętrznego rozpierdolenia, cieszę się. Wiktor odwraca głowę w moją stronę, jedno działające oko nie może utrzymać się w miejscu, wierci nim nerwowo na wszystkie strony. Chwila milczenia.
- Co ci, kurwa, odjebało, żeby wracać do tego sklepu? - pytam. To się nazywa uzasadniona, umotywowana ciekawość.
Wiktor patrzy na mnie uważnie przez chwilę i nie odpowiada, jakby próbował zebrać myśli.
- Stary. Kim ty jesteś? - mówi.
- Co? - nie rozumiem o co chodzi.
- Nie znam cię, jaki sklep, wyjdź.
Acha.
Stoję jeszcze nad nim parę chwil, by upewnić się, że żartuje. On jednak cały czas tępo gapi się na mnie, oko lata na wszystkie strony, z ust cieknie jakaś dziwna maź. Żadnego wybuchu śmiechu, żadnego znaku, że dałem się nabrać. Nic. Kiedy już wychodzę, słyszę za plecami jego tym razem silny, groźny, skierowany do mnie głos, a raczej bełkot: Ułalłałałabugagugaugbugaułaa! I zaczynam coraz bardziej wierzyć w to, co układało się w mojej głowie odkąd przestąpiłem próg jego sali: Wiktor oszalał. Wiktorowi wyjebało fazę. Jeszcze przez chwilę oszukuję się, że to po prostu jakiś dziwny wstrząs mózgu, chwilowy zanik pamięci, cokolwiek. Nie, to niemożliwe. Przecież nic mu nie jest, zdrowy chłop, no, oprócz tej mordy, nogi, ręki i jakich tam członków jeszcze, ile to razy dostawał wpierdol i wychodził z tego cało? Szukam lekarza i staram się do tego czasu nie mysleć.
U pacjenta zauważono poważne zaburzenie psychiczne. U Wiktora zaobserwowano poważne zaburzenie psychiczne. Początkowo łączyliśmy je z szokiem, ale niestety stan ten utrzymuje się od chwili, kiedy pacjent się zbudził, czyli od wczoraj. Wiktor obudził się już wczoraj? Spokój, jakim posługuje się doktor, mówiąc mi to wszystko, niesamowicie mnie irytuje. Siedzi za tym swoim biurkiem i bawi się długopisem. Nie patrzy mi w oczy. Ton jego głosu przypomina beznamiętną modlitwę wierzącego-nie-praktykującego. Ojcze nasz, sralala, pacjent zwariował, któryś jest w niebie, nie, szanse są raczej znikome, święcie imię Twoje, jeżeli oczywiście możemy mówić o jakichkolwiek szansach, przyjdź królestwo twoje, sralala, to skutek dotkliwych obrażeń wewnętrznych czaszki, bądź wola twoja. Nie wytrzymuję. Wychodzę.
Po Wiktorze. Po-Wiktorze, Wiktora nie ma. Tyler is not here, Tyler went away, Tyler's gone. Wiktor to czub. Straciłem kumpla. Chodzę po mieście z rękami w kieszeni i nie wiem, co ze sobą zrobić. Jednak nie jest tak łatwo wyjść, zamknąć drzwi i wyrzucić klucz. Pomimo wszystkich poprzednich myśli o jego wkładzie i znaczeniu, które uważałem za znikome, teraz czuję coś podobnego do jakiegoś dziwnego rodzaju dziury. Żadnej wściekłości. Może trochę rozczarowania, przecież choroby, jakiekolwiek by one nie były, nas się nie imają, przecież to my, nie potrzebujemy witaminy c, której dotkliwy brak teraz czuję w sobie, nie potrzebujemy szczepionek, do zębów, bo nasze zęby zawsze będą białe a uśmiech aktorski, cokolwiek byśmy z nimi nie robili. Przecież zawsze będziemy silni i, choć wyprani i odporni na większe emocje, do przełamania, ale tego przełamania pozytywnego, które doprowadza nas do jakiegoś kompromisu, wiadomo, kompromis jest ważny, nie można być tyranem, nawet gdy rozmawia się z gejem. Gej też człowiek. Jeżeli do tej pory robiliśmy coś sensownego w naszym życiu, na pewno było to pokonywanie wszelkich słabości, urodziliśmy sie niesamodzielnie, dorastaliśmy niesamodzielnie, niesamodzielnie żyjemy, samodzielnie możemy tylko zdychać, ale w gruncie rzeczy wtedy taka samodzielność nie ma już żadnego znaczenia. I choć prawie nigdy nie myślałem o śmierci, teraz mimowolnie zaczynam, teraz, kiedy wiem jak wygląda Wiktor, zaczyna docierać do mnie taka opcja, że nasz cel był nie tyle bezsensowny, co utopijny. Nasze marzenia (były jakieś? były), wolno refleksyjny epikureizm sprawiły, że wszystko, co widzieliśmy dotąd naszymi oczami, było w mniejszym lub większym stopniu kłamstwem, zakłamaniem. Wszystkie wyobrażenia o śmierci za życia, refleksje na ten temat, gdybania, wizje są na nic. Ból jest tylko fizyczny, żaden inny. Tak żyję. Tak żyliśmy z Wiktorem.
Teraz zza uchylonych drzwi piwnicy nieśmiało nadchodzi marzec. Przynoszący katar i choroby luty to już przeszłość, śniegi topnieją i trzeba uważać na ogromne, zaścielające ulice kałuże, świadczące o powstaniu stanu przejściowego błoto, którego ślady są szybsze od wiejącego wiatru. Wiatr wieje silno i przynosi ciepłe prądy z nieznanych kierunków. Zza ustępujących połaci chmur wystaje uśpione słońce, jego promienie znaczą coraz większą przestrzeń, ogarniają domy aż po dachy, tworząc ogromne, nienaturalne cienie. W powietrzu unosi się coś zupełnie innego, mieszkanie pachnie świeżymi pączkami. Pogrzebana przez mróz zieleń wylania się z ziemi, oplata chodniki, przebija ulice, zakwita. Wały pokazują cały majestat nowonarodzonej wikliny, która choć jeszcze upośledzona i bezradna, zaczyna powoli kształtować się na nowo, zyskuje głos. Soła topi w sobie ostatnie lody, jest teraz okrutna i bezlitosna, podchodzi pod brzeg i daje o sobie znać długimi zakolami, nad którymi niedługo będą krążyć nie tylko ptaki. Gdyby teraz skomponować pocztówkę, byłaby ona zupełnie inna. Wołek pozostawia na sobie kilka małych, białych plam. Kęty zamieniają się w bajorko. Wiosna jest nieuchronna; dotyka wszystkich i nadaje nowe symbole. Zza uchylonych drzwi widać nadchodzące zmiany. Obserwując je, można uwierzyć, że kolejne dni będą dłuższe a myślenie prostsze, teraz każda czynność będzie łatwiejsza a każdy problem do rozwiązania, odzyskuję wiarę w białe zęby i witaminę c, bo w takiej aurze, w takich okolicznościach nic nie stanie na drodze, cele już są bliższe, wręcz na wyciągnięcie ręki, żadna groźba nie istnieje dopóki słońce zabija śnieg i lód, dopóki kałuże są ogromne i można w nie wpaść. Śmierć objawia się w inny sposób, pozostaje na drugim planie, w tle, śmierć jest bezsilna i można ją pokonać, bo wbrew wszelkim oczekiwaniom i nadziejom: dożyliśmy kolejnej wiosny. Zima wyrzeźbiła dumne, dostojne rysy na twarzy.
Marzec to urojenie. Śniegi wracają wcześniej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać, zaburzają rytm, nowy rytm, którym miałem się bez przeszkód kierować, za którym miałem już ostatecznie i statecznie podążać. Myśli stają się czarne jak smoła, powraca banalne pytanie, drogi barwią się na kolor przeciwstawny do tych myśli i kuszą wyciągniętą niby niedbale nogą, zrzucają z siebie żwir i ociekają trudną do zinterpretowania solą, ukazują swoje dawne oblicza z całym rozmachem i zdaję sobie sprawę: jednak nie dożyjemy wiosny, wiosna jest odległa i pofałdowana jak skóra niegrzecznego dziecka, wiosna nie jest dla nas. Przestajemy żyć, zabijamy okna, zamykamy drzwi, mimowolnie palimy oblodzone mosty. Do środka wkrada się niechciana żałość podwórka, tego bagna, z którego nigdy nie wyrosnę, bo wrosłem w nie już całym sobą i nikt, nawet Bóg, jeśli jest, a myślę, że go nie ma, nie pomoże. Parzę herbatę i jest to chwila doniosła, podczas nalewania wody znowu myślę o ucieczce, rozważam możliwości, wymyślam preteksty, w których wymyślaniu nawiasem mówiąc jestem nieformalnym mistrzem. Żaden nie przychodzi do głowy. Potrzebuję oświecenia, ale nie takiego gównianego, tendencyjnego oświecenia, tylko jakiegoś stałego celu, pomysłu na zniesienie kaprysów tego zdradzieckiego czasu, znośnej lekkości bytu, coś w tym stylu, wiecie o co mi chodzi. Wiktora skierowano na przymusowe leczenie do nowego szpitala. Wiktor znalazł sie wśród czubów. Jutro go odwiedzam. Napięcie już opadło, nie ma żadnego napięcia, Wiktor to mała rana w buzi, która szybko się goi, jeżeli nie muskać jej językiem. Wiktor to obrzęk, który ustąpi, gdy włoży się lepsze buty. Wiktor to pryszcz, który po wyciśnięciu zostawia ślady. Jestem przy nim jak cera biednych, nieszczęśliwych kobiet z reklam Avon; pełna widocznych niedoskonałości, po przejściach, po rozpaczliwej wierze. Po wypróbowaniu wszystkich dostępnych możliwości. Wiktor ciąży mi jak, przepraszam za wulgaryzm, gówno w dupie. I jutro mam do tego gówna zajrzeć. Nie ma sposobu, by odnowić swoją cerę, nie ma szans na nowe życie, nawet gdyby miało się niczym nie różnić od starego, ewentualnie samą perspektywą i kątem patrzenia, światło pada w te same miejsca, wszystko po staremu, zawsze było po staremu, chociaż nie pamiętam starych czasów.
Jestem egoistą. Wchodzę do środka, wita mnie jakiś dziwnie uspokajający zapach, miła starsza pani w recepcji, zielone ściany, kafelkowa podłoga, klimatyzacja, zegar z kukułką, coś mi to przypomina, jakieś niesforne obrazy powstają w mojej głowie, nie mogę się skupić przez tą unoszącą się w powietrzu woń. Jestem umówiony na widzenie za dziesięć minut. Ciekawi mnie jak będzie wyglądał Wiktor. Do twarzy mu w tym, jak to nazywają, płaszczu bezpieczeństwa? Ślina cieknie mu z pyska? Starsza pani z uroczym uśmiechem (dom róży, tak) wskazuje mi ręką miejsce, w którego stronę mam się udać. Jej dłonie są obleśne. Cały ten szpital jest obleśny i już przy wejściu można zorientować się, że coś tu jest nie tak, jakaś sztuczna cisza. Niewidzialny marazm. Tu, w domu wariatów na ulicy 3 maja kłębią sie tysiące zmarnowanych wizji, dziesiątki, chciałoby się powiedzieć, ukierunkowanych koncepcji na życie w tych niemoralnych czasach, setki oryignalnych, ulotnych myśli, które nie znajdą akceptacji i szansy na przeniknięcie poza grube ściany budynku. Ziema obiecana, kamień filozoficzny, Mojżeszowa pustynia, Wenus z Milo. Wszystkie przepowiednie świata, wszelkie dostępne wizje. Zazdroszczę pojebom. Jeszcze do tego Wiktor, no tak, aura wampirza, teraz z pewnością zaburzona i pozbawiona jakiegokolwiek sensu, chociażby najmniejszego, najdrobniejszego. Wchodzę w korytarz i mijam kilka solidnych, drewnianych drzwi. Idę schodami, bo, jak mówiła pani z recepcji, winda jest zepsuta. Półpiętra oddzielone są żelaznymi drzwiami i kratami, przy każdym z nich stoi strażnik z pękiem kluczy, brakiem witaminy c i smrodem. Każdy z nich patrzy na mnie, wiedzą, do kogo przychodzę, do magika, gapią się na mnie jakbym miał gówno na czole, przepraszam, ale denerwuje mnie to, niczego mu nie przemycam, przynoszę tylko dobrą aurę do tego przybytku, przynoszę wkurwienie i frustrację. Tutaj, na drugim piętrze, ściany nie przypominają niczego, są doskonale objętne, pH0, nie absorbują, nie skupiają niczyjej uwagi i energii. W powietrzu unosi się podobny zapach, powietrze przynosi jakąś niepewność, nie chcę generalizować, nie chcę zakłócać myśli i wsłuchiwać się w tutejszą atmosferę. Dochodzę do jakiejś sali, pełno tutaj stołów i krzeseł, to pewnie pokój widzeń. Zwierzeń. Kiedy przechodzę obok kolejnego strażnika, słyszę jego ściszony głos: kiedy rozum śpi, budzą się demony. Mam się bać?
Siadam przy jednym ze stołów. Wiktora jeszcze nie ma, więc przyglądam się jego powierzchni. Jakieś wzory, napisy, wszystko wyrzeźbione pewnie nożem, skąd mogli tutaj mieć nóż. Może wcale nie nożem a paznokciem. Chuj wie. Oprócz mnie na sali znajduje się też dwóch strażników. Jeden z nich stoi tuż za mną, niemal czuję jego oddech na karku, działa mi to na nerwy, to znaczy nie mam nic przeciwko temu, że sobie tutaj stoi, ale najnormalniej w świecie śmierdzi mu z mordy. No, mógłby umyć zęby, przecież to nie jest trudne, sam ładnie umyłem zęby przed przyjściem tutaj, nie wiem, mam to od dzieciństwa, zawsze myję zęby, kiedy wychodzę z domu. Taki nawyk. Szkoda, że jemu się nie udzielił. Drugi stoi przy wyjściu na korytarz i nie wiem, co robi, nie chce się odwracać. Siedzę przy tym naznaczonym dziesiątkami tajemniczych symboli stole i czekam. Stukam palcami o blat, zakłócając jakąś dziwną atmosferę tego miejsca. Patrzę na wiszący na ścianie zegar (znowu kukułka). Zapięćszesnasta. 15:55.
Po paru chwilach słyszę trzask otwieranych drzwi. Sekundę później widzę dwa zbliżające się w moją stronę cienie zza korytarza naprzeciwko. Wiktor i kolejny strażnik. Ku mojemu zaskoczeniu Wiktor wygląda całkiem nieźle, o wiele lepiej niż w tamtym poprzednim szpitalu. Trochę schudł, ale to akurat może mu wyjść tylko na dobre. Ubrany w jasnoniebieski szlafrok i grube, podobne do swoich domowych, papucie. Twarz już się zagoiła, no, teraz wygląda jak początkujący menel, cera jest dziwnie czerwona, ale można wyodrębnić usta, oczy i nos. Wchodząc do sali, w ogóle na mnie nie popatrzył, nawet nie podniósł wzroku, idzie na wprost z pochyloną głową, jest jakiś nieobecny. Pewnie nafaszerowali go jakimś gównem i po prostu nie ogarnia. Idący za nim strażnik wskazuje mu krzesło naprzeciw mnie. Wiktor, nie spojrzywszy na mnie, zasiada. Strażnicy opuszczają salę, zostaję z nim sam na sam, pomiędzy półmetrową połacią dziwnie pachnącego powietrza, na drugim piętrze domu wariatów. Mam obok siebie wariata.
- Co się dzieje, stary? - pytam, chociaż tak naprawdę gówno mnie to obchodzi. Albo przynajmniej chciałbym, żeby mnie to gówno obchodziło.
Wiktor milczy a ja już zaczynam mieć tego dość.
- No? - powtarzam, patrząc mu prosto w oczy, które teraz są przymknięte i chyba niczego nie widzą.
Cisza. Świst uchodzącego z nosa powietrza.
- Ja pierdolę, powiesz o co chodzi?
Nagle Wiktor podnosi wzrok. No, nareszcie może coś się będzie działo, myślę.
- Statek mojej podróży zabrał mnie w najjaśniejsze otchłanie. - odpowiada.
Acha.
- Co ty jebiesz!? - nie mogę tego znieść, jemu naprawdę odjebało i po prostu znalazł się w odpowiednim dla niego miejscu. Nic tu po mnie. Wcale nie obchodzi mnie jego historia i nie zamierzam wysłuchiwać jego gównianych metafor.
Wiktor znowu milczy, ale przynajmniej patrzy w moją stronę, na mnie. Zastaję z grymasem na twarzy i daję znać, że czekam na odpowiedź. Ten jednak nadal nic nie mówi. Zamiast tego podnosi kącik ust, unosi je do szyderczego uśmiechu, jakby ze mnie drwił. Dość, dość, dość, daj mi żyć, chcę mieć swoje życie, swoje problemy, pierdolę ciebie i twój świat, chcę budzić się i wiedzieć, że nie istniejesz. Już nie istniejesz. Całe nasze dorastanie i zrastanie było kłamstwem, ty jesteś kłamstwem i gdy widzę cię w takim stanie, ta kwestia nie ulega wątpliwości. A statkiem to możesz nawet do chuja dupy lecieć, byleby beze mnie.
- Spierdalam.
Wstaję od stołu i, nie patrząc nawet na jego tępą twarz, wychodzę. Spierdalam. Spierdalam w stronę innej jasności.
Budzenie. Podnoszę się z rozkładu, próchnieję. Pełno niekonsekwencji w tym subtelnym oniryzmie, ale to nie szkodzi. Rozmiękczone stany stałe. Mieszkanie jest puste i pustka wypełnia każdy jego kąt. Staję się jednym z nich. Śnieg wypływa zewsząd, śnieg znaczy utrapienie. Nie ma słów, żeby go opisać, wyczerpały się. Budzę się do, chciałoby się powiedzieć, życia. Rebirth, reborn, prawie. Jakaś dziwna lekkość. Jest dzień i już nic go nie powstrzyma, żaden śnieg, żadna szczelina nie odmówi przejścia, żaden Wiktor nie zakłóci go aurą, cegła nie spadnie na głowy. Podnoszę wzrok i pozbywam się ciężaru. Jest dzień jest dzień jest dzień. Napiszemy list i wrzucimy go do morza, wszystkie wątpliwości rozwiane. Marsz. Włożymy zielone, wysokie buty, założymy słuchawki na uszy, puścimy ulubioną muzykę,wskoczymy w wszystkie powstałe po deszczu kałuże. Pobiegniemy przed siebie z zamkniętymi oczami i związanymi rękami, pobiegniemy przez kamienice lub ciemność, mówiąc w twardym narzeczu. Wejdziemy do statku, odkryjemy miejsca, które zawsze istniały tylko dla nas, chociaż nigdy wcześniej o tym nie wiedzieliśmy, przechodziliśmy obok ze spuszczonym wzrokiem, głową, rękami, ze spuszczonym wszystkim. Kiedy już się tam znajdziemy, rzucimy palenie. Pozbędziemy się butelek. Pożegnamy starych przyjaciół. Wymienimy buty. Zmienimy fryzurę i nazwisko. Otworzymy oczy i delikatnie odczujemy jak dostosowują się do nowego otoczenia. Weźmiemy prysznic i niezależnie od wszystkiego - spływająca z niego woda będzie ciepła i czysta, jej krople uderzą o nasze zmęczone ciała, przylgną do nas i zostaną na zawsze pod skórą, aż do śmierci. I nie zaskoczy nas ona w łóżku, ale podczas seksu z kobietą, którą wreszcie znajdziemy i którą wreszcie będziemy mogli kochać, z uwzględnieniem wszystkiego, bo wszystko będzie do wypowiedzenia i po naszej stronie. Śmierć będzie bielą, która stopniowo wypełnia cały ekran.
III.
Miałem tylko wyjść na fajkę, mówi Skinek, śmiejąc się. Jego słowa odbijają się ode mnie jak od ściany i wracają do niego, muszą wrócić do niego, bo chociaż jestem z nim tutaj, to rejestruję zupełnie inny obraz. Wiatr z każdą minutą wieje coraz mocniej, porusza długimi włosami mojego kolegi. Skinek poprawia je a ja wyciągam wódkę. Chodź, napijemy się na rozgrzewkę, mówię. Jak mówię, tak robimy. Skinek to jedna z tych osób, które nigdy - bez względu na okoliczności (które nawiasem mówiąc są zazwyczaj gówniane mniej lub bardziej), stan ducha, potencji, chcicy - nie odmawiają alkoholu. Otwieranie. Szczęk szkła o wysuszone, głodne wargi. Pieczenie w gardle. O pogodzie można mówić dużo, w zasadzie bez końca, więc decyduję się iść tropem Skinka, dla którego warunki atmosferyczne nie istnieją. No, chyba że są korzystne. Na to jednak nie możemy teraz liczyć. Liczyć możemy natomiast dzielące nas od domu kroki. Już niezależnie od pogody, ale nie tylko od pogody - one zawsze są długie i w pewien sposób bolesne, jakieś takie nijakie. Przemijające ze szczególnym uwzględnieniem przemijania, tego negatywnego. Pijemy jeszcze po razie, proponuje kolega a ja, idąc jego tropem, nie bronię się. Prosta sprawa. Wlewam w siebie duszącą zawartość butelki. Szczęk, pieczenie. Będzie pięknie, bo w tym przypadku dom, gdzie zmierzamy, to początek, więc wracamy do początku. Początek zawsze jest piękny, nawet gdy mówimy o tragediach, początek zawsze zostanie początkiem. Tutaj możemy go powielić. Powielać początek skondensowany do rozmiarów butelki, w otoczeniu psów szczekających zza zadbanych, niskich płotów. To zabawne, bo te psy dobrze nas znają, przechodzimy tędy codziennie a one nadal plują w naszą stronę nienawiścią, wściekłością czy czym tam jeszcze. Azor, Kora, Burek, Misiek zwany Misio. Bambo. Wszystkie zwierzęta świata, każde chcące nas zagryźć, zabić, rozpierdolić na kawałeczki, na atomy, na śluz. Z czego się składamy. Za dużo mięsa, za mało miłości. Zresztą nie wiem, też nie mieliśmy tego wiele, ale za to mamy coś innego. Te fajki są zajebiste, nie paliłem ponad miesiąc, mówi Skinek. Jesteśmy na miejscu.
Dom. Sześcian podobny do innych szceścianów z tej ulicy. Bryła, w którą wrzucono życie, moje życie, moje własne. Figura ukształtowana przez wrzaski, jęki. Przez głód, przez brak pieniędzy, brak telewizora, brak kobiecej ręki. Punkt na mapie. Wchodzimy do środka. Zapowiada się długa, stateczna noc, w zasadzie nic ciekawego, ot, chlanie. Czasami trzeba wypić nie mając konkretnego powodu. Stawiam flaszkę na stole, wyjmuję szklanki i sok. Siadamy. Przez chwilę nic do siebie nie mówimy. W zasadzie nie musimy ze sobą rozmawiać, Skinek nie wymaga tego ode mnie, moglibyśmy milczeć i leniwie pić wódkę, mając poczucie spokoju, bo oto wszystko jest na miejscu: butelka, ciepło i już żadnemu z nas nie przyjdzie do głowy żaden niepokój, oto jesteśmy tutaj i nie ma siły, która mogłaby nas wrzucić gdzie indziej, nawet gdybyśmy chcieli być gdzie indziej. To ta pora, zupełna ciemność na dworze, nie możemy się wypluć w jej stronę, to znaczy niby możemy, ale po co? Zapalam papierosa. W naszych głowach nie ma ani jednej myśli o ucieczce, wyczerpaliśmy się, przynajmniej ja na pewno. Na tą chwilę nie ma w nas niczego, no, może oprócz niewielkiej ilości wódki, żadnej nadzei, żadnego krzyku, pogodziliśmy się ze wszystkim, brak wiary i tej nadzei dał nam wolność. Bo moglibyśmy narzekać naprzykład na brak kobiety, na brak gotówki, ale teraz to nie ma sensu. Marzyłem o ucieczce albo o ciszy, ale tej wewnętrznej, wiecie o co mi chodzi, i właśnie ją osiągam.
Dwie godziny później jesteśmy daleko, szukam sposobu, by w to uwierzyć. Gdy byłem mały, ten, kto na moje pytanie 'gdzie idziesz' odpowiadał 'daleko', zawsze wydawał mi się kimś nieuchwytnym. To 'daleko' wyobrażałem sobie na tysiąc sposobów. Nie wiedząc do końca o czym mowa, widziałem je jako nieskonkretyzowane, wolne pole, do którego doprowadzała wąska droga. Przy jej końcu stał drewniany znak ze strzałką wskazującą nieokreślony kierunek. W tym wyobrażeniu horyzont topił się, albo lepiej - wcale go nie było. Sięgałem wzrokiem po pustym, równym polu, uosabiając z czymś podobnym do nieskończoności to, co znajdowało się dalej. Nie był to obraz konkretny, podobnie zresztą jak sama definicja słowa 'daleko' - nikt nie potrafił określić gdzie się znajduje i po co ludzie tam chodzą. Próbowałem sobie wyobrazić siebie przekraczającego to miejsce, spokojnie, bez większych emocji, dostojnie. Czymś charakterystycznym dla mojego obrazu było jego martwota. Byłem tak skupiony na drodze i ewentualnym znaku, że nie potrafiłem dostrzec drzew, ptaków: czegokolwiek, co mogłoby zakłócić jego stateczność. Teraz jesteśmy daleko, chciałbym wierzyć, że w oczach malców staliśmy się nieuchwytni i jacyś wyjątkowi, wypowiadając to słowo, ale rzeczywistość jest trochę inna - dzieci już nie wierzą w znaki, nie mają z nimi do czynienia. W sumie my też.
I chociaż jeszcze tego nie wiemy - w przerwach pomiędzy rozrywającymi gardło łykami wódki wdychamy pierwsze opary wiosny, która pojawia się jak klątwa i smakuje podobnie jak to, co aktualnie pijemy. Wiosna przychodzi jak noworoczny kac: w sposób beznadziejnie spodziewany, dając przy tym jednak jakieś głupie nadzieje, przynosząc kruche jak słoma szczere postanowienie poprawy i zadośćuczynienia. Dlatego: wychodzimy na świeże powietrze, ściągamy ubrania, tak, bierzemy się za siebie: pójdziemy do dentysty, wyczyścimy buty, wyrzucimy stare graty, posprzątamy pokój i dusze. Znajdziemy bociana i nowych ludzi, wyjdziemy na ludzi, staniemy sie ludźmi z wyraźnymi imionami i zapachami. Zamknąć oczy, zawrócić, rozpoznać kierunek i postawić krok, otworzyć wszystkie drzwi mieszkania, otworzyć wszystkie serca mieszkania, pozbyć się zimy, która jak tasiemiec ciąży w środku, nie daje lekkości, przynosi jedynie smród, nieznajomych z dziwną dozą szczerości.
Siedzimy więc znowu w milczeniu i obserwujemy tą wiosnę, odzywającą się do nas coraz mocniejszym wiatrem, pustoszącą wszystkich, którzy zostali na dworze, zupełnie nieświadomi albo zbyt pijani, by ją wdychać. Skinek patrzy przed siebie, siedzimy w dymie, mówi, raczej w gównie, dodaję, wstając od zawalonego gratami stołu. Włączam muzykę. Muzyka. Dźwięk wbija się w dym i przejmuje kontrolę nad powietrzem, a my nie mamy sił, by wstać i poddać się jej tak, jak poddaje się całe otoczenie, zaczynając od tego dymu. Już dość już dość już dość. Zawsze nadchodzi taki moment, kiedy trzeba powiedzieć, że to jest właśnie to, chwila, kiedy należy po prostu wstać i wyjść, zniknąć i zapomnieć o miejscu, gdzie się przed chwilą było, jest to chwila doniosła i godna. Punkt kulminacyjny wieczoru: Skinek już zamyka oczy, lepią mu się zamykają, a wraz z nimi cała umiejętność percepcji, jeszcze ostatnie przebłyski świadomości, obraz zamglony zniekształcony. Skinek przeobraża się w małego embriona na stole, twarz szczelnie przysłania opadającymi na nią włosami, które są które są które są. Niby nie ma powodów, ale jesteśmy pojarą. Niby nie ma motywu, ale jesteśmy przegrani. Niby jest śmierć, ale nie dociera. Przełykam ślinę, przystępuję krok do przodu.
Kilka godzin później głowa mi pęka i czuję się jak kaktus na środku pustyni, z tą tylko różnicą, że jako kaktus straciłem umiejętność magazynowania cieczy. Mam guza na mózgu, jakiś Mietek czy Władek wpierdala mi się w głowę wiertarką, wiecie o co mi chodzi: zdycham i to już nie jest chwila godna, jest to chwila upodlenia, musiałem ją zaliczyć, nie mogłem sobie tego odmówić, wszak jestem tylko człowiekiem i nie znajdę teraz nic lepszego niż płaskie usprawiedliwienie, któremu pozwalam się wypełnić. Nie potrafię wytłumaczyć tylu rzeczy, dochodzi jednak do mnie powoli coś, co może radykalnie i nieodwołalnie zmienić moje życie, a raczej próbę życia, tutaj, na podłodze jakiegoś chujowego mieszkania na planie jakiegoś chujowego filmu, teraz, w otoczeniu okaleczonej wiosny i zimy roku pańskiego, w towarzystwie, nie, bez żadnego towarzystwa, w obliczu pustej jak zwykle lodówki i pamięci, której nie da się w żaden sposób pożytecznie zapełnić. Dochodzi do mnie rzecz z pozoru jasna, dochodzi najjaśniej ze wszystkich rzeczy, najwyraźniej, jak grom z jasnego nieba, jak archanioł gabriel w czarnym lateksie, z ogromnym mieczem u boku: prawda. Prawda o tym, że to nie jest wcale życie i tak, wiem, o tym już było, ale trzeba powtórzyć, ponadto Wiktor odszedł, a bez niego nie działa żaden przyjazny filtr aura. Wysiadam.
IV.
Jezus Maria. Sny: cycki wagina dupa. Druga w nocy i ktoś dzwoni. Udaję, że nie slyszę, całym swoim zaspaniem chcę wrócić do cycków waginy dupy, ale telefon nie daje za wygraną. Brzęczy piszczy mąci. Odbieram.
- No?
- Chory będzie uzdrowiony.
Acha. Opadam na łóżko. Super, może być uzdrowiony, ale niech da mi spać. Zasypiam. Nie, zaraz. Dałbym sobie głowę uciąć, że ten głos należał do Wiktora. Otwieram oczy. Ale jak, to niemożliwe. Wiktor? Co się w ogóle dzieje? Jacyś naćpani gówniarze bawili się w dzwonienie. Przecież Wiktor siedzi u czubków i - czy tego chcę czy nie - nie istnieje. Wiktor ma na sobie kaftan bezpieczeństwa, jest przypięty do łóżka, przymocowany, podobno na taki węzeł nie ma mocnych. Jeżeli więc tak to dlaczego ten głos przypominał głos Wiktora. Dlaczego, ja się pytam. Jest druga w nocy i już mi się nie chce spać, cyckowate, waginalne, dupiate fantazje przeminęły z wiatrem i nie zostawiły nawet numeru telefonu, nie wrócą. Jakim cudem Wiktor wytrzasnął telefon w wariatkowie w środku nocy? A, no tak, przecież to magik. Ale po co do mnie dzwoni, dlaczego nie zostawi mnie w spokoju, przecież ma u siebie takie ładne, białe, miękkie ściany, dlaczego do nich nie mówi, dlaczego im nie objawia swoich ukrytych prawd, dlaczego w stosunku do nich nie stosuje czasu przyszłego, to właśnie ten czas tak fatalnie brzmi. Groźba czy chuj wie co. Dlaczego ja, co takiego zrobiłem, no, wyparłem się Boga, ale to jeszcze nie powód, żeby karać mnie wizjami jakiegoś psychola. Nikogo nie zabiłem, niczego nie ukradłem, co zdobyłem, to moje, co straciłem, to wasze, straciłem Wiktora, oddałem go wam, lepiej: sami go sobie zabraliście, wręcz przygarnęliście, niczego nie oczekiwałem. Natomiast teraz oczekuję spokoju, mam do niego prawo, mam w dupie chorych i cierpiących na ulicy 3 maja, w tym burdelu, pośrodku niczego, mogą być uzdrowieni, ale co do tego wszystkiego mam ja. Druga rzecz: dlaczego o tej porze? Co takiego się stało? jest druga w nocy, w sumie nie miałbym nic przeciwko, gdyby dzwonił o czternastej, po obiedzie, kiedy siedzę przy kawie i planuję, co zrobić z resztą dnia, mógłby nawet dzwonić o osiemnastej - wieczory zazwyczaj mam wolne, co mi szkodzi odebrać jeden telefon, nic takiego. Ale o drugiej w nocy? Kiedy śnię o rzeczach przyjemnych, kiedy chcę chociaż raz na dobę odpocząć po niczym, zrelaksować się, odprężyć fizycznie i psychicznie, odciąć? Porę wybrał odpowiednio, nie ma co. Zresztą gdyby się dłużej zastanowić to wcale nie jest to takie dziwne. To bardzo Wiktorowe wręcz. Pamiętam, że jeszcze przed psychiatrykiem Wiktor czasami dzwonił w środku nocy, mówił, że do mnie wpadnie, bo ma schiza (czyt. 'nie udał mi się kolejny magiczny rytuał i boję się zostać sam w domu, mamo') i nie ma zmiłuj - mam czekać z otwartymi drzwiami, z litrami kawy i stertą kanapek, bo on dzisiaj nie zaśnie. Innym razem zostawał. Stare czasy. Wniosek jest jeden: na ten moment to pierdolę. Wyłączam telefon, na wszelki wypadek (!) sprawdzam, czy zamknąłem wszystkie drzwi na klucz i wracam do łóżka. Jeżeli w przyszłości nadal się to powtórzy, wpadnę na 3 maja i złożę jakąś skargę u czubków, wybadam o co chodzi. W końcu żyjemy w demokratycznym państwie i mam prawo do prywatności. Zamykam oczy.
Jezus Maria. Sny: cycki dupa wagina. Druga w nocy i ktoś dzwoni. Udaję, że nie słyszę, całym swoim zaspaniem chcę wrócić do tych cycków dup wagin, ale telefon nie daje za wygraną. Brzęczy. Piszczy. Odbieram.
- No?
- Chory będzie uzdrowiony.
Acha. Opadam na łóżko. Odrzuć połączenie. Super, może być uzdrowiony, ale niech da mi spać. Zasypiam. Nie, zaraz. Dałbym sobie głowę uciąć, że ten głos należał do W. Otwieram oczy. Ale jak, to niemożliwe. W.? Jacyś naćpani gówniarze bawili się w dzwonienie, no tak, przecież jest piątek, wszyscy licealiści na imprezach, kto nie imprezuje, ten do lasa. Co się w ogóle dzieje? Przecież W. siedzi u czubków i - czy tego chcę czy nie - nie istnieje. W. ma teraz na sobie kaftan bezpieczeństwa, jest przypięty do łóżka, przymocowany jak gwóźdź do deski, podobno na taki węzeł nie ma mocnych. Jeżeli więc tak to dlaczego ten głos przypominał głos W. Dlaczego, pytam. Jest druga w nocy i już nie chce mi się spać, cyckowate dupiate waginalne fantazje przeminęły z wiatrem i nie zostawiły nawet numeru telefonu, nie wrócą. Jakim cudem W. wytrzasnął telefon w wariatkowie w środku nocy? A, no tak, przecież to magik. Ale po co do mnie dzwoni, dlaczego nie zostawi mnie w spokoju, przecież ma u siebie takie ładne, białe, miękkie ściany, dlaczego do NICH nie mówi, dlaczego IM nie objaśnia swoich ukrytych prawd, dlaczego w stosunku do NICH nie stosuje czasu przyszłego, to właśnie ten czas brzmi najgorzej, groźba czy chuj wie co. Dlaczego ja, co takiego zrobiłem, no, wyparłem się Boga, ale to jeszcze nie powód, żeby karać mnie wizjami jakiegoś psychola. Nikogo nie zabiłem, niczego nie ukradłem, co zdobyłem, to moje, co straciłem, to wasze, straciłem W., oddałem go wam, lepiej: sami go zabraliście, wręcz przygarnęliście, niczego nie oczekiwałem. Natomiast teraz oczekuję spokoju, zrobiłem swoje, mam w dupie chorych i cierpiących z ulicy 3 maja, w tym burdelu, pośrodku niczego, mogą być uzdrowieni, niech nawet sobie tańczą na rękach, ale co to tego wszystkiego mam ja? Druga rzecz: dlaczego o tej porze? Co takiego się stało? Jest druga w nocy, w sumie nie miałbym nic przeciwko, gdyby dzwonił o czternastej, po obiedzie, kiedy siedzę przy kawie czy herbacie i planuję, co zrobić z resztą dnia, mógłby nawet dzwonić o osiemnastej - wieczory zazwyczaj mam wolne, co mi szkodzi odebrać jeden telefon, nic takiego. Ale druga w nocy? Kiedy śnię o rzeczach przyjemnych, kiedy chcę chociaż raz na dobę odpocząć po niczym, zrelaksować się, odprężyć, uspokoić, wyciszyć? Porę wybrał odpowiednią, nie ma co. Zresztą gdyby się dłużej zastanowić to wcale nie jest takie dziwne. To bardzo Wiktorowe wręcz. Pamiętam, że jeszcze przed psychiatrykiem W. czasami dzwonił w środku nocy, oznajmiając, że wpadnie, bo ma schiza (nie udał mi się rytuał wsadzania sigilla w odbyt i boję się zostać sam w domu!) i nie ma zmiłuj - mam czekać z otwartymi drzwiami i umysłem, z litrami kawy i stertą kanapek, bo on dzisiaj nie zaśnie. Innym razem przychodził o dwudziestej albo dwudziestejpierwszej i nie było sposobu, by go wyprosić, siedział do późna, parę razy nawet do rana, pamiętam to jak dziś, przez większość czasu siedział skulony w kącie i nerwowo obgryzał paznokcie. Stare czasy. Dość. Wyłączam telefon, sprawdzam, czy na pewno zamknąłem wszystkie drzwi na klucz i wracam do łóżka. Jeżeli w przyszłości sie to powtórzy, wpadnę na 3 maja i złożę jakąś skargę w administracji, tak nie może być, wybadam sprawę, sprawdzę o co chodzi. Zrobię wszystko, wszystko, ale nie teraz, nie dzisiaj. Teraz zamknę oczy i pomyślę o rzeczach przyjemnych.
Budzenie. Budzik, zasłony, firanka. Rękaw raz, rękaw dwa. Wesoła muzyka. Wiosna pełną parą. Ptaszki na drzewach, trochę zieleni, błoto, kaluże. Zza naprzeciwległego domu powoli wyłania się ospałe, słabe jeszcze słońce. Woda ścieka ulicą, trafia do krat, znika w podziemiach kilka metrów pod powierzchnią wiecznej ulicy. Chodniki, gdyby były, uginałyby się pod stopami zbudzonych z muminkowego snu ludzi tutejszych, którzy teraz brną w gęstej, wiosennej brei. Obserwuję życie zewnętrzne z umiarkowanej, zabezpieczonej szczelnym oknem, odległości, mieszam świeżo zalaną kawę. Skinek siedzi na krześle obok mnie, pali papierosa. - Nieźle się wjebałeś. - stwierdza po chwili milczenia. - Ciekawe co on jeszcze wymyśli. Przecież to jakiś ćwok. - dodaje.
Zgadzam się. Nieźle się wjebałem. W. jest zdolny do wielu rzeczy, tamten telefon był, jak mi się wydaje, początkiem jakiegoś misternego pseudoplanu, w którym widocznie mam do odegrania ważną rolę. Ja pierdolę. Już od rana jestem rozmontowany, rozkojarzony, zmartwiony, pomimo tego, że wiosna i natura budzi się do życia, dlaczego wszyscy budzą się do życia, a ja nie mogę, dlaczego dlaczego.
- Stary, nie chcę odbierać od niego jakichś telefonów, na coś takiego jest chyba nawet paragraf. Jakbyś się czuł, gdyby wydzwaniał do ciebie z wariatkowa wampir energeteczny? - pytam. Kawa.
- Nie wiem. Niepowtarzalnie. Nie każdemu coś takiego się zdarza.
- Nie pierdol. - to wcale nie jest zabawne. Godzina dziewiąta rano i pękam z irytacji, wybucham od środka. - Nie czaję, przecież ja nigdy nie bawiłem się w tą jego magię, może o to tutaj chodzi. Skoro zajmował się czarowaniem, powinien mieć kolegów czarodzieji, może do nich też pisze.
- To może się tam przejdź, pogadaj z nim, wyjaśnij mu w końcu, żeby się odpierdolił ostatecznie. Powiedz, że sobie tego nie życzysz i masz to w dupie. - proponuje Skinek i chciałbym wierzyć, że użycie takich argumentów wobec W. załatwiłoby sprawę raz na zawsze.
- To nie przejdzie, nigdy nie przechodziło. - oponuję. Nigdy się go nie pozbędę. Musiałbym go zabić.
Wiosna nie przynosi dobrej nowiny. Moje życie byłoby kompletne, no, prawie kompletne bez magów, magików i wariatów, bez Wiktorów i kulek energetycznych.

Krzysztof Sztafa,
ur. 1991.
Nie wiem. Co?
- Wysram się.
Z tego mostu można by było robić zdjęcia na pocztówki. Widok Soły, kamienna plaża, co prawda pokryta teraz grubą warstwą niezmordowanego śniegu, który przecież też ma swój urok, sceneria więc zimowa, chłodna, ale jakaś przyjazna, zachęcająca, w tej zimowej scenerii majaczące w oddali sylwetki gór Beskidu, Żar, Wołek, Kozubnik, Trzonka, gdzieś tam dalej, w świadomości potencjalnego odbiorcy, perspektywa ich dziewiczości, która tylko czeka na ostrą deflorację, do tego słynna zapora w Porąbce, gdzie przebywały takie gwiazdy jak Pilch, ogółem cała otoczona zewsząd górami Porąbka, małe miasteczko w dolinie, ładny rynek i tandetne sklepy, wiejsko-górskie klimaty i wiejsko-górscy ludzie, gościnni gospodarze, włodzireje z wieczną słomą w ustach i skórzanym kapeluszem na głowie, czekający przed wejściem do każdego z domów, chałupnicy, których męskie, owłosione ręce wyciągnięte są w przyjaznym geście powitania, bo wszak nie ma pomiędzy nami żadnych różnic, więc witajcie witojcie. Na takim zdjęciu musiałyby znaleźć się łabędzie, szykujące się do lotu do ciepłych krajów, do ucieczki z tego miłego, ale zawsze zadupia cywilizowanej Europy, w końcu coś musi być niecywilizowane, żeby coś innego było cywilizowane, jakby wyglądał świat, gdyby było inaczej, a skoro padło na nas to nic, powiedzmy sobie, to nic nic. Jeżeli nie łabędzie to jakieś rybitwy krążące nad rzeką, albo dla większej nostalgii nad wyschniętym zakolem tej rzeki, jestem pewny, że odbiorca niemal słyszałby pisk tych rybitw i burczenie ich pustych żołądków. Tak, rybitwy też byłyby dobre. A jeżeli nie łabędzie i nie rybitwy to chociaż jakiś gówniany wróbelek sroka wrona, o, tak - wrona czy kruk dodawałyby miejscu jakiejś tajemniczej, skandynawskiej albo słowiańskiej atmosfery, nieskalanej globalizacją dziczy, raj dla niedzielnych wypadów poza mordercze, kapitalistyczne miasto. Cokolwiek latającego, żeby zapełnić pustkę tych niebios, gdzie przecież nie ma żadnego Boga ani choćby wieżowców, a jedynie puste połacie powietrza, których nie da się skroić żadnym mieczem. Zdjęcie mogłoby objąć po prawej stronie odcinek wałów ochronnych, tak, świadomość bezpieczeństwa i stabilizacji, kawałek wiejskich zabudowań; przy odpowiednim świetle i filtrze pokryte śniegiem chatki wyglądałyby naprawdę uroczo, w momencie ich obserwacji ewentualny odbiorca miałby wrażenie, że są zamieszkane przez prostych, uczciwych ludzi, nie mających żadnych kłopotów z papierami rozwodowymi czy naburmuszoną demokracją. Przecież tylko tacy ludzie mogą zamieszkiwać tą okolicę, inni tutaj nie istnieją, dostaliby obłędu, żadnych pionierów lat pięćdziesiątych, chociaż w gruncie rzeczy duch komuny widoczny w każdym szczególe, ale to już zupełnie inna sprawa i takie szczegóły nie odnalazłyby pokoju na tych zdjęciach, nie można mącić harmonii polskiej wewsi. Gotowe zdjęcie należałoby oprawić w stosowną ramkę i wydrukować w odpowiednim formacie. Każdy frajer zapomniałby o swoich problemach.
Od osiemdziesątegodziewiątego nie dociera tutaj żadna władza. Kolejny plus. To znaczy władza jest, błyszczy na ekranach telewizorów, jesteśmy na nią w jakiś tam sposób skazani, ale wszystko, co formalnie się z nią wiąże, nie ma tutaj znaczenia. Główną, biegnącą w stronę Krakowa, drogę oblepia żałość budek z hamburgerami, z których nikt nie je, przystanki (kierunek Kęty, kierunek Oświęcim) śmierdzą moczem i nie chronią przed deszczem. Pobocze usiane jest szpeczącymi billboardami: nowy sklep C&A Bielsko Sfera, Bielsko-Biała kolekcja zimowa, jakiś pedał z puszką coca-coli w ręce. Nikt tutaj nie jest po radosnej stronie życia, a nawet gdy komuś się wydaje, że właśnie na tą stronę przechodzi, nie znajduje nikogo, kto mógłby go w niej przywitać i oprowadzić. Za południowym choryzontem wznoszą się rachitycznie kominy kęckiego ZMLu, szyby GK i chciałoby się powiedzieć, że nasz świat ogranicza się tylko do ich wysokości. Do wysyłanego przez nich w nieskalane powietrze dymu.
Konrad mówi, że wcale nie jest mu przykro, on to nawet lubi, może pójść do konika, spokojnie kupić browara i wypić go nad sołą na pełnej. Ocipiałeś, znowu jestem oburzony, życie spierdala ci sprzed nóg gdy siedzisz nad tym browarem. Siedź w chuj, ja spierdalam, mówię. Nigdzie nie spierdalam, w zasadzie nie mam żadnego wyboru i ostatnio zajmuję się jedynie gniciem, gnicie wypełnia mnie i już nawet nie odczuwam frustracji. Bo gdzie mógłbym pójść? W sumie zazdroszczę takim kolesiom jak Żadan, Wilk czy Dyl. O tym ostatnim będzie później, może. No chodzi o to, że niby istnieje taka możliwość jak ucieczka, można realnie spierdolić i żyć gdzieś, gdzieś tam. Walać się autostopem, przejeżdżać przez cudze miasta, z których w naszej pamięci pozostaje tylko dworzec, nie czuć do nich żadnego sentymentu, jeść tanie żarcie z ulicznych bud i barów w stylu 'bar max, bar relax, bar pub, bar gastrometeo', wdychać powietrze i zawsze mieć fajki w kieszeni, chociaż puste paczki po nich, też jakiś symbol. Krótki przystanek i przesiadka, żadnego zwiedzania i aparatu na szyi, czysty, surowy rokendrol, jakieś piwo czy nawet wino, oczywiście z tych tańszych, ciepłe, ale tandetne ubrania. Pysio nazwałby to pysioprzygodą, ale problem w tym, że ja wcale nie chcę żyć w dwudziestoczterogodzinnej pysioprzygodzie. Nie chcę oszukiwać siebie i wmawiać sobie, że Tyskie, brudne buty i Dżem w słuchawkach sprawiają, że wszystko, absolutnie wszystko jest ok i nie ma czego zmieniać, bo jeżeli coś się zmieni, to na gorsze. No, brakuje mi jakiegoś pociągu, do którego mógłbym się władować z całym swoim dobytkiem i spierdolić, ale spierdolić gdzieś, do jakiegoś konkretnego miejsca, gdzie czekałaby na mnie inna mentalność, ludzie o obcych rysach, jakieś wyraźniejsze, szersze kontury materii, nie do nigdzie. Podziwiam więc na pewien sposób ludzi, którzy stawiają sobie krótkie cele i budząc się o niekontrolowanych, przypadkowych godzinach są w stanie wykrzyczeć swoją radość, żyję i jest mi tak dobrze, jest tornister, jest zabawa. Czasami brakuje mi jakiejś niezamierzonej spontaniczności, bodźca, który pozwoliłby mi rzucić wszystko, co mam, a mam przecież tak niewiele i muszę przebrnąć przez to niewiele, aby mieć wiele, ale nie chodzi tu o jakieś tornistry, złote łańcuchy czy nawet bogate mieszkania, ale wolną, pozbawioną jakichś głupich mitów perspektywę tych rzeczy, świadome posiadanie możliwości, wolność wyboru pomiędzy czymś, co pozwoli ci na stawianie celów krótkich bądź długich i podejmowanie dzialań służących osiąganiu tych celów, zależnie od okoliczności i humoru, niezależnie od ludzi, jakichkolwiek ludzi. Chcę mieć inny widok za oknem. Chcę mieć czas, nie, czas mam, ale chcę zapełnić ten czas czymś pożytecznym, nie mam na myśli jakiejś komercyjnej pracy nad sobą, ale samą świadomość tej pracy, rozumiecie, chciałbym powiedzieć, że nie mogę poświęcić tego czasu na zgłębianie poezji świetlnej, na jakieś pierdolenie o szopenie. Moje ręce pachną tytoniem. Konrad bierze portfel i wychodzi z domu, niczego nie słyszał, ja też niczego nie słyszałem. Chcę to wszystko usłyszeć.
Pure morning. Droga jest podobna, obowiązkowa, nie stykam się z innymi, nie zostawiam na nich żadnego śladu, niczego, co mogłoby przetrwać w tych miejscach chociaż trochę dłużej niż ja sam, to moje odbicie dla matczynej ziemi, mija tyle lat, że aż nic się nie zmienia, dochodzę do kresów, by stwierdzić, że pomimo upływu czasu wszystko jest takie samo, każdy cień pada pod jednakowym kątem, każda ściana ma te same dziury, każda jest ozdobiona identycznymi napisami, nie zmienia się nawet kolor, nie schodzi, nie odpada. Tak długo mnie nie było, że wszystko zostało na tym samym miejscu. Myślę, że to czasami ważne - odwiedzać stare symbole i miejscówki, nie łudzić się, że znajdziesz jakichś starych kumpli z ich słowami i śliną, starzy kumple albo poumierali albo wyjechali i wszystko było niby ok; ostatnie spotkania, ostatnie piwo, ostatnia rozmowa, bogate wnioski końcowe, ale pomimo tego pozostała przecież jakaś niezręczna niejasność, cichy podstęp. Jeżeli kiedyś tutaj wrócą, to na pewno nie w te miejsca, kipiące niegdyś naszym małym życiem. Widzę taką scenę: wchodzę na najwyższy szczyt, mam w czym wybierać, tutaj jest ich naprawdę dużo, wchodzę więc na ten szczyt, pogoda i aura jest nieskalana, szczyt to płaski odcinek ziemi, pozbawiony drzew, krzaków i ogółem wszelkiej niepożądanej na ten moment roślinności i obcego życia. Stoisz nad samym urwiskiem, niebo jest nader spokojne, żadnej chmurki, nic nie mąci tej chwili, spoglądasz w dół, pod niebiosami wznoszą się smukłe kominy fabryk, za wcześnie, żeby pracować, malutkie mieszkania i kamienice, może nawet jakiś delikatny smog nad tym cmentarzem. Powietrze, niezależnie od pory, jest zimne i przynosi drgania. Obserwujesz to wszystko i wiesz, że tutaj zdarzyło się całe twoje życie, nigdy nie wyjechałeś dalej, tutaj zaczyna się i kończy świat i historia, nie masz nawet żadnego powiązania z tym, co za kominami i nad nimi, unosisz ręce, prostujesz je i zaczyna się twoja zabawa. Jesteś tutaj zupełnie sam, a przecież pamiętasz, gdy pierwszy raz tutaj wchodziłeś, dokładnie na ten szczyt, podziwiałeś panoramę z Dylem czy Przemkiem, piłeś piwo i jadłeś jajecznicę, wzrok był przelotny i urywany, rejestrował wszystko i nie przepuszczał obrazów przez żaden głupi filtr, szkoda było nerwów. W rzeczywistości żaden filtr nie był potrzebny. I teraz, po latach, zauważasz, że coś sie zmieniło, że kurwa, to ja nauczyłem się filtrować tą rzeczywistość, której już w żaden sposób nie kształtuję, która wymknęła się spod kontroli i żaden chuj, żadna pizda nie może tego zmienić. Powiewa silniejszy wiatr, czujesz jego szum, gdybyś był tutaj choćby trzy lata temu, powiedziałbyś, że ogół jest idealny, albo po prostu, jest zajebiście. Zabawa kończy się na katharsis, rozkładasz te ręce jak do pajacyka, obraz przestaje cię interesować, trwasz w tym kilka sekund, jak pojara, jebać to wszystko, otwierasz oczy. Katharsis było, ale chwilowe. Śmierć jest, ale tylko dla chłopców. Schodzenie.
II.
Wiktor, pierdolnij mi aurę, no, mam jakiś kiepski dzień, pomóż kumplowi, mówię, leżąc na kanapie, wszystko mnie dzisiaj boli, brzuch, nogi i ramiona, nie mogę się ruszać, więc leżę na tej kanapie i poruszam tylko żuchwą. Wiktor, czyli Dylu krząta się po kuchni, rozmawiam z nim przez otwarte drzwi. Słyszę jego kroki, otwieranie lodówki, wyciąganie sztućców. Albo robi sobie śniadanie, albo szuka noża, żeby mnie pochlastać. Może jednak śniadanie. Tkwimy na drugim piętrze gównianej kamienicy, to składające się z sypialni połączonej z salonem, kuchni i łazienki mieszkanie należy do Wiktora i chociaż rzadko w nim bywa, czasami służy mi jako azyl/schron. Jest piątek, może sobota, nie jestem pewny. Wszystko mi się miesza. Wiktor wchodzi do pokoju, ma na sobie gruby, zielony szlafrok i papucie na nogach, w jednej ręce trzyma talerz z jakimiś kanapkami. Siada przy stole, nie odzywa się. Chyba działam mu na nerwy z tą jego magią, może nie powinienem tak z niego drwić, może coś naprawdę w tym jest a ja wychodzę na wielkiego laika ignoranta. To znaczy ok, ja szanuję to, czym się zajmuje, nie naśmiewam się z niego za każdym razem, gdy wspomina o jakichś rytuałach, do których zbiera siły, ale przyznajcie sami: w ezoteryce jest coś dziwnego. Zapalam papierosa. Podobno w tym pokoju umieszczonych jest piętnaście sigili, cokolwiek to znaczy, aura jest jak najbardziej sprzyjająca, pozytywna. Tak mówi Wiktor. Wiktor teraz je swoje śniadanie a ja próbuję wyczuć aurę. Nic z tego. Dzielę sie tym spostrzeżeniem z kolegą. Może masz rozpierdolone czakry, przypuszcza. Może mam, to nawet możliwe. Prawdopodobnie wszystko mam rozpierdolone, jestem cały zjebany od stóp aż po głowę, zawsze coś mi dolegało, nie tylko psychicznie, nie, przede wszystkim fizycznie, urodziłem się zajebiście niedoskonały i myślę, że jednak to wporządku. Wiktor, ulecz mnie, głowa mi pęka a ty jesz śniadanie, jak możesz tak spokojnie jeść swoje śniadanie, chleb z dżemem cię nie uratuje, uratuje mnie nieboląca głowa. Przecież twoje ręce leczą. Wiktor nie zwraca uwagi na moje myśli, ciekawe, czy on już potrafi w nich czytać, zastanawiam się, Jezu, przy nim nie jestem bezpieczny. Boję się własnych myśli. Dżem ścieka Wiktorowi po brodzie. Jego mlaskanie przebija cieszę mieszkania. Wyjebali mnie z roboty. - mówi po chwili. Co? Kiedy? - Wczoraj. Koleś powiedział, że przyszły zmiany i trzeba uszczuplić obsługę, padło na mnie. Pierdolenie, wiesz. - dodaje. - Koniec ochroniarskiej kariery w Auchan, możemy wychodzić, wpizdu. Jutro jadę po kasę i już się tam nie pojawiam. Będzie ciężko. Spoko, coś wymyślimy, pierdolić Auchan i całą globalizację, przecież świat to nie tylko hipermarkety i ser z promocji, pocieszam Wiktora. No nie wiem, ten nie daje za wygraną, chujowo mi i nie wiem co teraz zrobię. Wieczorem przywalę sobie nowego sigila. Wychodzimy?
Wychodzimy w deszcz, wychodzimy w miasto, wychodzimy, ale nadal tu jesteśmy, w gruncie rzeczy całkowicie sobie obcy. W ogóle po co wyszliśmy, przecież jest zimno, połowa Lutego a mi nie chce się ganiać po kałużach i uliczkach, nie jara mnie to, zresztą już o tym mówiłem. Gdzie ty mnie prowadzisz, wampirze energetyczny z rozpierdoloną aurą, gdzie. Wiktor mówi, że ma coś do załatwienia i mam iść z nim, nie pytaj o nic, będzie zabawnie. Wsiadamy do szesnastki, kierunek Auchan. Patrz: oszustwo, podstęp. Autobus jest pusty, boję się, co on kombinuje, w zasadzie już wiem, znam go na tyle dobrze, żeby móc obawiać się o nasze kolejne wspólne dziesięć minut, coś jest nie tak. Wiktor siedzi przy oknie, tępo wpatruje się w krajobraz na zewnątrz, który, jak przystało na Bielsko-Białe standardy, nie jest zbyt ciekawy, nerwowo obgryza paznokcie, wyraźnie jest zdenerwowany, w sumie nie dziwię mu się, niecodziennie traci się pracę. Może po prostu chce teraz odebrać należną mu ostatnią pensję, ostatnie pieniądze wyciągnięte uczciwie z rąk chciwych łap kapitalistycznych biznesmenów, kto wie. A może w wewnętrznej kieszeni swojego płaszcza trzyma schowany pistolet automatyczny i ze złości ma zamiar poćwiartować wszystkich ocalałych pracowników hipermarketu, albo co gorsza, może w tej kieszeni wcale nie ma pistoletu, tylko swoją magiczną różdżkę, może chce wpaść do środka i wszystkich zaczarować, rzucać jakieś krucjo czy avada kedavra, znęcać się nad swoimi byłymi szefami i przełożonymi, naruszając fundamentalne prawo nieużywania magii w miejscach publicznych, narażając wszystkich na rychłą śmierć z rąk magików z ministerstwa, chuj wie. Mam gęsią skórkę. Po kilkunastu minutach wspólnego milczenia wysiadamy. Jest wcześnie, dopiero jedenasta rano, piątek albo sobota, ale parking przed centrum handlowy zapełniony, tak, rodzinne zakupy, gdybym był Bogiem, wypierdoliłbym z miejsca połowę ludzi do piekła. Wchodzimy, miła muzyczka wydobywająca się z głośników, ona działa, to jasne: tutaj jest o wiele lepiej niż na zewnątrz, na zewnątrz jest mokro i zimno, wiatr wieje w twarz, wieje we wszystko, w środku natomiast działa klimatyzacja, pachnie tym charakterystycznym plastkiem, plastik, plastik, jakby świat zbudowany był z białego, higienicznego plastiku, do tego ta grzeczna muzyka, ustawiona na idealną głośność, nie wpierdala się w uszy, to ważne, pamiętam jedną restaurację na mieście, gdzie kiedyś wstąpiłem na kolację, tam też była muzyka, odpowiednio wyciszona, ale w kiblu można bylo sobie dyskotekę zrobić, była taka głośna, no gdybym chciał tam pocisnąć klocka, chyba nie dałbym przez nią rady, do tego przecież też trzeba się skupić, pozbywając się fekaliów, wcale nie chcę tańczyć. Na szczęście chciałem się tylko odlać. Nie wiem dlaczego, ale nie wytrzymuję w takich miejscach jak Auchan więcej niż piętnaście minut. Wszystkie te kosze, uśmiechnięte rodzinki, bary szybkiej obsługi, spożywczaki, gdzie cały czas masz wrażenie, że w każdej półce kryje się jakaś ukryta strategia mająca na celu zrobienie z ciebie frajera. Przykład: w tego typu miejscach pieczywo zawsze jest ustawione na samym końcu sklepu, trzeba przejść przez cały korytarz, by do niego dojść, przez wszystkie regały. Kto z szanownych konsumentów nie kupi niczego dodatkowego po drodze? O, mleczko do bułeczki. Przecież masełko, jak mogłem zapomnieć, dżemik, miodzik. Jogurt naturalny, tak - bułka i jogurt naturalny. Nie ma w tym podstępu?
Jesteśmy na to w miarę odporni. Wiktor prowadzi, sunie przez korytarz jak radziecka lokomotywa przez śniegi Syberii, nie ogląda się na nic. Nie nadążam. Jest tak naładowany energią, że widocznie nie wie, co ze sobą zrobić. Popycha przechodzących obok klientów, zostawia za sobą pożogę, dym i śmierć. Przepraszam wszystkich za jego zachowanie, tak, bardzo mi przykro, kolega ma zły dzień. W pewnym momencie, przy jakims zakręcie, tracę go z oczu. Staję w miejscu, rozglądam się. Nic. Ani śladu Wiktora. Po dosłownie kilku sekundach słyszę wrzask dochodzący gdzieś z oddali, przede mną 'WYPIERDALAĆ!'. Wzdrygam się. To głos Wiktora. Uciekać? Nie przyznać się do niego? Już wiem, co on kombinuje. Biegnę w stronę, z której dochodzi głos. Po chwili widzę taką scenę: Wiktor trzyma za kołnierz jakiegoś kolesia w garniturze, przypycha go do ściany, gość już ma posiniaczoną twarz, ale jeszcze da się z niej odczytać morze strachu. Wiktor napina wszystkie mięśnie, drży z wściekłości, widocznie nie panuje nad sobą. Czasami ma takie napady, raczej rzadko, ale jak już mu się to przydarzy, lepiej nie wchodzić mu w drogę. Ludzie gromadzą się wokół i tworzą koło, otaczają go i z wyrazem szoku przypatrują się powstałej sytuacji. Dołączam do nich. Pierdolę to, nie będę bohaterem, mam dość bycia bohaterem, nie będę narażał swojej dupy w obronie jakiegoś fagasa w krawacie, nie. Poza tym to nie moja sprawa. Wiktor często mi powtarzał, że najgorsze jest wpierdalanie się pomiędzy olej a patelnię. Stoję z boku i obserwuję, jestem przerażony, ale z drugiej strony ciekaw jak potoczy się ta scena. Póki co Wiktor trzyma tego kolesia za kołnierz, unosi w powietrzu, podejrzewam, że koleś to jego były szef czy coś w tym stylu, nie jest dobrze. Ty chuju, ty śmieciu, wrzeszczy Wiktor. Jakiś gość z tłumu próbuje go podejść, zbliża się powoli w jego kierunku, tak, zawsze znajdzie sie frajer, który w takich sytuacjach widzi szansę dla siebie. Tani bohater. Gdy jest blisko Wiktora, ten rzuca szefem o ziemię i zgrabnym ciosem uderza w twarz bohatera. Krzyk, więcej krzyków, ogólne oburzenie gapiów i śmiałek leży z zakrwawionym głosem, nie kontaktuje. Dobrze, że to nie byłem ja. Teraz już nikt mu nie podskoczy, nikt się nie odważy. Wiktor przez chwilę patrzy na znokautowanego bohatera, potem przemierza tłum wzrokiem, w jego oczach widać obłęd, słyszę obok siebie szept: to jakiś pojeb. Następnie podchodzi do szefa, pochyla się nad nim i wrzeszcząc coś w nieznanym nikomu języku okłada go pięściami. Ludzie zaczynają się naprawdę bać, ktoś wola o pomoc. Nagle trzech kolesi z tłumu podchodzą do Wiktora i próbują go unieruchomić. Ten, opanowany szałem bojowym, nie zauważa, gdy tamci podchodzą blisko i rzucają się na niego. Wiktor próbuje się bronić, ale ten wysiłek jest daremny. Po chwili do akcji wkracza ochrona, tak, oni zawsze pojawiają się w odpowiednim czasie. Koniec. Tym razem przesadził. Muzyka z głośników już nie uspokaja. Spierdalam.
Jadę z powrotem, teraz autobus jest zapełniony, mam do swojej dyspozycji jakieś dziesięć centymetrów kwadratowych, stoję. Ktoś z tyłu mizia mnie po pośladkach, mam nadzieję, że to tylko z tego ścisku. Zupełnie tego nie rozumiem. Utrata pracy to jedno, ale opierdalanie swojego szefa to drugie. Może on nie mógł zrobić niczego innego, może naprawdę musiał kogoś wywalić i trafiło akurat na mojego kumpla. Przecież on nie jest głupi, powinien zdać sobie sprawę, że istnieje coś takiego jak siły wyższe, z którymi za nic w świecie nie pogadasz. Nie wierzę w to, musi chodzić o coś poważniejszego. Nie wiem co się teraz z Wiktorem stanie, chłopak przejebał, trochę szkoda, pewnie długo nie wyjdzie na prostą. Zapewne już czeka go sprawa, kurwa, może nawet jakiś kryminał, co to za zresztą za sprawa, skoro na jego zryw jest setka światków, no ewidentne huligaństwo, żadnych szans. On zawsze potrafił nieźle się wpakować, miał niefarta. Pamiętam pewien wieczór, to zdarzyło się jakieś dwa lata temu, szliśmy ulicą i trafiliśmy na grupkę łysych, było ich trzech, niezłe byśki, pięć metrów szerokości, metr wysokości. Przechodziliśmy spokojnie a jeden mówi: kasa. Jaka kasa, co kasa, pyskuje Wiktor. Idiota. No, talent do wpierdalania się w gówno to on naprawdę ma. Już myślałem, żeby uciekać, w takich sytuacjach nie ma się nad czym zastanawiać, wszystko jest przewidziane z góry i żadnego zmiłuj. Ciągnę Wiktora za rękaw, daję mu sygnały, chłopie, w nogi, chcesz żyć, biegnij, ale on nic. Stoi i patrzy na drechów. Nagle podchodzi do jednego, wymierza mu cios prosto w nos i dopiero wtedy rzuca się do ucieczki. Dresy za nami. Gdy już myśleliśmy, że ich zgubiliśmy, zza zakrętu wyłonili się oni i radiowóz policji. Nie było gdzie umknąć. Panie władzo, to oni, uderzył mnie bezpodstawnie w twarz, mówi ten, którego dorwał Wiktor. Mam dwóch świadków, dodaje i zerka na swoich towarzyszy. Obyło się na szczęście tylko na mandacie, gliniarz widocznie sympatyzował łysych albo najzwyczajniej w świecie się ich bał. Gdy odjechał, zostaliśmy z byśkami sam na sam. Wszyscy wiedzą, co dalej. Nie pamiętam, co działo się ze mną tej nocy i jakim cudem obudziłem się nad ranem w swoim łóżku, brudny od zaschniętej krwi, posiniaczony, poobijany, bez komórki. Zyskaliśmy mandat i bezkarny, wolny od konsekwencji łomot od łysych. Jak później się okazało, Wiktor skończył w szpitalu ze złamaną ręką i żebrem.
Wysiadam. Omal nie udusiłem się w tej puszce. Jestem na ulicy, próbuję ochłonąć. Wyciągam komórkę i dzwonię do Wiktora. Brak sygnału. Pewnie już pozbył się telefonu. Nie mam na to wpływu, już nie. Dowiem się wszystkiego jutro, teraz to ponad moje siły, chcę wracać. Przechodzę przez obcy rynek, obce kamienice, obce fontanny, restauracje, przez obce wszystko. Mijam obcych ludzi, słońce już zaszło, na zagwieżdżonym niebie pojawia się księżyc. Parę dni do pełni, przypuszczam, przyglądając się mu, ale w gruncie rzeczy jebać to. Miasto o tej porze jest takie ciche, wręcz nienaturalnie ciche, nie nadaje sie zupełnie do niczego. Nie znajdziesz tutaj żadnych sensownych klubów czy magicznych, niepowtarzalnych miejsc. Kolejne zadupie, ale w trochę innym wydaniu. Tam, gdzie mieszkam, martwota jest naturalną wypadkową otoczenia, które wcale nie obiecuje ci wielkich możliwości i rozrywek, natomiast tutaj wszystkie światła, neony z pozoru wodzące duszę na pokuszenie w rzeczywistości mają zupełnie inne przeznaczenie: udawanie. Ogromny zegar na kościelnej wieży wybija dwudziestątrzecią i stanowi jedyną opozycję do krępującej ciszy, która panuje w okolicy. Miasto nie żyje, miasto udaje życie. Pozbywa się wszystkiego, z czego się składa, ropieje. Miasto traci wnętrzności. Wypluwa mnie z dworca w stronę odległych, powiedzielibyście, rubieży. Odpadam i to nie jest dziwne.
Muszę wyjechać. Pozbyć się tego ciężaru, wyrzucić komórkę, zdjąć ubrania, no, zostawić majtki, wejść do lasu, zbudować szałas i straszyć spacerujące dzieci. Nie liczę na wiele. Oglądam telewizję, bawię się pilotem. Dłubię w nosie. Spędzam czas, który mi dano. Nadal żadnych sygnałów od Wiktora, telefon milczy, byłem w kilku miejscach, pytałem, o niczym nie wiedzieli, nie wiem, może nie umiem szukać. Konkluzja jest w każdym bądź razie jedna: ani śladu. Wiktor był, Wiktor zniknął. Szczerze mówiąc nie zależy mi aż tak bardzo na nawiązaniu kontaktu. Chłopak przecholował i nie chcę go póki co widzieć, zmalał w moich oczach tak, jak maleją jądra na widok nagiej Katie Morgan. Może to trochę egoistyczne podejście, ale jak widzę, co on wyczynia, nie daję rady. Nie zostałem stworzony do agresji, brzydzę się agresją, a jego zachowanie nie mogę pod nic innego podpiąć. W gruncie rzeczy Wiktor mógłby przestać istnieć. Co prawda szanuję go jako osobę, poza odchyłami jest inteligentny, to mój jedyny czytający kumpel, poza tym lubię go za to, że ma podobny do mojego stosunek do religii. Wszelakiej maści i obciągłości, bez względu na imię czy historię Boga. Szczerze mówiąc denerwuję się na samą o nim myśl, nie wiem na czym to polega, nienawiść to złe słowo, niedojrzałe. Mówiąc bardzo ogólnie, Bóg, niezależnie jakie oferuje prawa, działa mi na nerwy. Nie warto o tym wspominać; zmieniam kanał. Jedynka, dwójka. Polsat. Cały naród w pudełku, naród cały. To zadziwiające do ilu rzeczy jesteśmy zmuszeni i na ile rzeczy jesteśmy skazani. Pomyśl tutaj o ucieczce. Niezależnie od tego, kim jesteś, ile masz lat, jaką masz pracę, jakiej muzyki sluchasz, jakiej nienawidzisz, w co wierzysz, naprawdę, pomyśl, nawet niezależnie od tego, czy jesteś chrześcijańskim konserwatystą, czy mógłbyś rzucić wszystko i uciec, pójść za głosem serca, rozumu bądź kutasa do miejsca, o którym zawsze marzyłeś albo do nigdzie, o którym zawsze marzyłeś. Jesteś wolny? Spakuj się, zamknij drzwi od mieszkania na klucz, wsiądź do pierwszego lepszego pociągu. Nadal tu jesteś? Nie próbuj sobie wmawiać, że wcale tego nie potrzebujesz, bo właśnie ta praca, ta rodzina, płacenie podatków i wyrzucanie śmieci - że to wszystko daje ci wolność. Błąd. Jako statystyczni obywatele, Kowalscy i Nowaki, walczymy na dwóch frontach, bezradnie oscylujemy między tym, co nam wmawiają a tym, czego naprawdę chcemy. Można w sumie pomyśleć, że to brzmi romantycznie i ma swój urok, można pokusić się o przypuszczenie, że w pewnym stopniu jesteśmy jak Wokulski czy ten drugi, no, nie pamiętam nazwiska, ten z chciwą żoną, Makbet. Nasze polskie rozdarcie wewnętrzne sprawia, że na żadnym z tych frontów nie możemy żyć w pełni, więc wyglądamy, jak wyglądamy. Więc nie możemy sobie z niczym poradzić, więc szukamy zaczepek, więc lądujemy w szpitalach, więc zdrowiejemy, więc tak brzydko zdychamy. Wyłączam telewizor. Wychodzę.
Pamiętam, że nigdy nie miałem kasy. W sumie nadal nie mam. Nie mogę wspominać swojej młodości, bo przecież jestem młody i formalnie cały czas ją przeżywam, dlatego mam teraz na myśli po prostu te wcześniejsze lata, kiedy byłem jeszcze bardziej zależny i, jak miało się później okazać, bezradny. Więc nigdy nie miałem kasy. Nie przesadzam. Niemalże każdy grosz, jaki dostał się w moje ręce, był rezultatem kompromitujących przekrętów. A przecież nie byliśmy biedni. Mieliśmy telewizor, ba, nawet dwa, jedna plazma, czterdzieścidwa cale, kominek, wieżę stereo i tego typu bajery. Moi starzy pracowali, wiodło nam się całkiem nieźle, ojciec zawsze wyjeżdżał na narty w Alpy, często kupowali z mamą nowe ciuchy, i to nie jakąś gównianą odzież na wagę z lumpeksu, ale nieużywane, porządne spodnie, bluzy, koszule z firmowych sklepów. Pomimo tego nigdy nie miałem pieniędzy dla siebie, przez dłuższy czas uważałem, że to calkiem normalne, że taka jest naturalna kolej rzeczy. W sumie nie mam zastrzeżeń do matki; zawsze poratowała jakimś groszem, z jej pieniędzmi czasami mogłem sobie pozwolić na swoje młodzieńcze zrywy. Tak, moja matka jest spoko. Ten pernamentny problem braku środków na cokolwiek zdecydowanie bardziej wiązał się z ojcem. Chodzi o to, że zostałem wychowany w tradycyjnej rodzinie, w której musieliśmy tolerować jego despotyczne rządy. Nie było buntu, nie mogliśmy sobie na to pozwolić, w tamtych czasach przeciwstawienie się mu oznaczało obdarcie ze skóry, kastrację, patrz dalej: przejebane. Nie mieliśmy jaj, zresztą jak je mieć, gdy jest się czternastoletnim frajerem? Pamiętam jak bardzo nienawidziłem wtedy ojca, gdy otaczając się nowymi sprzętami, zupełnie nie dbał o potrzeby moje i Konrada. Bałem się prosić go o cokolwiek. Problem w tym, że z mojego ojca był straszny skąpiec. To znaczy skąpił kasy na nas, na siebie jej nie żałował. Bywało tak, że zabraniał matce dawania nam swoich groszy. Kurwa, nigdy nie miałem na swoje zachcianki, nie, nie mogłem iść do lodziarni na deser, na szejka czy co tam jeszcze, bo najzwyczajniej w świecie nie było czym płacić. I nijak nie można było temu zaradzić. I pamiętam dobrze jeden dzień, dzień jakiegoś mentalnego przełomu. Otóż pojechaliśmy ze szkoły na wycieczkę do Budapesztu, zwiedzaliśmy miasto, spędziliśmy w nim cały weekend. I wtedy, patrząc na te wszystkie budynku, place, kamienice, zamki, pałace, uświadomiłem sobie, że przecież świat jest taki piekny, że może być taki piękny, a my żyjemy w takim syfie. W takiej budzie. Na takim zadupiu. Pamiętam zazdrość, jaka ze mnie biła na widok dzieci jedzących ogromne lody, na widok ich nowych, porządnych ubrań, zadbanych, wygietych w beztroskim uśmiechu twarzy. Doszło do mnie, że młodość, dorastanie, ale także czekająca mnie dorosłość, ogółem całe życie może być zupełnie inne niż moje, o wiele łatwiejsze, o wiele ładniejsze, przyjemniejsze. Do tej pory nie docierała do mnie taka możliwość, że można odbywać się zupełnie inaczej niż do tej pory, nadawać na innych, wyższych falach. Dotąd myślałem, że z racji swojego wieku muszę przeboleć to wszystko, wytrzymać, poczekać. Nie mogłem pracować, przecież nikt nie przyjmie na czarno nieletniego gówniarza, zresztą kiepsko to sobie wyobrażałem. Żyłem więc i dorastałem dalej ze świadomością, że gdzieś tam, gdzieś daleko ode mnie toczy się zupełnie inne życie i perspektywa tego niedosięgalnego życia prześladowała mnie tak, jak cień babyjagi prześladuje małe dzieci. Czułem, że to wszystko jest nie-fair, zresztą nadal tak czuję, bo nadal nie stać mnie na bunt, który od tamtego czasu tli się w mojej głowie i nie pozwala przyjmować wszystko po epikurejsku, po kurewsku. Ojciec nigdy nie widział problemu. On reprezentował typ ludzi, do których zawsze czułem największą niechęć, jakąś niepozwalającą na zbliżenie barierę. Był wyjątkowy. Wiecie. To ta wyjątkowość, która zupełnie odrzuca jakieś racjonalne przyjmowanie siebie, która mówi: jestem wyjątkowy, bo to ja, to ja, to ja, moje palce, moje paznokcie, mój kaszel, moja ślina. I podążając z tropem takiego myślenia życie nie może potoczyć się inaczej, bo to moje życie, moje plany, nikogo innego. Mój ojciec nie dostrzegł, że przyjęcie takiej postawy nie pozwala na odkrycie wydającej się brzmieć banalnie prawdy: jestem bezpodstawnie wyjątkowy, z perspektywy otoczenia nie wyróżniam się niczym innym, chodzę z podniesioną głową, ale nie mam ku temu żadnych realnych powodów, nie dokonałem niczego nadzwyczajnego. Patrz: superego, patrz: nadosobowość. Mój ojciec szedł właśnie tą drogą i gdy przyznałem się przed sobą, do czego mnie to zmusza, przysiągłem sobie, że nigdy nie będę taki jak on. Nigdy nie pójdę w jego ślady.
Jeżeli spędzasz wieczór w domu przed telewizorem, radiem, internetem, popijając bezsensowną, dziesiątą z rzędu kawę, do tego jeżeli całym sobą czujesz swoje rozpierdolone na strzępy aury i czakry, łudząc się, że na coś czekasz i wszystko jest tylko stanem przejściowym pomiędy jedną a drugą przygodą - każda minuta trwa wieki. Komórka Wiktora nadal milczy, to więcej niż pewne, że stracił ją na dobre, nie wiem co z nim samym się dzieje, Konrad też nie wie, dzwoniliśmy do niego przez te dwa dni chyba setki razy, nic z tego. Cisza. Wybieram opcję numer jeden i tym sposobem, siedząc przed telewizorem, popijając ktorąś z kolei kawę, mając czakry i aury wymięte jak gazeta wyciągnięta z krowiej dupy, zostaję w domu. Nie mam zamiaru wychodzić, chociaż jak na końcówkę lutego pogoda jest nader przychylna. Podchodzę do okna, patrzę na zewnątrz. Ulica Centralna tonie w gęstej mgle, zresztą to może nie mgła, tylko dym z kominów, łatwo jest dać się nabrać. Jak przystało na porządną polską wieś, żaden dom w okolicy nie dysponuje ogrzewaniem na gaz, wszystkie mają piece węglowe, centralne. I jak przystało na porządnych polskich wieśniaków, wszyscy wrzucamy do tych piecy plastikowe butelki, świecące magazyny, kolorowe pudełka i jednorazowe reklamówki, przez co dym unoszący się z kominów jest jeszcze gęstszy i śmierdzący. Zazwyczaj cała Centralna, ba, cała okolica pachnie jak Gruzja czy Palestyna, szczególnie w zimowe wieczory. Sami skazujemy się na gnicie. Szkoda zdrowia, by w takie pory wychodzić na dwór. Powietrze śmierdzi, cała okolica jebie jak gówno, czasami aż ciężko oddychać. Patrząc przez okno uświadamiam sobie, że mgła/dym ograniczają moje możliwości poznawcze, prawie niczego nie widzę. Kawałek płotu, niedziałająca od zawsze latarnia, po drugiej stronie piętrowy dom, w którym ktoś włączył wszystkie światła. One wszystkie, włącznie z moim, przypominają niedoskonałe sześciany. Zero ruchu, pustki, żadnych ludzi, żadnych złudzeń. Wracam na kanapę. Walk down the right back alley in Sin City, and you can find anything. Wybieram ludzi, wybieram ślady, w które mogłem kiedyś pójść.
Wiktora znajduję na następny dzień. W rowie. Leży koło wałów, przykryty śniegiem, który jak na złość spadł poprzedniej nocy, wygląda jak większy kamień czy krzak. Wracałem akurat do domu i dopiero będąc w odległości dwóch metrów od niego, zdałem sobie sprawę, że to leżące coś to mój kumpel. A raczej to, co z niego zostało. Dylu? pytam, podchodząc bliżej. Dylu. Musi tu już leżeć jakiś czas, przypuszczam w myślach, nie rusza się, jest zimny jak głaz. Leży na brzuchu, odwracam go więc na plecy. Z trudem powstrzymuję odruch wymiotny. Jego twarz pokryta jest niezliczonymi sińcami i obrzękami, brudna od zaschniętej krwi i jakiegoś innego syfu, może ziemi. Cera, której nie dosięgnęły cudze pięści i pazury, jest blada jak u trupa. Szok, nie wiem co robić. Stoję nad nim i powtarzam bezsensowne 'kurwa kurwa kurwa'. Mój kumpel wygląda jakby przejechał go walec, stanowi teraz płaską, niczym nie wyróżniającą się od przyrody kupkę ziemi, kopiec. Sprawdzam puls. Jest, ale słaby. Ledwo wyczuwalny. Stoję jak wryty. Próbuję go ocucić, ale gość zupełnie nie kontaktuje. Zero reakcji. Nie jest dobrze. Wyciągam komórkę, dzwonię na pogotowie. Gdzie się pan znajduje, mówi głos po drugiej stronie. Nie wiem, w lesie. Pół godziny później przyjeżdża karetka, która bierze go do szpitala. Ja zostaję.
Odwiedzam Wiktora, czasami przychodzi też Konrad, powoli dochodzi do siebie, gdy go przywieźli, stan był ciężki, wpadł w coś podobnego do śpiączki, musieli wykonać parę zabiegów, jego życiu już nie zagraża niebezieczeństwo, jak mówi doktorek. Złamane żebro, trzy wybite palce lewej ręki, zwichnięta lewa noga, sińce, zadrapania. Stracił trochę krwi, jest słaby, trzeba karmić go jakiś czas przez rurkę i czekać aż wydobrzeje. W gruncie rzeczy wygląda teraz jak roślinka, zawsze, gdy wchodzę do jego sali, czuję się jakoś dziwnie, jest podłączony do maszyn, na usta nałożoną ma maskę, która ułatwia mu oddychanie, z rąk odchodzą kable, twarz wygląda jak ogromny wyciśnięty pryszcz albo dorodny burak, cała czerwona, z trudem rozpoznaję gdzie ma oczy, nos. Póki co nadal jest w fazie śpiączki, pewnie nawet nie zdaje sobie sprawę z tego, że ktoś go odwiedza. Może to nawet lepiej dla niego, niech póki co śpi i zdrowieje w ten sposób. Nie chciałbym widzieć siebie w takim stanie. Mówię 'siema' i siadam obok jego łóżka. Zastanawiam się co takiego mogło się wydarzyć. Ojebali go i wyrzucili jak śmiecia? Nie, to zbyt nieżyciowe, nie wierzę. Może po prostu bezpośrednio po incydencie w markecie ochroniarze zaprowadzili go do dyżurki, zbutowali i wypchnęli za drzwi, a on nie miał siły dojść do domu i pierdolnął do rowu. Nie, też odpada. Przecież wszystko zdarzyło się trzy dni temu. Musiałby leżeć w tym rowie dwie noce. To śmieszne. Nikt nie ma szans tego przeżyć, nawet naładowany energią i dobrą aurą wampir energetyczny. Właśnie. Na co zdała się jego magia, przecież gdyby to naprawdę działało, Dylu nie wyglądałby tak, jak wygląda. Jezu, przecież on jest doszczętnie rozpierdolony, musieli nieźle się na nim wyżyć. Lekarz mówi, że posiedzi tu jeszcze przynajmniej miesiąc od chwili, gdy odzyska przytomność. Mogą wystąpić jakies powikłania, chuju muju. Najgorsze, że na tym się na pewno sprawa nie skończy, to byłoby za proste. Że niby wpierdol, drugi wpierdol i po sprawie? To nie Fight Club, Wiktor to nie Tyler Durden. Wyżej chuja nie podskoczysz. Czekam aż wampirek odzyska przytomność, przychodzę tu prawie codziennie, jego relacja to jedyny sposób na dowiedzenie się, co się stało.
Czwartek. Wstać, żreć, pić, spać. No, ewentualnie bez tego picia, mam dość picia, spożywania napojów wyskokowych, dość. Ogółem żadnych wyraźniejszych stanów przejściowych, regularne, bezsensowne posiłki średnio co trzy godziny. Za sześć godzin każdy z tych posiłków będzie już prawie gotowy, za jakieś dziesięć godzin poczuję go w dupie, będzie się domagał ucieczki, a ja pomyślę: nie tak szybko, panie kupo, spokojnie, muszę dojść do ubikacji, ojej, nie ma papieru, trzeba iść po papier, siedź spokojnie, panie wielki, kupo. Papier, bris mini sprej, przyjemne zapachy, chciałbym czuć, że tak naprawdę pachną ludzkie fekalia, że można się w nich zanurzyć, to znaczy w ich zapachu, woni, która opanowałaby całą łazienkę, robiąc z niej ulubiony i najchętniej odwiedzany kawałek mieszkania, tak, życie byłoby lepsze, gdzie telewizor, gdzie pilot, nie musiałbym w gruncie rzeczy już niczego robić. Potrzeby fizjologiczne są bardzo ważne, zdradzę wam pewien pisarski sekret: bohaterowie książek też srają, też szczają, też podcierają się papierem rumiankowym lub tym tańszym z makulatury. No bo weźmy takiego Wokulskiego. Ikona polskiej literatury, czołowy przedstawiciel romantycznego pozytywizmu bądź jak kto woli - pozytywistycznego romantyzmu. Wydaje się, że zamieszanie wokół panny Izabeli (która, na marginesie, była niezłą szmatą), sklepu, spółki z rosją i czym tam jeszcze, sprawiło, iż Stachu, jak mawiał o nim mój osobiście ulubiony bohater Rzecki, zapomniał o najprostszych czynnościach fizjologicznych. Jak taka ikona, ten szanowny gość może mieć tego typu 'problemy', jak on by śmiał. Czytając 'Lalkę' oczekiwałem takiej sceny: Wokulski siedzi na klopie. Panna Łęcka sika. Rzecki podciera się papierem toaletowym (jeśli wtedy istniało coś takiego jak papier toaletowy). Wokulskiego swędzi odbyt w towarzystwie Izabeli. Izabela czuje nieprzyjemnie podchodzącą pod gardłą substancję wymiotną, oralne fekalia, wymioty i wszystko to w obecności Wokulskiego. Rzecki drapie się po jądrach w niczyjej obecności, bo przecież nikt poważny nie chce z nim siedzieć i naturalnie - starzeje się. Koniec o lalce. Tylko kiedy zasypiam, kiedy przychodzi odpowiednia godzina, kiedy leżę w łóżku, zadając sobie jednak jakieś wewnętrzne, nieodparte pytanie: to już, jak to, koniec dnia - czuję się w miarę spokojny, jakiś optymalny, zapadam w ten pierdolony, legalny niebyt, tak, banalne słowo, grafomańskie wręcz, ale co zrobić. Nie dręczę się niewygodnymi myślami, nie dręczę się niczym, co mogło pójść inaczej, a przecież tak wiele mogło potoczyć się inaczej i mogło mnie tu w ogóle wcale nie być, mogłem być gdzie indziej, miałem taką samą szansę. Wracam i szukam taksówki, no, chociażby autobusu czy roweru, który przewozi mnie na drugą stronę tej fikcji i ona sama w sobie, sama sobie pozostawiona przynajmniej nie jest dziwna, bo już nie oddycha, nie wydaje dźwięków, ślady zostawia ulotne, nietrwałe, łatwo o nich zapomnieć. Kiedy widzisz ją po raz pierwszy, nie chcesz uwierzyć. Potem jest jakieś zażenowanie, rozczarowanie. Zanim zdążysz pomyśleć o czymś sensownym, jesteś daleko, wpizdu i chuj z tym wszystkim. Bełkot, ale duchowy. Katharsis, ale przejściowe. W gruncie rzeczy mam tego zajebiście dosyć, przesiąkam, gniję. Mindfucking, pokurwistyka, pochuizm, czytaj: bezpodstawne, wewnętrzne rozpierdolenie. czytaj dalej: postwerteryzm, młodzież emocjonalna. Udaję wyjątkowość z zajawką na obiecującą przyszłość. Bełkot. Chciałbym (bełkot), żeby (bełkot) wszystko (bełkot), co jest i sprawia, że (bełkot) jestem (bełkot) głodny, (bełkot) napalony i jaki tam jeszcze, było (bełkot) do zdmuchnięcia.
W zasadzie nic się nie dzieje, nic godnego uwagi, takie tam, pierdoły życia codziennego, życie dotyka mnie tyłkiem, smyra po pośladku. Jak można mówić o alternatywach, innych drogach, skoro wszystkie zaczynają się nigdy i kończą jeszcze gdzie indziej? Gdzie ten błyszczący ZML, ja się pytam, gdzie. Wstawanie, krojenie, smarowanie, wracanie, picie, czasami gadam do siebie, skoro nie mogę do nikogo innego, słucham siebie najuważniej jak mogę, na ile pozwala zmysł, umiejętność koncentracji na daną chwilę, nie, nie jestem wtedy pijany, jestem trzeźwy jak świnia wieprz kurczak. W takich sytuacjach trudno prosić o jakąś satysfakcję, trudno jej żądać zarówno od wołającego o serotoninę świata wewnętrznego jak i od rzygającego kolorami świata zewnętrznego, zawsze obcego, nie pomaga nawet masturbacja, wszystko fermentuje i jest kurewsko dziwne, oczywiste, rzeczywiste, realne, namacalne, ale inaczej. Niegodne uwagi.
Gdybym mógł śpiewać o zbawieniu, śpiewałbym ponuro, mówi Konrad. Jest chwilowa cisza, przynajmniej tak mi się wydaje. Krajobrazy zupełnie obce; noc z brakiem perspektyw w tle. Nie wiem która godzina, komórka wyładowana, zegarka nie posiadamy, kto normalny nosi teraz zegarek, kiedy godzinę można sprawdzić na telefonie bądź błagać o nią przed nieznajomymi. Których teraz nie ma. Żadnych osób trzecich. Błądzimy w jakichś badylach, fajne badyle, rosną wokół i wchodzą wszędzie. Naruszamy ich strefę. Zabłądziliśmy, nie? pytam Konrada, który odpowiada ciszą i zaciąga się fajką. Żar dziurawi ciemność ziemi, ściółki, chodnika, nieba. Zabłądziliśmy. Już nie wnikam w przyczynę tej bezsensownej wycieczki, tych prostych skrótów. Zawsze milczę i idzie nam to na rękę. Milczymy. Luty dobiega końca, nareszcie jakieś ciepłe prądy, byle do przodu i siać, siać na całego. Chciałbym coś opisać, ale niczego konkretnego przed sobą nie widzę. Tym razem brodzimy w patykach, chociaż sam do końca nie jestem tego pewien, równie dobrze moglibyśmy stąpać po ludzkich kościach. Jebać to. Niczego nie widzę, już na pewno nie przed sobą, zdechnę w tym lesie i takie jest moje przeznaczenie, sceneria trochę przypomina motyw z blair witch, z tą tylko różnicą, że nam jest wcale dobrze, spokojnie. Śpiewaj o zbawieniu, myślę, spoglądając na Konrada, którego rozpoznaje po fajkowym żarze. Patos. W każdym bądź razie to lepsze niż błądzenie pomiędzy dwunastką i trzynastką gdzieś na obcym zupełnie dworcu głównym czy pobocznym, nerwowe zaciskanie pięści. Moje pięści są słabe i bezużyteczne, nie ma gniewu, który mógłby przez nie przeciekać, który mógłby przez nie bić i miażdżyć niewidzialnych wrogów, dzielić niebiosa. Pomimo tego palce zaciskają się automatycznie, są szybsze niż język, niż wszystko inne. Chcę wyjechać. Chcę wyjechać, nie chcę śpiewać o zbawieniu ani ponuro ani radośnie, brodzić w strzępach ubrań, palców, zmarnowanych, pełnych odcisków i obrzęków stóp. Chcę wyjechać, ale najpierw dojść do domu, jakikolwiek on by nie był. Pierdolę przeznaczenie.
Siema, stary, nareszcie kontaktujesz, mówię do Wiktora na powitanie. Godzinę temu Konrad zadzwonił do mnie, że odzyskałeś przytomność, więc jestem więc jestem więc jestem.
Wiktor wygląda tragicznie. Nie jest już co prawda roślinką, ale do zdrowego okazu wampira energetycznego też mu dużo brakuje. Twarz nareszcie nabrała jakichś kształtów, o, to nos, masz taki dziwny nosek, o, i usta takie małe, nijakie, ale nie martw się, ogółem jest postęp. Jedno oko zakryte jakimś bandażem o żółtawym zabarwieniu, nie, nie wygląda to smacznie, do tego ten lecący z gęby syf, jakieś rury, kable, dzikie węże. Gips, noga uniesiona do góry, przewieszona, unieruchomiona. Ręka podobnie. Gipsowiec. Mówiący, drgający gipsowiec. Basenik już zapełniony. Siadam na krześle obok jego łóżka. Pomimo jego tragicznego wyglądu, no, pomimo jego zewnętrznego rozpierdolenia, cieszę się. Wiktor odwraca głowę w moją stronę, jedno działające oko nie może utrzymać się w miejscu, wierci nim nerwowo na wszystkie strony. Chwila milczenia.
- Co ci, kurwa, odjebało, żeby wracać do tego sklepu? - pytam. To się nazywa uzasadniona, umotywowana ciekawość.
Wiktor patrzy na mnie uważnie przez chwilę i nie odpowiada, jakby próbował zebrać myśli.
- Stary. Kim ty jesteś? - mówi.
- Co? - nie rozumiem o co chodzi.
- Nie znam cię, jaki sklep, wyjdź.
Acha.
Stoję jeszcze nad nim parę chwil, by upewnić się, że żartuje. On jednak cały czas tępo gapi się na mnie, oko lata na wszystkie strony, z ust cieknie jakaś dziwna maź. Żadnego wybuchu śmiechu, żadnego znaku, że dałem się nabrać. Nic. Kiedy już wychodzę, słyszę za plecami jego tym razem silny, groźny, skierowany do mnie głos, a raczej bełkot: Ułalłałałabugagugaugbugaułaa! I zaczynam coraz bardziej wierzyć w to, co układało się w mojej głowie odkąd przestąpiłem próg jego sali: Wiktor oszalał. Wiktorowi wyjebało fazę. Jeszcze przez chwilę oszukuję się, że to po prostu jakiś dziwny wstrząs mózgu, chwilowy zanik pamięci, cokolwiek. Nie, to niemożliwe. Przecież nic mu nie jest, zdrowy chłop, no, oprócz tej mordy, nogi, ręki i jakich tam członków jeszcze, ile to razy dostawał wpierdol i wychodził z tego cało? Szukam lekarza i staram się do tego czasu nie mysleć.
U pacjenta zauważono poważne zaburzenie psychiczne. U Wiktora zaobserwowano poważne zaburzenie psychiczne. Początkowo łączyliśmy je z szokiem, ale niestety stan ten utrzymuje się od chwili, kiedy pacjent się zbudził, czyli od wczoraj. Wiktor obudził się już wczoraj? Spokój, jakim posługuje się doktor, mówiąc mi to wszystko, niesamowicie mnie irytuje. Siedzi za tym swoim biurkiem i bawi się długopisem. Nie patrzy mi w oczy. Ton jego głosu przypomina beznamiętną modlitwę wierzącego-nie-praktykującego. Ojcze nasz, sralala, pacjent zwariował, któryś jest w niebie, nie, szanse są raczej znikome, święcie imię Twoje, jeżeli oczywiście możemy mówić o jakichkolwiek szansach, przyjdź królestwo twoje, sralala, to skutek dotkliwych obrażeń wewnętrznych czaszki, bądź wola twoja. Nie wytrzymuję. Wychodzę.
Po Wiktorze. Po-Wiktorze, Wiktora nie ma. Tyler is not here, Tyler went away, Tyler's gone. Wiktor to czub. Straciłem kumpla. Chodzę po mieście z rękami w kieszeni i nie wiem, co ze sobą zrobić. Jednak nie jest tak łatwo wyjść, zamknąć drzwi i wyrzucić klucz. Pomimo wszystkich poprzednich myśli o jego wkładzie i znaczeniu, które uważałem za znikome, teraz czuję coś podobnego do jakiegoś dziwnego rodzaju dziury. Żadnej wściekłości. Może trochę rozczarowania, przecież choroby, jakiekolwiek by one nie były, nas się nie imają, przecież to my, nie potrzebujemy witaminy c, której dotkliwy brak teraz czuję w sobie, nie potrzebujemy szczepionek, do zębów, bo nasze zęby zawsze będą białe a uśmiech aktorski, cokolwiek byśmy z nimi nie robili. Przecież zawsze będziemy silni i, choć wyprani i odporni na większe emocje, do przełamania, ale tego przełamania pozytywnego, które doprowadza nas do jakiegoś kompromisu, wiadomo, kompromis jest ważny, nie można być tyranem, nawet gdy rozmawia się z gejem. Gej też człowiek. Jeżeli do tej pory robiliśmy coś sensownego w naszym życiu, na pewno było to pokonywanie wszelkich słabości, urodziliśmy sie niesamodzielnie, dorastaliśmy niesamodzielnie, niesamodzielnie żyjemy, samodzielnie możemy tylko zdychać, ale w gruncie rzeczy wtedy taka samodzielność nie ma już żadnego znaczenia. I choć prawie nigdy nie myślałem o śmierci, teraz mimowolnie zaczynam, teraz, kiedy wiem jak wygląda Wiktor, zaczyna docierać do mnie taka opcja, że nasz cel był nie tyle bezsensowny, co utopijny. Nasze marzenia (były jakieś? były), wolno refleksyjny epikureizm sprawiły, że wszystko, co widzieliśmy dotąd naszymi oczami, było w mniejszym lub większym stopniu kłamstwem, zakłamaniem. Wszystkie wyobrażenia o śmierci za życia, refleksje na ten temat, gdybania, wizje są na nic. Ból jest tylko fizyczny, żaden inny. Tak żyję. Tak żyliśmy z Wiktorem.
Teraz zza uchylonych drzwi piwnicy nieśmiało nadchodzi marzec. Przynoszący katar i choroby luty to już przeszłość, śniegi topnieją i trzeba uważać na ogromne, zaścielające ulice kałuże, świadczące o powstaniu stanu przejściowego błoto, którego ślady są szybsze od wiejącego wiatru. Wiatr wieje silno i przynosi ciepłe prądy z nieznanych kierunków. Zza ustępujących połaci chmur wystaje uśpione słońce, jego promienie znaczą coraz większą przestrzeń, ogarniają domy aż po dachy, tworząc ogromne, nienaturalne cienie. W powietrzu unosi się coś zupełnie innego, mieszkanie pachnie świeżymi pączkami. Pogrzebana przez mróz zieleń wylania się z ziemi, oplata chodniki, przebija ulice, zakwita. Wały pokazują cały majestat nowonarodzonej wikliny, która choć jeszcze upośledzona i bezradna, zaczyna powoli kształtować się na nowo, zyskuje głos. Soła topi w sobie ostatnie lody, jest teraz okrutna i bezlitosna, podchodzi pod brzeg i daje o sobie znać długimi zakolami, nad którymi niedługo będą krążyć nie tylko ptaki. Gdyby teraz skomponować pocztówkę, byłaby ona zupełnie inna. Wołek pozostawia na sobie kilka małych, białych plam. Kęty zamieniają się w bajorko. Wiosna jest nieuchronna; dotyka wszystkich i nadaje nowe symbole. Zza uchylonych drzwi widać nadchodzące zmiany. Obserwując je, można uwierzyć, że kolejne dni będą dłuższe a myślenie prostsze, teraz każda czynność będzie łatwiejsza a każdy problem do rozwiązania, odzyskuję wiarę w białe zęby i witaminę c, bo w takiej aurze, w takich okolicznościach nic nie stanie na drodze, cele już są bliższe, wręcz na wyciągnięcie ręki, żadna groźba nie istnieje dopóki słońce zabija śnieg i lód, dopóki kałuże są ogromne i można w nie wpaść. Śmierć objawia się w inny sposób, pozostaje na drugim planie, w tle, śmierć jest bezsilna i można ją pokonać, bo wbrew wszelkim oczekiwaniom i nadziejom: dożyliśmy kolejnej wiosny. Zima wyrzeźbiła dumne, dostojne rysy na twarzy.
Marzec to urojenie. Śniegi wracają wcześniej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać, zaburzają rytm, nowy rytm, którym miałem się bez przeszkód kierować, za którym miałem już ostatecznie i statecznie podążać. Myśli stają się czarne jak smoła, powraca banalne pytanie, drogi barwią się na kolor przeciwstawny do tych myśli i kuszą wyciągniętą niby niedbale nogą, zrzucają z siebie żwir i ociekają trudną do zinterpretowania solą, ukazują swoje dawne oblicza z całym rozmachem i zdaję sobie sprawę: jednak nie dożyjemy wiosny, wiosna jest odległa i pofałdowana jak skóra niegrzecznego dziecka, wiosna nie jest dla nas. Przestajemy żyć, zabijamy okna, zamykamy drzwi, mimowolnie palimy oblodzone mosty. Do środka wkrada się niechciana żałość podwórka, tego bagna, z którego nigdy nie wyrosnę, bo wrosłem w nie już całym sobą i nikt, nawet Bóg, jeśli jest, a myślę, że go nie ma, nie pomoże. Parzę herbatę i jest to chwila doniosła, podczas nalewania wody znowu myślę o ucieczce, rozważam możliwości, wymyślam preteksty, w których wymyślaniu nawiasem mówiąc jestem nieformalnym mistrzem. Żaden nie przychodzi do głowy. Potrzebuję oświecenia, ale nie takiego gównianego, tendencyjnego oświecenia, tylko jakiegoś stałego celu, pomysłu na zniesienie kaprysów tego zdradzieckiego czasu, znośnej lekkości bytu, coś w tym stylu, wiecie o co mi chodzi. Wiktora skierowano na przymusowe leczenie do nowego szpitala. Wiktor znalazł sie wśród czubów. Jutro go odwiedzam. Napięcie już opadło, nie ma żadnego napięcia, Wiktor to mała rana w buzi, która szybko się goi, jeżeli nie muskać jej językiem. Wiktor to obrzęk, który ustąpi, gdy włoży się lepsze buty. Wiktor to pryszcz, który po wyciśnięciu zostawia ślady. Jestem przy nim jak cera biednych, nieszczęśliwych kobiet z reklam Avon; pełna widocznych niedoskonałości, po przejściach, po rozpaczliwej wierze. Po wypróbowaniu wszystkich dostępnych możliwości. Wiktor ciąży mi jak, przepraszam za wulgaryzm, gówno w dupie. I jutro mam do tego gówna zajrzeć. Nie ma sposobu, by odnowić swoją cerę, nie ma szans na nowe życie, nawet gdyby miało się niczym nie różnić od starego, ewentualnie samą perspektywą i kątem patrzenia, światło pada w te same miejsca, wszystko po staremu, zawsze było po staremu, chociaż nie pamiętam starych czasów.
Jestem egoistą. Wchodzę do środka, wita mnie jakiś dziwnie uspokajający zapach, miła starsza pani w recepcji, zielone ściany, kafelkowa podłoga, klimatyzacja, zegar z kukułką, coś mi to przypomina, jakieś niesforne obrazy powstają w mojej głowie, nie mogę się skupić przez tą unoszącą się w powietrzu woń. Jestem umówiony na widzenie za dziesięć minut. Ciekawi mnie jak będzie wyglądał Wiktor. Do twarzy mu w tym, jak to nazywają, płaszczu bezpieczeństwa? Ślina cieknie mu z pyska? Starsza pani z uroczym uśmiechem (dom róży, tak) wskazuje mi ręką miejsce, w którego stronę mam się udać. Jej dłonie są obleśne. Cały ten szpital jest obleśny i już przy wejściu można zorientować się, że coś tu jest nie tak, jakaś sztuczna cisza. Niewidzialny marazm. Tu, w domu wariatów na ulicy 3 maja kłębią sie tysiące zmarnowanych wizji, dziesiątki, chciałoby się powiedzieć, ukierunkowanych koncepcji na życie w tych niemoralnych czasach, setki oryignalnych, ulotnych myśli, które nie znajdą akceptacji i szansy na przeniknięcie poza grube ściany budynku. Ziema obiecana, kamień filozoficzny, Mojżeszowa pustynia, Wenus z Milo. Wszystkie przepowiednie świata, wszelkie dostępne wizje. Zazdroszczę pojebom. Jeszcze do tego Wiktor, no tak, aura wampirza, teraz z pewnością zaburzona i pozbawiona jakiegokolwiek sensu, chociażby najmniejszego, najdrobniejszego. Wchodzę w korytarz i mijam kilka solidnych, drewnianych drzwi. Idę schodami, bo, jak mówiła pani z recepcji, winda jest zepsuta. Półpiętra oddzielone są żelaznymi drzwiami i kratami, przy każdym z nich stoi strażnik z pękiem kluczy, brakiem witaminy c i smrodem. Każdy z nich patrzy na mnie, wiedzą, do kogo przychodzę, do magika, gapią się na mnie jakbym miał gówno na czole, przepraszam, ale denerwuje mnie to, niczego mu nie przemycam, przynoszę tylko dobrą aurę do tego przybytku, przynoszę wkurwienie i frustrację. Tutaj, na drugim piętrze, ściany nie przypominają niczego, są doskonale objętne, pH0, nie absorbują, nie skupiają niczyjej uwagi i energii. W powietrzu unosi się podobny zapach, powietrze przynosi jakąś niepewność, nie chcę generalizować, nie chcę zakłócać myśli i wsłuchiwać się w tutejszą atmosferę. Dochodzę do jakiejś sali, pełno tutaj stołów i krzeseł, to pewnie pokój widzeń. Zwierzeń. Kiedy przechodzę obok kolejnego strażnika, słyszę jego ściszony głos: kiedy rozum śpi, budzą się demony. Mam się bać?
Siadam przy jednym ze stołów. Wiktora jeszcze nie ma, więc przyglądam się jego powierzchni. Jakieś wzory, napisy, wszystko wyrzeźbione pewnie nożem, skąd mogli tutaj mieć nóż. Może wcale nie nożem a paznokciem. Chuj wie. Oprócz mnie na sali znajduje się też dwóch strażników. Jeden z nich stoi tuż za mną, niemal czuję jego oddech na karku, działa mi to na nerwy, to znaczy nie mam nic przeciwko temu, że sobie tutaj stoi, ale najnormalniej w świecie śmierdzi mu z mordy. No, mógłby umyć zęby, przecież to nie jest trudne, sam ładnie umyłem zęby przed przyjściem tutaj, nie wiem, mam to od dzieciństwa, zawsze myję zęby, kiedy wychodzę z domu. Taki nawyk. Szkoda, że jemu się nie udzielił. Drugi stoi przy wyjściu na korytarz i nie wiem, co robi, nie chce się odwracać. Siedzę przy tym naznaczonym dziesiątkami tajemniczych symboli stole i czekam. Stukam palcami o blat, zakłócając jakąś dziwną atmosferę tego miejsca. Patrzę na wiszący na ścianie zegar (znowu kukułka). Zapięćszesnasta. 15:55.
Po paru chwilach słyszę trzask otwieranych drzwi. Sekundę później widzę dwa zbliżające się w moją stronę cienie zza korytarza naprzeciwko. Wiktor i kolejny strażnik. Ku mojemu zaskoczeniu Wiktor wygląda całkiem nieźle, o wiele lepiej niż w tamtym poprzednim szpitalu. Trochę schudł, ale to akurat może mu wyjść tylko na dobre. Ubrany w jasnoniebieski szlafrok i grube, podobne do swoich domowych, papucie. Twarz już się zagoiła, no, teraz wygląda jak początkujący menel, cera jest dziwnie czerwona, ale można wyodrębnić usta, oczy i nos. Wchodząc do sali, w ogóle na mnie nie popatrzył, nawet nie podniósł wzroku, idzie na wprost z pochyloną głową, jest jakiś nieobecny. Pewnie nafaszerowali go jakimś gównem i po prostu nie ogarnia. Idący za nim strażnik wskazuje mu krzesło naprzeciw mnie. Wiktor, nie spojrzywszy na mnie, zasiada. Strażnicy opuszczają salę, zostaję z nim sam na sam, pomiędzy półmetrową połacią dziwnie pachnącego powietrza, na drugim piętrze domu wariatów. Mam obok siebie wariata.
- Co się dzieje, stary? - pytam, chociaż tak naprawdę gówno mnie to obchodzi. Albo przynajmniej chciałbym, żeby mnie to gówno obchodziło.
Wiktor milczy a ja już zaczynam mieć tego dość.
- No? - powtarzam, patrząc mu prosto w oczy, które teraz są przymknięte i chyba niczego nie widzą.
Cisza. Świst uchodzącego z nosa powietrza.
- Ja pierdolę, powiesz o co chodzi?
Nagle Wiktor podnosi wzrok. No, nareszcie może coś się będzie działo, myślę.
- Statek mojej podróży zabrał mnie w najjaśniejsze otchłanie. - odpowiada.
Acha.
- Co ty jebiesz!? - nie mogę tego znieść, jemu naprawdę odjebało i po prostu znalazł się w odpowiednim dla niego miejscu. Nic tu po mnie. Wcale nie obchodzi mnie jego historia i nie zamierzam wysłuchiwać jego gównianych metafor.
Wiktor znowu milczy, ale przynajmniej patrzy w moją stronę, na mnie. Zastaję z grymasem na twarzy i daję znać, że czekam na odpowiedź. Ten jednak nadal nic nie mówi. Zamiast tego podnosi kącik ust, unosi je do szyderczego uśmiechu, jakby ze mnie drwił. Dość, dość, dość, daj mi żyć, chcę mieć swoje życie, swoje problemy, pierdolę ciebie i twój świat, chcę budzić się i wiedzieć, że nie istniejesz. Już nie istniejesz. Całe nasze dorastanie i zrastanie było kłamstwem, ty jesteś kłamstwem i gdy widzę cię w takim stanie, ta kwestia nie ulega wątpliwości. A statkiem to możesz nawet do chuja dupy lecieć, byleby beze mnie.
- Spierdalam.
Wstaję od stołu i, nie patrząc nawet na jego tępą twarz, wychodzę. Spierdalam. Spierdalam w stronę innej jasności.
Budzenie. Podnoszę się z rozkładu, próchnieję. Pełno niekonsekwencji w tym subtelnym oniryzmie, ale to nie szkodzi. Rozmiękczone stany stałe. Mieszkanie jest puste i pustka wypełnia każdy jego kąt. Staję się jednym z nich. Śnieg wypływa zewsząd, śnieg znaczy utrapienie. Nie ma słów, żeby go opisać, wyczerpały się. Budzę się do, chciałoby się powiedzieć, życia. Rebirth, reborn, prawie. Jakaś dziwna lekkość. Jest dzień i już nic go nie powstrzyma, żaden śnieg, żadna szczelina nie odmówi przejścia, żaden Wiktor nie zakłóci go aurą, cegła nie spadnie na głowy. Podnoszę wzrok i pozbywam się ciężaru. Jest dzień jest dzień jest dzień. Napiszemy list i wrzucimy go do morza, wszystkie wątpliwości rozwiane. Marsz. Włożymy zielone, wysokie buty, założymy słuchawki na uszy, puścimy ulubioną muzykę,wskoczymy w wszystkie powstałe po deszczu kałuże. Pobiegniemy przed siebie z zamkniętymi oczami i związanymi rękami, pobiegniemy przez kamienice lub ciemność, mówiąc w twardym narzeczu. Wejdziemy do statku, odkryjemy miejsca, które zawsze istniały tylko dla nas, chociaż nigdy wcześniej o tym nie wiedzieliśmy, przechodziliśmy obok ze spuszczonym wzrokiem, głową, rękami, ze spuszczonym wszystkim. Kiedy już się tam znajdziemy, rzucimy palenie. Pozbędziemy się butelek. Pożegnamy starych przyjaciół. Wymienimy buty. Zmienimy fryzurę i nazwisko. Otworzymy oczy i delikatnie odczujemy jak dostosowują się do nowego otoczenia. Weźmiemy prysznic i niezależnie od wszystkiego - spływająca z niego woda będzie ciepła i czysta, jej krople uderzą o nasze zmęczone ciała, przylgną do nas i zostaną na zawsze pod skórą, aż do śmierci. I nie zaskoczy nas ona w łóżku, ale podczas seksu z kobietą, którą wreszcie znajdziemy i którą wreszcie będziemy mogli kochać, z uwzględnieniem wszystkiego, bo wszystko będzie do wypowiedzenia i po naszej stronie. Śmierć będzie bielą, która stopniowo wypełnia cały ekran.
III.
Miałem tylko wyjść na fajkę, mówi Skinek, śmiejąc się. Jego słowa odbijają się ode mnie jak od ściany i wracają do niego, muszą wrócić do niego, bo chociaż jestem z nim tutaj, to rejestruję zupełnie inny obraz. Wiatr z każdą minutą wieje coraz mocniej, porusza długimi włosami mojego kolegi. Skinek poprawia je a ja wyciągam wódkę. Chodź, napijemy się na rozgrzewkę, mówię. Jak mówię, tak robimy. Skinek to jedna z tych osób, które nigdy - bez względu na okoliczności (które nawiasem mówiąc są zazwyczaj gówniane mniej lub bardziej), stan ducha, potencji, chcicy - nie odmawiają alkoholu. Otwieranie. Szczęk szkła o wysuszone, głodne wargi. Pieczenie w gardle. O pogodzie można mówić dużo, w zasadzie bez końca, więc decyduję się iść tropem Skinka, dla którego warunki atmosferyczne nie istnieją. No, chyba że są korzystne. Na to jednak nie możemy teraz liczyć. Liczyć możemy natomiast dzielące nas od domu kroki. Już niezależnie od pogody, ale nie tylko od pogody - one zawsze są długie i w pewien sposób bolesne, jakieś takie nijakie. Przemijające ze szczególnym uwzględnieniem przemijania, tego negatywnego. Pijemy jeszcze po razie, proponuje kolega a ja, idąc jego tropem, nie bronię się. Prosta sprawa. Wlewam w siebie duszącą zawartość butelki. Szczęk, pieczenie. Będzie pięknie, bo w tym przypadku dom, gdzie zmierzamy, to początek, więc wracamy do początku. Początek zawsze jest piękny, nawet gdy mówimy o tragediach, początek zawsze zostanie początkiem. Tutaj możemy go powielić. Powielać początek skondensowany do rozmiarów butelki, w otoczeniu psów szczekających zza zadbanych, niskich płotów. To zabawne, bo te psy dobrze nas znają, przechodzimy tędy codziennie a one nadal plują w naszą stronę nienawiścią, wściekłością czy czym tam jeszcze. Azor, Kora, Burek, Misiek zwany Misio. Bambo. Wszystkie zwierzęta świata, każde chcące nas zagryźć, zabić, rozpierdolić na kawałeczki, na atomy, na śluz. Z czego się składamy. Za dużo mięsa, za mało miłości. Zresztą nie wiem, też nie mieliśmy tego wiele, ale za to mamy coś innego. Te fajki są zajebiste, nie paliłem ponad miesiąc, mówi Skinek. Jesteśmy na miejscu.
Dom. Sześcian podobny do innych szceścianów z tej ulicy. Bryła, w którą wrzucono życie, moje życie, moje własne. Figura ukształtowana przez wrzaski, jęki. Przez głód, przez brak pieniędzy, brak telewizora, brak kobiecej ręki. Punkt na mapie. Wchodzimy do środka. Zapowiada się długa, stateczna noc, w zasadzie nic ciekawego, ot, chlanie. Czasami trzeba wypić nie mając konkretnego powodu. Stawiam flaszkę na stole, wyjmuję szklanki i sok. Siadamy. Przez chwilę nic do siebie nie mówimy. W zasadzie nie musimy ze sobą rozmawiać, Skinek nie wymaga tego ode mnie, moglibyśmy milczeć i leniwie pić wódkę, mając poczucie spokoju, bo oto wszystko jest na miejscu: butelka, ciepło i już żadnemu z nas nie przyjdzie do głowy żaden niepokój, oto jesteśmy tutaj i nie ma siły, która mogłaby nas wrzucić gdzie indziej, nawet gdybyśmy chcieli być gdzie indziej. To ta pora, zupełna ciemność na dworze, nie możemy się wypluć w jej stronę, to znaczy niby możemy, ale po co? Zapalam papierosa. W naszych głowach nie ma ani jednej myśli o ucieczce, wyczerpaliśmy się, przynajmniej ja na pewno. Na tą chwilę nie ma w nas niczego, no, może oprócz niewielkiej ilości wódki, żadnej nadzei, żadnego krzyku, pogodziliśmy się ze wszystkim, brak wiary i tej nadzei dał nam wolność. Bo moglibyśmy narzekać naprzykład na brak kobiety, na brak gotówki, ale teraz to nie ma sensu. Marzyłem o ucieczce albo o ciszy, ale tej wewnętrznej, wiecie o co mi chodzi, i właśnie ją osiągam.
Dwie godziny później jesteśmy daleko, szukam sposobu, by w to uwierzyć. Gdy byłem mały, ten, kto na moje pytanie 'gdzie idziesz' odpowiadał 'daleko', zawsze wydawał mi się kimś nieuchwytnym. To 'daleko' wyobrażałem sobie na tysiąc sposobów. Nie wiedząc do końca o czym mowa, widziałem je jako nieskonkretyzowane, wolne pole, do którego doprowadzała wąska droga. Przy jej końcu stał drewniany znak ze strzałką wskazującą nieokreślony kierunek. W tym wyobrażeniu horyzont topił się, albo lepiej - wcale go nie było. Sięgałem wzrokiem po pustym, równym polu, uosabiając z czymś podobnym do nieskończoności to, co znajdowało się dalej. Nie był to obraz konkretny, podobnie zresztą jak sama definicja słowa 'daleko' - nikt nie potrafił określić gdzie się znajduje i po co ludzie tam chodzą. Próbowałem sobie wyobrazić siebie przekraczającego to miejsce, spokojnie, bez większych emocji, dostojnie. Czymś charakterystycznym dla mojego obrazu było jego martwota. Byłem tak skupiony na drodze i ewentualnym znaku, że nie potrafiłem dostrzec drzew, ptaków: czegokolwiek, co mogłoby zakłócić jego stateczność. Teraz jesteśmy daleko, chciałbym wierzyć, że w oczach malców staliśmy się nieuchwytni i jacyś wyjątkowi, wypowiadając to słowo, ale rzeczywistość jest trochę inna - dzieci już nie wierzą w znaki, nie mają z nimi do czynienia. W sumie my też.
I chociaż jeszcze tego nie wiemy - w przerwach pomiędzy rozrywającymi gardło łykami wódki wdychamy pierwsze opary wiosny, która pojawia się jak klątwa i smakuje podobnie jak to, co aktualnie pijemy. Wiosna przychodzi jak noworoczny kac: w sposób beznadziejnie spodziewany, dając przy tym jednak jakieś głupie nadzieje, przynosząc kruche jak słoma szczere postanowienie poprawy i zadośćuczynienia. Dlatego: wychodzimy na świeże powietrze, ściągamy ubrania, tak, bierzemy się za siebie: pójdziemy do dentysty, wyczyścimy buty, wyrzucimy stare graty, posprzątamy pokój i dusze. Znajdziemy bociana i nowych ludzi, wyjdziemy na ludzi, staniemy sie ludźmi z wyraźnymi imionami i zapachami. Zamknąć oczy, zawrócić, rozpoznać kierunek i postawić krok, otworzyć wszystkie drzwi mieszkania, otworzyć wszystkie serca mieszkania, pozbyć się zimy, która jak tasiemiec ciąży w środku, nie daje lekkości, przynosi jedynie smród, nieznajomych z dziwną dozą szczerości.
Siedzimy więc znowu w milczeniu i obserwujemy tą wiosnę, odzywającą się do nas coraz mocniejszym wiatrem, pustoszącą wszystkich, którzy zostali na dworze, zupełnie nieświadomi albo zbyt pijani, by ją wdychać. Skinek patrzy przed siebie, siedzimy w dymie, mówi, raczej w gównie, dodaję, wstając od zawalonego gratami stołu. Włączam muzykę. Muzyka. Dźwięk wbija się w dym i przejmuje kontrolę nad powietrzem, a my nie mamy sił, by wstać i poddać się jej tak, jak poddaje się całe otoczenie, zaczynając od tego dymu. Już dość już dość już dość. Zawsze nadchodzi taki moment, kiedy trzeba powiedzieć, że to jest właśnie to, chwila, kiedy należy po prostu wstać i wyjść, zniknąć i zapomnieć o miejscu, gdzie się przed chwilą było, jest to chwila doniosła i godna. Punkt kulminacyjny wieczoru: Skinek już zamyka oczy, lepią mu się zamykają, a wraz z nimi cała umiejętność percepcji, jeszcze ostatnie przebłyski świadomości, obraz zamglony zniekształcony. Skinek przeobraża się w małego embriona na stole, twarz szczelnie przysłania opadającymi na nią włosami, które są które są które są. Niby nie ma powodów, ale jesteśmy pojarą. Niby nie ma motywu, ale jesteśmy przegrani. Niby jest śmierć, ale nie dociera. Przełykam ślinę, przystępuję krok do przodu.
Kilka godzin później głowa mi pęka i czuję się jak kaktus na środku pustyni, z tą tylko różnicą, że jako kaktus straciłem umiejętność magazynowania cieczy. Mam guza na mózgu, jakiś Mietek czy Władek wpierdala mi się w głowę wiertarką, wiecie o co mi chodzi: zdycham i to już nie jest chwila godna, jest to chwila upodlenia, musiałem ją zaliczyć, nie mogłem sobie tego odmówić, wszak jestem tylko człowiekiem i nie znajdę teraz nic lepszego niż płaskie usprawiedliwienie, któremu pozwalam się wypełnić. Nie potrafię wytłumaczyć tylu rzeczy, dochodzi jednak do mnie powoli coś, co może radykalnie i nieodwołalnie zmienić moje życie, a raczej próbę życia, tutaj, na podłodze jakiegoś chujowego mieszkania na planie jakiegoś chujowego filmu, teraz, w otoczeniu okaleczonej wiosny i zimy roku pańskiego, w towarzystwie, nie, bez żadnego towarzystwa, w obliczu pustej jak zwykle lodówki i pamięci, której nie da się w żaden sposób pożytecznie zapełnić. Dochodzi do mnie rzecz z pozoru jasna, dochodzi najjaśniej ze wszystkich rzeczy, najwyraźniej, jak grom z jasnego nieba, jak archanioł gabriel w czarnym lateksie, z ogromnym mieczem u boku: prawda. Prawda o tym, że to nie jest wcale życie i tak, wiem, o tym już było, ale trzeba powtórzyć, ponadto Wiktor odszedł, a bez niego nie działa żaden przyjazny filtr aura. Wysiadam.
IV.
Jezus Maria. Sny: cycki wagina dupa. Druga w nocy i ktoś dzwoni. Udaję, że nie slyszę, całym swoim zaspaniem chcę wrócić do cycków waginy dupy, ale telefon nie daje za wygraną. Brzęczy piszczy mąci. Odbieram.
- No?
- Chory będzie uzdrowiony.
Acha. Opadam na łóżko. Super, może być uzdrowiony, ale niech da mi spać. Zasypiam. Nie, zaraz. Dałbym sobie głowę uciąć, że ten głos należał do Wiktora. Otwieram oczy. Ale jak, to niemożliwe. Wiktor? Co się w ogóle dzieje? Jacyś naćpani gówniarze bawili się w dzwonienie. Przecież Wiktor siedzi u czubków i - czy tego chcę czy nie - nie istnieje. Wiktor ma na sobie kaftan bezpieczeństwa, jest przypięty do łóżka, przymocowany, podobno na taki węzeł nie ma mocnych. Jeżeli więc tak to dlaczego ten głos przypominał głos Wiktora. Dlaczego, ja się pytam. Jest druga w nocy i już mi się nie chce spać, cyckowate, waginalne, dupiate fantazje przeminęły z wiatrem i nie zostawiły nawet numeru telefonu, nie wrócą. Jakim cudem Wiktor wytrzasnął telefon w wariatkowie w środku nocy? A, no tak, przecież to magik. Ale po co do mnie dzwoni, dlaczego nie zostawi mnie w spokoju, przecież ma u siebie takie ładne, białe, miękkie ściany, dlaczego do nich nie mówi, dlaczego im nie objawia swoich ukrytych prawd, dlaczego w stosunku do nich nie stosuje czasu przyszłego, to właśnie ten czas tak fatalnie brzmi. Groźba czy chuj wie co. Dlaczego ja, co takiego zrobiłem, no, wyparłem się Boga, ale to jeszcze nie powód, żeby karać mnie wizjami jakiegoś psychola. Nikogo nie zabiłem, niczego nie ukradłem, co zdobyłem, to moje, co straciłem, to wasze, straciłem Wiktora, oddałem go wam, lepiej: sami go sobie zabraliście, wręcz przygarnęliście, niczego nie oczekiwałem. Natomiast teraz oczekuję spokoju, mam do niego prawo, mam w dupie chorych i cierpiących na ulicy 3 maja, w tym burdelu, pośrodku niczego, mogą być uzdrowieni, ale co do tego wszystkiego mam ja. Druga rzecz: dlaczego o tej porze? Co takiego się stało? jest druga w nocy, w sumie nie miałbym nic przeciwko, gdyby dzwonił o czternastej, po obiedzie, kiedy siedzę przy kawie i planuję, co zrobić z resztą dnia, mógłby nawet dzwonić o osiemnastej - wieczory zazwyczaj mam wolne, co mi szkodzi odebrać jeden telefon, nic takiego. Ale o drugiej w nocy? Kiedy śnię o rzeczach przyjemnych, kiedy chcę chociaż raz na dobę odpocząć po niczym, zrelaksować się, odprężyć fizycznie i psychicznie, odciąć? Porę wybrał odpowiednio, nie ma co. Zresztą gdyby się dłużej zastanowić to wcale nie jest to takie dziwne. To bardzo Wiktorowe wręcz. Pamiętam, że jeszcze przed psychiatrykiem Wiktor czasami dzwonił w środku nocy, mówił, że do mnie wpadnie, bo ma schiza (czyt. 'nie udał mi się kolejny magiczny rytuał i boję się zostać sam w domu, mamo') i nie ma zmiłuj - mam czekać z otwartymi drzwiami, z litrami kawy i stertą kanapek, bo on dzisiaj nie zaśnie. Innym razem zostawał. Stare czasy. Wniosek jest jeden: na ten moment to pierdolę. Wyłączam telefon, na wszelki wypadek (!) sprawdzam, czy zamknąłem wszystkie drzwi na klucz i wracam do łóżka. Jeżeli w przyszłości nadal się to powtórzy, wpadnę na 3 maja i złożę jakąś skargę u czubków, wybadam o co chodzi. W końcu żyjemy w demokratycznym państwie i mam prawo do prywatności. Zamykam oczy.
Jezus Maria. Sny: cycki dupa wagina. Druga w nocy i ktoś dzwoni. Udaję, że nie słyszę, całym swoim zaspaniem chcę wrócić do tych cycków dup wagin, ale telefon nie daje za wygraną. Brzęczy. Piszczy. Odbieram.
- No?
- Chory będzie uzdrowiony.
Acha. Opadam na łóżko. Odrzuć połączenie. Super, może być uzdrowiony, ale niech da mi spać. Zasypiam. Nie, zaraz. Dałbym sobie głowę uciąć, że ten głos należał do W. Otwieram oczy. Ale jak, to niemożliwe. W.? Jacyś naćpani gówniarze bawili się w dzwonienie, no tak, przecież jest piątek, wszyscy licealiści na imprezach, kto nie imprezuje, ten do lasa. Co się w ogóle dzieje? Przecież W. siedzi u czubków i - czy tego chcę czy nie - nie istnieje. W. ma teraz na sobie kaftan bezpieczeństwa, jest przypięty do łóżka, przymocowany jak gwóźdź do deski, podobno na taki węzeł nie ma mocnych. Jeżeli więc tak to dlaczego ten głos przypominał głos W. Dlaczego, pytam. Jest druga w nocy i już nie chce mi się spać, cyckowate dupiate waginalne fantazje przeminęły z wiatrem i nie zostawiły nawet numeru telefonu, nie wrócą. Jakim cudem W. wytrzasnął telefon w wariatkowie w środku nocy? A, no tak, przecież to magik. Ale po co do mnie dzwoni, dlaczego nie zostawi mnie w spokoju, przecież ma u siebie takie ładne, białe, miękkie ściany, dlaczego do NICH nie mówi, dlaczego IM nie objaśnia swoich ukrytych prawd, dlaczego w stosunku do NICH nie stosuje czasu przyszłego, to właśnie ten czas brzmi najgorzej, groźba czy chuj wie co. Dlaczego ja, co takiego zrobiłem, no, wyparłem się Boga, ale to jeszcze nie powód, żeby karać mnie wizjami jakiegoś psychola. Nikogo nie zabiłem, niczego nie ukradłem, co zdobyłem, to moje, co straciłem, to wasze, straciłem W., oddałem go wam, lepiej: sami go zabraliście, wręcz przygarnęliście, niczego nie oczekiwałem. Natomiast teraz oczekuję spokoju, zrobiłem swoje, mam w dupie chorych i cierpiących z ulicy 3 maja, w tym burdelu, pośrodku niczego, mogą być uzdrowieni, niech nawet sobie tańczą na rękach, ale co to tego wszystkiego mam ja? Druga rzecz: dlaczego o tej porze? Co takiego się stało? Jest druga w nocy, w sumie nie miałbym nic przeciwko, gdyby dzwonił o czternastej, po obiedzie, kiedy siedzę przy kawie czy herbacie i planuję, co zrobić z resztą dnia, mógłby nawet dzwonić o osiemnastej - wieczory zazwyczaj mam wolne, co mi szkodzi odebrać jeden telefon, nic takiego. Ale druga w nocy? Kiedy śnię o rzeczach przyjemnych, kiedy chcę chociaż raz na dobę odpocząć po niczym, zrelaksować się, odprężyć, uspokoić, wyciszyć? Porę wybrał odpowiednią, nie ma co. Zresztą gdyby się dłużej zastanowić to wcale nie jest takie dziwne. To bardzo Wiktorowe wręcz. Pamiętam, że jeszcze przed psychiatrykiem W. czasami dzwonił w środku nocy, oznajmiając, że wpadnie, bo ma schiza (nie udał mi się rytuał wsadzania sigilla w odbyt i boję się zostać sam w domu!) i nie ma zmiłuj - mam czekać z otwartymi drzwiami i umysłem, z litrami kawy i stertą kanapek, bo on dzisiaj nie zaśnie. Innym razem przychodził o dwudziestej albo dwudziestejpierwszej i nie było sposobu, by go wyprosić, siedział do późna, parę razy nawet do rana, pamiętam to jak dziś, przez większość czasu siedział skulony w kącie i nerwowo obgryzał paznokcie. Stare czasy. Dość. Wyłączam telefon, sprawdzam, czy na pewno zamknąłem wszystkie drzwi na klucz i wracam do łóżka. Jeżeli w przyszłości sie to powtórzy, wpadnę na 3 maja i złożę jakąś skargę w administracji, tak nie może być, wybadam sprawę, sprawdzę o co chodzi. Zrobię wszystko, wszystko, ale nie teraz, nie dzisiaj. Teraz zamknę oczy i pomyślę o rzeczach przyjemnych.
Budzenie. Budzik, zasłony, firanka. Rękaw raz, rękaw dwa. Wesoła muzyka. Wiosna pełną parą. Ptaszki na drzewach, trochę zieleni, błoto, kaluże. Zza naprzeciwległego domu powoli wyłania się ospałe, słabe jeszcze słońce. Woda ścieka ulicą, trafia do krat, znika w podziemiach kilka metrów pod powierzchnią wiecznej ulicy. Chodniki, gdyby były, uginałyby się pod stopami zbudzonych z muminkowego snu ludzi tutejszych, którzy teraz brną w gęstej, wiosennej brei. Obserwuję życie zewnętrzne z umiarkowanej, zabezpieczonej szczelnym oknem, odległości, mieszam świeżo zalaną kawę. Skinek siedzi na krześle obok mnie, pali papierosa. - Nieźle się wjebałeś. - stwierdza po chwili milczenia. - Ciekawe co on jeszcze wymyśli. Przecież to jakiś ćwok. - dodaje.
Zgadzam się. Nieźle się wjebałem. W. jest zdolny do wielu rzeczy, tamten telefon był, jak mi się wydaje, początkiem jakiegoś misternego pseudoplanu, w którym widocznie mam do odegrania ważną rolę. Ja pierdolę. Już od rana jestem rozmontowany, rozkojarzony, zmartwiony, pomimo tego, że wiosna i natura budzi się do życia, dlaczego wszyscy budzą się do życia, a ja nie mogę, dlaczego dlaczego.
- Stary, nie chcę odbierać od niego jakichś telefonów, na coś takiego jest chyba nawet paragraf. Jakbyś się czuł, gdyby wydzwaniał do ciebie z wariatkowa wampir energeteczny? - pytam. Kawa.
- Nie wiem. Niepowtarzalnie. Nie każdemu coś takiego się zdarza.
- Nie pierdol. - to wcale nie jest zabawne. Godzina dziewiąta rano i pękam z irytacji, wybucham od środka. - Nie czaję, przecież ja nigdy nie bawiłem się w tą jego magię, może o to tutaj chodzi. Skoro zajmował się czarowaniem, powinien mieć kolegów czarodzieji, może do nich też pisze.
- To może się tam przejdź, pogadaj z nim, wyjaśnij mu w końcu, żeby się odpierdolił ostatecznie. Powiedz, że sobie tego nie życzysz i masz to w dupie. - proponuje Skinek i chciałbym wierzyć, że użycie takich argumentów wobec W. załatwiłoby sprawę raz na zawsze.
- To nie przejdzie, nigdy nie przechodziło. - oponuję. Nigdy się go nie pozbędę. Musiałbym go zabić.
Wiosna nie przynosi dobrej nowiny. Moje życie byłoby kompletne, no, prawie kompletne bez magów, magików i wariatów, bez Wiktorów i kulek energetycznych.

Krzysztof Sztafa,
ur. 1991.




