Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka


reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Proza > Krasnodębski Jan Paweł: Taniec borderline

Krasnodębski Jan Paweł: Taniec borderline

1. Wiosna. 

- Istotnie... Ulica Jabłoni – powiedział starszy mężczyzna z rozwianą grzywą siwych włosów.
- Jabłoni… - powtórzyła za nim kobieta w jasnym futrze.
f- To rudera, Danusiu. Dałem się wrobić – mężczyzna osłonił się od wiatru, zapalał papierosa. – Tylko, proszę, nie mów, że nie powinienem palić. Tu trzeba wpakować majątek, kochanie! – objął kobietę.
- Zaczekaj moment, Heniu – wywinęła mu się, przeszła do stojącego obok terenowego samochodu, po chwili była z powrotem. – Tylko mi nie mów, że nie powinnam pić! – odkręciła nakrętkę srebrnej piersiówki. – Grzeszymy! - powiedziała.
- Nawet w tym ogrodzie są jabłonie. Karłowate – powiedział Henryk.
- Świetnie! Uwielbiam zbierać jabłka. Kompoty, przetwory… - mówiła Danuta. – Czereśnie są. Coraz bardziej tu mi się podoba.
- Zapnij futro i postaw kołnierz, żebyś mi się nie zaziębiła, droga żono. Wietrzysko paskudne!

- Robisz się zgryźliwy, drogi mężu. Pomyśl, Tomek przyjeżdża…
- Zobaczy to i wyjedzie.
- Zajmie się wszystkim. To piękny dom, osiem mieszkań. Wszystkie nasze dzieci będą z nami! Wreszcie wszyscy będziemy razem! Za miastem i z ogrodem…
- Aha! – mężczyzna zapalał kolejnego papierosa.
- Jesteś stary tetryk! Wracamy! Mam dzisiaj masę pracy! A ty już nie pal!
- Można było sprzedać…- powiedział.
- Zawsze można sprzedać – odparła.
- Nie można! To rodzinne. Skąd mogłem wiedzieć, że wujek, o którym zupełnie zapomniałem, przepisze mi swoje domostwo. Prawie zbankrutowałem płacąc podatek. Cholerne podatki!
- Henio! Ogród jest, ulica ładnie się nazywa, nasze dzieci będą z nami, poza miastem… Jedziemy! Jutro muszę oddać tłumaczenie.
- Wiec może otworzę tu firmę. Suszarnię ryb. Dzisiaj jadę dorwać wreszcie tego wielkiego suma. Mówiłem ci, kochanie?
- O sumie tak. O tym, ze dzisiaj – nie.
Podchodzili do auta.
- Więc już wiesz – powiedział. Odwrócił się. – Wiesz, to naprawdę piękny dom…Gdybym był młodszy wprowadziłbym się od razu i remontował sam. Ale jestem stary i wolę łowić ryby – zapalił silnik.
Samochód zabuksował w piachu.
- Ładnie jest – powtórzył.
- Pięknie – powiedziała Danuta. – A pieniądze na remont są. Więc w czym problem?
- Problem jest w tym, że już kilka tygodni poluję na tego suma! – ruszył ostro. Kobieta nalała do nakrętki kolejną porcję złocistego trunku.
- Nie pij tyle! – ostro powiedział Henryk.
Dojeżdżali do szosy, z której skręcili w szeroką ulicę, potem w jeszcze jedną. Jechali przed siebie.
- Wreszcie uwolnię się! – powiedziała kobieta. – Tutaj masz miejsce. Przestrzeń.
- Widzę. A od czego uwolnisz się, Danusiu?
- Od tej brudnej, strasznej windy!
- Hm… A ja nie będę mógł chodzić pieszo na nasze kochane siódme piętro!
- Będziesz mógł chodzić po drzewach – powiedziała kobieta.
- Jasne! Wiesz? Ale my zajmiemy mieszkanko na dole. Będę mógł wychodzić sobie oknem! O! Zawsze o tym marzyłem! Wiesz, Danusiu, będę sobie siusiał przez okno, pozwolisz mi, prawda? – śmiał się i spojrzał na kobietę.
- Trzymaj kierownice! – powiedziała. – Jedż swoim pasem! Zarzuca nas. Chyba nie mamy nic z kolami?
- Wszystko jest dobrze… - zakaszlał. – Przypal mi papierosa, proszę!
- Henio, nie pal!
Mężczyzna otarł pot z czoła.
- Hamuj! – zawołała kobieta.
- Spokojnie… Wiesz… podoba mi się ten dom. I ogród. Wiesz… - samochód zarzuciło na prawy pas. Ktoś trąbił.
- Heniek! Co się dzieje? Może ja poprowadzę? Dobrze się czujesz? Piłam niewiele…
- Wszystko pod kontrolą, Danusiu, wszystko…
- Jedż wolniej!
- Tak jest! Stęskniłem się za Tomkiem. Wielki przedsiębiorca! Może nie zapomniał naszej mowy. A może tutaj zostanie? Kiedy to oni byli?
- Ela jest fajna. I dba o niego. No i Damian, nasz Damianek, wnuczysko kochane!
- Spotka się cała rodzina. Jak na pogrzebie!
- No, wiesz…
- Muszę zapalić! Umrę bez papierosa!
- Mógłbyś przynajmniej palić słabsze! – kobieta przypaliła papierosa i podała mu.
- Ela to głupia niemiecka dupa! – powiedział.
- Henio!...
- Artur…Taki zdolny. Jaga. Wojtuś. Oj, Danuśka, jak wszyscy od nas się odsunęli!
- To nie tak!
- Na starość człowiek zostaje sam. Dobrze jest, gdy palić może – ponownie otarł ręką czoło.
- Dobrze się czujesz, kochanie?
- Znakomicie, Danuśka, znakomicie! Tak…Aga jest śliczna!
- Widzisz, teraz wszyscy będziemy razem. Blisko…
- Ale będziemy się kłócić!
- Jedz ostrożniej! Uderzyłbyś w barierkę! Zaraz będziemy! Nie pędż tak!
- Nie histeryzuj! I to psiko będzie mogło się wybiegać! Jak jej tam? Buszi!
- A rozmawiałam już z panem Antonim, wiesz? Wszystkiego dopilnuje!
- Świetnie!.... Danusiu!...
- Uważaj, światła!! Stój! Co się z tobą dzieje?!
-- Wszystko w porządku!
- Masz zielone! Ruszaj!
- Tak jest!
- Henio, ty jesteś…blady jesteś! Uważaj!
Koło nich przejechał wielki tir, trąbił przeraźliwie.
- Papierosa! – powiedział mężczyzna.
- Zaraz będziemy! No, ustaw się na prawym pasie, wjeżdżamy tutaj! Heniek! Nie żartuj sobie!
- Tomek, Tomeczek, Ela, Elunia, Damianek kochany…Arturem, Jaga. Agnieszka…Wojtuś…Nasze dzieci, Danusiu. Ich żony, mężowie, ich dzieci…Ulica Jabłoni…My razem…Ależ mnie!~…
- Skręcaj! Uważaj! Co się dzieje?!
- Już dobrze! Tak spokojnie!...
- Heniek, słup!
- Tak…To korzonki!...
- Zatrzymaj się! Ja poprowadzę!
- Spokojnie…Dojeżdżamy!...
- Kobieta! Hamuj!! Co się dzieje?
- Tyle lat razem…
- Jedziesz zygzakiem. Zatrzymaj się!
- Wszystko dobrze…
- Stań, mówię!
- Dobrze…Tomek, Wojtek, Aga, Arturek…Buszi…
Mężczyzna chwycił się za pierś, skulił się. Kobieta chwyciła kierownicę, auto leciało wprost na betonowy słup.
Kobieta szarpnęła ręcznym hamulcem, ale samochód wbił się w beton latarni.
- Jezu!... Co ci jest?
- Dobrze…- mężczyzna opadł na jej kolana.
- Heniu!...
- Umieram, kochanie…Danusia mo…ja…
Kobieta wyskoczyła z rozbitego samochodu, wysypała zawartość torebki szukając telefonu, dzwoniła na pogotowie.
Henryk leżał na siedzeniu z pianą na ustach, nieruchomo. Kobieta płakała. Gdzieś z oddali dochodził sygnał ratunkowego samochodu. Odgłos przybliżał się, syrena była coraz głośniejsza, bardzo głośna, nie do zniesienia…
Ambulans z piskiem opon zatrzymał się.
Wyskoczyli ludzie.
- Proszę się nie ruszać! – powiedział mężczyzna w białej kurtce.
- Już jest dobrze… - odezwał się Henryk.
- Proszę nic nie mówić! Wyciągnicie go! Ostrożnie!
- Serce jak dzwon…Wygodny tron… - mówił Henryk.
Z wyciem podjechał policyjny radiowóz, za nim wielki wóz straży pożarnej.
- Zawał. Zapewne rozległy. Pani zostaje, jedziemy na Wilsona.
Karetka ruszyła z rozległym wyciem.
Kobieta siedziała na chodniku. Płakała.
- Musi pani wszystko opowiedzieć! – policjant dotknął jej ramienia.
- Odczepcie się!
- Proszę się uspokoić. Wykonujemy obowiązki – odpowiedział policjant. – Proszę do radiowozu! Potem odwieziemy panią do szpitala.
- Chyba, że zamówi pani taksówkę! – oschle powiedział drugi policjant.
- Tak…- wyszeptała kobieta.
Była połowa kwietnia, słońce zachodziło na czerwono.



=====

- Mam takie wrażenie, że wszystko gdzieś pędzi bez mojego udziału, jakby przeciekało, gubię się w tym…i to potwornie męczące i spać nie mogę…
Wysportowany mężczyzna w średnim wieku, ubrany w białe adidasy, dżinsy i koszulkę z emblematem czarnego konia w galopie spacerował po gabinecie.
Za biurkiem siedział mężczyzna w lużnym chabrowym garniturze, bawił się długopisem.
- Może usiądziesz, Tomek – zaproponował. – Może napijesz się kawy?
- Nie, Ben, dzięki, tak wpadłem na chwilę…
- Aha…
- Może coś mi podpowiesz, albo raczej sam na coś wpadnę w atmosferze twojej sterylności i sterylności twojej luksusowej kliniki.
- A jak z Elą? – zapytał Ben.
Tomek machnął ręką.
- Rozmijamy się – powiedział. – Chyba staramy się w ogóle nie widzieć…na wszelki wypadek.
- Rozumiem. Ale dzieciak, Damian, dobrze pamiętam?
- Tak, Damianek. Będzie miał trzy latka. Chyba nie ma ojca ani matki, opiekuje się nim kobieta, studentka, mieszka u nas.
- Aha! A twoje życie seksualne?
- O co ci chodzi?
- Pytam wyrażnie. Chyba jeszcze nie masz andropauzy.
- Pod psem. Niekiedy biorą mnie jakieś kobiety, ale to zwykle kolacje, nic więcej.
- Masturbujesz się?
- Owszem. Szczególnie w te bezsenne noce.
- I taka forma ci wystarczy?
- Dobrze wiesz, ze nie!
- Kiedyś biegałeś. Jak to teraz wygląda?
- Tak… Biegam w kólko za swoim ogonem.
- Czyli cały czas poświęcasz firmie, czy firmom, a życie gdzieś z boku. Kochasz się ze swoją pracą, ale i w tym nie wiesz, czy zadowalasz partnerkę. Wiesz, że ściskasz kurczowi ten malutki telefonik?
- Pierniczę, Ben!
- Ale co ty pierniczysz, Tomek? Może za dużo rzeczy już spierniczyłeś!
- Daj mi spokój! I musze jechać do Polski, kupiono dom, w którym ma być cała rodzina. Muszę pomóc w tym. Obiecałem. Mojej matce kochanej obiecałem.
- To „kochanej” powiedziałeś rzeczywiście, naprawdę od siebie? Kochasz ją?
- Tak.
- A ojciec?
- Może być. Wiesz sam jak to jest, gdy zmienia się kraj…
-Wiem. Dam ci serotoninę i coś na sen, jeśli chcesz.
-Nie, Ben. Nienawidzę tabletek.
- Jedz ze mną jutro na tenis.
- Mam zebranie prezesów.
- Aha! W sobotę – spojrzał na kalendarz. – Tak, sobota. Wiesz , mam przyjaciółkę, spotykamy się w weekendy. Tam jest dużo dziewcząt. Nie może być tak, ze czterdziestoletni facet wali kapucyna w bezsenne noce.
- Daj spokój!
- Jedz, dobrze radze. Musisz jakiś ład wprowadzić w to swoje zabiegane życie. Twój pracoholizm jest już na bardzo wysokiej skali. Niekiedy można z takiej drabiny zlecieć.
Potrzebujesz odmiany. Albo i odpoczynku, lenistwa, jeśli zechcesz. Abyś mógł na nowo przyjrzeć się sobie i pomyśleć jakie wartości w życiu są naprawdę ważne. Mogę cię przyjąć na oddział. Tu są dobre warunki, by wgłębić się…
- Przestań! Oszalałbym!
- OK.
- Tak, kocham matkę i musze tam jechać, doprowadzić to wszystko do ładu, tak!
-Super! Najlepiej jakbyś sam coś tam burzył, czy budował.
- Ale nie mam komu przekazać tu swoich spraw. Terminy gonią terminy, muszę mieć rękę na pulsie.
- Oczywiście, zawsze się tak wydaje.
- Serio, Ben!
- Tak, tak, znam to. Jest tu kilku takich klientów, którym się podobnie wydawało. A teraz cieszą się z promieni słońca i gry w szachy. Za czym ty właściwie tak gonisz?
- Ech, przemyślę to. Idę. Dzięki!
- Będę w Polsce na dwudziestolecie matury. Naszej matury. Pamiętasz?
- Tak…
- Zapraszali cię?
- Nie wiem. Mam tyle świstków… Cześć!
- Pozwól na chwilę, Tomek!
- Spieszy mi się, Ben!
-Zmierzę ci ciśnienie. Ani słowa! Siadaj. To aparat nadgarstkowy, ale bezbłędny. No, rozluźnij się! Podaj lewą rękę. Pomyśl o czymś miłym. O kordonie samochodów z twoimi towarami przebijającymi się przez dżunglę…
- Już?
- Tak. 170 na 95. Za wysokie. Powinieneś kontrolować.
I tętno ci skacze.
- Czuję się świetnie. Fizycznie.
- To może rzutować na ten psychiczny galimatias. Siekierę w łapę i drzewo rąbać! Palisz?
- Skądże!
- Ja rzuciłem.
- I jak ci było? Ciężko?
- Nie… - wysunął szufladę.
Przypalał długiego papierosa.
- Więc palisz!
-Ale skąd! Raz na ruski miesiąc. Przyjdż do naszego internisty z tym ciśnieniem. Porobi badania. Nie goń tak. Jedż ze mną na dupy w sobotę. Komnaty piękne w pięknym zamku! Zadzwoń! Obiecaj, ze zadzwonisz!
- Zadzwonię, Ben. Lecę!
Porwał przewieszoną przez fotel marynarkę. Pokiwał głową przyjacielowi, który osnuty dymem bystro na niego patrzył, wyszedł z gabinetu.
- Pan powie profesorowi, to musi być w raporcie, Matka Boska miała niemieckie pochodzenie, a Jezus Chrystus…
Wyminął trzęsącego się człowieka, zbiegł po schodach.
Dzień zbliżał się do zachodowi. Wsiadł do swojego nowego, dwumiesięcznego ferrari i wyjechał z obrębu kliniki. Podobnie jak Ben, od dwunastu lat mieszkał w Berlinie…Pomyślał, że ruszy teraz przed siebie, drogą na Słubice, ujrzy polską granicę, zawróci, a w sobotę na pewno pojedzie z Benem do jakiegoś erotycznego zamku.
Cierpliwie przejeżdżał przez miasto, wreszcie miał przed sobą autostradę. Otworzył szyby i jechał bardzo szybko ciesząc się z uderzającego w niego chłodnego powietrza. Był już przy moście. Zatrzymał się na poboczu. Za mostem był jego kraj, jego rodzice, rodzeństwo....Oddziedziczony dom…2o lecie matury…
- Ech! – splunął. Dzwonił telefon.
- To ty, mamusiu?
- Tomek, kochany mój, ojciec jest w szpitalu, ciężki stan, nie wiem co robić… Tomeczku…
- To jadę… Tak, jadę do ciebie. Uspokój się, mamo!
- Szpital na Wilsona, synu.
- Tak, mamo. Czekaj na mnie! I bądż spokojna! Bądź spokojna…

=============
 

 

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry