Neurokultura już w sprzedaży! Szukaj nas w sieci empik lub w kup online! W numerze: Wiedemann / Sonnenberg / Klodova / Baczewski / Kłos / Fiedorczuk / Kapela / Sarna / Gierszewski / Marzec i inni
neurokultura

ISSN 2081-4380

wyszukiwarka




reklama
localheroes

zareklamuj się!


partnerzy:
szara

Neurokultura on Facebook


Jesteś tu: Start > Recenzja > Orliński Marcin: Wniosek o dowód

Orliński Marcin: Wniosek o dowód

Piotr Śliwiński nazwał kiedyś Adama Wiedemanna „szafarzem erudycyjnych skojarzeń i sfinksem – specjalistą od śmiercionośnych zagadek” . Nieustanne zadawanie zagadek, zagadywanie rzeczywistości, kluczenie – to z pewnością dziedziny, w których poeta czuje się najlepiej. Mowa zdaje się podszyta milczeniem, a słowa, z których składa się wiersz, nierzadko przypominają kwiaty na polu minowym. Dlatego wbrew tradycyjnym powinnościom czytelniczym nie zamierzam za bardzo zbliżać się do tej liryki – obawiam się, że nazbyt poufałe obcowanie z nią mogłoby się zakończyć tragicznie.

Na najnowszy tom wierszy Adama Wiedemanna Dywan spróbuję więc odpowiedzieć za pomocą własnych anegdot i zagadek.

Najpierw anegdota o wampirach. Jej autorką jest Maria Janion. Według znanej pisarki, „Kobieta jest istotą płciową, mężczyzna – duchem, który tworzy świat pojęć, żeby uchronić się przed chaosem. To kobieta jest tym chaosem, a chaos to nicość, śmierć. Kobieta sama z siebie jest niczym, musi pić energię mężczyzn, żeby w ogóle istnieć. Jest więc wampirem, a męskie pożądanie kobiety kończy się katastrofą, często nawet śmiertelnym zejściem. Kobieta uosabia zło i śmierć” . Wspominam słowa Marii Janion nie ze względu na osobę poety, który do ruchów feministycznych nastawiony jest bardzo sceptycznie. Tym bardziej nie z powodu jego twórczości, której z problematyką tożsamości płciowej nie łączy właściwie nic. Dlaczego wspominam o wampirach? Nacieszmy się przez chwilę tą tajemnicą.

Druga anegdota dotyczy samej natury zagadek. Tę – zapożyczam od Lewisa Carolla. Podczas swojej podróży po Krainie Czarów Alicja trafia na zwariowany podwieczorek, gdzie spotyka Szalonego Kapelusznika, Marcowego Zająca i Susła. Wszyscy prowadzą absurdalny dialog oparty na dwuznacznościach słów i logicznych paradoksach. Łapią główną bohaterkę za słówka i wykazują, że język nie odnosi do rzeczywistości, jaką potocznie znamy, lub odnosi do niej zupełnie inaczej, niż się nam wydaje. W pewnym momencie Szalony Kapelusznik zadaje Alicji następującą zagadkę: „Why is a raven like a writing-desk?” („Co łączy kruka i sekretarzyk?”).

Trzecia anegdota, którą pragnę opowiedzieć, dotyczy atonalności. Był sobie kiedyś austriacki kompozytor Alban Berg. Pozostawił po sobie m.in. nieukończoną operę Lulu, do której libretto stworzył na podstawie dzieł Franka Wedekinda Erdgeist (Duch ziemi) i Die Büchse der Pandora (Puszka Pandory). W historii muzyki zapisał się jako jeden z prekursorów muzyki atonalnej. By posłużyć się najprostszą definicją, sięgnijmy do Słownika wyrazów obcych Władysława Kopalińskiego: atonalność to „brak tonalności, zależności poszczególnych dźwięków i akordów od dźwięku centralnego, tzw. toniki, pierwszego tonu (stopnia) gamy; równouprawnienie i samodzielność wszystkich 12 dźwięków skali chromatycznej: dodekafonia”. Tutaj zagadka jest następująca: co łączy Adama Wiedemanna z Frankiem Wedekindem?

Historia Lulu jest historią tragiczną, ale pozwala nam rozwiązać zagadkę numer jeden. Maria Janion wspomina o Lulu w tym samym wywiadzie, w którym opowiada o wampirach: „Z Puszki Pandory dowiadujemy się, że kobieta została stworzona po to, aby uwodzić, kusić, rozsiewać nieszczęście. Zatruwać i mordować – tak jednak, by mężczyzna tego nie poczuł – czyli tak jak wampir”.

W ten sposób dochodzimy do rozwiązania zagadki numer trzy. Mottem Dywanu uczynił poeta cytat z dramatu Wedekinda: „LULU: Ist das noch der Diwan, auf dem sich dein Vater verblutet hat?” („Czy to jest ten sam dywan, na którym wykrwawił się twój ojciec?”). Jak zauważyła kiedyś na łamach „Gazety Wyborczej” Monika Muskała, „Główna bohaterka, Lulu, jest całkowicie uprzedmiotowiona, odczłowieczona, pozbawiona wolnej woli i psychologii. Ta kobieta-dziecko, przechodząc z rąk do rąk alfonsów, mężów i właścicieli, staje czymś pomiędzy działającym instynktownie zwierzęciem a fetyszem seksualnym. Wedekind nie napisał interwencyjnej sztuki społecznej o losie biednych małych wykorzystywanych kokotek. Nie tolerował modnego wówczas naturalizmu. Ten kryptomizogin, obsesyjny zazdrośnik i stały klient burdeli byłby chyba ostatnią osobą gotową walczyć o emancypację i upodmiotowienie kobiety. Autorowi chodziło raczej o brutalne sięgnięcie pod spódnicę, o zmierzenie się z zakłamaniem i pruderią tego perwersyjnego w istocie społeczeństwa” .

Jeśli przyjąć, zgodnie z zaproponowanymi powyżej schematami, że poezja jest kobietą, to rolę mężczyzny powinien odegrać czytelnik. W przypadku poezji Adama Wiedemanna, zainicjowany w ten sposób romans wydaje się tyleż namiętny, co niebezpieczny. Zabawa i gra to stare, wierne towarzyszki autora Samczyka. Towarzystwo to jednak o tyle perwersyjne, że służy przede wszystkim zagadaniu melancholii. Dzięki niezwykłemu poczuciu humoru poeta potrafi odroczyć tragedię, a dzięki niedopowiedzeniu – uratować przed rozpadem burzliwy związek czytelnika z dziełem.

I choć Dywan nie wydaje się tak migotliwy, jak dawne tomy Wiedemanna, a jego nastrój bardziej przypomina takie książki, jak Kalipso czy Pensum, autor pozwala sobie na stosowanie dawnych chwytów. Nie są to jednak zabiegi strategiczne – raczej punkty orientacyjne, niezobowiązujące kierunkowskazy, które nie stanowią fundamentu liryki, a jedynie jej ornament. Na przykład pojawiająca się w motcie Lulu powraca już w jednym z pierwszych wierszy pod postacią Eduarda Lalo, a także tytułu książki Lala, którą ten mógłby napisać. Ta prosta lingwistyczna operacja to ledwie zapowiedź prawdziwej serii uników i zwrotów:

Przestaję się umawiać, odkąd nie pamiętam,
na którą się umówiłem. Skoro nic nie wychodzi z miłości, nic nie wyjdzie

i ze zdrady. Muszka chodzi po puszce. Czy nie za bardzo się odsłaniam? Z chęci bycia
Barańczakiem nie wynika chęć bycia Balcerzanem. Zdradzam was, stare dziady
wchodzę pomiędzy was.


(Słuchając Mozarta)

Wiedemann znany jest ze swej szczególnej umiejętności posługiwania się tautologiami i sprzecznościami. Z punktu widzenia logiki zarówno sprzeczność, jak i tautologia w czystej postaci nie wnoszą do wypowiedzi absolutnie nic. A jednak obie mają olbrzymią siłę retoryczną: podają w wątpliwość sam proces poznawczy, skupiają uwagę odbiorcy na przedmiocie i pobudzają do myślenia. W mowie żywej, a z takiej czerpie niewątpliwie poezja Wiedemanna, konstrukcji zdania najczęściej nie da się sprowadzić do prostego schematu „p jest p” oraz „p nie jest p”. Wiersz nie jest więc wyrazem próżnego sceptycyzmu, lecz otwiera przestrzeń dialogu. Poeta rozmawia ze sobą, z ludźmi, ze zwierzętami, a nawet z Bogiem. Wadzi się ze swoim rozmówcą, ani na chwilę nie pozwalając mu odetchnąć.

Jak wygląda taki proces? „Dałbym jej do rąk robótkę, ale nic jej nie dam” (Sendecki odkurza Rimbauda), „Trudno sobie wyobrazić, żeby / nie było trudno” (Wniosek o dowód), „Mając wszystko pod ręką, trudno się za coś zabrać” (Wszystko), „Ostatnio znowu pomyślałem sobie: / Chwilo, trwaj! No ale czy to grzech? / wiedziałem przecież, że to tylko chwila” (Saddest of Tuesdays). Te zabiegi, równie efektywne co efektowne, polegają na zwracaniu języka przeciw jemu samemu. Jak zauważył Andrzej Skrendo w posłowiu do wierszy zebranych Adama Wiedemanna Czyste czyny, na tę poezję można patrzeć jak na pole walki różnych opozycyjnych sił. Wymykając się podziałom, wiersz ucieka w przestrzeń między radością i cierpieniem, estetyzmem i banalizmem, mową zwykłą i odświętną, ekstazą i zwątpieniem, a wreszcie między fizyką i metafizyką. Ten zestaw opozycji można oczywiście rozszerzyć, na przykład o mowę bezpośrednią i metaforyczną, powierzchnię i głębię, analizę i syntezę, szczegół i ogół czy teorię i praktykę. Nade wszystko zaś liryka Adama Wiedemanna często żywi się samą sobą – w tym sensie, że całości znaczeniowe wzajemnie się naświetlają, a jedna nierzadko staje się obrazem drugiej.

Podobnie jak w muzyce atonalnej, nie ma tu zatem punktów centralnych, nie ma środka, wokół którego dałoby się zbudować jednoznaczny obraz. Jednocześnie brak centrum nie odcina języka od świata, jak to się dzieje np. w przypadku poezji Andrzeja Sosnowskiego. Czytelnik jest po prostu zmuszony do nieustannego biegu na orientację. Musi śledzić związki skojarzeniowe, które serwuje autor, i utrzymać odpowiedni dystans między życiowym konkretem i tekstualną abstrakcją, między codziennym życiem (na które składa się przygotowanie posiłku, obserwacja gawronów i srok, wspomnienie stóp ukochanej osoby czy wizyta u znajomych) a anegdotą czysto literacką. Jest w tej książce sporo uwag o książkach, owszem. Ale przecież Adam Wiedemann naprawdę żyje wśród książek – na co dzień otaczają go sterty tomów. I kiedy czyta się jego wiersze, trudno nie odnieść wrażenia, że dzieła literackie i muzyczne to równoprawni partnerzy w rozmowie, tak samo realni jak ludzie i zwierzęta.

Czas czytania dobiega końca – zbliża się czas życia. A to oznacza, że należy rozwiązać zagadkę numer dwa. Na pytanie Alicji, co łączy kruka i sekretarzyk, Szalony Kapelusznik odpowiada: „I haven't the slightest idea!” („Nie mam bladego pojęcia”). Ja również nie mam pojęcia, w którym miejscu kończy się literatura i zaczyna życie. I czy to miejsce jest bardziej jak dywan, na którym można wygodnie się rozsiąść, czy jak krew, która zlepia i pozostawia niejasne wspomnienie o ranie:

Siedzimy w szklarni. Jest to pusty tunel,
a my nie jesteśmy idealistami. Patrzymy
na kwiaty, które jeszcze nie wyrosły,
każdy dotknięty twoją albo moją dłonią.



Adam Wiedemann, Dywan, Poznań 2010

Dodaj do:

Wykop    Facebook    Deli.cio.us
 



^ do góry