Kiedy któregoś ranka, około roku temu wiozłem swoje córki (Namkhę i Namtso) do szkoły, usłyszałem w National Public Radio omdlewający głos Salmana Rushdiego. Udzielał wywiadu na temat swojej powieści „Klown Shalimar”, która dzieje się w Kaszmirze. Dziadkowie Rushdiego ze strony matki urodzili się i wychowali w dolinie, w której pisarz razem z rodzeństwem spędzał lato. Rushdie opowiadał o pięknie regionu i oświadczył, że James Hilton zainspirował się doliną Kaszmiru, opisując w swojej książce Zagubiony Horyzont raj na ziemi – Shangri-La. Oczywiście sahib Salman nieco przesadził; dla każdego, kto przeczytał Zagubiony Horyzont jest jasne jak słońce, że Hilton nie miał nic takiego na myśli.
Kilka szczebli niżej na literackiej drabinie, mamy Toma Grunfelda, autora The Making of Modern Tibet, który również dowodzi, że Tybet nie był hiltonowskim pierwowzorem Shangri-La. W artykule w Tibetan Review stwierdził, że gdy Hilton pisał Zagubiony Horyzont, nie mówił wcale o Tybecie, i że „…najwyraźniej wzorem, który Hilton wykorzystał były doliny obecnego północnego Pakistanu.”[1]
Jedyny problem z tym literackim „przemieszczeniem” stanowi fakt, iż sam Hilton jest jednoznaczny, nie dostarcza także jakiejkolwiek alternatywnej interpretacji dla scenerii swojej powieści. W książce zostaje stwierdzone, że „klasztor buddyjski” z Shangri-La leży w Tybecie, że mieszkający tam ludzie byli Tybetańczykami, mówili po tybetańsku, praktykowany buddyzm tybetański i poliandrię, nosili ubrania z owczych skór i buty ze skóry jaka oraz wierzyli, że „wywodzą się od małp ”.
Hilton dostarcza również konkretnych geograficznych odniesień, na podstawie których można precyzyjnie zlokalizować jego zaginiony świat. Na początku powieści, gdy samolot lecący z Baskul (Kabul?) do Peshawaru zostaje uprowadzony jeden z bohaterów – Conway, próbuje odgadnąć dokąd lecą. Zapytany o to przez współpasażera, odpowiada: „trudno to ocenić, ale chyba do Tybetu”. Później, gdy samolot ląduje awaryjnie, Conway jest bardziej precyzyjny: „Odgadł, iż lecieli poza zachodnie pasmo Himalajów, w kierunku mniej znanych wzniesień Kuen Lun. W takim przypadku dotarliby do tej pory do najwyższej i najmniej gościnnej części ziemi – płaskowyżu tybetańskiego”.
Kilka bardziej geograficznych odniesień w książce rozstrzyga ten problem raz na zawsze. W połowie historii, główny lama z klasztoru Shangri-La opowiada Conwayowi historię Kapucyna, który, podróżując ładne kilka miesięcy z Pekinu na południowy zachód przez Lanzhou i Kokonor, przypadkowo trafia do doliny Niebieskiego Księżyca, w której znajduje się Shangri-La. Pod koniec książki dowiadujemy się, że Conway po ucieczce z Shangri-La trafia do szpitala w Chung Kiang (Chunking?) w Chinach, najprawdopodobniej dostając się tam przez Tatsien Fu, “targ na krańcu świata, na którym handluje się herbatą z Tybetem”. Bez wątpienia autor odnosi się do Tachienliu, albo Dhartsedo (oryginalna nazwa tybetańska) – ważnego miasta granicznego i handlowego na granicy sino-tybetańskiej.
Jeśli w wyobraźni narysujemy zarys trzech z grubsza równych łuków: pierwszy – góry na południe od Kuen Lun, drugi – na południowy zachód od Kokonor i trzeci – na zachód od Dhartsedo, (albo narysujemy trzy koła o środkach w tych punktach) to przetną się one koło dolnego Changtangu w rejonie wielkiego jeziora Namtso. Strzał w sam środek Tybetu, nawet, jeśli stało się to przypadkiem.
Dla wszystkich, którzy próbują przenieść Shangri-La do Kaszmiru, Pakistanu albo gdziekolwiek indziej, żadna rada nie byłaby trafniejsza niż apel Conwaya do jego przyjaciół aby zaprzestali sporów o to, gdzie są i przyjęli do wiadomości ich aktualną sytuację: „To oczywiste, że jesteśmy w Tybecie”.
Ale ten oczywisty fakt nie wydaje się powstrzymywać komunistycznych funkcjonariuszy i nowoczesnych biznesmenów w Chinach. W połowie lat 90’, po tym jak ogłoszono, że himalajska utopia została w końcu odnaleziona, południowo-zachodnimi Chinami zawładnęła gorączka Shangri-La. Xuan Ke – muzykolog pochodzący grupy etnicznej Naxi (tyb. Jangba), stwierdził, że James Hilton został zainspirowany artykułami opisującymi górny Yunnan i Lijiang które ukazały się w magazynie National Geographic, autorstwa amerykańskiego uczonego Josepha Rocka. W 2002 r., na mocy oficjalnego dekretu wydanego w Pekinie, trzy prowincje w górnym Yunnanie oficjalnie zostały przemianowane na Okręg Shangri-La, a największe miasto – Zhongdian zyskało nazwę Shangri-La. Na zmianie robi się duże pieniądze, umieszczając markę Shangri-La na czym się da – papierosach, mydłach, hotelach, dyskotekach, biurach podróży; powstał nawet park tematyczny Shangri-La.
Problem z teorią Xuan Ke polega na tym, że opublikowany w National Geographic artykuł napisany przez Rocka przed wydaniem Zgubionego Horyzontu (1933) dotyczył dwóch regionów prowincji Syczuan (Muli i Yading). Rock nigdy nie napisał artykułu na temat Zhongdian ani górnego Yunnanu, a jedynie wspomina o tych miejscach w swojej książce The Ancient Nakhi Kingdom of South West China (Starożytne Królestwo Nakhi w południowo-zachodnich Chinach, 1947). Wytrawny autor przewodników po Tybecie Michael Buckley opublikował ostatnio książkę pt.: Shangri-La: A Travel Guide to the Himalayan Dream (Shangri-La: Przewodnik turystyczny po himalajskim śnie), w której zajmuje się całościowo zjawiskiem Shangri-La – gracze, miejsca i kontrowersje, a to wszystko w zabawny i pouczający sposób.
A poza tym Zhongdian (tyb. Gyalthang), Muli (Mili), górny Yunnan i zachodni Syczuan są tybetańskimi obszarami. Nawet wysiłki Pekinu by zmienić prawdę nie mogą odciągnąć zbyt daleko cudownej doliny Hiltona od jej tybetańskich korzeni bez zniszczenia utopi.
Wiem, że niektórzy tybetańscy czytelnicy będą źli na mnie, że marnuję czas i energię dyskutując o tybetańskich roszczeniach do bycia Shangri-La Hiltona. „Niech Kashmir, Pakistan albo Pekin mają to, co chcą”, „rzecz w ogóle nie jest warta uwagi”– powiedzą. Pod pewnymi względami nie mogę się z tym zgodzić. Ilekroć coś pozytywnego pojawia się o dawnym Tybecie w prasie, filmie albo w dyskusji, to chwilę potem lewicowi intelektualiści lub apologeci Chin zaczynają protestować przeciwko narzucaniu kolejnej iluzji Shangri-La naiwnym ludziom z Zachodu by ukryć prawdę o straszliwej przeszłości Tybetu.
Na konferencji w Pekinie w 2001 r., Tom Grunfeld zapewnił swoich gospodarzy, że to karygodne oszukiwanie ludzi w Ameryce w końcu zostanie zakończone. Powtarzam cytat z jego oświadczenia, które zostało podane do wiadomości przez Xinhua, The People’s Daily, Worker’s World i inne skrajnie lewicowe media. “Niewolnictwo pod rządami Dalajlamy opisywane przez niego jako Shangri-La spowodowało zauroczenie Tybetem – przelotną modę, która szybko przygaśnie i stanie się nieistotnym epizodem amerykańskiej historii”[2]. Fakt, że Dalajlama w żadnym z udzielanych wywiadów, ani w swoich książkach ani razu nie przedstawiał Tybetu jako Shangri-La i że prawdopodobnie nigdy nie czytał on książki Hiltona w żadnym wypadku nie wydaje się powstrzymać ataków Grunfelda i innych krytyków Tybetu (Michael Parenti, Barry Sautman, etc.).
Utożsamianie własnego kraju z najbardziej archetypiczną ze wszystkich utopii czy zaginionych światów jest niezaprzeczalnie „super”– jak to określiła moja córka Namkha, kiedy wyjaśniłem jej całą rzecz. Sprawa zyskuje na uroku, gdy ma się świadomość że archetyp ten łączy się z najwybitniejszą książką tego gatunku i że zaczęła ona rewolucję tanich książek (wydania w miękkiej oprawie – paperback – przyp. tłum.). I nie ma się co dziwić, że Salman Rushdie domaga się jej dla rodzinnego Kaszmiru albo Tom Grunfeld stara się jak może, by wyrwać ją z Tybetu i przekazać Pakistanowi [3] – wiernemu sojusznikowi Ameryki w walce przeciwko globalnemu islamo-faszyzmowi, czy jak to się teraz nazywa. Ale kwestią zasadniczą jest, czy Tybetańczycy albo ich krytycy popierają ten wizerunek, czy nie; pozostaje faktem, że James Hilton najwyraźniej umieścił swoją Shangri-La w Tybecie i nawet jeżeli jest to jedynie nieistotny element biznesu, to nie nam, ani nikomu innemu zmieniać go, by zaspokoić emocjonalne, ideologiczne albo handlowe potrzeby.
Po zastanowieniu, możemy przyjąć, że jest to właściwy tok myślenia w dyskusjach o dawnym Tybecie. Nawet jeśli jest to czymś błahym, mało znaczącym albo nawet żenującym ważne jest, by cenić go na tyle, żeby być szczerym na jego temat. Cokolwiek to mogło być, jest to częścią, na dobre i na złe, naszej własnej wspólnej przeszłości. To, co dobrego było w dawnym Tybecie (a było wiele) jest dziedzictwem, które powinniśmy pielęgnować i które powinniśmy przekazywać naszym własnym dzieciom. Wg mnie można do tego zaliczyć historie i legendy – również te, które napisali o nas inni. Musimy przyznać się do wad naszych przodków ale nie wstydzić się ich ani nie wypierać, raczej traktować je z przymrożeniem oka, zrozumieniem, a przede wszystkim jako bodziec do zmiany.
Dlaczego Tybetańczycy powinni przepraszać za swoją przeszłość albo czuć zażenowanie kiedy wspomina się o Shangri-La? Jeśli angielscy teatromani mogą cieszyć się pasjonującą sztuką Szekspira o tak potwornym człowieku jakim był król Ryszard III, Amerykanie mogą mitologizować bezlitosnego młodego zabójcę, Williama Bonneya alias Billy Kid, (czy innych rewolwerowców z dzikiego zachodu) dlaczego Tybetańczycy powinni mieć wyrzuty sumienia jeśli mistyka Shangri-La przysparza im dodatkowego pożytku?
Nie ma znaczenia, że stworzył dla nas ten mit Anglik. Kiedy Japonia dynastii Meji drastycznie pozbywała się tradycyjnego stylu życia w celu stworzenia nowoczesnego państwa, Lafcadio Hearne narzucił romantyczną wizję feudalnej Japonii, nie tylko zachodnim czytelnikom, ale i japońskiej potomności, która teraz z wdzięcznością wspomina ten fakt w niewielkim muzeum w nadmorskim mieście Matsue, i w podręcznikach szkolnych gdzie jego cudowne historie z o „duchach” Japonii wciąż są żywe.
Obecnie gdy Pekin prowadzi zakrojoną na szeroką skalę kampanię walki z naszą historią i tożsamością narodową szczególnie ważne jest, by Tybetańczycy przyjęli strategię „nie wycofywać się, nie kapitulować”. Kampania ta zaczęła się na początku tego roku ogłoszeniem 28 marca nowego święta państwowego – „Dnia wyzwolenia niewolników”, które doczekało się trzech ważnych wpisów na tym blogu autorstwa Warrena Smitha, Tseringa Shakyi i Elliota Sperlinga oraz uroczystymi obchodami „50 Rocznicy Wdrożenia Demokratycznych Reform w Tybecie”. Świętowano je pokazami „kultury”, paradami, przyjęciami, przemówieniami i wielką wystawą w Pekinie, na której tybetańskie dziewczyny ubrane w jedwabne niebieskie czuby (tradycyjne tybetańskie płaszcze – przyp. tłum.) pokazywały chińskim i zagranicznym gościom koszmar „feudalnego” Tybetu.
Od tamtego momentu jeśli ktoś zada mi pytanie (zwłaszcza różni fenqing czy inji „psy łańcuchowe”[4]) czy Tybet za rządów Dalajlamy był naprawdę Shangri-La będę odpowiadał szczerze, że dawny Tybet miał swoje wady (a ja jestem prawdopodobnie najgorętszym krytykiem tybetańskiego konserwatyzmu i przywództwa w przeszłości i obecnie) ale w porównaniu z chińską okupacją Tybetu (ponad milion osób zabitych, tysiące świątyń i zabytków zniszczonych, zagrabione obiekty sztuki sakralnej, tortury w sądach, tajna policja, obozy laogai [5], donosiciele, itd.) to z pewnością była Shangri-La. Następnie poparłbym to wszystko faktami, liczbami i zabawnymi anegdotami.
Nie od dzisiaj gromadzę informacje do cyklu esejów na temat różnych aspektów dawnego tybetańskiego społeczeństwa i cywilizacji, która, jak czuję, wymaga dokładnej oceny i dyskusji bez typowej dla naukowców strachu przed reakcją Pekinu. Oczywiście pojawia się tam temat samego „feudalizmu”, czy Tybet był, czy nie był w dosłownym tego słowa znaczeniu państwem „feudalnym” i powiązane z tym kwestie „podatków i własności ziemi”, „prawa i kar” i tak dalej. Również chciałbym się zająć edukacją dzieci (pozaklasztorną) w dawnym Tybecie, miejscem kobiety w społeczeństwie, „krajową” służbą zdrowia (albo raczej jej brakiem), tradycyjną świadomością ekologiczną i tak dalej. Przed paru laty napisałem pięcioczęściowy esej na temat modernizacji tradycyjnego tybetańskiego społeczeństwa i języka, który stale rozbudowuję by ostatecznie wydać jako książkę.
Pierwszy z tych esejów na temat dawnego Tybetu że mam nadzieję opublikować za kilka tygodni; jest wstępnie zatytułowany „Ewolucja Kar w dawnym Tybecie”. Myślę, że to dobry czas na taką publikację ponieważ Pekin ponawia stare oskarżenia (umiejętnie wykorzystywane w latach 80’ i 90’ by Dalajlama i uchodźcy tybetańscy zaakceptowali rządy Pekinu w Tybecie) o niewolnictwie, okrutnych karach, pełnych skorpionów lochach itd., umieszczając na wystawie w Pekinie liczne objet trouve i zdjęcia. Zdaję sobie sprawę, że jeden tekst nie spowoduje uszczerbku na kondycji chińskiej maszyny propagandowej (sekretarz partii w Lhasie nazywa moje teksty „skrzydłami muchy uderzającej o kamień”) ale dla siebie samego, dla mojego osobistego zadowolenia, wyjaśnię tę sprawę raz na zawsze.
Przypisy autora:
[1]. A. Tom Grunfeld, “Tibetan History: A Somewhat Different Approach”Tibetan Review, June 1981.
[2]. Workers World, October 2, 2003 workers.org/ww/2003/edit1002.php
[3]. Utrzymuje się, że chodzi o Pakistan ponieważ Hilton odwiedził obszar Hunza podczas podróży do Indii. Ale potem również odwiedził parę innych miejsc w Himalajach, wliczając w to rejon Dardżylingu, do którego robi aluzję w swojej powieści. Uważa się, że pierwowzorem było odizolowane miasteczko w dolinie Weaverville, Kalifornia, na dalekiej północy hrabstwa Trinity, ale to jest rezultat błędnej interpretacji komentarza Hiltona w wywiadzie z 1941 r., w którym powiedział, że Weaverville przypominało mu Shangri-La.
Przypisy tłumacza:
[4]. Fenqing – chiń. młody gniewny. Inji – tybetańskie slangowe określenie na cudzoziemca, niezależnie od jego narodowości. Psy łańcuchowe – tłumaczenie chińskiego obraźliwego określenia Zou Gou, oznaczającego lokaja.
[5]. Laogai – skrót od Laodong Gaizao, sloganu określającego chiński wymiar sprawiedliwości, oznaczającego naprawę przez pracę. Odnosi się on do pracy więźniów.
Źródło: Ratuj Tybet



