Wiersze zebrane w najnowszym, drugim już tomie Piotra Gajdy zmieniają wizję fizykalnego, postrzeganego zmysłami świata w ciąg przesuwanych w zwolnionym tempie slajdów, przy których za każdym razem zatrzymuje nas nowy szczegół. Obraz u Gajdy zawęża się często do jednego, określonego fragmentu rzeczywistości. Jest ona na zmianę myślą, ciałem, dźwiękiem. Każda jej część wydaje się pochodzić z różnych historii, zdarzeń, lecz łączy je pewna prawidłowość. Szczegół u Gajdy nosi bowiem znamiona bolesnego przełomu, pęknięcia. Co więcej, opowiedziane obrazy, przedstawiane z początku – jak określił to Jean Pouillon – jako vision par derrière (widzenie zza postaci, z nią jako częścią postrzeganego w tekście świata) stają się stopniowo vision avec (widzeniem z wiedzą równą postaci), w których nie sposób nie uczestniczyć.
Gajda jako synestetyk rozbudowuje przede wszystkim wrażenia dźwiękowe i wizualne. W wierszu Ruiny słowa mają barwy i – niekiedy – inne właściwości przedmiotów: „Mówiłem, a głos mój zmieniał barwę, jakbym trzymał/w ustach farbkę”; „Nie mogłem krzyczeć,/bo struny miały ani grama obcego stopu, zrobione/z tego samego srebra, co kamień (…)”.
W podobnych znaczeniowych korelatach ze zmysłami występuje często ciało: „Wyszedłem do ogrodu zrywać jabłka, a obudziłem się/we własnych wnętrznościach” (Raj utracony); „W ciemnościach szkliły się moje oczy,/w których lód uwięził ptasie łajno i piasek” (Oparzelina).
W wierszach z tomu Zwłoka ciało – ludzkie czy zwierzęce – wpisane zostaje w bolesną, nieraz też brudną, cuchnącą i duszną metafizykę. Ciało opowiedziane jest na wiele sposobów, za każdym razem jednak uwagę przyciąga szczegół związany z umieraniem: „Ciało/zamieniało się w popiół: zrzucało skórę i mieściło się w garści” (Karbid).
Swego rodzaju przechodzenie na stronę śmierci, „wczytywanie się” w jej metafizykę jest u Gajdy czymś zaskakująco naturalnym – choć nie bezbolesnym - i nieuniknionym. Mówienie o śmierci, przepowiadanie jej, nieustanne przypominanie o jej cichej obecności jest obowiązkiem głosu obecnego w tekstach ze Zwłoki. Obowiązek ten wydaje się nie tyle nabyty, ile „wrośnięty” w samą genezę tych wierszy. W tworzonych przez autora obrazach brzmią bowiem echa dawnych, zasłyszanych, przeżytych historii, których znaczenie sięga daleko poza czas i których ważność nie daje ująć się w realistycznych obrazach.
Dlatego też każdej wizji, każdemu opisywanemu miejscu, zdarzeniu nadany został emocjonalny ładunek. Dworzec, mieszkanie, droga, wreszcie miejsca widziane tylko we śnie zostają emocjonalnie naznaczone. Niedefiniowalne zyskuje barwę, brzmienie, niekiedy zapach i smak.
Język, którym posługuje się Gajda, tworzy rzeczywistość pełną wizji, przeczuć, szczegółów, jednocześnie spetryfikowaną, zadziwiająco konkretną (podobnie jak w debiutanckim tomie Hostel). Proponowana przez autora opowieść o wszystkim, co wiąże nas z pulsującym życiem, a mimo to sprowadza w ciemne, duszne rejony nicości, kresu uwodzi i tym samym sprawia, że sięgnąwszy po Zwłokę, nie sposób jej zapomnieć.
Piotr Gajda, Zwłoka, Łódź 2010.



