Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka


reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Proza > Dymińska Dominika: Przez miasto płyną ogromne rzeki

Dymińska Dominika: Przez miasto płyną ogromne rzeki

Przez miasto płyną ogromne rzeki

Miasto jest ciche. Ulica prowadzi przeciąg chodnikiem. Kierowca spada z krawężnika, myśli, kurwa mać. Felga niszczy oponę. Kobieta idzie obok, wiatr uderza za nią. Wiatr nie szuka drogi, droga się zamyka tuż za skrzyżowaniem. Pierwsze frazy bluesa, udawanie śpiączki. Widać to wyraźnie, miasto ma problemy. Udawanie mostów, przybywanie wody. Mówią o tym w radiu. Mówią, pomyśl o Marylin Monroe, moja Emmo Jane, kim jeszcze nie jesteś.

Beata wchodzi do księgarni. Kobieta krzyczy, Aleksy, chodź tutaj, Aleksy, później pojedziemy windą, chodź tutaj, chodź tutaj, Aleksy. Nie ma kawałka ściany, regały stoją wysokie pod sam sufit. Aleksy obija się o ściany czaszki jak mantra, w swoim dziecinnym, upartym rytmie. Kość ciemieniowa, czołowa, kość nosowa, ciemieniowa. Aleksy chodź tutaj. Boże, kto jej zrobił to dziecko, mówi Konrad, wracamy do domu, w tym mieście nie można się nawet za darmo wysikać. To niczyja wina. W ogóle fizjologia coraz więcej ich kosztuje. Fizjologia jest im coraz droższa.

Membrana głośnika sączy przemarsz półnut. Nuta pełna połową czego, pyta Beata. Kogo, czego nie ma, dopełniacz. Kadr się zmienia. Był budynek, jest szereg okien i drzwi pod szeregiem. Beata zagląda lokatorom za firanki. Opiera łokcie o blat, żeby nie poruszyć. Zdjęcie wychodzi, chociaż jest przez szybę.

Stolica dobrze wychodzi na zdjęciach. Zdjęcia ogląda cała rodzina. Rodzina zadaje pytania. Ktoś pyta, jak jedzenie, jak długo czekaliście na lotnisku, czy tam jest bezpiecznie. Ktoś pyta o dopełnienie, ktoś pyta o podmiot, ktoś patrzy głęboko w herbatę. Cukier jest na dnie. Roztwór się nasycił, ma wszystkie cząsteczki oblepione syropem. Ciecz parzy usta, pali do węgla i wody. Organiczne związki, współpraca narządów. Związek charakteryzują nowe właściwości: temperatura wrzenia, masa przez objętość.
Beata ma wewnątrz tyle naczyń, ile może w niej pęknąć. Konrad gładzi ją po brzuchu, czyta całkiem czule, to nic to nic, ,powiedziałem sobie, nic, nic. Mówi, masz rację, ważne, żeby było zdrowe, jeśli się urodzi.

Beata na podłodze zbiera sierść króliczki. Sierść zbija się w kłęby, Beata czesze dywan rzadkim grzebieniem. Plastik ślizga się po splocie. Przekleństwa słychać bez złości. Można by je śpiewać. Piesek daje świnkę, mówi Beata do pieska. Świnka piszczy, kiedy piesek miażdży jej gumowe ciałko. Co robi piesek, pyta. Kogo, co widzę ?

Pies szczeka na wiatr. Beata każe mu się zamknąć. Pies jest bardzo karny, mówi. Bierze psa na ręce. Ktoś tłumaczy komuś, że pinczer to pinczer, a ratlerek to ratlerek i to jest różnica. Pies trzęsie się z zimna. Mężczyzna pyta Beatę, czy psu jest zimno. Odpowiada, że tak. Mężczyzna mówi, trzęsie się, bo jest młody.

Beata nie może zasnąć, pies koło niej śpi. Pies oddycha głośno, ząbki ma jak szpilki, oczka ma jak ząbki. Beata nie może zasnąć, koło niej śpią ostrza. Patrzy na ścianę, na regał, na ścianę. Flaming na obrazku skłania się ku tafli. Gdyby obrazek był inny flaming dotknąłby tafli dziobem. Dziób mógłby być narysowany w wodzie.

Beata drży, ale nie z zimna. Zimno jej nie dotyczy. Dreszcz biegnie wierzchem warstw, wierzch ją pokrywa, ukrywa ją w ciszy skóry. Pod skórą ma mięso, mięso ma krew, która płynie gęsta w zamkniętym obiegu. W przekroju nie widać krwi. Beata drży. Djerba w tym roku jest tania jak nigdy.Biuro podróży uczy cieszyć się zimą na korzystnych warunkach. Zima nic nie szkodzi, działa immunologia, zapalenia zmieniają ofiary. Djerba, bed and breakfest.

Mężczyzna obok Beaty zapala Kenta chowając żar w dłoniach. Dłonie ma suche i wiatr ich dotyka. Każda kostka dłoni jest zaczerwieniona, każda kostka pamięta swoją dawną rolę. Mężczyzna zaciąga się, myśli, który to już miesiąc. Dłoń zaciska w pięść i liczy wgłębienia, myśli, kurwa, grudzień, tyle lat już czekam.

Pierwsza chemia w życiu to lekcja o naczyniach. Świat składa się z rodzajów opakowań i ich wnętrzności. Torebka stawowa, torba na śmieci. Albo taka, jaką ma kangur. Wszystko jest potrzebne. Żeby gaz mógł się skroplić potrzebne są zimne ścianki probówki. Nauka przedmiotów to nauka o przedmiotach, wspominanie nazw.

W jakim kraj leży dorzeczu, pyta Konrad. Przez kraj płyną ogromne rzeki, rzeki mają swój reżim, konsekwentne rządy dna i cmentarze martwych, rybich oczu na dnie. Wiesz co robi piesek jak da mu się rybkę, mówi Konrad, je dopiero później, najpierw się w niej tarza. Woda jest silna. Rzeka trzyma miasta sztywną osią rzeki, po której powoli idzie się w górę.

Co to znaczy, pyta Beata, że oni tak mówią, czy naprawdę znają tylko swój język. Może chcą usprawiedliwić każde ze spojrzeń, których jest dużo i które są długie. Spojrzenia rzucają się w jej stronę. Beata odgarnia mokry kosmyk z czoła, kosmyk uparcie opada na jej lewe oko. Jej prawe. Beata sięga do kieszeni, wyciąga pustą dłoń. Dłoń odgarnia kosmyk. Kosmyk opada.

Mieszają się powłoki, naruszone powłoki nie zapewniają spójności. Skóra daje się przeciąć, obieg otwiera się gładkim cięciem wzdłuż struktur, mięśnie ciągną kości w przeciwnych kierunkach. Wiele warstw komórek buduje wiele warstw nabłonka. Nabłonek wyścieła miliardy kilometrów kwadratowych powierzchni narządów na świecie. Kobieta zamawia latte, Beata zamawia espresso. Jaki ten świat mały, mówi.

Sukces jest kobietą, Bóg jest kobietą. Jasne, kurwa jest matką, mówi Konrad, boże, po co ludzie piszą takie chujowe książki. Czeka aż w książkach skończy się dzieciństwo, aż wszyscy bohaterowie przestaną się wreszcie rodzić i cokolwiek zacznie dziać się w ich płodnych życiach. Kup jakiś poradnik, mówi ktoś do kobiety, może na tej półce jest coś, czego nie umiesz. Kobieta sięga po album na zdjęcia, album ma już zdjęcia wewnątrz, zdjęcia mają puste miejsca, które uzupełnia się twarzami z własnych katalogów. Kobieta dotyka blizny, bliznę ma na twarzy. Kobieta ma grube uda ciasno opakowane jakimś materiałem wytartym w miejscach, które uda ocierają o siebie. Udo to kostka zatopiona w tłuszczu jak owad w bursztynie. Tłuszcz można by brać garściami i nosić do siebie, gdyby był potrzebny. Część garści przeciekłaby przez palce.

Ludzie w autobusach mają sparaliżowane twarze. Nie ma mimiki w środkach komunikacji. Ludzie w autobusach śpią, czytają, nie zdążają wysiąść. Ktoś odpycha dłoń, która go trąca. Dłoń się cofa. Ktoś chciałby płakać, ukryć rogową płytkę w miękkich, własnych dłoniach. Ktoś mówi, pierdolę. Powtarza zaklęcie. Każdy robi co może.

Beacie się śni, że na biologii Beata ogląda film o mężczyźnie w płonącym domu, który wybucha.Bezwładne ciało mężczyzny szybuje tnąc powietrze na pół. Ciało ląduje kilkaset metrów od domu. Mężczyzna leży, powieki odsłaniają jego martwe oczy. Mężczyzna patrzy zza gałek ocznych, wstaje, otrzepuje koszulę, idzie w kierunku, z którego przybył. Dom już nie płonie, matka już nie płacze, chodzi po śladach syna. Matka pyta, gdzie byłeś, myślałam, że płoniesz. Że spłonąłeś, mówi. Mężczyzna odpowiada, że przecież jest tu.

To film, ktoś mówi, od początku musiał się skończyć. Bez sensu,dodaje, pójdę do domu i powiem, na biologii oglądaliśmy film o granicach ludzkich możliwości, nikt w to nie uwierzy, w te granice, że można je przekroczyć i cokolwiek mówić.

Po biologii Beata idzie z Konradem do biblioteki,on idzie z nią. Są książki o fizyce wszystkiego, książki po francusku, jakieś stare książki. Patrz,Hłasko, mówi Beata. Patrzy. Kwas azotowy, jeden z najważniejszych kwasów, mówi Konrad, boże, jakie to głupie. Odwraca się, sięga po coś z półki.Gdzie byłeś, Adamie, czyta, śmieje się, mówi, patrz, ktoś palił tę książkę i ona uciekła.

Po lekcjach chłopcy palą męskie papierosy w kawiarniach miasta. Papierosy są drogie, ale oni mają pieniądze. Na pety, szlugi, kiepy,szludżki. Jest dokąd pójść razem. Przynieś kiepałę, mówi chłopiec do chłopca. Kiepuj se do kawy, odpowiada drugi, tylko nie do mojej.Chłopiec ma pulchną twarz i kamizelkę na niebieskiej koszulce. Mówi o sobie, myślę, że jestem bardzo ciekawą osobą. Chłopiec odgarnia grzywkę z czoła, do ucha wkłada białą słuchawkę, mówi, kurwa, zajebista nuta. Dzieli się swoją muzyką.

Nie mów tak, bo to brzydko, mówi Beata, zobacz ona płacze, jest jej teraz przykro. Dlaczego mnie nikt nie pyta, czy mi nie jest przykro, pyta Konrad, może mi też czasem jest przykro. Beata krzyczy,jesteś gnojem, wypierdalaj, nie chcę cię więcej widzieć na oczy, w ogóle nie chcę cię już widzieć. Ma czerwoną twarz, wszystkie naczynka chłodzą krew na jej twarzy. Konrad mówi, co ja jej zrobiłem, o co się kłócimy, nie będę chyba przepraszał dziecka. Zostaw to, to moje rzeczy i ja je kupiłem, dodaje, ty nie będziesz ich pakować. Beata prosi, zrób to dla mnie. Konrad robi to dla niej, dla tej kobiety, a potem włącza telewizor. Ona sprząta okruszki ze wszystkich miejsc w domu. Dziecko już nie płacze, głaszcze teraz psa. Pies ma pod skórą jakąś narośl, której nie miał wczoraj. Wcale nie jest przykro.
Dwadzieścia po szóstej, jeszcze całkiem ciemno. Wstań i wystaw psa, mówi Beata. Trzymaj go, bo się zsika, mówi Konrad, jeżeli go puszczę. Pies nie chce iść w deszcz, w taki zimny dzień. Konrad stawia psa na trawie i on sika. Za dwadzieścia siódma.
Trzeba złapać królika, mówi Beata, królik jest na wolności. Królik jest na górze, odpowiada Konrad. Stoi przed lustrem , patrzy na kogoś w lustrze i to jest mężczyzna. Zamknij drzwi jak wyjdziesz, mówi Beata do mężczyzny, królik gdzieś tam biega. Konrad zamyka drzwi, światło pali się w środku.

Nie wolno bić zwierząt, tłumaczy Beata, nie wolno bić tak mocno. Konrad mówi, gdybym uderzył go mocno, odpadłaby mu głowa.

Beata kiedyś opowiadała ludziom dowcip o lisku i nikt się nie śmiał. Dowcip był o tym, że rolnikowi ginęły kury, rolnik spytał liska, lisku, czy to ty kradniesz moje kury, a lisek powiedział, nie, to nie ja. A to był on. Lis już wtedy był myśliwym.

Beata chciałaby mieć ciało takie bardzo szczupłe. Konrad mówi, czy ty myślisz, że to jest ładnie, mieć między nogami taką dziurę, przez którą mógłby przejechać tramwaj. Jutro masz imieniny, mówi

Beata, wracając będziemy musieli kupić ci prezent. Jutro ma być zero stopni i ma padać śnieg, dodaje, trzeba włożyć czapkę.

Ściana udaje cegłę, ale jest za zimna, żeby w nią uwierzyć. Obrazki na ścianie udają zdjęcia prawdziwych ludzi, którzy naprawdę piją kawę uśmiechając się przed siebie. Skośnooka dziewczyna ogląda filmiki na swoim laptopie, na ekranie ma pełno azjatyckich twarzy. Latte stygnie w jej szklance, oddaje ciepło tym matowym ściankom.

Mężczyzna mówi, przy samochodach BMW nie daje się zapasowych kół, jest taki system, możesz je dostać w takim na-przykład-wiesz, zamówić je możesz. Mężczyzna odwija kanapkę z brązowego papieru, chwilę się w nią wpatruje, trochę zbliża ją do ust, trochę zbliża się do niej. Nabija chleb na zęby. Jest specjalny samochód, mówi z ustami pełnymi chleba. Ciągle się uśmiecha.

Kobieta w czapce sączy kawę z kubka. Nie zdejmuje czapki. Papieros tli się w jej palcach, wypuszcza dym nosem. Różyczko, wyglądasz jak byczek, który jest zły, mówi do niej mężczyzna. Który jest, dodaje, który jest. Kobieta odpowiada, mógłbyś nie nazywać mnie Różyczką, póki jestem Różą. Róża jest Różą, jest różą.

Wiatr zdziera z twarzy ciepłą maskę skóry. Ludzie chowają się po rękawiczkach i wełnianych płaszczach., ale nigdzie nie jest dość ciepło. Nie pamiętam zimy, mówi Beata, żeby była tak trudna. Są problemy z podłożem, piach marznie i odmawia sprężystego ugięcia pod naciskiem stóp. Śnieg pada wokół dachu, dach stawia opór godny materiału, z którego powstał. Dach to nie wszystko, co jest na głowie. Przez głowę ucieka czterdzieści procent ciepła, mówi Beata, dlatego trzeba nosić czapkę. Zimno tłumaczy każde drżenie skóry, budowanie barier. Naturalne bariery chronią przed wniknięciem obcego ciała, przed rozkładem na prostsze związki, którym trudno bez kogoś, jeszcze trudniej bez siebie. Odporność jest we krwi i składa się z komórek trawiących od środka. Potem jest choroba i gorączka. Fagocytoza.

Konrad zamiata rzęsy, Beata bierze chleb. Chleb kruszy się i okruchy kleją rzęsy w jedno gęste ciasto. Oni są blisko, ale nie przez skórę. Tylko skóra rozumie wszystko, co pochodzi z zewnątrz. Gdyby jej nie było, o czym Konrad by mówił, że Beata ma takie gładkie, o mięsie ? Mięso to wnętrze, tabu dla źrenic, w których rośnie cała reszta świata. Mój kumpel po kwasie widział boki kolorów, Beata pamięta jak Konrad jej to mówił.

Czy to prawda, moja Emmo Jane, że potrafisz malować się tak, aby makijaż wyglądał, jakby go nie było, pyta skośnooki stylista swoją Emmę Jane. Emma Jane ochoczo kiwa głową i uśmiecha się po drugiej stronie ekranu. Stylista mówi, to jeszcze nie wszystko, ściska fałdkę tłuszczu na biodrze Emmy Jane, popatrzcie na to, dodaje, to prawdziwa kobieta, jak każda z was, a każda z was musi wiedzieć, że jej duża, krągła pupa jest teraz bardzo modna. Twarz Emmy Jane powoli zbliża się do ekranu od tamtej strony i staje się wielką twarzą Emmy Jane. Emma Jane mówi, nauczyłam się kochać swoje ciało i chciałabym się tym z wami podzielić, nim z wami podzielić.

Siódma. Miasto jest przejezdne, rozkleiło powieki i nakłada słoną soczewkę do patrzenia wstecz. Siódma dziesięć, miasto skrobie kwiaty mrozu ze wszystkich szyb w mieście. Siódma dwadzieścia, miasto oddycha dymem i mgłą, maluje rzęsy grubą warstwą tuszu, tuszuje objawy chorób nabytych poprzedniej nocy.

Siódma trzydzieści, świadomość nocy wygasa, w komórkach fizjologia staje się coraz śmielsza, przygotowuje ciało do wypełnienia kolejnych biur i ankiet. Siódma czterdzieści, miasto jest w samochodzie wspinającym się z trudem po wstęgach ulic, miasto myśli, może jeszcze zdążę, tylko, kurwa, spokojnie.

Ósma, budynki są pełne miasta.

Beata otwiera książkę na dedykacji i myśli, że ona, ta dedykacja, ma bronić jej, tej książki, jeśli ktoś przeczyta coś innego niż jest napisane. Nie tylko prawda jest ciekawa, wszystkie historie noszą znamiona fikcji. Na przykład kiedy Beata mówi o książkach, których nigdy nie przeczytała narracja zmienia się zgodnie z dziedziną wszechwiedzy i to jest wszystko bzdura. Dlatego mówi, że może ustawiać zwierzątka tak samo albo może je ustawiać inaczej, ale wtedy musi pamiętać, kto jest silniejszy. Jak w ogóle może zrobić całkowicie specjalnie lub zupełnie przypadkiem cokolwiek oprócz błędu ? Potrafi tylko odliczać własne wartości od średnich. Do jakiej średniej zmiany przyczynia się jej zmiana, jej praca, jej wina, jej bardzo wielka śmierć ?

Zobacz, paproszku, świat jest taki śliczny, kiedy jest się takim małym paproszkiem. Jaki świat jest śliczny, kiedy nie ma się nóżek i rączek i wątroby i prostaty i nie trzeba posługiwać się tymi wszystkimi brzydkimi organami i nie trzeba bać się zdrady ciała swojego ani żadnego w ogóle, kiedy samemu jest się obcym ciałem, które może na przykład utkwić i dawać o sobie znać tylko bólem. No dalej, paproszku, moja Emmo Jane, teraz ty opowiedz mi bajkę.

Byliśmy w raju i wszystkie pieniądze wydaliśmy na połączenia. Wracamy, gubisz się gdzieś i to jest dziwne, bo żadna droga oprócz naszej nie prowadzi w jakąkolwiek stronę, więc boję się o ciebie i boję się tej ciemności. Wszystko w środku mam tak bardzo puste, że wiatry mogłyby nieść moje wydrążone kości. Pustkę mam wszędzie, a ciebie nigdzie nie ma. Nagle się pojawiasz i to nie jest dziwne. Pytasz, czemu o nic nie pytam, a ja nie jestem ciekawa kłamstwa. Jestem tylko ciekawa, czemu masz takie ciężkie dłonie, twarde, jakby były ze szkła, ale nieprzezroczyste, czemu twoje ruchy, zamiast składać w całość, dzielą cię na nieskończenie wiele cząstek. Idziemy w milczeniu jedyną możliwą drogą i nie mam pojęcia skąd, ale wiemy oboje, że jest ona dobra. Milczymy do siebie o tym i o innych faktach, które zachowały jeszcze jakąś logikę budowy.

Nie uwierzysz, co śniło mi się dziś w nocy.

Zaczyna się źle i różnie może skończyć. Beata i Konrad są już spóźnieni, bruk wbija się im w stopy w coraz innym rytmie. Spokojnie, nie nerwowo, pomyślałaby pewnie Beata w takiej sytuacji, gdyby tylko się śniła. Ale się nie śni. Są spóźnieni, śmieją się ze wszystkiego, z samych głupich rzeczy. Jaka to jest choinka, mówi Konrad, przecież to jest stożek, pokazuje palcem stożek i Beata też tak myśli.

Forma nie mieści się w kształcie, bo jak zrobić igiełki ze światłowodów, jak odbić płomień na tyle stron światła ? Gwiazdo betlejemska, betlejemska ryso, wszystko jest zbyt jasne odkąd zeszły blizny, wieczory są bledsze, bledsze są światełka.

Wchodzą i nie wiadomo, co dalej. Dalej o kilka kroków stoi kobieta, Beata myśli, że mogłaby zadać jej jakieś pytanie, którego nie usłyszałaby pierwszy raz. Pyta, którędy na górę, ona nie słyszy, którędy na górę pyta i ona wskazuje schody. Schody widać tylko do pierwszej klatki. Beata stawia stopy ostrożnie, żeby nie poruszyć tych skrzypiących włókienek martwej tkanki drzewa. Drewno oddycha przez impregnat i dywan, przez aparaty szparkowe, Beata stawia stopy ostrożnie, skład każdego ruchu ma ściśle określony: pięta, cała stopa, palce, kości stopy, dziesięć palców i znowu. Coś kłuje w żebrach, o takiej chorobie mówi się serce, serce i powikłania, nie ma na to rady.

Beata mówi, spałam z nim, ale się nie dotykaliśmy, wiesz, mamy takie swoje powiedzenia, na przykład jak on mówi, że mam otręby pszenne w głowie to jest taki komplement i mi jest wtedy miło i wtedy najczęściej on przychodzi do mnie, moje współlokatorki się mnie boją, wiesz, one kupują mąkę i jajka i mięso i robią z tego ciasto, a potem farsz, same robią pierogi, ja czytam literaturę niemiecką, a ty jaką czytasz, bo ja niemiecką, polską już całą przeczytałam.

Beata patrzy na twarz kobiety w lustrze

Dłoń, która trzyma nóż jest czerwona i szorstka jakby zmarzła od wiatru. Szorstki naskórek łuszczy się i pęka. Dłoń odbija się w ostrzu, ostrze odbija matowe oko ryby. Oko ma w sobie pamięć morza, z której dawno wyschły łuski. Beata zbliża ostrze do grzbietu, widzi dramat tej ryby i to nie jest dramat lekkości. Tnie grzbiet wzdłuż ciemnej struny.

Beata nalewa wannę pełną wody, obserwuje wodę i chce nią napełnić wszystkie pory skóry. Pulchna skóra traci świadomość warstw, kurczy się i zwija w zmarszczki. Każda zmarszczka to mały nadmiar, cząstka ciała, gotowa je opuścić. Kiedy skóra jest pełna, lśni.

Beata przesiewa mąkę przez gęste sito, mąka wygląda jak kurz w dziennym świetle, kurz osadza się na ukośnych promieniach południa. Beata układa kurz w nieforemny kopiec. Kopiec pośrodku ma wgłębienie. Beata rozgląda się wśród identycznych drewnianych szafek, z szafki wyciąga puszkę soli, zanurza w niej rękę i łowi ją z powrotem. Rozciera sól pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym, dodaje do mąki. Palce długo jeszcze będą miały chemiczny posmak. Beata przechyla słoik z miodem kierując strumień na wklęsłość w kopcu. Miód płynie złoty i lepki, lśni.

Dom pachnie świętami, piernikiem i kapustą, choinką, pachnie światełkami. Wieszak jest pełen ciężkich płaszczy, płaszcze noszą obce zapachy. Są goście. Beata pyta, kawa, herbata, wie już wszystko, odchodzi do kuchni, ciepło odpycha jej dłonie od wnętrza pieca. Kuchnia jest cała w gorącym zapachu. Beata parzy dłonie o ciastka, które niesie gościom.

Potraw jest dużo i smacznych. Mikołaj przyniósł prezenty rodzicom do szuflady w biurku i Beata o tym wie. Widziała kolorowy papier i wstążkę, która wiąże środek. Tata poszedł po prezent, mówi mama, to jest karaś, złota rybka, spełnia życzenia, ale tylko trzy, to bajka, teraz zamknij oczy. Trójka w świątecznych okolicznościach wydaje się Beacie doskonale pojemna. Tata wchodzi ze szklaną kulą w rękach, unosi ją, rybka unosi się na wodzie złotym brzuszkiem do góry. Beata ma wciąż zamknięte oczy.

Beata zamyka zwierzęta w korytarzu. Zanim pies położy się w koszyku, jeszcze trochę skomle. Pies nie ma imienia odkąd każdy inaczej go nazywa, reaguje na wszystkie imiona świata. Kiedy skomle, Beata nazywa psa jednym z tych imion, ścierwo. Prosiłem, Beatka, nie wspominaj trupów, myśli natychmiast i woła psa innym imieniem, piesek, woła i głaszcze gładką czaszkę z włosem, pociąga czule za ucho. Pies nie był zły.

Beata wybiera dodatki do chleba i nie wie z czym będzie dobrze. Kroi pomidory nie odrywając noża od deski. Nóż od dawna jest tępy, ciężko zanurza się w miąższ, z wnętrza wypływa pomidorowe serce, sok i pestki w tym soku. Beata dociska nóż zamiast go przesuwać, ostrze opiera się sile, ślizga się w palcach. Beata nacina opuszkę kciuka, wkłada kciuk do ust, nie boli. Kroi dalej, krew miesza się z sokiem, z pestkami, z soczystym sercem rośliny.

Rzeczy, które są podarunkami z założenia nie mają żadnego praktycznego zastosowania, są głupie i ślepe i złośliwe. Beata zawija w papier ciasto i chleb, cytryny i limonkę, świąteczne pierniki. To mój prezent dla was, mówi i rzuca prezent na śnieg. Patrzy jak zlatują się ptaki i dziobami drą papier, jak dzioby tkwią w cieście i chlebie. Potem pakuje kolejne prezenty, a wszystkie są takie same. Owija papierem szklane kule i karasie wewnątrz. Porusza do nich wargami, moje złote, ciepłe, wracacie do domu.

Ranek jest ciemny, Beata zapala światła w całym domu, rozsuwa zasłony. Patrzy przez okno i widzi ptaki, które leżą martwe w okruszkach chleba. Pies przeciąga się na dywanie. Odkąd zjadł kostkę masła brzuszek ma bardziej tłusty i teraz, kiedy siedzi, opiera się na brzuszku ze swoją naiwną, psią miną, z miną psa, który brzuszek ma pełen masła i czeka na swoje śniadanie. Beata kroi dla niego płucka, wrzuca je do miski. Pies rozrywa pęcherzyki, a ona płucze z nich palce. Po śniadaniu Beata sprząta z ulicy martwe ptaki, chleb i papier, a pies zostawia w domu tłuste plamy z brzuszka, płucek i masła.

Beata wiąże włosy nad karkiem w niski ogon. Ma silne męskie ramiona, włosy spływają jej z czoła, mięśnie gładkie kurczą się niezależnie od woli. Zmarszczki mimiczne wydają się wyraźniejsze niż wydawały się wczoraj. Beata patrzy na twarz kobiety w lustrze, myśli, bardziej pasowałoby jej inne imię, jakieś bardziej senne i słodkie, Róża, Malina, Natalia. Wpina kolczyk w lewe ucho, kobieta z lustra ma identyczny kolczyk w prawym. Podobieństwo przez analogię, kobiecy antagonizm, myśli Beata. Czuje niesmak bez konkretnego powodu.

Beata jedzie na święta do rodziny. Nadmiar rzeczywistości od razu na nią spada. W domu jest choinka, rodzice, cukierki na choince. Beata otwiera pierwsze pudełko, widzi w nim ciasto i chleb. Beata otwiera drugie pudełko, jest w nim gumowy szkielet rybki, rybka-zabawka, która piszczy, kiedy się ją zmiażdży. Matka uśmiecha się świątecznie, mówi, to dla pieska, spróbuj wszystkich potraw, to przynosi szczęście. Beata wie, łzy szczęścia i życzeń żłobią pionowe tunele w jej policzkach, pięść zaciska się kciukiem na zewnątrz. Ojciec przeżuwa kolejne kęsy, matka też nie rozumie. Beata bierze płaszcz, rzuca rybką w lustro, szkielet piszczy przerywając ciągłość tafli, szkło sypie się drobne i Beata kładzie wzrok na szkle, mówi, tyle lat nieszczęścia, ile tych okruchów. Podnosi gumowy szkielet rybki kalecząc palce. Już wraca do domu. Ojciec połyka kolację, matka wciąga szkło w gardło odkurzacza, to był twój pomysł, mówi. Beata wchodzi do domu i odsłania okna, ptakom rzuca ciasto i chleb, psu szkielet rybki, mówi, jeśli zniknie wszystko, życzenie się spełni.

Beata od rana siedzi przed szybą i nic nie widać. Dopiero zmierzch budzi odbicia i cienie z lamp rzucają się na ziemię. Można żyć bez kolorów, bez konturów już nie. Bez konturów każdy ruch byłby bezradny. Beata patrzy w szybę, widzi tam przestrzeń obu stron, widzi jak cienka tafla łączy te wymiary, ten, w którym Beata tkwi, przed szybą i ten, w którym jest nieobecna, za szybą.

Beata parzy dłoń wrzątkiem. Przez chwilę patrzy na parującą z jej skóry mieszanką własnej i obcej wody, potem jest ból i Beata próbuje pokonać żywioł jego bronią, miesza strumień zimnej wody z oparzoną skórą. Na dłoni występują pęcherze pełne płynu doskonale właściwego ciału. Beata próbuje przekłuć pęcherze, żeby dostać się do wnętrza, ból chroni ją przed tym. Poparzenia same się wchłaniają.

Beata modeluje włosy, nawija pasma kolejno na okrągłą szczotkę zgodnie z kierunkiem , w którym rośnie obojczyk, żeby złączyć się z mostkiem. Nawija i przeciąga, patrzy na kobietę w lustrze. Kobieta jest wciąż młoda, ale szpik ma już całkiem żółty, regularnie plami bieliznę na powtarzalne odcienie, zna swoje ciało tak dobrze, że umie odróżnić zdrowie od choroby, myśli wszystko o swoim ciele i wszystko, co o nim wie, wie zupełnie dobrze. Czas zmienił kierunek i płynie w koło odkąd Beata znajduje w umywalce te same, własne włosy, które gubi codziennie i które codziennie rosną nowe.

Pies zasypia w nogach łóżka ciepły i bezbronny. Stroszy sierść we śnie i skomle cichutko, śnią mu się ciasto i ryby i chleb i złote, puste łuski. Lśnią.

Wyścig zbrojeń

Mielone siemię lniane miesza się z otrębami i zalewa wrzątkiem. Woda parzy włókniste struktury zboża, przeciska się przez ściany komórkowe i zboże puchnie w oczach. Konie karmione są rano, w południe i wieczorem. Na ich grzbietach leżą derki z drelichu i wełny, brzuchy spinają pasy ciężkimi klamrami. Konie mają twarde oczy, a w nich szklane okruchy dziennego nieba. Konie czasem wiąże się do krat. Na nogach konie mają bandaże, pod bandażami ścięgna układają się w spirale. Konie błyskają białkami.

Beata Maryja


Stara kobieta mówi, to było takie spokojne miasto. Wiatr spada na jej chustkę razem z resztą nieba. Wszystko jest bardzo inaczej. Stara kobieta trzepie chustkę z wiatru, ma ogromne oczy i źrenice tłuste jak nasiona lnu, takie błyszczące. Myśli, nie pamięta się dobrego, jakie to jest spokojne, nigdy takie nie było. Stopą zakreśla obręcz w kurzu drogi. Stara kobieta ma dom blisko parku. Dom porasta bluszcz, jego liście lśnią. W ogrodzeniu są dziury i nie ma bluszczu, w ogrodzie lęgną się się brązowe i jasne zwierzęta. Niektóre rodzą się ślepe i krzyczą. Reszta rodzi się głucha.

Kobieta nosi wodę ze studni. W wiadrach topi jasne zwierzęta, brązowe bierze do domu. Dom jest pełen brązowej sierści, koty polują na śmierć. Kobieta nosi śmierć do studni z powrotem. Wiadra parują, woda w nich lśni.

Dom stoi przy torach. Pociągi noszą ludzi z twarzami w oknach. Czasem noszą węgiel. Pleśń rytmicznie wżera się w tynk. Nadgarstki kobiety mają wzory z wypukłych żył. Kiedy ręce mdleją, nie są już jej własne.

Stara kobieta chce siebie zobaczyć. Żeby siebie zobaczyć musi nalać wiadro pełne wody. W wodzie pływa jasna sierść. Kobieta patrzy w wodę, widzi ciemne dno, nie widzi twarzy. Nad dnem pływa zwiędła skóra, kołyszą się przebarwienia. To nie jest głębia. W wodzie pływa niebo, kobieta wylewa niebo na drogę i kurz w nie wsiąka.

Droga chłonie niebo jeszcze przed horyzontem. Kobieta wsuwa stopy w wełniane skarpety. Ziemia jest od dołu coraz cieplejsza, nie potrzeba czapki. Kobieta głaszcze koce, na których jest sierść. Tych, które są czyste, nie głaszcze. Koty żyją tak długo, jak długo mogą być głodne. Przestają być ślepe i od razu zaczynają być inne. Sierść wybarwia się im po śmierci, chociaż nie rośnie. Kobieta gładzi sierść we wszystkich kierunkach. Koty zimne pod sierścią nie mruczą. W domu są same brązowe zwierzęta i jedno całkiem rude. Kobieta układa zwierzęta w wiadrze, rude kładzie na wierzchu. Wymienia zwierząta z ziemią.

Kobieta miała kiedyś dziecko, które nie ma matki. Dziecko nie było z ziemi, czy było z mężczyzny, kobieta nie pamięta. Dziecko było z kobiety, bo wyszło z jej brzucha, to była jego droga. Rosło w brzuchu tłuste jak tłusty rośnie w jabłku robak, a kiedy wyszło, brzuch został pusty i zepsuty. Ściany w domu rodzą pleśń. Wszędzie mają swój wilgotny brzuch.

W podłodze brakuje klepek, ale tylko kilku. W miejscu pustym od klepek jest szary tynk. Kobieta myśli, dziecko miało imię.

Kobieta budzi się, spała. Myśli, chciałabym siebie zobaczyć. Żeby siebie zobaczyć musi nalać wiadro pełne wody. W wodzie pływa sierść i skóra szorstka jak żwir. Kobieta dotyka tej skóry i ona jest tylko mokra. Kobieta wchodzi do studni i jej nie ma.

Wzajemność

Beata mieszka blisko torów. Ściany drżą bardziej, kiedy pociąg niesie węgiel. Beata pudruje twarz, taką kocha ją Konrad, z twarzą białą od pudru i twarzą miękką od łez. Gdy Konrada nie ma, Beata go kocha. Są razem, bo to jest wzajemność. Nad łóżkiem w sypialni wisi wielkie lustro. Na lustrze jest rysa, która biegnie od rogu. Lustro powiesił Konrad, gdy popękał sufit. Nie maluj pleśni, trzeba to oskrobać, mówiła wtedy Beata. W lustrze widzą codziennie swoje płaskie i senne ciała. Z kącików biegną im zmarszczki. Ku górze.

Wieczorem Konrad bierze Beatę na spacer. Idą po torach w stronę na południe i Konrad bierze rękę, która jest Beaty. Uścisk pochodzi od niego i jest trochę za mocny. Beata czuje jego rękę spoconą i zimną, obrzydliwą, mówi, masz zimne ręce. On stawia stopę za stopą, mówi, szyna ma dziewięć moich stóp, potem pociąg odbija się na kolejną. Pociąg jechałby ciszej, gdyby szyny były dłuższe.
Konrad kuca i kładzie dłoń Beaty na szynie. Sprawdź, ile szyna ma dłoni, mówi.

Konrad płucze usta zimnym łykiem kawy. Ma oczy ze szkła, oczy pękają w nim na czerwono. Kiedy Konrad bierze prysznic cała łazienka paruje. Łazienka paruje i jego ciało paruje, łazienka od ciała, w takiej kolejności. Na głowie Konrad nie ma włosów, ma wilgotny ręcznik, pod którym skóra jest gorąca i gotowa odejść. Nadmiar skóry się marszczy. Konrad stoi na chłodnej posadzce, skóra tężeje na nim z powrotem. Jest równowaga, nie ma już wody. Konrad zbiera dłonią parę z lustra i widzi swoje popękane oczy jak patrzą. Zaciska oczy, żeby bardziej pękły.

Konrad, kiedy śpi, oddycha przez usta. Przez sen oddycha głośno przez płuca. Konrad ma w żyłach zastawki, które nie działają. Nie wie, co ma w środku i to jest jego dramat. Póki przepływ jest płynny, Konrad oddycha sercem, ale może przestać. Konrad śpi. Kiedy śpi, puchnie.

Beata wciąga okruchy w ciepłe gardło odkurzacza. Okruchy są z bułek i chleba. Kurwa, mówi, zawsze wszystko spada na mnie. Konrad żuje bułkę, kiedy przełyka rusza się skóra na jego szyi i przełyk w środku szyi. Okruchy z bułek spadają na ziemię. To jest ich droga.

Ziemniaki stoją w wodzie. Uparte czubki ziemniaków stoją nad wodą. Konrad je soli. Kiedy się ugotują, w środku zrobią się miękkie. Konrad wbija nóż w ostre, mączne wnętrze, na nożu zostają ziemniaczane serca i nerki. Oczy wrastają głęboko. Są ciemne. Ryba psuje się od głowy, mówi Konrad. Obtacza ciało ryby w mące i wrzuca na gorący tłuszcz. Ciało się miota, trzepocze, ryba płynie martwa i złota. Skrzela tworzą kręgi w tłuszczu.

Das neue wird aus der flamme

Powietrze jest ciężkie od dusznych zapachów. Od ciężaru dymu powietrze robi się mniejsze i bardziej gęste, daje się poczuć na języku jak szczypie. Beata mówi, wiosnę czuć w powietrzu. Wiosna nie pachnie, mówi Konrad, tylko śnieg topnieje, spod śniegu wychodzi brudne i mokre jak było przed śniegiem. Beata milczy i mówi, trudno żeby inne wychodziło spod śniegu, skoro nowe wychodzi z ognia.

W kominku się pali, ale trochę smutno. Od światła nie będzie cieplej, mówi Beata, pal ogień mocniej, zamiast płonąć, płacze. Beata rzuca mięso na patelnię, białko się ścina, staje się gotowe. Konrad rzuca drewno do paleniska, ogień liże je i głaszcze. Konrad i Beata jedzą suche mięśnie bez krwi i jedzą warzywa. Dobra mięso, mówi Konrad. Nie odzywaj się do mnie, mówi Beata, nie przestawaj milczeć. Ogień trzaska w kominku.

Wszędzie w domu stoją kwiaty. Łodygi i liście, które otwierały ziemię głęboko w przeszłości. Konrad, kiedy przeprasza, niesie Beacie kwiaty. Płatki zachodzą na siebie, są bliskie i niecielesne. Bliskość bywa przez kwiaty, ale tylko na chwilę, pozory są ważne dla istot tak uległych swojej umieralności. Płatki są drobne, liście mięsiste i płatki niosą treść kolorów. Beata topi kwiaty w wazonach i grzebie w doniczkach. Gdyby Konrad spytał, jakie lubi kwiaty, powiedziałaby, cięte.

Na środkowym palcu Beata nosi pierścionek, serdeczny palec jest pusty. Pierścionek ma oczko z bursztynu. Prawdziwy bursztyn się nie pali, ale żal jest dociekać. Prawdziwy bursztyn ma duszę, bo mieszkają w nim zwierzęta i puste pęcherze. Pęcherze są pełne powietrza. Bursztyn jest kamieniem, który ma ziemię w środku.

Beata zapina guziki koszuli, rękawy podwija do łokci. Konrad łączy znamiona na jej przedramieniu w konstelacje. Masz na ręku lisa, mówi.

Przeciwko tobie są wszystkie znaki zodiaku i gwiazdy, mówi Beata, coś niekorzystnie się ułoży, chociaż nie bardzo wierzę. Gwiazdy układają się w gwiazdozbiory i palą ciemność tej organizacji. Noc jest pełna i wymiarowa, ma środek, ale nie ma początku, mówi się, że jest wieczór, a nie początek nocy, jest świt, nie koniec.
 
 

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry