AXIS MUNDI
Pewnego dnia zauważyłem, że przestały mi rosnąć paznokcie. Myślę, że przestały wcześniej trochę. Po prostu nie zwiększały się, nie było potrzeby obcinać. Nawet zrobiłem eksperyment. Zaznaczyłem sobie takim ostrym szpikulcem poziom paznokcia i obserwowałem. Minął dzień, zero przyrostu. Minął tydzień i nic. Dermatolog rozdziawił usta w zdziwieniu i niedowierzaniu. Bioenergoterapeuci i chińscy medycy nie mieli pojęcia jak temu zaradzić. Dałem sobie spokój. W końcu mi to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, nie musiałem już obcinać paznokci. Teraz widzę, że to był znak. Niech będzie, że znak od Boga. Trafiła nam się z Asią okazja, żeby kupić taniuchno działkę budowlaną w górach. Gołą parcelę za mały pieniądz. Zawsze marzyliśmy o własnym domu na wsi, a tu taki traf. Na budowę domu kaski nie mieliśmy, ale ta działka miała być takim krokiem w kierunku spełnienia marzeń. Piękny kawał ziemi, byle jak ogrodzony. Pośrodku sterczał dziwny kikut suchego drzewa. Właściciel poprzedni mówił, że miał to drzewo ściąć już parę lat temu, ale jakoś to odwlekał. I tak zostało. Piękne, ogromne drzewo, tylko gołe. Takie smutne jakieś. Na razie nie mieliśmy zamiaru nic budować, bo za co, to i drzewa nie ścinaliśmy. Przemknęło mi nawet przez myśl, że je zostawimy, tak nowocześnie będzie jak drzewo będzie przestrzeliwało dom od podłogi po dach.
No więc każdej nocy kładliśmy się spać z cudowną myślą, że mamy działkę, na której kiedyś stanie nasz dom. Nasz własny dom na naszym własnym zadupiu. I jednej z takich nocy, kiedy usnęliśmy przytuleni snując plany na temat wyglądu naszego kawałka świata obudził mnie krzyk Asi. Przerażający krzyk przerażonego człowieka. Zerwałem się, żeby zapalić światło w lampce nocnej i ją uspokoić, tylko jakoś nie mogłem przesunąć przycisku lampki. Zrobiła to dopiero Asia. Każdy z palców moich stóp i dłoni wieńczył półmetrowy na oko pazur. Asia dotknęła w sennym otumanieniu mojej dłoni i pewnie wydało jej się, że obejmuje ją wilkołak albo Fredi Kruger. Poobcinaliśmy te tipsy i poszliśmy z powrotem spać.
W najbliższy łikend wybraliśmy się z namiotem na naszą działkę odchamić się trochę w miejscu, gdzie nigdzie nie trzeba się spieszyć. Nasze drzewo obrodziło. Gałęzie uginały się od owoców, a na ziemi wokół drzewa było w chuj spadów. Cegły, setki cegieł zwisały z konarów i gniotły trawę. Sybciutko załatwiłem porządną drabinę, pozrywałem cegły, pozbierałem też spady i zniosłem w jedno miejsce. Uzbierała się spora sterta. Przed wieczorem nasze drzewo już mieniło się setkami malutkich cegiełek. Nic dziwnego, że pod koniec łikendu nasza sterta urosła.
Niedługo zaczęliśmy budowę. Okazało się, że ze zmontowaniem ekipy nie było żadnego problemu. Wszyscy chcieli nam pomóc. A drzewo wciąż rodziło. Worki z zaprawą murarską, kielnie. O, można by długo wymieniać. Kielniami, szpachlami, łopatami, młotkami i innymi narzędziami budowlanymi zapełniliśmy z zyskiem cały magazyn w Kastoramie.
Ani się spostrzegliśmy, kiedy dom już stał. Surowy, bo surowy, ale stał już. Na drzewie zaczęły rosnąć okna, kurwa, poważnie. Całe takie, drewniane, już z szybami. Tu trzeba było pilnować z miarką. Trzeba było zrywać okna o odpowiedniej wielkości, zanim urosną. Chcieliśmy mieć przecież podobne we wszystkich pomieszczeniach, nie licząc balkonu, kibla i kuchni.
Drzewo stopniowo dawało nam wszystko. Gips, farby, pędzle, panele, dywany, meble.
Rośnie w środku naszego domu. Tak nowocześnie. Nasz kot lubi wspinać się po jego gałęziach. Czasem zapraszamy zaprzyjaźnionego dzięcioła na sesję kosmetyczną. Wtedy wynosimy się do lasu na długi spacer, bo stukot jest nieziemski, a w naszym domu akustyka jest dobra. Uszy urywa. A paznokcie rosną. Normalnie.
To dziwne, ptaki śpiewają w najlepsze, chociaż zmierzch zapadł dawno temu, a do świtu pozostało jeszcze sporo czasu. Wracam do domu przez uśpione osiedle. Chcę jak najszybciej wyciągnąć się w łóżku. Kiedy jestem już przy śmietniku, od którego dzieli moją klatkę schodową jakieś dziesięć kroków, zwraca moją uwagę niewielki jasny kształt pośród rzadkich źdźbeł trawy. Przykucam. Jest to nieduża lalka, naga, niewiarygodnie brudna, z wydłubanym lewym okiem. Wydaje mi się taka bezradna i samotna. Porzucona przez kogoś na pastwę śmieciarzy, ma dokonać żywota na jakimś wysypisku lub rozwleczona przez bezpańskie psy włóczące się po osiedlu. Budzi to we mnie sprzeciw jakiś. Rozglądam się wokół czy nikt nie widzi i szybko, wstydliwie chowam lalkę pod bluzką. Po chwili pokonuję już żwawym krokiem schody, aby czym prędzej znaleźć się w domu.
Roman Lipczyński - prozaik, fotograf i freelancer. Fascynują go niejednoznaczne odniesienia do świata, rzeczywistości, odkształcanie jej, nadawanie przedmiotom i zjawiskom nowych znaczeń. Względność świata, jego wieloznaczność, istnienie wielu równorzędnych prawd to temat jego twórczej działalności.
LALECZKA
To dziwne, ptaki śpiewają w najlepsze, chociaż zmierzch zapadł dawno temu, a do świtu pozostało jeszcze sporo czasu. Wracam do domu przez uśpione osiedle. Chcę jak najszybciej wyciągnąć się w łóżku. Kiedy jestem już przy śmietniku, od którego dzieli moją klatkę schodową jakieś dziesięć kroków, zwraca moją uwagę niewielki jasny kształt pośród rzadkich źdźbeł trawy. Przykucam. Jest to nieduża lalka, naga, niewiarygodnie brudna, z wydłubanym lewym okiem. Wydaje mi się taka bezradna i samotna. Porzucona przez kogoś na pastwę śmieciarzy, ma dokonać żywota na jakimś wysypisku lub rozwleczona przez bezpańskie psy włóczące się po osiedlu. Budzi to we mnie sprzeciw jakiś. Rozglądam się wokół czy nikt nie widzi i szybko, wstydliwie chowam lalkę pod bluzką. Po chwili pokonuję już żwawym krokiem schody, aby czym prędzej znaleźć się w domu.
Kładę lalkę na półce. Rozścielam łóżko, siadam i zapalam papierosa. Tyle tylko mi się chce. Żadnej zapóźnionej kolacji, żadnego mycia, tylko papieros i lulu. Gaszę peta i światło i kładę się. Czuję rozkoszny chłód pościeli, układam się wygodnie i uśmiecham się do siebie. Mimo zmęczenia nie mogę jednak usnąć. Coś nie daje mi spokoju. Myślę o samotnej lalce i robi mi się głupio. Wstaję, biorę ją delikatnie na ręce i zanoszę do łazienki. Nalewam wody do umywalki i taplam ją w ciepłej kąpieli. W niektórych miejscach jest tak brudna, że muszę użyć szczotki. Osuszam ją delikatnie ręcznikiem i czeszę przerzedzone włosy. Świeża i pachnąca wygląda o wiele lepiej. Zdaje mi się nawet, że uśmiecha się do mnie z wdzięcznością. Jest urocza, nie przeszkadza mi już ziejący pustą czernią lewy oczodół.
Zanoszę ją z powrotem do pokoju. Moszczę jej posłanie obok mojej głowy na poduszce i nakrywam po szyję kołdrą, żeby nie zmarzła. Kładę się, ale sen nie nadchodzi. Przez dłuższy czas przewracam się z boku na bok uważając, by jej nie potrącić, nie przygnieść. Z lalki emanuje dziwny spokój. Szybko potrafi zaadaptować się do nowych warunków. Nie mam jej tego za złe. W końcu zapadam w długi i pogodny sen.
Kiedy się budzę jest pełnia dnia. Z niejasnym przeczuciem zwracam głowę na bok. Lalki nie ma, o jej obecności świadczy jedynie leciutkie wgłębienie na poduszce. Czuję irracjonalny niepokój i nagle ogarnia mnie dziwna pustka. Sięgam po papierosa. Palę powoli i dopiero po chwili zauważam leżącą na moich porzuconych na podłodze, wygniecionych spodniach malutką karteczkę. Sięgam po nią. Jest to stary bilet tramwajowy. Na jego odwrocie mała rączka wykaligrafowała wprawnym pismem: Wybacz, ale musze już iść. Dziękuję. Byłeś wspaniały. Żegnaj.
OKNO NA ŚWIAT
No i przyszedł oczekiwany czas. Czas wolny. Zwolnili mnie z pracy i mogłem robić z moim czasem takie rzeczy, jakie mi się tylko wydumały. Przede wszystkim odsypiałem. Jeszcze jak. Spałem nawet za długo, niepotrzebnie długo i wstawałem jeszcze bardziej otumaniony, rozbity i zmęczony. Ale jakoś nie mogłem się od tego uwolnić, łóżko ciągnęło mnie bezlitośnie. A zresztą, co miałem robić? Niby chciałem poczytać, nadrobić nagromadzone zaległości w lekturze, wyskoczyć do kina, spotkać się ze znajomymi, ale odkładałem to jakoś z dnia na dzień.
Moje dni wyglądały podobnie – wstawałem tak późno, jak to tylko możliwe, kiedy naprawdę nie mogłem już spać, szykowałem sobie coś do jedzenia, włączałem telewizor i siedziałem przed nim ile wlezie, potem brałem prysznic i znowu siadałem przed telewizorem i wpatrywałem się weń z przerwami na posiłki do późna w nocy. Czasami wychodziłem z domu, z reguły do sklepu po coś do jedzenia, papierosy, alkohol. Oglądałem co popadnie: filmy dokumentalne, przyrodnicze, programy muzyczne, wieczorami i w nocy najczęściej filmy fabularne. Jak już nie mogłem znaleźć czegoś, co by mnie mogło chociaż w najmniejszym stopniu zainteresować, przełączałem na bajki.
Z tygodnia na tydzień spałem coraz mniej, za to spędzałem coraz więcej czasu przed telewizorem. Cały, calusieńki dzień od rana do późnej nocy. Wcześniejsze plany poszukiwania nowej pracy odłożyłem do niewiadomokiedy, póki co miałem zasiłek. Póki co dało się jakoś żyć. Potrzeby i tak miałem niewielkie. Jadłem z coraz mniejszą regularnością, z alkoholu zrezygnowałem w ogóle, paliłem za to jak opętany. Łóżko ustawiłem przed telewizorem, co pozwalało mi na pewną oszczędność energii – budziłem się i jedyną rzeczą, którą miałem do zrobienia było włączenie telewizora. Oczywiście jeżeli zachodziła taka potrzeba, bo nierzadko zdarzało mi się usnąć przy włączonym odbiorniku. Myłem się raz na parę dni, zazwyczaj kiedy musiałem wyjść do sklepu uzupełnić zapasy żarcia i fajek. Jakoś przestało ciągnąć mnie do lektury, od ludzi stroniłem, truchlałem na samą myśl, że ktoś mógłby do mnie zadzwonić. Na szczęście nie dzwonił nikt. Dopiero później przyszło mi na myśl, że mogę wyłączyć telefon. Wyłączyłem. Rzeczą, która mąciła najbardziej mój spokój była możliwość czyichś odwiedzin. Nie lubiłem mieć głośno włączonego telewizora i ilekroć ktoś pukał do drzwi, bezpiecznie udawałem, że nie ma mnie w domu.
No i dzień, jak co dzień. Wieczorem zaczął się kolejny film. Kryminał. Prywatny detektyw wszedł w posiadanie dysku zawierającego jakieś dane o mafii i jej powiązaniach ze światem polityki i finansjery. Dane były tak kompromitujące, jak to tylko możliwe. Nic więc dziwnego, że mafia chciała dysk odzyskać, a detektywa zgładzić, bo był człowiekiem, który wiedział za dużo. On był sprytny, znał swój fach i mimo, że deptali mu wciąż po piętach dawał sobie jakoś radę. Ukrywał się, zwodził swoich prześladowców, potrafił się tak ucharakteryzować, że przeszedł raz metr od ścigających go bandytów nierozpoznany. W końcu dorwali jego dziewczynę. Torturowali ją, żeby zdradziła miejsce jego pobytu, splądrowali mieszkanie, a nawet biuro, w którym pracowała podejrzewając, że przekazał jej dysk na przechowanie. Nic nie znaleźli, niczego się od niej nie dowiedzieli, a to z tego prostego powodu, że nie miała żadnych informacji o swoim facecie, nawiasem mówiąc byłym facecie, bo ten zdążył związać się ze swoją klientką, przez którą wpadł zresztą w te tarapaty. Mafia nie dowiedziała się od tej kobiety tego, co chciała wiedzieć i ją zlikwidowała. Tego już detektywowi było mimo wszystko za wiele. Przeszedł do ofensywy. Wyszukiwał ludzi mafii i zabijał ich po kolei. Załatwił pięciu. Wpadł przez nieostrożność. Umówił się ze swoją nową kobietą w dwudziestopiętrowym biurowcu, gdzie roiło się od informatorów mafii. W dziesięć minut tak go osaczyli, że nie miał gdzie uciekać. Jedynie w górę, po schodach, ale miał nad sobą tylko dwadzieścia pięter. Postrzelali się trochę na dole, zabił dwóch, ranił trzech i pobiegł po schodach do góry. Oni za nim, mieli jednak dwa piętra opóźnienia, bo ich trochę zmylił. Biegł jak szatan po tych schodach z zaciśniętymi ustami ściskając kurczowo w prawej dłoni pistolet. Miał kondycję, skubany. Twarz mokra od potu, wiedział, że czeka go ciężkie zadanie, przecież ścigało go pół mafii. I w pewnym momencie poślizgnął się i przewrócił. Fajnie to było sfilmowane, z żabiej perspektywy. Wypuścił z ręki pistolet. Widać było w zwolnionym tempie jak ten pistolet sunie w kierunku kamery, w kierunku widza. W moim kierunku!!! Pistolet się nie zatrzymał, ani nie nastąpiło cięcie, jak się spodziewałem, obeznany ze sztuczkami realizatorów filmowych. Wypadł z telewizora wprost na podłogę w moim pokoju, kurwa. Zerwałem się z pościeli w samej bieliźnie i schyliłem się po pistolet. Był ciężki, wilgotny od potu, prawie wyślizgnął się z mojej ręki. Budził respekt.
Nagle rozległo się walenie do drzwi, bo pukaniem bym tego nie nazwał. Zamarłem. Postanowiłem jak zwykle udawać, że mnie nie ma. Co miałem robić? Nie miałem pojęcia, kto to może być, na pewno nikt kulturalny. Walenie nie ustawało, podbiegłem na palcach do drzwi i spojrzałem przez wizjer. Zamurowało mnie. Za drzwiami stał detektyw z filmu, kurwa. Krzyczał coś, nie zrozumiałem co, bo to po angielsku. Wziął rozpęd i wyważył drzwi. Znalazłem się na podłodze przygwożdżony drzwiami i to mi uratowało życie, bo w międzyczasie nadbiegli bandyci i zaczęli strzelać. Bezbronny detektyw padł martwy na moją wycieraczkę, a ja przypomniałem sobie, że trzymam w ręku pistolet. Zrzuciłem z siebie drzwi i z mrożącym krew w żyłach wrzaskiem zerwałem się z podłogi i zacząłem szpikować ołowiem zaskoczonych bandytów.
Roman Lipczyński - prozaik, fotograf i freelancer. Fascynują go niejednoznaczne odniesienia do świata, rzeczywistości, odkształcanie jej, nadawanie przedmiotom i zjawiskom nowych znaczeń. Względność świata, jego wieloznaczność, istnienie wielu równorzędnych prawd to temat jego twórczej działalności.



